Betowała Pantera.

10.

— To było bardzo nieroztropne, Lily. Bardzo, bardzo nieodpowiedzialne.

W oczach Dumbledore'a dostrzega rozczarowanie. Odwraca obojętnie wzrok, zawieszając go gdzieś w przestrzeni nad stołem i próbując stłumić nabrzmiewający w jej sercu bunt. Minęły bezpowrotnie czasy, gdy dyrektor Hogwartu mógł ją besztać za źle rzucone zaklęcie lub zwykłe nieposłuszeństwo. Nie jest już w końcu uczennicą. Remus patrzy na nią przez palce, z rezygnacją zakrywając twarz dłonią. Pozostali członkowie Zakonu Feniksa udają, że dyskusja ich nie dotyczy; nikt nie chce wchodzić w otwarte starcie z Dumbledore'em, choć niektórzy prawdopodobnie po cichu popierają inicjatywę Lily. Powinni się cieszyć, Jim już pewnie dawno zarządziłby oblężenie Azkabanu. Zaczyna uważnie przyglądać się znanym od lat twarzom, pozwalając słowom Albusa dryfować w powietrzu.

Nigdy nie było ich wielu, ale teraz każde puste miejsce wręcz krzyczy o tych, których nie ma. Nie wszystkich zdołała lepiej poznać; zdarzały się momenty, gdy nie nadążali z wyrównywaniem strat. W pamięci Lily wciąż mieszają się i zacierają młodsze i starsze oblicza czarodziejów, niewyraźne, pełne nadziei i lęku. Nie wszyscy ginęli, większość po prostu szybko odchodziła, kiedy uświadamiała sobie, że to nie zabawa. W rozstrzygającej chwili zabrakło im odwagi, by ryzykować życiem swoim i swoich bliskich… a może to tym, którzy zdecydowali się zostać, zabrakło rozsądku? Gdyby nie James, zapewne ona również wróciłaby do domu z palącym policzki rumieńcem wstydu, ale i szczerym uczuciem ulgi, chcąc wierzyć, że tym samym dla niej wojna dobiegła końca. Nie była tak odważna jak on. Jima strach najczęściej pobudzał do działania — ją samą tylko paraliżował.

Nigdy nie było ich wielu, lecz teraz w jej umyśle te puste miejsca noszą konkretne nazwiska: Gideon i Fabian Prewettowie, Edgar Bones, Caradoc Dearborn, Benjy Fenwick, Dorcas Meadowes, Marlena McKinnon… Marlena miała wpaść na herbatę. Wieść o śmierci całej rodziny McKinnonów zastała Lily w kuchni nad tacą pachnących cynamonem, świeżo upieczonych ciastek. Następną godzinę przesiedziała na stołku, konwulsyjnie zaciskając palce na rączce stygnącego powoli czajnika.

Czy tak wygląda zwycięstwo? — myśli zniechęcona, obejmując spojrzeniem garstkę ludzi, którzy mieli dość tupetu i nie dość mądrości, by uznać, że mogą wygrać tę wojnę. Czy warto było ginąć, poświęcać wszystko w imię złudnej idei, jakiegoś całkowicie szalonego przekonania, że właśnie tak trzeba? Walka zakończyłaby się kiedyś i bez nich. Ktoś by wygrał, ktoś przegrał. Przecież ostatecznie i tak o wszystkim zadecydował przypadek.

— Nie miałam wyboru — mówi cicho, szukając w otaczających ją twarzach zrozumienia.

Po zebraniu podchodzi do niej nieśmiałym krokiem Alicja Longbottom. Lily z zaskoczeniem unosi wzrok, czując dłoń aurorki na swoim ramieniu. Od dnia pogrzebu inni członkowie Zakonu, oczywiście poza Remusem, raczej unikają jej towarzystwa, jakby obawiali się, że zarazi ich swoim nieszczęściem niczym śmiertelną chorobą.

— Jesteś niezwykle dzielna, Lily. Bardzo silna… Silniejsza niż wielu z nas — szepcze Alicja kojącym, pełnym ciepła głosem. — Nawet przez moment nie miej co do tego wątpliwości.

Lily szybko chowa pod stołem coraz mocniej drżące ręce i posyła czarownicy nerwowy uśmiech.

11.

Mruży oczy i kładzie głowę na oparciu kanapy, z westchnieniem ulgi poddając się spływającej na nią fali spokoju. Pełgający płomyk świecy rozmazuje się w świetlistą smugę, a myśli rozsadzające jej umysł, tnące świadomość jak noże, stopniowo tracą swoją ostrość i kształt. Wszystkie emocje i doznania docierają z opóźnieniem, z każdym uderzeniem serca słabsze, mniej czytelne, przytłumione. Lily ma wrażenie, że powoli opada w jakąś głębię bez dna, biernie obserwując ulatujące ku powierzchni, niczym pęcherzyki powietrza, strzępy wspomnień. Na krótki czas znika gdzieś daleko w górze przerażająca samotność, samotność do granic obłędu, to wieczne wyczekiwanie, wychylenie w stronę jego nieustającej nieobecności. Przez kilka chwil jest tak, jakby Dolina Godryka i małżeństwo z Jamesem istniały tylko w jej wyobraźni lub uparcie powracającym śnie.

Chodź tutaj, mówi Jim i ze śmiechem przyciąga ją do siebie. Z czystej przekory próbuje się bronić, lecz w końcu, jak zwykle, ulega. Opiera czoło na jego ramieniu; za moment coś mu powie, coś bardzo ważnego i radosnego, nie może jednak pozbyć się dręczącego ją od rana niepokoju. James mówi o Syriuszu, że chcieliby wreszcie pójść razem na mecz. Jak za starych, dobrych czasów. Jimmy. Osy kontra Strzały, będzie się działo! Jim. Jestem w ciąży. James urywa w połowie zdania. Lily czuje, jak jego ciało na sekundę sztywnieje i już wie, o czym myśli. Dziecko? Kochanie, to naprawdę wspaniała wiadomość! Mocniej wtula się w jego szyję, usiłując uciec przed ciszą, która zapada po tych słowach. Jim głaszcze ją po włosach, z zatroskaniem, pocieszająco. Dotyk i milczenie zastępują przeprosiny — ponieważ nie potrafią cieszyć się tak bardzo, jak by tego chcieli.

Lily wypuszcza powietrze z płuc i rozluźnia pięści, pozwalając kolejnemu wspomnieniu szybować poza obszar świadomości. Twarz Jamesa rozmywa się w białą plamę. Jim… Jim, który już na zawsze pozostanie młody, choć mieli zestarzeć się razem. Pochyla się nad trumną i wyciąga rękę… Nie, nie, nie, nie, natychmiast odpycha od siebie ten obraz, w napadzie paniki umykając w miękką nieokreśloność. Głowa znów staje się przyjemnie lekka, a umysł przejrzysty i uporządkowany. Lily instynktownie cofa się przed gniazdami bólu, pulsującymi na jego obrzeżach.

Nagle przez spowijającą ją zewsząd mglistą przestrzeń przedziera się do niej echo jakiegoś dźwięku. Impuls jest tak niespodziewany, że Lily wzdryga się i zdezorientowana zaczyna rozglądać wokół siebie. Dźwięk wciąż narasta, przenikając przez kolejne warstwy jaźni. Płacz. Płacz dziecka. Próbuje unieść powieki, dopóki nie zdaje sobie sprawy, że jej oczy są już otwarte. Otacza ją rozchybotana feeria barw, lejących się na nią płynną masą z sufitu i ścian. Potrząsa głową i kilkakrotnie mruga, skupiając wzrok na jaśniejszym kleksie naprzeciwko, który po paru sekundach przyjmuje kształt na wpół wypalonej świecy. Ile czasu minęło?

Sięga po odłożony na stół zegarek; ma wrażenie, jakby ktoś inny poruszał jej ręką. W sąsiednim pomieszczeniu płacze Harry. Cholera, zapomniała go nakarmić. Wstaje i od razu ponownie siada, bo podłoga osuwa się jej spod stóp. Cholera. Walcząc z irytacją i przytrzymując się po drodze różnych mebli, dociera do dziecięcej sypialni. Twarzyczka Harry'ego lśni od łez. Jak długo płakał? Wyjmuje go z łóżeczka i szybko opada na krzesło, gdy pokój zamienia się na moment w kolorowy wir.

12.

Następnego dnia świat na zewnątrz tonie we mgle, która przed świtem spełzła ze stoków gór i osiadła na błoniach, oblepiając Hogwart kłębami nieprzeniknionej, mlecznej bieli. Od rana Lily snuje się z kąta w kąt, robiąc wszystko, żeby zagłuszyć przybierające na sile poczucie bezużyteczności. Kiedy nieśmiało zaproponowała członkom Zakonu swoją pomoc w tropieniu zbiegłych w obawie przed sprawiedliwością śmierciożerców, usłyszała stanowcze i chóralne "nie". Ich dość gwałtowna reakcja wynikała oczywiście z troski, lecz musi w duchu przyznać, że bardzo ją to ubodło. To prawda, nie potrafi walczyć tak dobrze jak Jim, ale przecież nigdy podczas akcji, w których uczestniczyła, nie sprawiała żadnych kłopotów. Może dlatego, że zwykle starała się trzymać na uboczu.

Okno wygląda jak zamalowane białą farbą. W fotelu przy rozpalonym kominku jest ciepło i przytulnie, a Lily instynktownie wyciąga nogi w kierunku ognia. Znów doskwiera jej samotność i marazm. Przy stoliku pojawia się z trzaskiem aportacji skrzatka i stawia na blacie tacę z dwiema filiżankami i cukierniczką.

— Śmieszka przynieść pani Potter kawę.

Lily apatycznym ruchem odwraca głowę w jej stronę.

— Prosiłam o jedną.

Zakłopotana skrzatka drapie się po uchu.

— Śmieszka móc przysiąc, że pani Potter prosić dwie.

Lily zapada się głębiej w otulający ją szczelnie koc, czując nagle powiew przenikliwego zimna.

— W porządku, dziękuję — mamrocze niewyraźnie, odsyłając skrzatkę z powrotem do kuchni.

Przez kilka następnych minut próbuje delektować się smakiem gorącej, mocnej kawy, jednocześnie z wysiłkiem ignorując drugą, wciąż stojącą na stoliku obok filiżankę. Gdy to się nie udaje, wyobraża sobie, że Jim poszedł po coś do sypialni i zaraz wróci. Przez ułamek sekundy jest niemal pewna, że za ścianą słyszy jego energiczne kroki. Chciałaby znowu, jak dawniej, zawołać, żeby się pospieszył, bo kawa mu wystygnie… i wtedy rzeczywistość uderza ze zdwojoną siłą. Nigdy więcej wspólnych poranków. Tak po prostu — nigdy. Wstrząsa nią dreszcz; natychmiast odrywa wzrok od nietkniętej filiżanki, a jej oczy wilgotnieją. Setki razy obiecywała sobie, że nie będzie płakać, więc teraz również przegania z twarzy grymas bólu.

W tym samym momencie ktoś puka do drzwi. To nie Remus; ten charakterystyczny sposób pukania, dwa suche, krótkie stuknięcia, szybkie jak wystrzały z broni, przywodzą na myśl tylko jedną osobę.

— Proszę — rzuca bez entuzjazmu.

Do środka wślizguje się prawie bezszelestnie Snape. Robi kilka kroków naprzód i przystaje, jakby zatrzymała go jakaś niewidzialna bariera.

— Dzień dobry — mówi, już od progu świdrując ją swoimi ciemnymi oczami.

— Nie spodziewałam się ciebie — odpowiada Lily, odsuwając na bok znużenie.

Nie rozmawiali ze sobą od zeszłego tygodnia. Severus opuścił jej komnaty tuż po tym, jak Harry znów zaczął mówić, wymigując się nawałem obowiązków. Od tamtej pory widywali się jedynie w przelocie; czasem Snape przemykał drugim końcem korytarza, posyłając jej z oddali nieodgadnione spojrzenia. Gdyby nie intensywność tych spojrzeń, jakaś tkwiąca w nich uporczywa żarliwość, mogłaby z pełnym przekonaniem przysiąc, że jej unikał.

— Masz ochotę na kawę? Trochę ostygła, ale wciąż jest chyba zdatna do picia…

Snape poświęca filiżance na stole dokładnie sekundę swojej uwagi, po czym jego wzrok wraca ku Lily.

— Niedawno piłem. — Robi kolejne kilka kroków w jej kierunku i znów się zatrzymuje. — Jak się czujesz?

Denerwuje ją jego zasadniczy, pozbawiony jakichkolwiek emocji ton głosu i wyraz twarzy. Wzrusza ramionami.

— Dobrze.

Snape podchodzi powoli do komody i niby od niechcenia omiata spojrzeniem poustawiane na niej przedmioty. Lily wykręca szyję, żeby śledzić jego ruchy. Mężczyzna ujmuje delikatnie niepozorną buteleczkę z cienkiego, zielonego szkła i unosi ją do oczu, w skupieniu obserwując półprzezroczysty płyn na dnie.

— To eliksir uspokajający. Zażywasz go?

— Pani Pomfrey mi go dała — spieszy z wyjaśnieniem Lily.

— Jak często? — pyta Snape, wciąż wpatrując się w połyskliwą ciecz.

— Czasami. — Lily chowa ręce pod kocem. Jej policzki owiewa fala gorąca.

— Od ubiegłego tygodnia zniknęła ponad połowa butelki — zauważa Severus z bezlitosną precyzją, ostrożnie obracając naczynie w dłoni.

— Brawo, Holmesie! — nie wytrzymuje Lily i po chwili w ataku złości dodaje: — Nie wtrącaj się, w porządku?

Snape odstawia buteleczkę na mebel i odwraca się w jej stronę.

— Ten eliksir można zażywać kilka razy w miesiącu. Przyjmowany częściej uzależnia.

— Coś jeszcze?

— Większe dawki mają silne właściwości odurzające i wiele efektów ubocznych. Powinnaś to pamiętać z naszych… — Severus gwałtownie urywa, jakby wkroczył na zakazane terytorium i był zmuszony do odwrotu.

— Interesujące — podsumowuje lodowato Lily. — Jeszcze coś, o czym powinnam pamiętać?

Przypatruje się jej długo w milczeniu, zanim wreszcie zadaje cicho pytanie:

— Co zamierzasz zrobić, gdy skończy ci się eliksir?

— Nie martw się o mnie, od jakiegoś czasu sama daję sobie radę.

Jak mogła być tak naiwna, by sądzić, że cokolwiek uda się przed nim ukryć? Czy odważył się użyć na niej legilimencji? Odkąd sięga pamięcią, nic nigdy nie umykało jego uwadze, zwłaszcza jeśli dotyczyło jej osoby.

Przed wygłoszeniem kolejnej uszczypliwości powstrzymuje ją dziwny grymas na twarzy Severusa, który jednak niemal natychmiast znika; to jeden z tych rzadkich i trudno uchwytnych momentów, gdy niewzruszona maska Snape'a opada. Lily znów zapomniała, że ten człowiek, choć nauczył się mistrzowsko chować swoje prawdziwe uczucia, wciąż je posiada. Przy nim zawsze mówiła to, co chciała, nie zastanawiając się głębiej nad jego emocjami.

— Mimo wszystko dzięki za troskę — dodaje szybko, próbując go udobruchać.

Severus zwleka z odpowiedzią, aż w końcu, ku jej zdumieniu, oferuje:

— Gdy zużyjesz już całą butelkę, przyjdź do mnie. Robiłem ostatnio zapasy.

Z jego tonu Lily wnioskuje, że ta decyzja wiele go kosztowała. Podziękowania wydają się w tej sytuacji niestosowne, a jej nie przychodzi na myśl żadna bardziej adekwatna reakcja, więc po prostu kiwa bezwiednie głową.

— Lily… — zaczyna Snape miękko, lecz w tej samej sekundzie drzwi otwierają się i do komnaty wchodzi Remus.

Widząc stojącego koło niej Severusa, zatrzymuje się w miejscu jak sparaliżowany, ale już po chwili jego oblicze wykrzywia niesamowita, wręcz zwierzęca wściekłość.

— Co on tutaj robi? — pyta ją niskim i nieprzyjemnie ochrypłym głosem, który jeży jej włosy na karku. Ręka czarodzieja wędruje powoli w kierunku poły płaszcza.

Lily kątem oka zauważa, że Snape, nie spuszczając wzroku z Lupina, wsuwa dłoń do kieszeni swojej szaty. Z przestrachem obserwuje, jak jego rysy stopniowo tężeją, zniekształcone przez bezwzględną, zimną determinację.

— Oszaleliście?! — Lily podrywa się z fotela, pozwalając pledowi zsunąć się na podłogę. — Co wy wyprawiacie?!

— Zostaw ją w spokoju, słyszysz? — cedzi Remus. — Wynoś się stąd!

— To nie twoje komnaty, Lupin — kontruje z lodowatą nienawiścią Snape — i nie ty będziesz mnie z nich wypraszał.

— Lily, każ mu się wynosić.

— Remusie, proszę… — Lily usiłuje opanować sytuację.

— Bardzo wygodne, wyręczać się kobietą — szydzi Snape. Złość Lunatyka sprawia mu wyraźną, pokrętną przyjemność.

— Błagam, zamknij się, Severusie… NIE! — Lily w panice wskakuje pomiędzy nich, gdy obaj jednocześnie wyciągają błyskawicznym ruchem różdżki i celują w siebie nawzajem.

— Odsuń się, Lily — nalega Remus z tym samym twardym uporem i zawziętością, które tak wiele razy widziała wcześniej na twarzach Jamesa i Syriusza, i które tak bardzo do niego nie pasują. — Najwyższy czas, żeby ktoś pokazał mu jego miejsce.

— Severusie, cokolwiek chcesz powiedzieć, powstrzymaj się — wtrąca prędko Lily, gdy kącik ust Snape'a unosi się lekko w dobrze jej znany, charakterystyczny sposób. — A teraz odłóżcie różdżki.

Żaden z nich nie wykonuje nawet najmniejszego ruchu; przypominają kamienne posągi, na zawsze zastygłe w swoich pozach.

— Odłóżcie je, do cholery! — Głos Lily łamie się ze zdenerwowania.

Remus pierwszy z wahaniem opuszcza różdżkę. Krzywi się i natychmiast wbija wzrok w podłogę, jak gdyby czegoś się wstydził i jakby w tym momencie coś w nim pękło. Chociaż wciąż emanuje z niego złość i frustracja, znów jest opanowany. Severus jeszcze przez chwilę celuje w Lupina, aż w końcu czujność w jego oczach gaśnie i z niejakim rozczarowaniem on również odstępuje od ataku.

— Lily, proszę, zastanów się, co robisz — przekonuje cierpliwie Remus, patrząc na nią z właściwą sobie troską oraz czułością, ale i zaniepokojeniem. — To śmierciożerca.

— Już nie — odpowiada Lily, choć w głębi duszy czuje, że ona sama również potrzebuje ostatecznego potwierdzenia. — Albus mu ufa — dodaje odruchowo.

Lupin rzuca jej przeciągłe, ponure spojrzenie.

— Wiesz tak dobrze jak ja, że to nic nie znaczy.

Snape unosi lekko brwi, z pozornie znudzoną miną turlając różdżkę między palcami, lecz z jakiegoś powodu decyduje się nie komentować wypowiedzi Lunatyka. Lily cicho wzdycha.

— To trudne, wiem… Remusie, musimy spróbować zacząć od początku. Dla dobra nas wszystkich. To nasza jedyna szansa — mówi wolno, modląc się, aby jej słowa brzmiały pewnie.

Szuka w twarzy przyjaciela jakiegokolwiek śladu zrozumienia, jednak odnajduje tylko jawną niechęć i uprzedzenie.

— Jedyna szansa na co? — powtarza Lupin z niedowierzaniem. Oskarżycielsko celuje palcem w Snape'a. — To niebezpieczny czarnoksiężnik i nic, nic tego nie zmieni.

Severus mruży złowrogo oczy i mocniej zaciskając dłoń na różdżce, podchodzi niespiesznym krokiem do Remusa. Ich ostre, nieugięte spojrzenia spotykają się; trwają tak w zwarciu przez kilka chwil, wykluczając Lily z konfrontacji.

— Ja jestem niebezpieczny? — pyta Snape zniżonym niemal do szeptu głosem. — Ja?

Gdy w rysy Lupina wkrada się na ułamek sekundy strach, usta drugiego czarodzieja rozciągają się w zimnym, pogardliwym uśmiechu. Nie czekając na reakcję Lunatyka, Severus wymija go i opuszcza komnatę. Zanim zamyka za sobą drzwi, Lily słyszy jeszcze na korytarzu jego drwiący chichot. Chociaż Remus stara się na powrót przejąć kontrolę nad swoimi emocjami, widać, że trudno mu odzyskać równowagę.

— Przepraszam… — Lily nie wie, gdzie podziać wzrok. — Liczyłam na to… Właściwie nie mam pojęcia, na co dokładnie liczyłam — dokańcza zrezygnowana. Wciąż nie potrafi zebrać myśli, odczuwając podświadomy niepokój, z którym pozostawił ją bezduszny śmiech Snape'a.

— Dlaczego? — odzywa się Remus. — Jak możesz spotykać się z nim, akurat z nim, po tym wszystkim co… — Zaciska zęby. — Dlaczego, Lily? Co w ciebie wstąpiło?!

Lily ma wrażenie, że jej serce miażdży niewidzialna, metalowa obręcz. Przełyka szybko ślinę, gdy zaczyna dławić ją w gardle. Głos Lupina jest cichy i wyważony, lecz Lily wyczuwa drzemiącą w nim siłę, tłumiony gniew zdradzonego człowieka, zbyt dumnego, by okazać swój ból. Nie może znieść świadomości, że go zraniła, a wszystkie wypowiedziane i niewypowiedziane wyrzuty pod jej adresem trafiają w czuły punkt.

— Remusie, proszę… Nie musisz… Myślałam, że chociaż ty zrozumiesz… Zawsze byłeś inny — wyrzuca z siebie wreszcie Lily. Nie wie, co ją podkusiło, żeby to powiedzieć, ale od razu zauważa, że popełniła niewybaczalny błąd.

Przez twarz Remusa przemyka cień, gdy znów górę bierze u niego bezwzględna lojalność wobec przyjaciół. Kiedy robi krok w jej kierunku, ma tak groźną minę, że Lily instynktownie cofa się. Lupin, zmieszany, przystaje, jakby w ostatnim momencie się opamiętał. To zawahanie nie trwa jednak długo.

— Nie zapomniałaś chyba — mówi szorstko — że ten człowiek marzył o śmierci Jamesa. I Syriusza. I mojej pewnie też. Kto wie, ilu ludzi zabił jako śmierciożerca?

— Teraz jesteśmy po tej samej stronie! — przerywa mu Lily w nagłym przypływie determinacji. — Nie możemy ciągle żyć przeszłością, bo ugrzęźniemy w bagnie wzajemnych pretensji i nienawiści. To nie będzie łatwe, ale musimy iść naprzód. Również z tymi, którzy kiedyś czymś nam zawinili.

— Jeżeli ktoś został śmierciożercą, pozostanie nim na zawsze — ucina stanowczo Remus, z rozmysłem ignorując jej słowa. — Człowiek, który już raz dobrowolnie wybrał zło, zwróci się ku niemu ponownie, gdy tylko nadarzy się stosowna okazja. Zło będzie tkwiło gdzieś głęboko w nim, uśpione, czekając na właściwą chwilę. — Podchodzi bliżej i kładzie ręce na jej ramionach, a jego twarz nieznacznie się rozluźnia. — Obiecałem Jamesowi, że zaopiekuję się tobą, jeśli coś mu się stanie. Ale nawet gdybym niczego nie obiecywał, zrobiłbym wszystko co w mojej mocy, żeby zapewnić tobie i małemu bezpieczeństwo. Gdyby spotkało was coś złego… nigdy bym sobie tego nie wybaczył.

Pod naporem jego gorliwego spojrzenia Lily wstrzymuje oddech, po czym mówi prawie bezdźwięcznie to, w co sama chciałaby uwierzyć:

— Danie drugiej szansy Severusowi nie jest zdradą Jima.

Palce Remusa mocniej wczepiają się w jej ciało.

— Obiecaj mi, że będziesz go unikać — żąda nieznoszącym sprzeciwu tonem i łącząca ich nić porozumienia kolejny raz znika.

Lily czuje wzbierające pod powiekami łzy. Nie rozumie, dlaczego nagle chce jej się płakać. Czy dlatego, że w porę nie zapanowała nad sytuacją? Zawiodła przyjaciela? A może to ona zawiodła się na nim?

— Obiecuję, że będę ostrożna — mówi bez wahania.

Ręce Remusa zsuwają się z jej ramion, a w jego oczach dostrzega bezsilność i świadomość porażki. W końcu czarodziej powoli kiwa głową; domyśla się, że to zapewnienie jest wszystkim, co może w tym momencie uzyskać.

— Zaufaj mi — prosi Lily, ściskając lekko dłoń Lunatyka. Wydaje się, że pod jej uspokajającym dotykiem przynajmniej częściowo opuszcza go napięcie. — Może wybierzemy się jutro na spacer? — proponuje, chcąc rozładować nieco atmosferę. — Po błoniach. To znaczy… jeśli oczywiście znajdziesz czas. Muszę chociaż na sekundę wyrwać się z zamku, bo zwariuję.

— Jutro… — Lily zauważa, że Remus wyraźnie zmarkotniał. Odwraca się od niej z marsową miną i wyrzuca z siebie szybko: — Jutro raczej nie.

Przez kilka sekund przygląda mu się z uwagą, po czym w przypływie olśnienia przeklina w myślach swoją nieskończoną głupotę.

— Nie, oczywiście… Jutro nie — próbuje ratować sytuację. — Może więc pojutrze albo…

Z ust Remusa wyrywa się ledwo uchwytne westchnienie.

— Nie będzie mnie przez kilka dni. Muszę wyjechać.

— Och — Lily nie kryje zaskoczenia. Do tej pory ciągle zapominała uwzględnić fakt, że życie Lupina nie ogranicza się wyłącznie do opieki nad nią. Tylko na tyle cię stać? — karci się w duchu.

— Dokąd? — pyta z pozoru neutralnym tonem.

— Prośba Dumbledore'a — odpowiada krótko Remus, a z jego zmarszczonego czoła i przygaszonych oczu Lily wyczytuje całą resztę.

— Uważaj na siebie — szepcze, walcząc z narastającymi w niej obawami.

Lupin odgarnia jej z policzka kosmyk włosów.

— Ty też.

13.

Korytarze Hogwartu są o tej godzinie ciche i wyludnione. Z szelestem peleryny przemyka schodami w dół, mijając drżące w podmuchach hulającego po zamku wiatru płomienie pochodni. Zostawiła Harry'ego pod czujnym okiem Śmieszki, przyrzekając sobie, że szybko wróci. Nie zamierza niczego przedłużać.

Ignorując od zawsze towarzyszące jej w podziemiach niewytłumaczalne uczucie niepewności, zanurza się powoli w przesiąknięty wilgocią mrok lochów. Po kilku krokach zaczyna odruchowo stąpać na palcach, jakby podświadomie bała się zakłócić hałasem spokój tego miejsca. Z nisko zawieszonego sklepienia spoglądają ku niej kamienne łby fantastycznych stworów, których powykręcane ciała zdają się wić w blasku ognia. Kiedy dociera do właściwych drzwi, bierze głęboki oddech i głośno puka. Nie mogąc doczekać się żadnej reakcji, marszczy brwi i próbuje jeszcze raz. Powstrzymuje się od bezceremonialnego naciśnięcia klamki.

— To sobie tam siedź, dupku — mruczy gniewnie pod nosem. Czuje się idiotycznie, ale przynajmniej nie będzie miała potem wyrzutów sumienia.

Obraca się na pięcie z zamiarem prędkiego opuszczenia lochów i w tym momencie prawie podskakuje ze strachu. Tuż za nią stoi Snape, trzymając w ręku dużą, drewnianą szkatułę.

— Do swoich uczniów też się tak zakradasz? — pyta poirytowana. Mogłaby przysiąc, że zrobił to specjalnie. Zastanawia się, czy słyszał, jak nazwała go dupkiem. To byłby nienajlepszy początek pojednawczej rozmowy.

Severus otaksowuje ją wzrokiem, po czym zerka przez ramię za siebie, jakby oczekiwał jeszcze czyjejś obecności.

— Czy twój samozwańczy ochroniarz wie, że tutaj jesteś? Nie chciałbym, żeby wpadł za chwilę do lochów z żądzą mordu w oczach.

Jak zwykle w takich przypadkach ciężko stwierdzić, czy mówi poważnie czy ironizuje.

— Nie musiałeś być aż tak złośliwy — wytyka Lily trochę bardziej oskarżycielskim tonem, niż planowała.

— Nie musiał mnie atakować — odcina się natychmiast Snape.

— Doskonale wiesz, w jakiej Remus jest teraz sytuacji. Mogłeś wykazać odrobinę empatii!

— Powinienem z empatią słuchać, jak mnie obraża? A może dać się z empatią przekląć…?

— Prowokowałeś go.

— Ach, czyli to znowu moja wina. — Na twarzy Severusa pojawia się wyraz ponurej satysfakcji. — To zawsze była moja wina.

— Nieprawda!

Snape wymija ją, podchodzi do drzwi i wyciąga z kieszeni klucz.

— Znów szukasz symetrii tam, gdzie jej nie ma — cedzi przez zęby, za pierwszym razem nie trafiając nim do zamka.

— A ty znów jesteś kompletnie nie do zniesienia. — Lily kręci ze wzburzeniem głową. — Widzę, że niewiele się przez te lata zmieniło.

— Mylisz się. Zmieniło się właśnie bardzo wiele. — Severus obdarowuje ją nieprzyjaznym spojrzeniem i dość agresywnie popycha drzwi prowadzące do jego pracowni.

Kiedy z furkotem peleryny znika w środku pomieszczenia, Lily rozważa machnięcie na to wszystko ręką i powrót do Harry'ego. Niech sobie Snape siedzi w kącie w tych swoich lochach i bulgocze nienawiścią do całego świata. W końcu zawsze był w tym dobry. To nie jej sprawa, ma zresztą ważniejsze rzeczy na głowie niż dąsy dwóch dorosłych facetów. Przeczuwa jednak, że w tych okolicznościach pozostawienie Severusa samego, z kipiącymi w nim negatywnymi emocjami, może się źle skończyć. Przywołuje się więc do porządku i rusza jego śladem.

Zastaje Snape'a w pozie alchemika, bez reszty pochłoniętego przeprowadzaniem eksperymentu i w pełnym skupieniu pochylonego nad wyłożonymi na stole składnikami eliksiru. Lily unosi brew i bierze się pod boki. Nie zbędzie jej byle czym.

— Masz rację, coś się zmieniło — postanawia jak gdyby nigdy nic kontynuować przerwany wątek. — Ty i Remus nie jesteście już dziećmi. Można by oczekiwać, że zaczniecie się zachowywać jak dorośli — dodaje przekornie, wypatrując u Severusa pożądanej reakcji.

Kącik jego ust na ułamek chwili podnosi się i zaraz opada. To sygnał, że połknął haczyk. Lily postanawia podążać za ciosem.

— Kto by pomyślał, że kiedyś będziecie walczyć dla wspólnej sprawy? To całkiem dobra okazja, żeby naprawić swoje błędy, nie uważasz?

Snape mruga i bardzo powoli unosi wzrok znad stołu, nieomal przygważdżając nim Lily do ściany. Przez krótki moment na twarzy mężczyzny widać osobliwą mieszaninę złości i zadziwienia; nie spodziewał się, że jego własne słowa zostaną użyte przeciwko niemu, w dodatku przez nią, i to musiało go wytrącić z równowagi. Błyskawicznie dochodzi jednak do siebie. Przekrzywia lekko głowę, a mrok w jego spojrzeniu gęstnieje.

— Nie powinnaś już raczej iść? — pyta z fałszywą troską w głosie, opierając dłonie na blacie i palcami jednej z nich trącając przez przypadek leżący tam nóż do krojenia składników.

— Przeszkadzam ci?

— Nie słyszałaś Lupina? Jestem niebezpiecznym czarnoksiężnikiem.

Lily patrzy na niego z powątpiewaniem. Znowu się z nią droczy, choć w sposobie, w jaki to powiedział, wychwyciła jakąś zdecydowanie nieprzyjemną nutę. Severus gwałtownym ruchem zsuwa dłoń ze stołu i w następnej sekundzie dzieje się coś, czego Lily nie potrafi wyjaśnić. Słyszy…

głuche uderzenie o podłogę…

dźwięk tłukącego się szkła…

Ma wrażenie, jakby czas stanął w miejscu, a w jej umyśle uruchomił się nagle jakiś niszczycielski mechanizm. Jest oszołomiona — zna to uczucie, już kiedyś… — nie może złapać oddechu, zalewa… ją fala mdłości. Czuje ucisk na klatce piersiowej. Serce podchodzi jej do gardła, zaraz się nim — dusi się — zaraz się nim zadławi. Kolorowe plamy, jak uwolnione w powietrze… DUSI SIĘ!

Nie, błaga bezgłośnie. Nie.

Ktoś lekko nią potrząsa.

— Wszystko w porządku? — Nad sobą widzi bladą twarz Snape'a; zdaje się wynurzać z wypełniającej komnatę mgły.

Lily przeciera oczy.

— Przepraszam, zakręciło mi się w głowie — mamrocze nieskładnie. Otaczająca ich rzeczywistość wraca stopniowo do normy. — Już mi lepiej.

— Na pewno? — Severus przygląda się jej z podszytą rezerwą czujnością.

— Tak. — Lily przełyka ślinę i odwraca wzrok. Na posadzce dostrzega przewróconą drewnianą kasetkę i kilka potrzaskanych fiolek.

Snape obserwuje ją nieufnie jeszcze przez kilka denerwująco długich sekund, aż wreszcie odsuwa się i ponownie kieruje kroki za stół.

— Naprawdę powinnaś już iść — stwierdza rzeczowym tonem.

— Chyba tak — przytakuje, wciąż nieznacznie rozkojarzona.

Severus podrywa głowę i spogląda przelotnie w jej stronę, jakby o czymś sobie przypomniał.

— Odprowadzić cię do twoich komnat?

— Nie trzeba.

Opuszczając pracownię, po krótkim wahaniu odwraca się i stojąc w progu, posyła mu ostatnie spojrzenie. Cała uwaga Snape'a znów jest jednak skoncentrowana na spoczywających przed nim składnikach eliksiru.

— Chciałabym, żeby to, co wydarzyło się dzisiaj między tobą a Remusem, już nigdy nie miało miejsca — mówi Lily bez większej nadziei.

Odpowiada jej głucha cisza.