Bella Brae układała książki na półkach śledzona czujnymi spojrzeniami aż trzech par oczu. Ginny, Lavender i Parvati odwiedziły czytelnię w czasie popołudniowej przerwy i siedziały tam otoczone podręcznikami, udając, że pilnie odrabiają lekcje. Tak naprawdę obserwowały bibliotekarkę i wyraźnie czekały na okazję.
Okazję, która nie nadchodziła, bo panna Buchanan równie znakomicie potrafiła pozorować zapracowanie. Gdy Lavender zapytała o „Encyklopedię magicznych ziół i grzybów", błyskawicznie ją otrzymała. Gdy Ginny podeszła z innym zmyślonym problemem, została błyskawicznie odesłana do podręcznego katalogu. Bella Brae była pomocna, sympatyczna i przez cały czas się uśmiechała, ale nie wdawała się w zbędne pogawędki.
– Nic z tego nie będzie – szepnęła Parvati. – Nic nie powie. Spłoszyłaś ją na próbie chóru, Gin.
– Ja się jej nie dziwię – mruknęła Lavender. – W tej szkole ściany mają uszy. Do niczego się nie przyzna.
– Zresztą, dlaczego miałaby rozmawiać z uczennicami? – Panna Patil bezradnie rozłożyła ręce. – Nie zaufa nam ani nie potraktuje poważnie. Już dostatecznie ryzykuje, nie uważacie?
Ginny siedziała na swoim krześle jak na szpilkach. Ciekawość wprost rozsadzała ją od środka, podobnie jak pragnienie czynu. Każdy sojusznik był na wagę złota – zwłaszcza dorosły i mający stały dostęp do pozostałych nauczycieli.
– Na pewno nie należy do Zakonu, wiedziałabym o tym – rzuciła w zamyśleniu.
Koleżanki zaczęły ją uciszać, gwałtownie gestykulując. Sfrustrowana Ginny oparła głowę na dłoni i ciężko westchnęła.
– Więc kim ona jest? – zadała kolejne retoryczne pytanie. – Skąd się tu wzięła? I po co?
Gryfonki zgodnie wzruszyły ramionami.
– Nie wiem, ale jedno jest pewne – zauważyła Lavender, która znakomicie orientowała się w szkolnych plotkach, większość z nich osobiście fabrykując i puszczając dalej. – Potrafi osiągnąć swój cel, bo Carrowów tu nigdy nie zobaczysz. Biblioteka to jedyne wolne od nich miejsce, każdy ci to potwierdzi.
– To akurat nie musi być jej zasługa. Wyobrażasz ich sobie wśród tych wszystkich książek? Uciekliby z krzykiem! – zaśmiała się Parvati.
Dziewczęta zachichotały z rzadką w tych ponurych czasach beztroską. Bella Brae, która akurat ponownie zajrzała do czytelni, spojrzała na nie z sympatią. Nie trwało to jednak długo, bo skoro tylko została zauważona, trzy dłonie natychmiast poszybowały w górę, upominając się o jej uwagę.
– Proszę pani!
Zignorowała je, usłyszawszy otwierające się w tym samym momencie drzwi biblioteki. To był idealny pretekst. O tej porze jak zwykle była sama, więc musiała sprawnie obsłużyć wszystkich czytelników. Wróciła na główną salę z wesołym uśmiechem, który nieco osłabł, gdy napotkał mroczne spojrzenie czarnych oczu gościa.
– Dzień dobry, panno Buchanan – przywitał ją Severus chłodnym tonem.
Jednocześnie jej uszu dobiegł istny wybuch tylko pozornie przyciszonych szeptów dochodzących z czytelni. Gryfonki usłyszały głos dyrektora i musiały to natychmiast przedyskutować.
– Dzień dobry – odpowiedziała niewzruszona Bella Brae. – Czym mogę panu służyć, dyrektorze?
Popołudniowe spotkania powoli przeradzały się w rytuał. W ciągu ostatnich tygodni Snape często zaglądał do biblioteki, mimo że nie musiał już zastępować żadnego z nauczycieli i w związku z tym nie prowadził lekcji ani nie potrzebował kolejnych podręczników. Zawsze zjawiał się wtedy, kiedy w pobliżu nie było pani Pince, jakby to sobie z góry zaplanował. Prosił zwykle o książki dotyczące magicznej edukacji, propedeutyki nauczania magii, historii czarodziejskiego szkolnictwa w Wielkiej Brytanii i na świecie. Panna Buchanan sądziła, że jest czynnie zaangażowany we wdrożenie kolejnego etapu ministerialnej reformy edukacji… Ale nie. Później zaczął poszukiwać specjalistycznej literatury na temat różdżkarstwa i to ją nieco zdziwiło.
– Byłbym wdzięczny, gdyby sprawdziła pani, czy poniższe tytuły znajdują się na stanie. – Przesunął w jej stronę pergamin zapisany pismem, które nie należało do niego. – Jeśli nie, prosiłbym o ich sprowadzenie.
– Mogę zorganizować wymianę międzybiblioteczną, jednak jeśli w grę wchodzi zakup książek, zamówienia może składać wyłącznie pani Pince.
– Rozumiem. W takim razie proszę jej przekazać moją prośbę. Ewentualne szczegóły może uzgodnić bezpośrednio ze mną.
– Dobrze, panie dyrektorze.
Była miła i uczynna, chociaż nadal unikała jego wzroku. Wzięła listę publikacji i udała się do głównego katalogu – nieskończonego ciągu malutkich szufladek ciągnącego się na wysokość całej ściany na prawo od wejścia. Normalnie skorzystałaby z drabiny, żeby dostać się na wyższe poziomy, ale w jego obecności się na to nie odważyła. Sięgnęła po różdżkę. Radziła sobie bardzo sprawnie, ignorując coraz bardziej ożywioną dyskusję w czytelni. Głosy wznosiły się wyżej i wyżej, słychać było też odsuwanie krzeseł. W drzwiach czytelni przynajmniej raz mignęła ruda grzywa Ginny, która śledziła rozwój sytuacji w bibliotece.
Czekający przy kontuarze Severus wyraźnie się nudził i po chwili zaczął przechadzać wzdłuż regałów. W końcu znalazł się przy Belli Brae, obserwując z zaciekawieniem jej poczynania. Stanął bardzo blisko. Na tyle, że panna Buchanan poczuła cedr, palone drzewo i eukaliptus. Od nieszczęsnej nocy w sabat Yule minęły niemal dwa miesiące, a ona panowała nad sobą zupełnie dobrze, ale mimo wszystko… Na samo wspomnienie jej żołądek ścisnął się boleśnie i kartka zadrżała w dłoni.
– Jak przebiegają poszukiwania, panno Buchanan? – zapytał jedwabistym tonem niebezpiecznie blisko jej ucha.
Odchrząknęła, czując zdradzieckie ciepło na policzkach.
– To fachowa literatura, niszowa, znacznie powyżej typowych szkolnych potrzeb, tym bardziej że dotyczy rzemiosła, a nie wiedzy akademickiej – tłumaczyła, w dalszym ciągu sumiennie przeszukując katalogi i krok za krokiem odsuwając się od niego.
– A rzemiosło, jak oboje wiemy, nie jest wysoko cenione w magicznej edukacji – dodał od siebie.
– Nie o to chodzi, to po prostu nie jest ten poziom wiedzy, jaki zwykle pokrywają szkolne zbiory. Obawiam się, że mamy tylko jedną pozycję z listy. Resztę trzeba będzie zamówić lub zakupić.
– Proszę się tym zająć, panno Buchanan. Nie jest to wprawdzie pilne, ale wolałbym również zbyt długo nie czekać.
– Jak pan sobie życzy.
Odwróciła się i odkryła, że dyrektor ponownie znalazł się bardzo blisko niej. Niemal na niego wpadła. Do tego wpatrywał się w nią na tyle intensywnie, że musiała unieść wzrok. Jego twarz nie była już tak surowa ani zamknięta. Bella Brae nie potrafiła zinterpretować tego, co zobaczyła w jego oczach.
– Dlaczego pan do tego wraca, panie dyrektorze? – zapytała, bawiąc się pergaminem z listą tytułów. – Sądziłam, że zakończyliśmy ten temat.
– Niestety, nie potrafię tak po prostu porzucić zagadnienia, które przykuło moją uwagę.
– Tak byłoby dla pana lepiej.
– Owszem, ale jak zapewne zdążyła się pani przekonać, panno Buchanan, mam paskudny zwyczaj podejmowania tragicznie złych decyzji.
Te słowa nie spodobały jej się jeszcze bardziej niż wzrok. I gest, który następnie wykonał. Podniósł dłoń, zupełnie jakby… Bella Brae cofnęła się przed nim gwałtownie i uderzyła tyłem głowy w wysuniętą szufladę.
– Nic się pani nie stało, panno Buchanan?
– Nie, wszystko w porządku.
Ból ją otrzeźwił. Jak najszybciej ruszyła w stronę biurka, zostawiając za sobą zdezorientowanego Severusa. Całe szczęście, bo właśnie w tej chwili do biblioteki powróciła po popołudniowej drzemce pani Pince. Bella Brae rzuciła się w jej stronę, jakby zobaczyła przed sobą koło ratunkowe.
– Jak dobrze, że już jesteś, Irmo – powitała przełożoną. – Dyrektor życzy sobie złożyć zamówienie na uzupełnienie księgozbioru.
– Tak – potwierdził Snape, odchrząkując i powracając do swojej zwyczajowej, obojętnej postawy. – Byłbym wielce zobowiązany, pani Pince.
Panna Buchanan porzuciła ich razem przy kontuarze, pogrążonych w służbowej dyskusji, a sama chwyciła losową książkę z półki i wybiegła do czytelni. Gryfonki zamilkły na jej widok, po czym wytrzeszczyły oczy, gdy nieoczekiwanie dosiadła się do ich stolika.
– Nie mogę wam pomóc – powiedziała szczerze, rzucając pretekstową książkę na środek blatu. – Tutaj każdy toczy własną walkę. Rozumiecie?
Zgodnie pokiwały głowami.
– Ale… – zaczęła uparta jak zawsze Ginny.
Bibliotekarka uciszyła ją ruchem ręki.
– Jeżeli chcecie skrzywdzić któreś z Carrowów, będę wam kibicować, ale nic poza tym. To są sprawy, które musicie rozwiązać same. Ja również.
Wyglądały na rozczarowane, najbardziej panna Weasley, jednak czego właściwie oczekiwały? W tych czasach każdy musiał sam dbać o sobie.
– To był Snape? – zagadnęła skupiona zupełnie na czym innym panna Brown.
– Dyrektor – poprawiła odruchowo Bella Brae.
Każde wspomnienie o ponurym mężczyźnie, które nie odnosiło się bezpośrednio do jego funkcji, wywoływało u niej ten sam ucisk w klatce piersiowej, brzuchu i gardle. Krucha równowaga, którą osiągnęła, z miejsca brała w łeb.
– Czy to prawda, że jest zaręczony z tą Alecto? – drążyła dalej Lavender.
– Nie wiem nic o prywatnym życiu dyrektora – rzuciła Bella Brae chłodniejszym o kilka stopni tonem.
– Daj spokój! – ofuknęła koleżankę Ginny. – Sama wymyśliłaś tę plotkę!
– Wymyśliłam… Albo zobaczyłam w szklanej kuli na lekcji u profesor Trelawney. Sama już nie wiem. Mam ten niezwykle rzadki talent, którego nie pojmuję – pochwaliła się zarozumiale.
Inne Gryfonki zaczęły się z niej śmiać i przewracać oczami, ale panna Buchanan potraktowała to oświadczenie bardzo poważnie. Jej szare oczy rozbłysły niemal natchnionym blaskiem.
– Jeśli jesteś Widzącą, zaufaj swojej mocy. To wielki dar Matki Cailleach. Gdy zobaczysz śmierć, uciekaj. Gdy zobaczysz miłość… uciekaj jeszcze szybciej. Bądźcie ostrożne, dziewczęta.
Wygłosiwszy to napomnienie, Bella Brae podniosła się z miejsca i cicho opuściła czytelnię. Uczennice spojrzały za nią tęsknie. Ginny była rozczarowana, Lavender – oczarowana.
– Chłopaki miały rację – stwierdziła. – Ona jest jak wróżka z baśni.
– Bo ja wiem? – rzuciła sceptycznie Parvati. – Miała w oczach coś takiego… Aż mnie ciarki przeszły.
– Ale ma racje – ożywiła się Ginny. – Śmierciożercy w szkole to nasz problem i to my musimy zadbać, żeby nie mieli lekko. Zwołajcie resztę na wieczorną naradę. Mam plan.
– Nie jest dobrze – narzekał Yaxley pośród siąpiącego deszczu, pierwszego znaku zbliżającej się wiosny. – Nie jest dobrze, a będzie jeszcze gorzej, wspomnicie moje słowa.
Towarzyszył mu Rowle – wielki, małomówny Śmierciożerca o jasnych włosach i arystokratycznie wydłużonej twarzy, z której nie schodził wyraz wiecznego znudzenia. Severus natrafił na obu odzianych w czerń mężczyzn, gdy aportował się na ścieżce prowadzącej do Malfoy Manor. Widocznie żadnemu z nich nie spieszyło się na spotkanie z Lordem Voldemortem.
– Co masz na myśli, Yaxley? – zapytał pozornie średnio zainteresowanym tonem.
– Nie udawaj, że niczego nie zauważyłeś, Snape – mruknął szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. – To wszystko nie tak miało wyglądać. Mieliśmy przeprowadzić zwykły, klasyczny zamach stanu, tak? Szybko, gładko, bezboleśnie. No, nie dla wszystkich, ale wiesz, co mam na myśli. A tymczasem wszystko się jebie.
Rowle pokiwał głową, Severus natychmiast się zdystansował.
– Ambitne plany wymagają czasu – rzucił sentencjonalnie.
– Aha – zgodził się Yaxley. – I planu, kurwa. A tymczasem giną niewłaściwi ludzie. Dobrzy, sprawdzeni agenci są mordowani we śnie przez zwariowanego sukinsyna. Nasi agenci! Młodzi rekruci, z których rodzinami łączą mnie określone stosunki. Nie przychodzą tam po to, żeby jakiś psychopata polował na nich jak na jelenie. Kto przy zdrowych zmysłach wykańcza własnych ludzi? Nie mamy ich znowu aż tak wielu! I w jakim świetle to stawia mnie? Co mam później mówić ich krewnym? To jakaś paranoja! Widziałeś tę ścianę wstydu? Ze skórkami zdartymi z tak zwanych zdrajców? Co to ma być, do chuja?!
– Czarny Pan… – zaczął z wyniosłą mną Severus, jednak nie został dopuszczony do głosu przez rozochoconego kolegę.
Yaxley złapał go za ramię i ścisnął.
– Nie wykręcaj się, Snape, i nie udawaj. Czarny Pan nad niczym nie panuje, sam dobrze o tym wiesz. Jakie eliksiry mu przynosisz? Co za składniki w nich dominują, bo chyba zaczynam się domyślać… No i gdzie on tak ciągle znika? W kółko pierdoli o jakichś różdżkach, kogo to obchodzi?
– I ten Potter, kurwa jego mać – dorzucił od siebie Rowle.
– Niech się chowa do sądnego dnia – zgodził się Yaxley. – Po chuja tracić na niego czas? W końcu sam do nas przyjdzie.
Severus nie zajął stanowiska w tej dyskusji. Zdziwił się, że w ogóle dzielą się z nim tak niepopularnymi opiniami, przecież wśród Śmierciożerców uchodził za jednego z najwierniejszych… A może o to właśnie chodziło? Liczyli, że ma realny wpływ na przebieg spraw.
– Cóż to, bunt? – zakpił, unosząc znacząco brwi.
– Daj spokój! – prychnął Yaxley. – Zwyczajnie wkurwia mnie to wszystko. Ciebie nie?
– Przyłączam się do pytania – odezwał się za ich plecami Dołohow, który właśnie dołączył do imprezy. – Ja również jestem ciekaw, co myśli na ten temat szanowny dyrektor Hogwartu.
– Snape z nikim nie dzieli się spostrzeżeniami – odpowiedział za niego Yaxley. – A może się mylę?
– Rzeczywiście nie mam wiele do powiedzenia – skomentował Severus z namysłem, rozważnie. – Czarny Pan nie zdradza mi swoich zamierzeń.
– Nikomu nie zdradza, właśnie w tym problem. Bo jakaś konkretna rozpiska by się, kurwa, przydała. Jak mam ściągać świeżych rekrutów, skoro jebany Bluebell rozwala ich jednego po drugim?
– Widać źle ich wybierasz – zakpił Dołohow. – Słyszałem o tym ostatnim. Piękna robota! Zarżnięty jak świąteczne prosię wraz z jakąś niemagiczną dziwką. To taki wstyd dla rodziny, gdy najstarszy syn, w dodatku wyróżniony Mrocznym Znakiem, po godzinach gzi się z mugolaczką.
– Do tego akurat się nadają, nie? – wtrącił Rowle.
– To nie ma nic do rzeczy! – irytował się Yaxley. – Młody był, to korzystał. Czarny Pan powinien to rozumieć, zamiast marnować czystą krew. Kto mu zostanie, jeśli nas wszystkich wymorduje?
– Zapytaj go o to, Yaxley – zaproponował niewinnie Severus. – Właśnie zmierzamy na spotkanie, czyż nie?
– Taa, bo na pewno uzyskam jasną odpowiedź, a nie kolejny rozwlekły wykład formacyjny… A ty lepiej nie bądź taki pewny swego, bo nie wiadomo, kto jest następny na liście, dyrektorze. Po tym, jaką laurkę wystawiła ci Alecto, nikt nie postawiłby na ciebie złamanego knuta.
– Alecto Carrow? – ożywił się niespodziewanie Rowle i spojrzał na Severusa nieco cieplej. – Współczuję. Wszędzie próbuje szczęścia, paskudna bladź. Zdesperowana.
– No ba. – Yaxley swoim zwyczajem splunął pod nogi. – Carrowowie zjawili się dawno temu i ruszyli przodem. Dla nich to wielka szansa, po tylu skandalach rodzina balansuje na granicy upadku. I, co gorsza, bankructwa. Wątpię, żeby Czarny Pan specjalnie przejmował się tym, co mają do powiedzenia.
Śmierciożercy zgodnie pokiwali głowami, zerkając na Snape'a, który tradycyjnie pozostawał niewruszony. Nie mogli o tym wiedzieć, ale pilnie notował w pamięci kolejne szczegóły na temat nastrojów panujących wśród zwolenników Lorda Voldemorta… oraz poczynań Bluebella, naturalnie. Każdy strzępek informacji mógł okazać się przydatny – kiedyś, gdzieś, komuś.
Dołohow z westchnieniem zerknął na zegarek na łańcuszku.
– To jak? Idziemy?
– Miejmy to już za sobą – mruknął Yaxley.
Ruszyli gęsiego wąską ścieżką wzdłuż wysokiego żywopłotu. Ciemne okna Malfoy Manor nie wyglądały zachęcająco. Każdy z czarodziejów wolałby być w tym momencie gdzie indziej, co stanowiło doprawdy przykre, a zarazem złowróżbne zjawisko. Czarny Pan nie był ani tak potężny, ani nie posiadał tak wiernej (i licznej!) armii, jak mu się wydawało.
I bardzo dobrze.
Umęczony fizycznie i psychicznie Severus aportował się w Zakazanym Lesie. Zbór Śmierciożerców ciągnął się w nieskończoność, choć – zgodnie z przewidywaniami Yaxleya – absolutnie do niczego nie prowadził. Negatywne nastroje stawały się coraz bardziej wyczuwalne dla każdego z wyjątkiem Lorda Voldemorta. Gdy Yaxley zdawał sprawozdanie, już niemal wprost z niego kpił. Większość zwolenników z najdłuższym stażem powoli popadała w marazm i tylko młodzi wykazywali jakikolwiek entuzjazm. No i byli jeszcze Carrowowie… Tak się nieszczęśliwie złożyło, że Snape został zmuszony wracać z nimi do Hogwartu (akurat wyjątkowo nie udało mu się wykręcić), więc tak wymierzył skok podczas teleportacji, żeby „przypadkiem" ich zgubić. Skutkiem tego nie wszystko poszło po jego myśli i wylądował w krzakach, bardzo daleko od miejsca, w którym chciał się znaleźć.
W dodatku nie sam.
Ostrzegł go cichy szelest dochodzący z ciemności. Gdy podniósł wzrok, zobaczył pannę Buchanan. Kuliła się przy pobliskim drzewie, niezdarnie próbując przed nim ukryć. Rude włosy lśniły w blasku gwiazd, podobnie jak oczy – nadal lekko przerażone i niepewne, gdy skrzyżowała z nim spojrzenia. Tym razem odziana była w maskującą czerń – widać nawet ona czasami słuchała dobrych rad, kiedy po raz kolejny wybierała się na wycieczkę do najbardziej niebezpiecznej puszczy w całej Szkocji (chociaż sama pewnie nie zgodziłaby się z tą recenzją, powołując na swoje wysokie góry czy inne wrzosowiska).
Stali jak spetryfikowani, wpatrując się w siebie w niemym zdumieniu, niezdolni do najmniejszego ruchu. W końcu to Bella Brae przerwała impas. Zerknęła nerwowo za siebie, gdy usłyszała kolejne niepokojące dźwięki. Severus również. Wystarczyły zaledwie dwa długi kroki, żeby znalazł się obok niej, następnie wymownie przyłożył palec do jej ust.
– Cicho, to Carrowowie – ostrzegł.
Zamrugała, zdziwiona zarówno bliskością, jak i jego poufałością. Zapach lawendy otoczył Severusa niczym chmura. Bella Brae w leśnej scenerii była jeszcze bardziej urocza niż pośród książek. I tutaj, i tam pasowała idealnie, ale dzikość krajobrazu lepiej podkreślała niektóre z jej na co dzień skrywanych cech. Wolność, niezależność, zadziorność. Próbowała coś powiedzieć, ale Severus jej nie pozwolił. Głosy Alecto i Amycusa, którzy najwyraźniej go szukali, stały się wyraźniejsze, nawoływania bardziej namolne.
– Snape, gdzie jesteś?!
– Hop, hop, dyrektorze!
– Wszystkie grzeczne belfry o tej porze dawno śpią!
Severus nie zamierzał dać się znaleźć. Na pewno nie teraz, gdy natrafił na dodatkowy problem w postaci panny Buchanan. Pociągnął ją nieco w bok i mocniej przycisnął do szerokiego pnia drzewa. Pochylił się, zasłaniając ją całym sobą. Wiedział, że piekielne rodzeństwo nie powinno odkryć jej obecności. Kto wie, co by wtedy zrobili?
– Panie dyrektorze – zaczęła skonfundowana.
– Cicho – powtórzył. – Są blisko.
Odruchowo objął ją ramieniem, układając dłoń na jej biodrze. Przypomniał sobie, co się wydarzyło, kiedy ostatnio się tam znalazła, ale paradoksalnie wcale nie wytrąciło go to z równowagi. Przeciwnie. Bella Brae patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, nie ośmielając się ruszyć. Severus wyglądał ponad jej ramieniem na leśną ścieżkę. Czuł jej oddech na twarzy i szybkie bicie serca tłukącego się w piersi pod cienką szatą. Bo panna Buchanan zdecydowanie ubrała się zbyt lekko na tę nocną wycieczkę. Mimo to promieniowało od niej przyjemne ciepło, które koncentrowało się w rejonie szkarłatnych policzków. Wyzwolony pod wpływem zdenerwowania i ciepła, naturalny zapach Belli Brae był wprost upajający. Lawenda, malina i… chyba bergamotka. Severus wtulił twarz w jej włosy, a następnie zszedł niżej. Zanim uświadomił sobie, co właściwie robi, pocałował jej szyję w miejscu, które odsłonił narzucony niedbale szal. Panna Buchanan nerwowo zaczerpnęła oddech. Powinien uznać to za znak. Przestać i udawać, że był to tylko przypadek. Ale nie. Ponownie ją pocałował. Wędrował ustami w górę jej szyi, a później wzdłuż linii szczęki, wciąż zaciskając dłonie na jej biodrach i w ten sposób skutecznie unieruchamiając.
Przeklęta lawenda.
Przeklęta amortencja.
Przeklęte nocne spacery.
– Nie powinna pani sama chodzić po lesie, panno Buchanan – szepnął jedwabistym głosem. – Ostrzegałem, że czają się w nim groźne bestie.
– A pan jest jedną z nich?
– Zdecydowanie.
Alecto i Amycus dawno minęli ich kryjówkę, głosy oddaliły się, kroki ucichły na ścieżce. W czasie, jaki upłynął od pierwszego do ostatniego pocałunku, zdążyli już pewnie dojść do zamku. Dyrektor i bibliotekarka zostali w Zakazanym Lesie całkiem sami. Coraz bardziej na nią napierał, ona się nie broniła, mimo że chropowaty pień drzewa wbijał się boleśnie w jej plecy. Severus już niemal dotarł do jej ust, gdy nagle przestał. Odsunął się całkiem zadowolony, gdy usłyszał z jej strony jęk zawodu.
– Poszli – oznajmił, jak gdyby nigdy nic. – Możemy wracać.
Nie poruszyła się, była zbyt wstrząśnięta. Severus przyciągnął ją do siebie i objął, narzucając na jej ramiona połowę własnej, obszernej peleryny. Najwyraźniej nie zamierzał udawać, że nic się nie wydarzyło. Zmarznięta Belle Brae chętnie przylgnęła do jego boku, zrównując krok w marszu.
– Czy być może miałaby pani ochotę dołączyć do mnie na drinka, panno Buchanan?
Prawdopodobnie spodziewał się, że ją zaskoczy, jednak się spóźnił. Jego wcześniejsze zachowanie zdążyło dać jej do myślenia.
– Zmieniłeś zdanie? – zapytała wprost. – Nie jestem tylko pomyłką skazaną na zapomnienie?
Nie mogła tego widzieć skulona pod peleryną i zmuszona do patrzenia pod nogi, ale miała wrażenie, że się uśmiechał. Przynajmniej częściowo, po swojemu.
– Bardzo cenię twoją bezpośredniość, Bello. A odpowiadając na pytanie… Owszem, dokonałem rewizji przekonań. Nie lubię się oszukiwać. Raz tego próbowałem i nie skończyło się najlepiej.
– Co to znaczy? – Nie zrozumiała.
Zatrzymał się i odwrócił ją ku sobie. Drzewa wokół ścieżki powoli się przerzedzały, Zakazany Las nieuchronnie się kończył, otwierając na szkolne błonia. Severus położył dłonie na ramionach panny Buchanan i spojrzał jej prosto w oczy.
– Jestem smętnym facetem, Bello. Mam za sobą mroczną przeszłość i zero widoków na przyszłość.
– Jak my wszyscy, przecież trwa wojna – zauważyła przytomnie.
– To nie to samo, uwierz mi. Nie będę dobrym wyborem dla kobiety, szczególnie miłej i dobrej.
– Zatem nie masz się czego obawiać. Potrafię wiele znieść.
– Nawet jeśli, to jeszcze nie znaczy, że powinnaś – stwierdził, sięgając po jej dłoń i jakoś tak naturalnie splatając ich palce. – Przemyślałem wszystko, co mi powiedziałaś, i sądzę, że ty również powinnaś to zrobić. Teraz masz lepsze pojęcie o tym, kim jestem, i że w związku z tym nie mogę zaoferować ci wiele ponad to… Jeśli przemyślenia przebiegną pomyślnie, przyjdź, będę czekał w swojej kwaterze. Jeśli nie, zrozumiem i nie będę cię więcej nagabywać. Tym razem naprawdę.
Bella Brae przytaknęła i resztę drogi przebyli w milczeniu. Złączeni peleryną i uściskiem dłoni.
Panna Buchanan nie potrzebowała wiele czasu na rozważania, ona również nie lubiła się oszukiwać. Zjawiła się jeszcze tej samej nocy, korzystając z sieci Fiuu. Gdy wychodziła z kominka, Severus stał przy swoim prywatnym barku i nalewał dla siebie whiskey. Pozbył się już szaty, występując dla odmiany w prostym stroju: spodniach i koszuli, które ujmowały mu urzędowej powagi. Nie wydawał się ani trochę zdziwiony jej szybkim przybyciem.
– Czego się napijesz, Bello? Jak rozumiem, nie lubisz alkoholu.
Bella Brae była zdeterminowana. Podeszła prosto do niego, wyrwała mu z ręki szklankę i wychyliła do dna.
– Pocałuj mnie – zażądała.
Severus z przyjemnością to uczynił.
Nie było już miejsca na podchody czy fałszywą skromność. Bella Brae zarzuciła mu ramiona na szyję, on sięgnął do guzików z tyłu jej sukienki. Było ich całkiem sporo, a pod spodem znowu czekała na niego halka i grube rajstopy. Widocznie musiał się do tego przyzwyczaić – do klasycznej, romantycznej, chwilami uroczo staroświeckiej panny Buchanan. Sypialnia Severusa była większa i bardziej komfortowo urządzona, co upewniło Bellę Brae, że mimo wszystko w szkole istnieje ściśle określona hierarchia (dyrektor na przykład miał na wyposażeniu kwatery całkiem okazałe biurko). Łóżko jednak nadal było wąskie – zapewne, żeby nie kusiło do złego.
Za późno, o wiele za późno.
– Ostatnim razem byłem samolubny, Bello – szepnął do jej ucha. – Chciałbym naprawić swój błąd.
Nie rzucał słów na wiatr. Ich pierwsza noc była czystym szałem, teraz dotykał jej inaczej, z rozmysłem, jakby wszystko sobie zaplanował. Wodził chłodnymi palcami po jej skórze, zmuszając ją do krzyku jeszcze na długo przed tym, nim przeszli do meritum. A Bella Brae opadała coraz głębiej w miękką rozkosz, zapominając o tych strasznych tygodniach, gdy tęskniła za nim dzień po dniu, godzina za godziną, oddech za oddechem i za żadne skarby nie mogła zapomnieć, bo…
– Kocham cię – wyznała bardzo cicho tuż przed świtem.
Severus leżał obok niej, słyszała jego spokojny oddech. Nie chciała, żeby ją usłyszał, pragnęła tylko wreszcie powiedzieć to na głos. Nie miała jeszcze odwagi zmierzyć się z konsekwencjami. Postawiłaby go przecież w trudnej sytuacji, musiałby coś odpowiedzieć… A wcale jej na tym nie zależało. Znała swoje uczucia, nie zamierzała ich ukrywać i nawet nie starała się tego robić. Nie wstydziła się ich ani nie potrzebowała wzajemności. Zadowoliłaby się wszystkim, co byłby w stanie jej dać, nawet gdyby było tego bardzo malutko.
Nawet odrobina stanowiła w jej oczach dostatecznie wiele.
My heart is bruised and broken
And often the tears run from my eyes
Will you come tonight or will I be expecting you
Or will I close the door with a mournful sigh*
„Fear a Bhàta" by Sìne NicFhionnlaigh (Jean Finlayson)
