Betowała Pantera.
7.
Krata z przeciągłym zgrzytem opada i uderza w ziemię. Jeszcze przez jakiś czas dźwięk błąka się po kamiennych korytarzach i wraca echem jak rozdzierający krzyk, aż w końcu pochłania go absolutna cisza i znów wszystko zamiera. Lily pociąga lekko nosem, szczelniej otulając się płaszczem. Odkąd tylko przekroczyli próg więzienia, od pierwszej minuty towarzyszy im przejmujący chłód, skradający się za nimi jak złodziej, który porywa dobre myśli i drżące na skórze drobiny ciepła. Przed nimi dryfuje w powietrzu srebrny feniks, świetlisty drogowskaz prowadzący wśród ciemności do celu. Raz czy dwa Lily wydaje się, że w głębi mijanych korytarzy dostrzega jakiś gwałtowny ruch i rozmyty kształt, lecz gdy odwraca w tamtym kierunku głowę, widzi jedynie napierający na nich zewsząd mrok. Są jak żywi zakłócający spokój zmarłych; Azkaban to grobowiec ludzi skazanych na zapomnienie, gdzie mury przechowują pamięć niewypowiedzianej złości i żalu. Na krańcach jej umysłu wciąż drgają bezcielesne chichoty, szlochy i szepty i Lily nie rozróżnia już, co słyszy naprawdę, a co jest wymysłem wyobraźni. Czasami ma wrażenie, że pośród tych ulotnych głosów słyszy płacz Jamesa.
Dumbledore zerka na nią raz po raz, jakby czekał na najmniejszy pretekst, żeby móc ją natychmiast zabrać z tego przeklętego miejsca. Właśnie dlatego Lily musi bardzo uważać i nie okazywać żadnych emocji. Syriusz jest tak blisko, nie może go zawieść, nie w tym momencie. Teraz, kiedy zaczyna rozumieć, czym jest Azkaban, czuje jeszcze silniejszą determinację, aby uchronić przyjaciela przed przerażającym losem. Nie Łapa, tylko nie on.
— To tutaj — mówi nagle dyrektor, przystając przed okutymi żelazem drzwiami z niewielkim zakratowanym okienkiem u góry.
Po plecach Lily przechodzi dreszcz lęku i zarazem podekscytowania. Ich wędrówka opustoszałymi korytarzami i klatkami schodowymi zdawała się nie mieć końca, ale teraz wreszcie ujrzy twarz Syriusza, będzie mogła podtrzymać go na duchu, zapewnić, że już pracują nad jego uwolnieniem, powiedzieć, żeby się nie martwił, że wszystko będzie dobrze. Z przejęcia zaschło jej w gardle i zapomniała, o czym konkretnie chciała z nim porozmawiać. Natarczywa obecność Dumbledore'a ją peszy.
— Przepraszam… — Chrząka i pyta szeptem: — Czy mogłabym z nim zostać sama?
Czarodziej patrzy na nią zaskoczony i chyba trochę dotknięty.
— Wrócę za dziesięć minut. Będę przy kracie — odpowiada z oporem, po czym surowo dodaje: — Patronus zostaje.
Choć plecy dyrektora Hogwartu są już ledwie widoczne w oddali, Lily ciągle tkwi w tym samym punkcie, wpatrzona w małe, ciemne okienko, za którym znajduje się cela Syriusza. Dziesięć minut. Przygryza wargę i gorączkowo zastanawia się, co powinna mu powiedzieć. Słyszy w uszach łomot własnego serca, który brzmi jak rytmiczne dudnienie dobiegające z podziemi Azkabanu, jakby coś próbowało wydostać się na wolność. Co powiedzieć? Odrywa stopę od podłogi. Jeden krok, drugi… Powietrze jest gęste jak woda, jej ruchy ociężałe i spowolnione. Żeby zajrzeć przez zakratowane okienko do celi, musi stanąć na palcach i oprzeć się o drzwi.
Kiedy wzrok przyzwyczaja się do panującego tam mroku, rozpraszanego jedynie przez poświatę patronusa i pochodni, Lily dostrzega w kącie pomieszczenia skuloną na pryczy, okrytą wystrzępionym kocem postać. Przez chwilę jest pewna, że nie wytrzyma i się rozklei, ale przywołuje się do porządku.
— Syriuszu — woła, usiłując wykrzesać ze swojego schrypniętego głosu odrobinę ciepła, lecz przypomina to iskrę zagubioną w śnieżnej zawiei.
Głowa postaci natychmiast przekręca się w jej stronę i w ciszy słychać chrapliwe westchnięcie.
— Syriuszu, to ja — powtarza szeptem Lily.
Obserwuje, jak mężczyzna niezgrabnie wstaje z pryczy i podchodzi do drzwi. Z cienia wynurzają się najpierw czarne, błyszczące oczy Syriusza, a następnie jego blada twarz z zapadłymi policzkami i ustami zaciśniętymi w wąską linię. Lily ma wrażenie, że zza ludzkiego oblicza spoziera na nią pysk psa, jakby coś poszło nie tak w animagicznej metamorfozie. Ruchy czarodzieja są podszyte jakąś nienaturalną dla człowieka dzikością i płochliwością. Syriusz unosi rękę i przecisnąwszy dwa palce przez kraty, delikatnie przesuwa ich opuszkami po policzku Lily. Na jego twarzy wreszcie pojawia się cień zrozumienia. Sekundę później przysłania go groza.
— Skończony kretyn! — Syriusz odsuwa się od drzwi i ku przerażeniu Lily wybucha histerycznym śmiechem. — Kompletny, skończony idiota! — chichocze, krztusząc się łzami.
— Syriuszu, przestań! Natychmiast! — Lily oblewa zimny pot. Nigdy nie widziała przyjaciela w takim stanie.
— Jestem kretynem. Zasługuję na to, co mnie spotkało — mamrocze niewyraźnie mężczyzna, a jego ramiona podskakują od tłumionego śmiechu. Albo szlochu. — Za to, co was spotkało… ciebie… małego… i… Przepraszam, przepraszam, błagam, musisz mi wybaczyć…
— Nie mów tak! Przestań!
— Jim, kurwa, JIM! Zostaw mnie, pozwól mi tutaj zgnić!
— DO CHOLERY, TO NIE TWOJA WINA!
Krzyk Lily rozbija się na dziesiątki głosów, które dźwięczą pod sufitem i powtarzają: twoja wina… twoja wina… wina… wina… wina…
Syriusz patrzy na nią badawczo i ponownie przysuwa się bliżej.
— Żyjecie POMIMO tego, co zrobiłem — cedzi powoli. — Przez swoją głupotę skazałem was na śmierć. To ja powinienem był umrzeć, to ja… — Głos zaczyna mu drżeć. — Zostaw mnie. Zapomnij o mnie.
— Jim nigdy by tego nie zrobił.
— Jim nie żyje! — Okrzyk mężczyzny przypomina przepełniony bólem skowyt. — NIE ŻYJE, BO JA GO ZABIŁEM!
— O czym ty mówisz?! — Lily z przerażeniem kręci głową. — Proszę, uspokój się!
— Nie rozumiesz? To ja namówiłem Jamesa, żeby zrobił tego małego skurwysyna Strażnikiem Tajemnicy! To ja przekonałem go, żeby zaufał temu bydlakowi!
Słysząc te słowa, Lily czuje bolesny skurcz serca.
— Każdy z nas mógłby się złamać… Musieli… Musieli go bardzo długo torturować — zaczyna, ale przerywa jej tym razem już wyraźnie obłąkańczy rechot Syriusza.
— O tak, tak, tak! Mały bohater Peter ledwo się w majty nie sfajdał ze szczęścia, gdy mógł osobiście wyjawić swojemu panu, gdzie przebywają ci przeklęci Potterowie! — szydzi mężczyzna. — Chciałbym wiedzieć, za ile ta szmata was sprzedała!
Lily robi się nagle słabo, gdy powoli dociera do niej niechciana, zagrzebana na dnie świadomości prawda. Obraz przed jej oczami zaciera się i ciemnieje na obrzeżach. W głębi duszy wiedziała, od początku wiedziała… Jadę na kilka dni do mamy. Nie będziemy się widzieli, więc już teraz życzę wam niezapomnianego Halloween. Peter zakłada kapelusz i puszcza do niej oko, niewprawnie naśladując w tym Jima i Syriusza. Może weźmiesz na drogę ciasteczko, Pete? Twoje ulubione! Dla ciebie dałbym się pokroić, Lily, ale dieta to dieta. Odsuń się, głupia… odsuń się, i to już…
— Rzuciłem się za nim w pościg — kontynuuje nieobecnym głosem Syriusz, zapatrzony w punkt gdzieś ponad jej ramieniem. — Chciałem was pomścić… Chciałem go po prostu zabić. Jeszcze nigdy nie czułem do nikogo tak wielkiej nienawiści…
Lily odczuwa nienawiść Syriusza. Żyły tłoczą ją wraz z krwią prosto do jej serca, roznosząc jak truciznę po całym ciele. Zaciska drżące dłonie w pięści. Próbuje zachować trzeźwość umysłu.
— Dopadam go… Ulica… Pełno ludzi… — Syriusz bełkocze, a jego oczy stopniowo rozszerzają się. — Wszędzie pełno ludzi…
— Syriuszu, błagam, skup się — prosi rozpaczliwie Lily. — Powiedz mi, co się dokładnie stało.
— Zauważył mnie… Coś do mnie mówi… Zdradziłem was, zdradziłem Zakon… Ludzie się gapią…
— Kto pierwszy rzucił zaklęcie?
Syriusz opuszcza powieki i opiera czoło o kratę.
— Wszystko działo się tak szybko… Było takie niejasne… Poniosło mnie…
Ręce Lily drętwieją z zimna, od długiego stania na palcach bolą ją nogi.
— Proszę, to jest ważne. Chcemy ci pomóc.
— Nie pamiętam… Jednocześnie wyciągnęliśmy różdżki…
— Musisz sobie przypomnieć! — nalega zdesperowana Lily.
W tym momencie Syriusz gwałtownym szarpnięciem podrywa głowę do góry. Jego twarz wykrzywia tak okropny, zwierzęcy grymas agresji, że Lily traci równowagę i prawie przewraca się na posadzkę.
— Chciałem go za wszelką cenę zabić.
Boi się, boi się swoich pytań, ale jeszcze bardziej boi się jego odpowiedzi.
— Kto rzucił zaklęcie wywołujące eksplozję? — pyta przez dzwoniące ze strachu zęby.
Syriusz robi krok do tyłu, a z jego twarzy w ułamku chwili znikają ślady jakichkolwiek emocji. Patrzy na nią, jakby nie rozumiał, o co jej chodzi. Po długim czasie mówi obojętnie:
— Nie wiem.
Lily wpatruje się w niego ze zgrozą, ledwie rejestrując zbliżające się z końca korytarza kroki.
— Wyciągniemy cię stąd — rzuca przez ściśnięte gardło.
— On żyje, Pettigrew żyje — niespodziewanie wpada jej w słowo Syriusz.
— Co? Co takiego? — pyta Lily z niedowierzaniem. Kątem oka widzi sylwetki nadchodzącego Dumbledore'a i dwóch towarzyszących mu magów.
— Będzie was szukał, ciebie i Harry'ego, nie spocznie, dopóki was nie znajdzie…
— Ale Syriuszu, Peter zginął — tłumaczy z rosnącym niepokojem Lily. — Zabiła go eksplozja.
Czarodziej potrząsa głową i coś mruczy pod nosem. Dumbledore mierzy Lily zasępionym wzrokiem, po czym otacza ją ramieniem i idą razem w górę korytarza, odprowadzani przez nieskładne mamrotanie Syriusza.
8.
Siedzi odrętwiała z podkulonymi nogami w fotelu, wpatrując się w strzelający głośno w kominku ogień. Próbuje zapomnieć o Azkabanie, żywych cieniach czających się w zakamarkach pustych korytarzy oraz przyjacielu zamkniętym w celi i zagubionym pośród bezcielesnych szeptów i krzyków, będącym tam tak bardzo, zupełnie nie na miejscu. Gdzie się podział jej Łapa? Co stało się z tym dzielnym, niezłomnym człowiekiem, zawsze gotowym poświęcić się dla dobra tych, których kocha? Czy nie powtarzałeś nam ciągle, Syriuszu, że musimy być silni, że nigdy nie wolno nam się poddawać? Że musimy walczyć, nawet gdy wygląda na to, że przegraliśmy, musimy walczyć! Potrzebujemy cię, Syriuszu, potrzebujemy cię teraz bardziej niż kiedykolwiek… Dlaczego nie powiedziała mu tego wtedy, w więzieniu, gdy zachłannie przyciskał twarz do krat, szukając pocieszenia? Znowu spanikowała, przestraszył ją obłąkany chichot, spojrzenie kogoś obcego, kto patrzył przez nią, jakby była tylko mglistym wspomnieniem dawno minionego, lepszego życia. Pragnęła zobaczyć Syriusza, ale gdy stanęli naprzeciw siebie, nie poznała go, bo nie takiego Syriusza oczekiwała. Miejsce przystojnego, pewnego siebie mężczyzny zajął budzący litość nieznajomy, którego przygarbiona i znękana sylwetka drży jej pod powiekami, ilekroć zamyka oczy.
Czuje spływającą po policzku łzę. No jasne, a miała nie płakać. Kiedy wreszcie przestaniesz uciekać, Lily? Boisz się? Jestem zwyczajnie za słaba, myśli z żalem i złością. Śmierć i szaleństwo to chyba łatwiejsze rozwiązanie; niweluje ból, daje zapomnienie. Są też jednak ci, którzy zostają… To oni muszą dźwigać ciężar walki i tego, co następuje po niej. Jeśli nie zniszczy ich wojna, w końcu zrobi to pamięć.
Drzwi się uchylają i ktoś wchodzi cicho do komnaty. Po krokach poznaje Remusa. Mężczyzna siada w fotelu naprzeciwko i spogląda na nią w milczeniu. Nie ma odwagi odwzajemnić jego spojrzenia.
— Zbyt… zbyt długo zwlekaliśmy — mówi Lily stłumionym głosem i pociera nerwowo wilgotny policzek. — Niepotrzebnie tam poszłam. Tylko dodatkowo namieszałam.
Lupin zaciska lekko usta, a jego wzrok na chwilę ucieka w kierunku kominka.
— To nie dementorzy byli głównym problemem, prawda? — bardziej stwierdza niż pyta Lily. — To nie dlatego nie chcieliście, żebym pojechała do Azkabanu.
Z piersi Remusa wyrywa się ciężkie westchnienie. Czarodziej ze strapieniem przejeżdża ręką po włosach i w tym momencie bezradności w jakiś irracjonalny sposób tak bardzo przypomina jej Jima, że mimo woli wstrzymuje oddech.
— Nie chcieliśmy niczego przed tobą ukrywać.
— Na przykład tego, że Syriusz oszalał — podsuwa niemal bezgłośnie Lily.
— Syriusz nie… — Remus urywa, ale nie przestaje z przesadną gorliwością kręcić głową. — Nie mógłby. Nie on, nigdy.
— Nie widziałeś go. Był… — Zmartwiała twarz Lupina uświadamia jej, że tkwi w błędzie. Z niedowierzaniem pochyla się ku niemu. — Widziałeś…? Widziałeś Syriusza?
— Tylko przez kilka sekund. Zanim zabrali go aurorzy. — Remus zakrywa oczy dłonią, jakby wstydził się jej obecności.
— Co robił? Coś powiedział?
— Śmiał się — słyszy suchą odpowiedź. — Cały czas się śmiał.
Lily odgania od siebie niemiłe wspomnienie chichoczącego w celi Łapy. Wstaje z fotela i klęka koło Lupina, delikatnie ciągnąc przyjaciela za rękaw marynarki.
— Przecież znasz go, Remi — przekonuje. — Powiedz, czy Syriusz mógłby narazić ludzi na niebezpieczeństwo? Narazić kogokolwiek na śmierć? No powiedz!
Remus wzbrania się chwilę przed jej dotykiem i niecierpliwym spojrzeniem, jednak ostatecznie daje za wygraną i niechętnie zsuwa dłoń z twarzy. Jego oczy są stare i przygaszone, jakby należały nie do młodego mężczyzny, lecz do człowieka, który przeżył setki niespokojnych lat, by u kresu drogi utracić wolę walki.
— Chciałbym — mówi tak cicho, że jego głos prawie niknie pośród trzasków płonącego w kominku drewna. — Ale nie mogę.
Te słowa wstrząsają Lily bardziej, niż jest w stanie to przyznać przed samą sobą. W tym krótkim przebłysku świadomości, gdy wszystko staje się klarowne i objawia się w nowym świetle, zaczyna rozumieć, że istnieją rzeczy, o których Jim nigdy jej nie mówił, a Remus nigdy nie powie. Większe i mniejsze okruchy zdarzeń spajające świat, do którego ona nie należała, wychwytując jedynie jego odległe echa w enigmatycznych półuśmiechach, porozumiewawczych spojrzeniach i zdawkowych uwagach rzucanych niespodziewanie w toku konwersacji. Zawsze był dość porywczy. Jeśli Remus rzeczywiście zna Syriusza lepiej od niej… Jak mogła myśleć, że ci czterej magowie, ukryci pod przedziwnymi imionami, tak łatwo zdradzają swoje tajemnice? Co naprawdę wiedziała o Glizdogonie, Lunatyku, Łapie i Rogaczu?
Zostawcie go! Co on wam zrobił? No wiesz... to raczej kwestia tego, że on istnieje... jeśli wiesz, co mam na myśli... Syriusz i Peter wybuchają śmiechem. Lupin mocniej pochyla się nad książką.
Lily podrywa się z podłogi, czując, jak cierpnie jej skóra. Podchodzi do okna i opiera czoło o lodowatą szybę.
— To niesprawiedliwe — mruczy, a fragment szkła muśnięty jej oddechem pokrywa się mgiełką. — To po prostu niesprawiedliwe.
Skupia wzrok na majaczącym na zewnątrz w zapadającym zmroku konturze drzewa, podświadomie wyczekując zakapturzonej sylwetki, która nagle wyłoni się zza pnia i znów będzie długo obserwować ją z cienia. Nie ma go. Może gdyby powiedziała wtedy Jimowi… Nie ma go. Sama nie wie, czy odczuwa z tego powodu ulgę czy wręcz przeciwnie.
— Syriusz ci ufał — wytyka oskarżycielskim tonem. Brzmi to dość dziecinnie.
Przez szparę dostrzega, jak Syriusz nachyla się w stronę Jima. Z korytarza słyszy ich ściszone głosy. Wilkołaki przyłączają się do Voldemorta. James ściąga brwi i mechanicznym ruchem przejeżdża dłonią po włosach. Zawsze maskuje tym gestem zdenerwowanie i bezsilność. Spogląda z niepokojem na przyjaciela. Wszystkie? Syriusz spuszcza wzrok i zaczyna się bawić krawędzią obrusa. Wygląda, jakby tłumił w sobie gwałtowne emocje. Hamował cisnące się na usta słowa. Lily popycha drzwi i wnosi do salonu tacę z herbatą. Stawia ją na stole i zerka na męża. Remus nie wpadnie? Nie. Oczy Syriusza ciemnieją.
Lily zaciska powieki. Patrzyła, ale nie widziała. Nie chciała tego widzieć, lecz teraz wszystkie te tak długo odrzucane przez pamięć momenty powracają ze zdwojoną siłą. Kolejny etap wojny: niepostrzeżenie nadchodzi dzień, kiedy nagle zdajesz sobie sprawę, że przestajesz ufać otaczającym cię ludziom. Wszyscy co do jednego wydają się słabi, podatni na manipulacje i sztuczki przeciwnika. Wokół ciebie roi się od potencjalnych zdrajców. Potem może być już tylko gorzej.
— Ufał… na ile pozwalał mu na to rozsądek — dobiega tuż zza jej pleców głos Remusa. Nie ma w nim żalu, jest jedynie ślad znużenia.
Lily odwraca się i kładzie głowę na ramieniu czarodzieja. Wodzi nieobecnym wzrokiem po młodzieńczej twarzy przedwcześnie naznaczonej zmęczeniem i zgryzotą, powstrzymując wzmożoną, niewytłumaczalną chęć sięgnięcia dalej, do samego umysłu. Czy gdyby dostała taką możliwość, gdyby zajrzała w jego myśli i odłamki wspomnień, chociaż przez chwilę doświadczała tego, co on, tak, jak on, czy Lunatyk ukazałby jej się takim, jakim go rzeczywiście znała — czy raczej zobaczyłaby całkiem obcego człowieka? Przysuwa się i wczepia mocniej w marynarkę Lupina, licząc szybkie uderzenia jego serca. Próbuje sobie wyobrazić, że to serce Jima wraca do życia. Chwyta się kurczowo nawet najbardziej mglistych podobieństw między Remusem a Jamesem, nienawidząc wciąż tlącej się w niej nadziei. Lupin obejmuje ją z wahaniem, jakby obawiał się, że gwałtowniejszy ruch może spowodować jej zniknięcie albo mieć inne nieprzewidywalne skutki.
— Dlaczego Peter? — pyta Lily. — Czy to nasza wina?
— Nasza…? — dziwi się Remus.
— Może czuł się zbędny. Niepotrzebny. Najmniej fajny, mądry, zabawny…
— To była wyłącznie jego decyzja. — W głosie Lupina pojawia się chłód.
— Tak, ale coś ją spowodowało.
— Bronisz go?
— Nie, próbuję zrozumieć…
— Nasza… Chcesz powiedzieć, że to Syriusz, James i ja… że to my jesteśmy winni, tak?
Lily unosi głowę i robi krok w tył. Z przestrachem obserwuje ściągniętą w złości twarz mężczyzny. W zasadzie pierwszy raz widzi go tak wytrąconego z równowagi.
— P-przepraszam, ja… — jąka się, usiłując zebrać myśli. — Nie to miałam…
Dłonie Lupina na sekundę zaciskają się na jej ramionach, lecz już po chwili uchwyt słabnie, a oblicze czarodzieja łagodnieje.
— Wybacz, Lily. — Remus przyciąga ją z powrotem do siebie i rozkojarzony całuje w skroń. — Chyba zaczyna mi odbijać.
— Witaj w klubie. — Lily posyła mu bardzo markotny uśmiech. — Więc od kiedy wiedzieliście? Że w Zakonie jest zdrajca?
— Nie wiedzieliśmy… — Lupin kręci głową. — Inaczej bylibyśmy ostrożniejsi. Syriusz i… i James coś podejrzewali, ale nie mieli pewności. Myśleli, że to mogę być ja. — Krzywi się. Widząc jej przepraszające spojrzenie, unosi rękę w uspokajającym geście. — Nie winię ich za to. Wiadomo… Sam bym się podejrzewał, gdybym nie wiedział, że jestem niewinny.
— Jim nic mi o tym nie mówił. — Lily nie kryje rozczarowania.
— Pewnie nie chciał cię martwić — spieszy z wyjaśnieniem Remus. — Taki już jest… był… — poprawia natychmiast z grymasem bólu. — Nikt natomiast nie brał pod uwagę Petera…
— Jak zwykle — wtrąca cierpko Lily.
— Proszę, nie zaczynaj…
— To nie jest współczucie… W każdym razie nie o to mi chodzi. Jak uważasz, dlaczego to właśnie Peter został Strażnikiem Tajemnicy?
Lupin milknie. Rzuca w jej stronę tylko dwa ukradkowe spojrzenia, ale to w zupełności wystarcza, żeby kolejny raz zdołała dostrzec w nich nieumiejętnie skrywane wyrzuty sumienia.
— Jim i Syriusz nigdy mi tego nie powiedzieli. Nie musieli — mówi mu na poły karcącym tonem.
Po jego minie zgaduje, że Remus jest teraz w rozterce; rozważa gorączkowo, którą strategię obrony przyjąć.
Mały Peter nas wszystkich ograł, myśli Lily. A umierając, zdążył jeszcze pociągnąć za sobą Syriusza. On żyje, Pettigrew żyje, szepcze nieprzytomnie w tyle jej głowy znajomy głos. Będzie was szukał. Podobno matka Petera dostała palec swojego syna w szkatułce.
— Chciałabym, żeby Syriusz był tutaj z nami.
— Pomożemy mu — odzywa się w końcu Lupin, rezygnując z kontynuowania poprzedniego wątku. — Tylko obiecaj, że nie zrobisz niczego pochopnego.
9.
— Proszę podać imię, nazwisko i sprawę.
— Lily Potter. Mam drobny problem z samowarem. Złośliwie pluje wrzątkiem, a nocami klekocze pokrywką. Podejrzewam, że jest obłożony jakąś klątwą.
— Dziękuję. Proszę wziąć plakietkę i przypiąć ją sobie na piersi. Przypominamy o konieczności poddania się kontroli osobistej i okazania różdżki do rejestracji przy stanowisku ochrony, które mieści się w końcu atrium. Ministerstwo Magii życzy miłego dnia.
— Zobaczymy — mruczy pod nosem Lily, gdy podłoga budki telefonicznej zaczyna opadać.
Na widok ludzi kręcących się po atrium ogarnia ją chwilowa panika. Nie ma specjalnej ochoty wchodzić w jakiekolwiek interakcje ze znajomymi, a co dopiero z obcym tłumem. Czuje się jak wybudzona z długiego, głębokiego snu; toczące się wokół normalnym trybem życie onieśmiela ją, a czasem nawet przeraża, kiedy zdaje sobie sprawę, że coraz wyraźniej zostaje w tyle, zamknięta w swojej żałobie i odizolowana w zamku. Przypatruje się bladym, obojętnym obliczom śpieszących dokądś czarodziejów i ma wrażenie, że należą do zupełnie innego niż ona świata. Jej ruchy są niezdarne, a krok tak niepewny i chwiejny, jakby tygodniami leżała przykuta do łóżka i teraz na nowo uczyła się chodzić. Przebrnięcie przez atrium okazuje się prawdziwą mordęgą; głosy mijanych ludzi osaczają ją i wybuchają w głowie kakofonią dźwięków, atakując zmysły przytłumione zwykle panującą ostatnio wokół niej ciszą.
— Urząd Niewłaściwego Użycia Czarów, poziom drugi — informuje znudzony strażnik, oddając jej po sprawdzeniu różdżkę Jamesa. To już zawsze będzie różdżka Jamesa, choć magiczny kawałek drewna szybko zaakceptował nową właścicielkę.
Lily zdawkowo dziękuje i natychmiast oddala się, żeby nie dać mu szansy na dokładniejszą analizę jej twarzy i plakietki. Wraz z grupą pogrążonych w rozmowie urzędników wciska się do windy. Ściany korytarzy na drugim piętrze oblepiają listy gończe, z których śledzą ją czarne oczy zbiegłych śmierciożerców. Lily lekko sztywnieje ze strachu, lecz nie zamierza się cofać przed ich drapieżnymi spojrzeniami. Mija pomieszczenia Urzędu Niewłaściwego Użycia Czarów oraz Kwatery Głównej Aurorów, a jej wzrok prześlizguje się po tabliczkach przytwierdzonych do drzwi. Gdy w końcu odnajduje te właściwe, wyrzuca zepsuty samowar do kosza i bez pukania wchodzi do środka gabinetu.
— Prosiłem, żeby mi nie przeszkadzać. Muszę przejrzeć te dokumenty przed rozprawą — słyszy poirytowany głos. Bartemiusz Crouch siedzi przy ogromnym biurku zasłanym stertami teczek i pożółkłych rolek pergaminu, studiując w skupieniu jakieś akta.
— Rozprawą? — prycha Lily, mocniej zaciskając dłoń na klamce. — Czy sprawa nie jest oczywista?
Crouch odrywa wzrok od dokumentu i zerka na nią znad okularów, wyraźnie zaskoczony.
— Przepraszam, myślałem, że to ktoś z Wizengamotu — tłumaczy, wstając i kryjąc cień zmieszania, po czym dodaje z chłodną uprzejmością: — Wydaje mi się, że nie byłem na dziś z nikim umówiony, panno…?
— Pani — poprawia Lily oziębłym tonem. — Lily Potter.
Ledwo uchwytne drgnięcie jego ust zdradza, że jej nazwisko nie jest mu obce, ale poza tym czarodziej nie daje po sobie poznać żadnych emocji.
— Nie przyjmuję interesantów, pani Potter. Jeśli ma pani jakąś sprawę związaną z Departamentem Prawa, proszę się skonsultować z moim asystentem. Zaraz go zawołam.
— Nie ma takiej potrzeby. — Lily, nie spuszczając mężczyzny z oka, jednym, energicznym ruchem zatrzaskuje za sobą drzwi. — Nie zajmę panu dużo czasu.
Crouch zamiera w pół kroku. Jego zszokowana mina świadczy o tym, że nieczęsto ma do czynienia z tego typu sytuacjami. Jako najwyższej rangi urzędnik zapewne przyzwyczaił się do okazywanego mu posłuszeństwa i rutyny, a jej zachowanie zdecydowanie nie mieści się w ramach ustalonych reguł i jest niewątpliwie wbrew wszelkim procedurom. Lily spokojnie podchodzi do biurka, a następnie, nie czekając na reakcję czarodzieja, podsuwa sobie krzesło i siada. Posyła mu wyzywające spojrzenie. Crouch dwukrotnie mruga i lekko się otrząsa. Na jego twarz powraca wyraz nieugiętej zawziętości, jednak w oczach pojawia się coś na kształt analitycznego zainteresowania.
— Powinienem stąd panią wyprosić… — mówi powoli, obserwując ją, jakby była przedmiotem jakiegoś eksperymentu.
— Powinien pan…?
— Albo wezwać strażnika — dokańcza Crouch z namysłem.
— Nie zrobi pan tego? — pyta przekornie Lily, decydując się na podjęcie tej dziwnej gry.
Mężczyzna znów zajmuje miejsce za biurkiem. Jego ruchy wydają się przesadnie płynne i precyzyjne, jak gdyby odtwarzał wyuczoną wcześniej scenę. Zdjąwszy okulary, odkłada je z pietyzmem na bok.
— Proszę przyjąć moje kondolencje — odzywa się wreszcie bezbarwnym tonem po dłuższej chwili milczenia.
— Dziękuję — odpowiada mu bardziej z przyzwyczajenia niż prawdziwej wdzięczności Lily. Od razu postanawia jednak przejść do sedna: — Zapewne domyśla się pan, dlaczego tutaj jestem.
— Istotnie. Po wyświadczeniu Albusowi Dumbledore'owi tej małej przysługi mogłem się tego spodziewać.
Lily poprawia się niecierpliwie na krześle. Denerwuje ją suchy i rzeczowy sposób, w jaki czarodziej wypowiada się o ich wizycie w Azkabanie, a tym samym skrajnie beznadziejnej sytuacji jej przyjaciela. Spędziła cały wczorajszy dzień, układając w głowie szczegółowy plan rozmowy z szefem Departamentu Prawa i przygotowując argumenty, które miałyby przekonać go do zmiany stanowiska. Rozważała najpierw powołanie się na bliskie pokrewieństwo Croucha z rodem Blacków, ale po krótkim zastanowieniu odrzuciła tę opcję, bo najprawdopodobniej już na wstępie jedynie by go rozzłościła. Czarodziej zdawał się niezwykle przeczulony na punkcie praworządności, więc przypominanie mu, że ma w rodzinie czarne owce, nie należało do dobrych pomysłów. Przez pewien czas była nawet gotowa przybyć do Ministerstwa z Harrym w ramionach, aby widok małego, na wpół osieroconego dziecka, teraz jeszcze pozbawionego ojca chrzestnego, jakoś go poruszył albo wzbudził w nim wyrzuty sumienia, lecz w końcu stwierdziła, że nie zamierza ryzykować bezpieczeństwa syna. Pozostawały zatem tradycyjne metody perswazji. Ostatecznie ma przecież do czynienia z inteligentnym magiem, a Dumbledore, choć zdystansowany, zawsze wyrażał się o nim z szacunkiem.
— Doszło do pomyłki. Syriusz Black jest niewinny. — Widząc, jak brwi Croucha nieznacznie się unoszą, dodaje szybko: — Nie żądam, żeby go pan natychmiast uwolnił. Proszę jedynie o możliwość obrony. Uczciwy proces.
Mężczyzna cicho wzdycha i zerka przelotnie na drzwi.
— Dlaczego miałbym robić ten wyjątek?
Lily musi przyznać w duchu, że akurat tak bezpośredniego pytania się nie spodziewała.
— W tej sprawie jest dużo niejasności — tłumaczy trochę zbyt żarliwie. — Na pewno sam pan to dostrzega.
— Pani Potter — zaczyna zasadniczo Crouch, splatając dłonie przed sobą na blacie biurka. — Przybyła pani tutaj w przebraniu, po, jak rozumiem, konsultacji z Albusem Dumbledore'em, żeby wszelkimi dostępnymi sobie sposobami wpłynąć na niezależną decyzję wymiaru sprawiedliwości?
Lily poprawia nerwowym ruchem perukę, czując wkradający się na jej policzki rumieniec. Może trzeba było jednak użyć zaklęcia? Nie wiedziała, jak bariery zabezpieczające Ministerstwo reagują na metamorfomagię.
— Nie konsultowałam z Albusem Dumbledore'em mojej tu obecności, ani tym bardziej mojego przebrania — odpiera z ledwie hamowaną złością. — I o jakiej sprawiedliwości pan mówi? Takiej, która każe zamykać ludzi w więzieniach bez żadnych wystarczających dowodów?
— Czy nie uznaje pani trzynastu bardzo konkretnych dowodów za wystarczające? Jak wielu dowodów pani potrzebuje?
— Przecież nie macie… nie możecie mieć pewności, że to Syriusz ich zabił!
— Obawiam się, że mamy — mówi z zimnym spokojem Crouch.
— Jak to? — Oddech niemal więźnie jej w gardle.
— Powołani przez Departament eksperci ustalili, że na szczątkach ofiar eksplozji znajdują się drobiny magii pochodzącej z różdżki Syriusza Blacka — informuje czarodziej, a w jego głosie pobrzmiewa nuta satysfakcji.
— Ale to nie znaczy… Skąd ta stuprocentowa pewność… — Lily urywa, gdy wzburzenie i gwałtowny przypływ lęku niemal odbierają jej mowę.
Kto pierwszy rzucił zaklęcie? Nie pamiętam… Jednocześnie wyciągnęliśmy różdżki… Chciałem go za wszelką cenę zabić.
Crouch momentalnie odczytuje jej wahanie i wykorzystuje sytuację do zadania kolejnego ciosu.
— Być może — mówi cicho — jednak nie znała pani swojego przyjaciela tak dobrze.
Lily w niemej wściekłości zaciska dłonie na fałdach spódnicy. Nie może sobie darować tego, że choć na chwilę zwątpiła w niewinność Łapy i tak łatwo dała się wyprowadzić z równowagi. Skup się, do cholery, powtarza gorączkowo w myślach.
— Co z różdżką Petera Pettigrewa? Czy ją również zbadano?
— Na miejscu zdarzenia nie stwierdzono obecności różdżki Petera Pettigrewa.
— Nie było tam jego różdżki?
Crouch patrzy na nią z ukosa dziwnym wzrokiem.
— Nie powiedziałem, że nie było, tylko że jej nie stwierdzono.
— Co to znaczy "nie stwierdzono"?! Czy to oznacza, że w ogóle jej nie szukaliście? — Lily traci cierpliwość. Ma poczucie, jakby dyskutowała z jakimś robotem. — Po prostu z góry przyjęliście tezę, że za śmierć tych ludzi odpowiada Syriusz Black i tego się kurczowo trzymacie! Dlaczego? — Nachyla się wyczekująco w kierunku czarodzieja. — Bo to on przeżył wybuch? Bo to najwygodniejsza wersja?
— Obawiam się, że w tym miejscu nasza rozmowa musi dobiec końca — przerywa jej ostro Crouch. — Nie posiada pani odpowiednich kompetencji, żeby kwestionować ustalenia wymiaru sprawiedliwości. Chociaż rozumiem pani obecną sytuację, nie mogę pozwolić na podważanie autorytetu Ministerstwa.
— Najwyraźniej różnimy się w ocenie tego, co podważa autorytet Ministerstwa. — Lily podnosi się raptownie z krzesła z rozpaczliwym przekonaniem, że naprawdę nie mają już sobie nic więcej do powiedzenia, a cała misja zakończyła się klęską.
Crouch również automatycznie wstaje i skłania lekko głowę.
— Przykro mi.
Lily obraca się na pięcie i bez słowa rusza ku drzwiom, pragnąc jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Dopiero gdy dotyka palcami klamki, dociera do niej, że w głosie mężczyzny przez ułamek sekundy zadźwięczała jakaś żywsza emocja podobna do żalu. Zaskoczona, spogląda przez ramię do tyłu. Crouch stoi wyprostowany przy biurku, wpatrując się uporczywie w ścianę.
— Jeżeli to panią uspokoi — rzuca głucho w przestrzeń — i jeśli oczywiście obowiązki pozwolą, postaram się jeszcze raz przejrzeć akta tej sprawy.
Lily uśmiecha się, najpierw niepewnie, z niedowierzaniem, a po chwili znacznie szerzej. Wie, że to niewiele, lecz ze strony kogoś takiego jak szef Departamentu Prawa to i tak dużo. Na dobry początek wystarczy.
— Oczywiście — przytakuje uprzejmie. — Będę wdzięczna.
Po wyjściu na korytarz przypadkowo potrąca jakiegoś młodego urzędnika, niosącego w rękach wysoki stos teczek, z których część upada na podłogę. Oboje jednocześnie kucają z zamiarem posprzątania powstałego bałaganu.
— Najmocniej przepraszam, straszna gapa ze mnie — mruczy Lily, zgarniając rozsypane wokół kartki.
— To moja wina — mamrocze pod nosem czarodziej, a jego blade, piegowate policzki pokrywa delikatny rumieniec. Wydaje się skrępowany, usilnie unika jej wzroku.
— Czy wszystko w porządku, pani Potter? — Zza drzwi swojego gabinetu wychyla się Crouch. Na widok zamieszania marszczy z niezadowoleniem brwi.
— Nic się nie stało — zapewnia pospiesznie Lily. Kiedy zwraca się z powrotem w stronę poszkodowanego urzędnika, zamiera na krótki moment w bezruchu, czując nieprzyjemne mrowienie na karku.
Czarodziej patrzy na nią intensywnym, przeszywającym spojrzeniem, a na jego młodzieńczej twarzy maluje się niespokojna czujność i napięta do granic możliwości uwaga. Jest w tym nienaturalnym skupieniu coś tak niemiłego, że Lily postanawia przerwać wiszącą w powietrzu ciszę.
— Proszę wybaczyć pytanie, ale czy my się znamy? — Teraz, gdy ma szansę przyjrzeć się mu dokładniej, zaczyna mgliście kojarzyć te piegi i włosy koloru słomy z konkretnym nazwiskiem.
Ciemne oczy czarodzieja tracą swoją drapieżną przenikliwość i łagodnieją.
— Bartemiusz Crouch. Być może pamięta mnie pani z Hogwartu.
— Jasne! Uczeń, który zdobył dwanaście SUM-ów. Jak mogłabym zapomnieć? — Chce dodać jeszcze jeden, nieco mniej oficjalny komentarz, lecz gryzie się w język. Starszy Crouch wciąż stoi w drzwiach gabinetu i przysłuchuje się ich konwersacji. Lily chrząka, maskując zmieszanie, i odkłada ostatnią teczkę na wierzch uporządkowanego z powrotem stosu dokumentów. — Mam nadzieję, że wkrótce znów się zobaczymy.
— Ja również — odpowiada Barty, ściskając lekko jej wyciągniętą na pożegnanie dłoń.
— Miło było spotkać znajomego ze szkoły.
Na twarzy młodego Croucha pojawia się zdawkowy uśmiech.
— Cała przyjemność po mojej stronie, pani Potter.
