Betowała Pantera.

II

1.

Severus Snape nie wydaje się w najmniejszym stopniu zaskoczony ich niespodziewanym spotkaniem. Przekrzywia lekko głowę, przyglądając się jej tym swoim szczególnym, przenikliwym spojrzeniem, jakby coś kalkulował.

— Uczę — wyjaśnia zdawkowo w odpowiedzi na pytanie.

— Co?! — Lily uznaje, że chyba się przesłyszała. Dość bezczelna pewność siebie, pobrzmiewająca w tonie jego głosu, wytrąca ją z równowagi.

James. Voldemort. Śmierciożercy.

Podchodzi do Snape'a i uderza go z całej siły w twarz. Mężczyzna nieznacznie krzywi się, ale bardziej z irytacji niż bólu.

— Jesteś z siebie dumny?! — Lily nie jest w stanie opanować złości. Ma ochotę przyłożyć mu jeszcze raz.

Bierze zamach, ale Severus błyskawicznym ruchem chwyta ją za nadgarstek.

— Nie rozumiesz — mówi beznamiętnie.

— Zostaw mnie, bo zacznę krzyczeć — grozi Lily.

— W porządku. — Szybko daje za wygraną i puszcza jej rękę, omiatając wzrokiem korytarz.

— Jak się miewa twój pan? W pełni sił i gotów do podjęcia nowej misji? — cedzi Lily, z premedytacją wbijając szpilki tam, gdzie najbardziej będzie bolało.

Z mściwą satysfakcją obserwuje, jak jego blade oblicze zastyga w nieruchomą maskę.

— Pozwól mi wyjaśnić…

— Dlaczego miałabym słuchać twoich żałosnych tłumaczeń? Przysięgam, że jeśli miałeś z tym coś wspólnego…

Snape nienawidził Jamesa. Lily nie potrafi się oprzeć wrażeniu, że każda minuta rozmowy z nim jest obrazą pamięci męża.

— Zawsze ceniłaś prawdę.

Mierzy go niechętnym wzrokiem, zastanawiając się, czy sobie z niej kpi.

— Idę do pani Pomfrey. Możesz mi towarzyszyć — mówi w końcu, wciąż z rezerwą.

To dziwne uczucie, ponownie wędrować u boku Severusa korytarzami Hogwartu. Jest tak, jakby historia zatoczyła koło i wszystko wróciło do punktu wyjścia, jednak tym razem oddziela ich od siebie wyraźnie wyczuwalna bariera nieufności i dawnych resentymentów. Kiedyś mogli rozmawiać ze sobą godzinami, obecnie potykają się co i rusz o słowa, przygniecieni ciężarem przeszłości.

— Teraz pracuję dla Dumbledore'a.

— Lepiej płaci? — Lily unosi ironicznie brwi.

Snape zaciska usta i posyła jej ponure spojrzenie, lecz jakoś przełyka tę drwinę.

— Dał mi posadę nauczyciela.

— Na podstawie jakich kwalifikacji?

Severus puszcza jej kolejną złośliwą uwagę mimo uszu.

— Wstawił się za mną w Ministerstwie. Pozwolił zacząć wszystko od nowa.

— Co konkretnie dla niego robisz? — pyta z naciskiem Lily.

— O co ci chodzi? — Snape spogląda na nią z urazą.

— Chyba nie myślisz, że dam się nabrać na tą gadkę o nauczycielu?

— Uczę eliksirów. Przygotowuję mikstury.

— Tak, ale oprócz tego. Albo raczej przede wszystkim. Jesteś szpiegiem?

Severus patrzy na Lily badawczo, wyraźnie przewartościowując w tej chwili swoją opinię na jej temat.

— Przekazuję pewne informacje — mówi, uważnie dobierając słowa.

A więc trafiła, chociaż to marne pocieszenie.

— Czyli wciąż obracasz się w tym… towarzystwie. Ciągle jesteś śmierciożercą.

— Nie, posłuchaj, to nie tak. — Po raz pierwszy od początku rozmowy wygląda na roztargnionego. — Miałaś rację — dodaje z ociąganiem.

— Słucham? — Lily nie kryje zdziwienia. Severus przyznający się do błędu to rzadki widok.

— Robiłem rzeczy, z których nie jestem dumny — brnie dalej z widocznym trudem Snape.

— A mówisz mi to teraz, bo…?

— Chciałbym, żebyś… nie myślała o mnie źle.

Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, kwituje w duchu Lily.

— To ty powiedziałeś Albusowi, że on się nami interesuje? — pyta bez uprzedzenia, śledząc kątem oka jego reakcję.

Snape prawie niedostrzegalnie kiwa głową. Po jego lekko ściągniętych brwiach widać, że wolałby uniknąć tego tematu.

— Niewiele to pomogło, prawda? — stwierdza w zadumie Lily.

Severus wzdryga się jak użądlony i chwyta ją za ramię. Zatrzymuje się, zaskoczona jego nagłym wybuchem emocji.

— Jesteś tutaj. Bezpieczna — zapewnia gorliwie Snape.

— A gdzie jest James? — pyta go zimno.

— Przykro mi — odpowiada jej niemal automatycznie. Spomiędzy jego słów wyziera przeraźliwa pustka.

Ze złością strząsa dłoń mężczyzny ze swojego ramienia i, odwróciwszy głowę, ponownie rusza korytarzem przed siebie. Po dotarciu do skrzydła szpitalnego wita się z panią Pomfrey, dziękując pielęgniarce za przypilnowanie synka. Pochyla się nad łóżeczkiem i bierze malca na ręce. Harry jest wniebowzięty i natychmiast przystępuje do zabawy jej włosami. W drzwiach stoi Snape. Kiedy tylko przenosi spojrzenie na dziecko, Lily odczuwa przez chwilę niezrozumiały przypływ niepokoju.

— Ma oczy po matce — mówi Severus, patrząc z powrotem na nią.

— I całą resztę po tacie — dodaje Lily.

Rysy jego twarzy na ułamek sekundy twardnieją.

2.

Na dnie pierwszego kartonu znajduje różdżkę Jima. Jej własna zapewne spoczywa połamana pod gruzami w Dolinie Godryka. Delikatnie przesuwa palcami po gładkim, ciemnym drewnie, walcząc z narastającym wzruszeniem i zachłannie wypatrując jakichkolwiek śladów po poprzednim właścicielu. Ma naiwną nadzieję, że w różdżce przetrwała jakaś cząstka Jamesa, że wciąż drży w niej ulotne wspomnienie jego mocy, a jej dotyk wywoła je jak ducha z magicznej lampy.

Podrywa głowę, gdy rozlega się ciche pukanie do drzwi.

— Proszę! — woła w roztargnieniu, pospiesznie odkładając różdżkę do kartonu.

— Wybacz niezapowiedziane najście… — Do pokoju wchodzi niepewnym krokiem Remus.

— Daj spokój. Rozgość się. — Lily posyła mu blady uśmiech.

— Nie wróciłaś do nas, więc pomyślałem, że przyjdę tutaj — tłumaczy z wahaniem czarodziej.

— Przepraszam, nie powinnam była robić scen. — Lily pochmurnieje i zabiera się za opróżnianie drugiego pudła, żeby zająć czymś ręce. — Poniosło mnie.

— Nie, masz po prostu rację. — Lupin siada na brzegu fotela, koło bawiącego się na podłodze Harry'ego, i spuszcza wzrok na swoje złączone dłonie. — Chyba wszyscy się trochę pogubiliśmy.

Lily strzepuje cienką warstwę kurzu z okładki albumu ze zdjęciami, po czym ostrożnie zagląda do środka. Z fotografii macha do niej wesoło James, trzymając na ręku ich synka. Szybko zamyka album i rzuca go na stos wypakowanych rzeczy, czując, jak kąciki jej ust zaczynają ciążyć ku dołowi.

— Dumbledore obiecał, że jeszcze dziś porozmawia z ludźmi z Ministerstwa — kontynuuje zmieszany jej milczeniem Remus. — O Syriuszu. Posłuchaj, Lily…

Zerka na niego przelotnie, udając, że jest całkowicie zaabsorbowana przeglądaniem zawartości kartonu.

— Jeśli chodzi o Azkaban… Jesteś tego pewna? Po tym, jak… Po tym wszystkim, co przeszłaś… Przemyśl to jeszcze.

Spokojny, niemal hipnotyzujący głos Lupina strasznie ją drażni. Ciska w jego stronę ostrzegawcze spojrzenie.

— Już podjęłam decyzję. Co twoim zdaniem zrobiłby Jim?

— Nie jesteś Jamesem — odpiera natychmiast Remus.

— I dlatego mam siedzieć z założonymi rękami?!

— Lily, rozumiem cię, uwierz mi, że naprawdę cię rozumiem, ale musisz myśleć o dziecku.

Przełyka spazmatycznie ślinę i stara się powstrzymać napływające do oczu łzy wściekłości. Bierz Harry'ego i uciekaj! — dzwoni jej w uszach.

— Jeżeli mi nie pomożecie — mówi powoli — sama coś wymyślę.

Lupin spogląda na nią z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy.

— Remusie, Syriusz nie jest mordercą.

Mężczyzna podskakuje w fotelu.

— Oczywiście, że nie! — Po chwili posępnieje i dodaje z wyraźną goryczą: — Zawsze był dość porywczy.

— Rozmowa z nim to jedyny sposób, żeby dowiedzieć się, co się właściwie stało — wykłada z uporem Lily. — Dlaczego zginęli przypadkowi świadkowie. Dlaczego zginął Peter.

Na oblicze Remusa znów wślizguje się dziwny cień.

— Ludzie rzadko są tacy, jakimi się nam wydają.

Patrzy na niego zaskoczona. Lupin głaszcze Harry'ego po główce i wstaje, szykując się do wyjścia.

— Nigdy nie zgadniesz, na kogo dzisiaj wpadłam — przypomina sobie naraz Lily. — Severusa Snape'a we własnej osobie. Nie wiedziałam, że tutaj pracuje.

Remus przystaje z dłonią na klamce i odwraca się. Przez moment Lily zdaje się, że w jego oczach dostrzegła niepojęty lęk.

3.

Biegnie przez pokój w kierunku drzwi. Pomieszczenie wydłuża się w nieskończoność, a jej ruchy są tak niezgrabne, że co i rusz potyka się i uderza ciałem o kanty różnych przedmiotów, których stosy zalegają na środku salonu. Ich kontury falują, wbijają się jej w oczy niczym kolce, kłując swoją ostrością jak mocno prześwietlone zdjęcie. Ma wrażenie, że czyjeś niewidzialne ręce popychają ją nieustannie z boku na bok, bawią się nią, jakby była szmacianą lalką. Przy każdym uderzeniu pokój wypełnia aż po sufit szyderczy rechot. Masz pietra, pani Potter? Boisz się? Gdzie się podziała ta mała, bojownicza panna Evans? Postaw się teraz, mała Lily! Obroń się! HAHAHAHAHAHAHAHA!

Usiłuje zatkać uszy dłońmi, ale ten dziki, opętańczy śmiech dudni jej pod czaszką, pulsuje w żyłach jak krew i podchodzi do gardła. Nagle zauważa, że jakimś cudem dotarła do drzwi i wybiegła z salonu. Jej szyja zdrętwiała i nie może odwrócić głowy, jakby coś powstrzymywało ją od patrzenia za siebie, i już wie, już przypomina sobie w paroksyzmie strachu, co się za chwilę stanie. Każdą cząstką świadomości wyczuwa obecność Voldemorta i instynktownie szuka wzrokiem męża. Chce uciekać na piętro, ale nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Obezwładnia ją gwałtowna fala mdłości.

James leży u stóp schodów i patrzy na nią. Jego głowa jest zgięta pod dziwacznym kątem, rozrzucone ręce i nogi wyglądają na połamane. Lily krztusi się własnym oddechem, nienawiść, która wyziera z nieruchomych oczu Jima, ta bezwzględna, szalona nienawiść przygważdża ją do ziemi. Wie, że aby przeżyć, musi uciec na piętro, musi przejść nad okaleczonym ciałem Jamesa, lecz opętana przerażaniem nie jest w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Za swoimi plecami słyszy powolne, zbliżające się kroki.

Nagle rozlega się potworny huk.

Zdezorientowana Lily wpatruje się szeroko rozwartymi oczami w ścianę. Księga, którą przeglądała, zanim przysnęła, musiała zsunąć się z kanapy i upaść na podłogę. Dzięki Bogu, myśli, wycierając wierzchem dłoni spocone czoło. Zagląda do Harry'ego, by upewnić się, że chłopiec śpi. Na szczęście hałas go nie obudził. Poprawia kołderkę i przez minutę obserwuje dziecięcą twarzyczkę, chłonąc jej niezmącony spokój. Na palcach wraca do salonu, zamierzając po zażyciu eliksirów udać się do łóżka. W tym samym momencie przystaje, a po jej plecach przebiega dreszcz. Zaczyna nasłuchiwać.

Korytarzem prowadzącym do drzwi jej komnat niesie się echo czyichś kroków. To nic takiego, powtarza sobie w myślach Lily, czując narastającą panikę. Przecież jestem w szkole, kręci się tu dużo uczniów i nauczycieli. Mrok za oknem uświadamia jej, że musi być już bardzo późno, grubo po ciszy nocnej.

— To nic — mamrocze do siebie, szczękając zębami.

Masz pietra, pani Potter? Boisz się?

Kroki są coraz głośniejsze, zbliżają się niespiesznie i jakby leniwie. Nieoczekiwanie zamierają. Lily wstrzymuje oddech. Wie, że ktoś stanął w pobliżu jej drzwi i czyjeś niecierpliwe, intensywne spojrzenie przewierca się przez drewnianą przeszkodę. Te kilka zawieszonych w próżni sekund rozciąga się w nieskończoność, aż wreszcie kroki powoli zaczynają się oddalać. Wtedy do Lily dociera, że dygocze ze strachu.

Podchodzi na sztywnych nogach do drzwi i po kilku uspokajających wdechach uchyla je. Ciemność korytarza przecina padająca z wąskiej szpary smuga światła. Płomienie pochodni są przytłumione, a komnaty naprzeciwko pogrążone w ciszy i mroku. Krańcem umysłu wychwytuje jeszcze zanikające w dali echo tamtych kroków. Wzdryga się, zauważając, że drzwi były cały czas otwarte, również kiedy spała. Drżącą lekko ręką przekręca klucz w zamku.

Większą część nocy spędza w fotelu przy kominku, dbając o to, żeby ani na chwilę nie przygasł ogień.

4.

Rankiem jest cała obolała i pęka jej głowa. Dochodzi jednak do wniosku, że bezczynność ją zabija, więc decyduje się zaproponować swoją pomoc nauczycielom i innym pracownikom Hogwartu, nawet jeśli miałoby to oznaczać pucowanie posadzki razem z woźnym. Wszyscy zachowują się przesadnie uprzejmie, oferując jej wsparcie i proponując rozmowę w wolnym czasie, lecz odmawia, bo doskonale wie, czym to się skończy: tonięciem we wspomnieniach. Wreszcie lituje się nad nią bibliotekarka, która wyznacza jej niezbyt wyrafinowane zadanie odzyskania wybranych pozycji wypożyczonych przez poszczególnych nauczycieli. Bez sensu, ale dobre i to.

Pani Pomfrey to prawdziwy anioł; zgadza się popilnować przez godzinę Harry'ego. Kiedyś mogli opiekować się synkiem na zmianę, ona i Jim, lecz gdy jego nagle zabrakło, zabrakło również drugiej pary rąk, oczu, uszu, drugiego cierpliwego, rodzicielskiego serca. Dotkliwa nieobecność Jamesa zaznacza się w dosłownie każdej sytuacji. Bywają momenty, w których Lily czuje się jak kaleka.

Z listą nazwisk i tytułów w ręku wyrusza w wędrówkę po Hogwarcie. Uświadamia sobie z niejakim zdziwieniem, że zaczyna powoli zwracać uwagę na tak prozaiczne rzeczy jak pogoda. Po niebie przetaczają się ciemne chmury, z których od czasu do czasu pada ciężki deszcz. Lodowaty wiatr chłoszcze wściekle mury zamku, wciskając się do wnętrza wszystkimi szczelinami. Tęskniła za swoją starą szkołą, jednak dałaby wiele, żeby nie musieć tutaj wracać w takich okolicznościach. Hogwart oferuje poczucie bezpieczeństwa — za cenę wolności. Przypomina teraz więzienie, z którego, pomimo braku krat i łańcuchów, ucieczka jest niemożliwa. Voldemort zniknął i nikt nie potrafi powiedzieć z całą pewnością, co się z nim stało, lecz jego najgroźniejszych zwolenników wciąż nie ujęto i Lily domyśla się, że czarnoksiężnicy tylko czekają, aby dopaść ją i Harry'ego. Jak długo będzie zmuszona tu zostać? Izolacja zdecydowanie jej nie służy. Zaczyna wariować, czego najlepszym dowodem jest wczorajszy wieczór. Jakiś nocny marek wytrącił ją z równowagi tak bardzo, że później nie zmrużyła już oka. Niektóre elementy koszmarów zdają się w jakiś niepojęty sposób przedostawać do rzeczywistości, jakby w jej umyśle istniała otwarta na oścież brama.

W miarę sprawnie uporała się z zadaniem, odzyskując większość ksiąg albo otrzymując żarliwe zapewnienia, że już wkrótce, naprawdę wkrótce, dana pozycja wróci z powrotem do biblioteki. Wsuwa kolejny tom do torby, która przy pomocy magii zmniejsza rozmiary i ciężar noszonych w niej przedmiotów, po czym spogląda na ostatnie nazwisko na liście. Severus Snape. Co za szczęście. Po wczorajszym spotkaniu jej niechęć do tego człowieka jeszcze się pogłębiła, choć nie do końca potrafi sobie wytłumaczyć dlaczego.

— Przepraszam, gdzie znajduje się gabinet profesora Snape'a? — pyta przechodzącego obok starszego ucznia. Tytułowanie Severusa profesorem jest dziwne, ale zarazem dość zabawne.

Chłopak wytrzeszcza na nią oczy, jakby była niespełna rozumu, lecz w końcu odpowiada niewyraźnym, ściszonym głosem:

— W lochach. Tymi schodami na dół i prosto. — Uczeń ucieka, zanim ma szansę poprosić go o więcej wskazówek.

Lily stwierdza w duchu, że Snape raczej nie cieszy się sympatią swoich podopiecznych. Zastanawia się, jakim jest nauczycielem. Dla niej miał zawsze dużo życzliwości, cierpliwie i z zapałem objaśniając jej co bardziej skomplikowane formuły eliksirów, które często razem warzyli po zajęciach. Ogarnia ją niejasne uczucie dojmującego smutku. Karci się w myślach za uleganie sentymentalnym wspomnieniom.

Lochy — to bardzo w stylu Severusa. Lily dziwi się sama sobie, że od razu na to nie wpadła. W podziemiach wieje chłodem, a mury są śliskie i wilgotne w dotyku. Ostrożnie stawia kroki, szukając spojrzeniem właściwych drzwi i mocniej naciągając na ramiona sweter. Wychwytuje snującą się w powietrzu ulotną, słodkawą woń i postanawia iść za nią. Tajemniczy zapach wiedzie ją aż pod nieznacznie uchylone drzwi na samym końcu korytarza. Z zaciekawieniem zagląda przez szczelinę do środka pomieszczenia. Widząc pochylone nad kotłem, okryte czarną peleryną plecy Snape'a, zbiera się na odwagę i cicho puka.

Severus powoli prostuje się i zerka przez ramię za siebie. Jak zwykle nie wydaje się zaskoczony jej widokiem, ale w jego oczach na ułamek chwili pojawia się osobliwy błysk.

— Nie przeszkadzam? — Lily wślizguje się do komnaty.

— Byłem przekonany, że po wczorajszym spotkaniu nie masz już ochoty ze mną rozmawiać. — Snape ponownie nachyla się nad kotłem, ustawiając się jednak w taki sposób, żeby móc ją obserwować. Po jego wargach przemyka cień imitujący uśmiech.

— Skąd ta druzgocąca samokrytyka? — pyta z przekąsem Lily, podchodząc do jednego z regałów i z zainteresowaniem analizując zawartość wystawionych na nim słojów. Przez cały czas czuje na plecach badawcze spojrzenie Severusa.

— Wczoraj prawdopodobnie nieświadomie cię uraziłem. — Lily obraca się na pięcie, kierując zdumiony wzrok na Snape'a, który właśnie wpatruje się z namysłem w krojony przez siebie korzeń rośliny. — Czasami brakuje mi precyzji.

Nie za bardzo wie, co mu odpowiedzieć. Może to kwestia tego, że odzwyczaiła się od jego towarzystwa.

Snape powolnym, wystudiowanym ruchem sięga do głębokiej misy i wyciąga z niej duży, biały kwiat, którego urok natychmiast przyciąga spojrzenie Lily. Nie umyka to uwadze Severusa.

— Lilie — zaczyna, a jego oczy rozjarzają się dziwnym, głębokim blaskiem — to piękne, ale niebezpieczne rośliny. Z pozoru wydają się łagodne i nieomal bezbronne, a jednak używa się ich do produkcji niezwykle silnych trucizn. — Jego blade, smukłe dłonie o długich palcach obrywają z mieszaniną czułości i fascynacji delikatne płatki i wrzucają je do kotła. Lily nie może się pozbyć niewytłumaczalnego wrażenia, że w sposobie, w jaki to robi, jest skryte jakieś rozmyślne okrucieństwo i przewrotna radość. — To zdradliwe kwiaty — powtarza cicho Snape. — Już raz się otrułem.

Lily odrywa wzrok od połyskliwej powierzchni eliksiru i napotyka przeszywające spojrzenie Severusa. Przechodzi ją gwałtowny dreszcz. Zdążyła przez te kilka lat zapomnieć, że Snape ma tak niesamowicie ciemne oczy i że potrafi patrzeć tak, jakby cały jego świat, cała rzeczywistość skurczyła się w tym momencie tylko do niej.

— Lilie — odzywa się Lily, dość niespodziewanie również dla samej siebie — mają też właściwości lecznicze. W rękach doświadczonego warzyciela stają się składnikiem nieocenionych lekarstw.

Severus uśmiecha się specyficznym uśmiechem, w którym wszystkiego jest po trochu, ale najmniej wesołości.

— Tak, to kwestia doświadczenia — przyznaje lakonicznie, ciskając resztę kwiatu do bulgoczącej zawartości kotła. Dokładnie myje ręce w zlewie i wyciera je w szary ręcznik. — Za kilka minut mam zajęcia.

— Przepraszam, kompletnie zapomniałam… — mówi Lily z lekkim zażenowaniem.

Snape przez dłuższą chwilę mierzy ją wzrokiem.

— Czy mogę cię odwiedzić wieczorem? — pyta nagle.

Lily waha się, zszokowana tym pomysłem.

— W porządku — odpowiada w końcu ostrożnie i trochę wbrew sobie, po czym pokrótce wyjaśnia mu, gdzie mieszka.

— A zatem do zobaczenia — mówi Severus i odwraca się, aby wyjąć coś z szafki.

Dopiero w połowie korytarza Lily przypomina się, że nie wzięła od niego wypożyczonej z biblioteki książki.

5.

Wbiegając po schodach na piętro, wpada na schodzącego w dół dyrektora Hogwartu. Dumbledore ma zmienioną, jakby rozluźnioną twarz i jaśniejsze spojrzenie.

— Ach, Lily. Jak miło cię widzieć — rozpoczyna i od razu przechodzi do rzeczy: — Rozmawiałem z Bartemiuszem Crouchem. To trudny człowiek, bardzo uparty, ale mimo wszystko uczciwy. Po odpowiedniej dawce perswazji wyraził zgodę na krótką wizytę u Syriusza.

Lily czuje, jak w jej serce na nowo wstępuje otucha. Może jeszcze nie wszystko stracone.

— Kiedy? — pyta bez zastanowienia.

— Pojutrze, w samo południe.

Ma wrażenie, że jej stopy za chwilę oderwą się od ziemi i ze szczęścia poszybuje w górę klatki schodowej.

— Lily — mówi Dumbledore, poważniejąc. — Uważam, że nie powinnaś tam jechać.

Cała radość w ułamku sekundy umyka z niej jak powietrze z przekłutego balonu. Patrzy wilkiem na czarodzieja, próbując stłumić powracającą z jeszcze większą siłą niechęć.

— W obecnym stanie… Azkaban jest pełen dementorów, na pewno rozumiesz, co to oznacza.

Odwraca wzrok mocno zirytowana. A więc myślą, że nie da sobie rady, że jest żałosnym, godnym politowania słabeuszem, podatnym na sztuczki tych potworów. Że załamie się, straci rozum pod wpływem traumatycznych wspomnień. Drwiący głosik w jej głowie szepcze, że przecież Albus ma rację, przecież po każdym koszmarze ze zgrozy prawie zapomina, jak się nazywa, a przy trumnie Jima niemal zemdlała, więc na co tu się boczyć, niech wreszcie pozwoli innym zaopiekować się nią, niech nie zgrywa bohaterki, którą nie jest i nigdy nie będzie.

— Gdzie i o której mam się stawić? — pyta z wymuszonym spokojem.

Dumbledore wzdycha i kręci głową.

— Nie dam rady cię przekonać?

— Nie.

— Za dużo od siebie wymagasz. Naprawdę wszyscy zrozumieją, jeśli…

— Gdzie. I. O której?

— Przyjdę po ciebie rano — kapituluje Dumbledore i Lily czuje, że odniosła małe zwycięstwo.

Kiedy już się rozchodzą, życząc sobie nawzajem miłego dnia, nagle przychodzi jej do głowy nieoczekiwana myśl.

— Albusie…

Dyrektor zatrzymuje się i spogląda na nią z zaciekawieniem. Chce spytać go o Snape'a, ale w ostatniej chwili coś ją przed tym powstrzymuje. Uśmiecha się krzywo, kryjąc zakłopotanie.

— Nie, nic.

6.

Im bliżej wieczora, tym większe dręczą ją wyrzuty sumienia. Po co właściwie zaprosiła tu Severusa? Wciąż tkwi w niej jakaś moralna blokada, nakaz, żeby trzymać się od tego człowieka z daleka ze względu na Jamesa. Nie jest pewna swoich uczuć; obecność Snape'a budzi uśpione w jej wnętrzu pokłady nostalgii i nie całkiem wygasłej sympatii, a jednocześnie coś ją od niego odpycha, jakby instynkt podpowiadał jej, że powinna go unikać dla własnego bezpieczeństwa. Co by powiedział Jim? — zastanawia się, patrząc w lustro. Grube, kasztanowe włosy opadają jej na ramiona, podkreślając niezdrową biel twarzy, od której odcinają się ciemne kręgi pod oczami. Wygląda jak upiór i tak też się czuje.

Harry biega po pokoju z pluszowym smokiem w ręku, z zachwytem obserwując, jak błoniaste skrzydła stwora na zmianę rozkładają się i składają, a z paszczy bucha obłoczek siwego dymu. Lily postanawia, że jeśli malec do końca tygodnia nie zacznie znowu mówić, zabierze go do Munga. Czoło chłopca przecina paskudna, szkarłatna blizna w kształcie błyskawicy. Może da się coś z tym zrobić? To na pewno niewielka cena za jego życie, lecz widok tej szramy niepokoi ją i złości. Nawet Albus nie potrafi dokładniej wyjaśnić, w jaki sposób Harry przeżył uderzenie klątwy i gdzie podziewa się Voldemort. Uznał, że na razie wydarzenia w Dolinie Godryka powinny pozostać tajemnicą do czasu, aż znajdzie dla nich jakieś spójne wytłumaczenie. Jak relacjonowali członkowie Zakonu Feniksa, wśród magicznej społeczności zaczęły się już jednak roznosić pierwsze, na razie ciche plotki o "chłopcu, który przeżył".

Sięga po szczotkę i w zamyśleniu rozczesuje włosy.

Co by powiedział Jim?

Harry potyka się i upada na kolanka, wypuszczając z rączki maskotkę. Pluszowy smok odbija się od dywanu i wpada pod szafkę. Oszołomione dziecko przez kilka sekund mruga oczami, po czym wygina usta w podkówkę i zaczyna pochlipywać.

— No już, już, nic się nie stało — mówi Lily, zbierając malca z podłogi. W objęciach mamy Harry natychmiast się uspokaja. — Zaraz znajdziemy smoka. Hop, hop, smoku, gdzie się schowałeś?

Lily kuca obok szafki i wsuwa pod nią rękę.

— Ach, tutaj jesteś!

Podaje maskotkę synkowi i w tym samym momencie ktoś puka dwukrotnie do drzwi. Kiedy zanosi Harry'ego do łóżeczka, delikatnie ściska ją w żołądku. Trochę się pospieszył, myśli.

Na korytarzu rzeczywiście stoi Snape, prawie niedostrzegalny w panującym tam mroku. Dopiero gdy nieco sztywnym ruchem ręki zaprasza go do środka, mężczyzna przestępuje próg mieszkania i rozgląda się po salonie. Lily nie bez ulgi zauważa, że też wygląda na zdenerwowanego. Z czymś na kształt wstydu wyciąga zza pleców płaską butelkę wypełnioną jakimś płynem.

— Robisz nalewki? — Lily ledwo tłumi trochę histeryczny chichot. Cała ta sytuacja w pokrętny sposób ją bawi, lecz zarazem odnosi niemiłe wrażenie, że tym spotkaniem zwyczajnie uwłacza sobie, Syriuszowi i przede wszystkim Jamesowi.

— To eliksir rozgrzewający — prostuje natychmiast Snape. — Smakuje jak piwo kremowe.

Gdzieś zniknęła jego pewność siebie. Przygląda mu się bacznie, gdy siada z wahaniem w fotelu. Zaszła w nim jakaś prawie nieuchwytna zmiana; wygląda odrobinę schludniej i zdrowiej, a jego szata jest jakby mniej pognieciona. Wszystkie te rzeczy osobno to jedynie niuanse niewidzialne dla niewprawnego oka, ale zebrane razem tworzą wrażenie dyskretnej metamorfozy.

— Jak minęły zajęcia? — zagaduje Lily, sadowiąc się na kanapie.

— Znośnie — odpowiada krótko Snape.

— Nigdy nie podejrzewałam cię o zacięcie pedagogiczne.

— Całkiem słusznie. Kariera nauczyciela nie należała do moich marzeń. — Severus odkręca z namaszczeniem butelkę i wlewa część jej bursztynowej zawartości do dwóch stojących na stoliku kubków. — Zabawne, jak potrafią się potoczyć ludzkie losy.

Nie rozumie dlaczego, ale to stwierdzenie uderza ją swoją ostatecznością.

— Chyba nie zamierzasz tu zostać do późnej starości? — docieka, nie mogąc wyobrazić sobie Snape'a jako sędziwego profesora, ani tym bardziej jako starca.

— Niektórzy nie mają do czego wracać — komentuje gorzko Severus. Naraz nieruchomieje i rzuca jej szybkie, wnikliwe spojrzenie.

Sprawdza, czy nie wzięłam jego uwagi do siebie, myśli Lily. Faktycznie, słysząc te słowa poczuła w sercu ukłucie melancholii, lecz przywołała się już do porządku. Sztuczność ich pogawędki trochę ją męczy. Powietrze między nimi jest ciężkie od niezadanych pytań i nieotrzymanych odpowiedzi.

— Dlaczego to robisz?

Drgnięcie jego ramion zdradza, że nie spodziewał się tak nieoczekiwanej zmiany tematu. Milcząc, patrzą sobie w oczy. Lily widzi, jak wyczekiwana przez nią odpowiedź dojrzewa powoli w umyśle Snape'a i zyskuje konkretną formę, jak wreszcie jego usta rozchylają się, a słowa drżą na koniuszku języka. W najdalszym zakątku jej świadomości pojawia się przeczucie, że wie, jak ta odpowiedź brzmi.

— Naprawiam swój błąd — mówi Severus, spuszczając wzrok.

Jest pewna, że nie to chciał powiedzieć, ale najwyraźniej w ostatnim momencie zmienił zdanie.

— Od tamtego dnia — kontynuuje Snape, z trudem dobierając słowa — niczego tak bardzo nie pragnąłem jak tego, żebyś mi wybaczyła.

Nie musi wyjaśniać, o jaki "tamten dzień" mu chodzi. Lily doskonale pamięta. Nieopisana tęsknota w spojrzeniu człowieka, którego kiedyś nazywała przyjacielem, wprowadza chaos w jej myśli.

— Wybaczyłam ci, już dawno. Niepotrzebnie się zadręczałeś. — Sięga odruchowo po jeden z kubków stojących na stoliku i oplata go dłońmi, czując rozchodzące się od palców fale ciepła.

Przez te w gruncie rzeczy żałosne deklaracje robi jej się nieswojo. Czuje się wyjątkowo nieprzyjemnie, bo wyznania Snape'a wzbudzają w niej jedynie pełne wyższości politowanie. Choć usiłuje dojrzeć w tym nawróconym śmierciożercy coś więcej, widzi w nim słabość, tylko słabość, która jest jak odbicie jej własnej niemocy.

— Dziękuję — szepcze Severus, a Lily ponuro myśli, że naprawdę nie ma za co.

— Syriusz jest w Azkabanie — rzuca z zaskoczenia i brzmi to jak wyzwanie. Chce sprawdzić jego reakcję.

— Czytałem — mówi ostrożnie Snape.

Lily zastanawia się, ile wysiłku kosztuje go zachowanie kamiennego wyrazu twarzy.

— To wszystko?

— Jeśli powiem, że mi przykro, znów zabrzmi to w twoich uszach obłudnie.

— Bo to po prostu będzie obłudne.

— Jak dobrze wiesz, twój mąż, Black i ja… nie przepadaliśmy za sobą. Ale nigdy, nigdy — podkreśla z mocą Snape — nie życzyłem im tego, co ich spotkało.

Lily nie potrafi mu uwierzyć. Jest przekonana, że jakaś cząstka duszy Severusa tryumfuje, gdy dawni wrogowie zostają poniżeni przez los i upadają. Może po prostu chce, żeby Snape okazał się właśnie taki: mściwy i pamiętliwy, by móc go ze wstrętem odepchnąć, zrzucić na niego winę za to, co się stało, zakrzyczeć wciąż powracające poczucie winy. Chce jednoznacznego zapewnienia, że to nienawiść tego człowieka zabiła Jima, że prześladowała ich, ciążyła jak klątwa nad jej rodziną, zsyłając na nią nieszczęścia. Potrzebuje prostego wytłumaczenia, inaczej świat nigdy nie odzyska sensu.

— Lily…

Nie pamięta, kiedy ostatnio słyszała swoje imię padające z jego ust. Ogarnia ją tak dziwne uczucie, że jej ciało natychmiast pokrywa gęsia skórka. Nie spodziewała się, że będzie im dane kiedykolwiek ponownie się spotkać. Prowadzili zupełnie różne, odległe od siebie życia, a jednak ich ścieżki znów się zeszły w najmniej spodziewanym momencie. Czy mieli dostać drugą szansę? Drugą szansę na co? Na kolejne, jeszcze większe rozczarowanie?

— Czy twoim zdaniem… Czy między nami mogłoby być tak jak kiedyś? — pyta cicho Snape.

Lily wpatruje się w milczeniu w ściskany w dłoni kubek. Bursztynowy eliksir burzy się i miesza, kusi ciepłem i zapachem.

— Łatwiej zacząć od początku — odpowiada, odstawiając go na stół. — Sprawdzę, co u Harry'ego.

Wstaje, udając, że nie zauważyła źle maskowanego grymasu zniecierpliwienia na twarzy Severusa. Idzie do pokoju synka i podchodzi do łóżeczka. Dziecko bawi się maskotkami, ale na jej widok traci nimi zainteresowanie i wyciąga ku niej rączki.

— Mama!

Lily na krótką chwilę zamiera. Czy to możliwe…?

— Maamaaa!

Ledwie powstrzymuje łzy radości. Porywa malucha w objęcia i obsypuje go bez opamiętania pocałunkami, czując, jak chociaż na ten jeden moment przygniatający ją ciężar ostatnich dni całkowicie znika i liczy się tylko ona, jej maleńki synek oraz to słowo, które jest jak chętnie zdradzona słodka tajemnica.

— Tak, mój śliczny skarabeuszku, to ja, twoja mamusia! — Z całych sił przytula Harry'ego do siebie, mrucząc pod nosem: — Och, Boże, dziękuję, dziękuję…

Dopiero po pewnym czasie zauważa stojącego w drzwiach, opartego o futrynę Snape'a. Mężczyzna obserwuje rozgrywającą się w pokoju scenę ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i uniesionym lekko kącikiem ust. Napotykając jej rozpromienione spojrzenie, zmusza się do krzywego uśmiechu.

Lily po raz drugi tego dnia myśli, że może wszystko jakoś się ułoży.