Betowała Pantera.
14.
Szorstki zarost Lupina drapie ją w policzek. Zerka znad ramienia przyjaciela do góry, czując na sobie czyjeś uporczywe spojrzenie. Piętro wyżej, u szczytu schodów stoi nieruchomo Snape. Obserwuje ich, częściowo skryty w cieniu, miarowo bębniąc palcami lewej dłoni po balustradzie. Lily uderza bijąca z jego postawy nonszalancja, jakby zupełnie nie dbał o to, że zostanie zauważony albo wręcz przeciwnie — liczył na to.
— Odprowadzę cię — mówi szybko, wyślizgując się z objęć Remusa i kierując go do wyjścia. Ma wrażenie, że wzrok Severusa wypala jej dziurę w plecach.
Idą powoli, z mozołem odnajdując drogę w utrzymującej się od poprzedniego dnia mgle. Jedynym dźwiękiem rozbrzmiewającym w chłodnym, świeżym powietrzu poranka jest krótki i chrapliwy oddech Lupina oraz chrzęst zmarzniętej ziemi pod ich stopami. Kiedy docierają do bramy, Remus kładzie jej ręce na ramionach i obraca przodem do siebie. Jego oczy są przekrwione i rozbiegane, a w rozszerzonych nienaturalnie źrenicach Lily dostrzega drżącą iskrę budzącego się szału. Nie cierpi chwil, gdy ta wroga, obłąkana ze złości istota spogląda na nią szyderczo zza twarzy jej przyjaciela; gdy zachłannie i niezdarnie wciska się w znienawidzone ludzkie ciało, by podczas pełni z lubością rozerwać je na kawałki. Nie może znieść tego, że każdy miesiąc przynosi kolejny triumf bestii, a oni nie są w stanie temu zapobiec.
— Pamiętaj... — zaczyna chropawym głosem Lupin, lecz Lily nie pozwala mu dokończyć.
— Wiem, Remusie.
W odpowiedzi mężczyzna przytula ją, mocno, zbyt mocno, jak gdyby istota wewnątrz niego chciała pogruchotać jej kości. Lily bez słowa skargi wytrzymuje ten żelazny uścisk i obcy, ostry zapach drażniący nozdrza.
— Do zobaczenia, Harry. — Remus zwraca się w kierunku stojącego koło niej dziecka. Wykonuje gest, jakby zamierzał je pogłaskać, ale natychmiast blednie i raptownym szarpnięciem odsuwa się. — Pilnuj mamy — mówi tylko.
Zdecydowanym krokiem mija bramę i nie patrząc za siebie, rusza drogą ku Hogsmeade. Trzask deportacji przypomina w ciszy strzał.
Lily jeszcze przez jakiś czas wpatruje się w miejsce, w którym zniknął Lupin, próbując uwolnić swój umysł od niejasnych, splątanych myśli. W zadumie wyciąga rękę, szukając odruchowo malutkiej dłoni syna, lecz jej dotyk trafia w próżnię. Zaalarmowana, spogląda w dół, ale Harry'ego przy niej nie ma. Czuje omiatającą ją falę przeraźliwego zimna, jakby czyjeś lodowate palce zacisnęły się znienacka wokół jej serca. Wykonuje gwałtowny obrót, próbując dojrzeć cokolwiek we wszechobecnej bieli. Z każdą sekundą mgła zdaje się przybierać na sile, podpływać coraz bliżej, osaczać ze wszystkich stron. Oddech Lily przyspiesza, gdy mroźne, zwiewne włókna opadają na jej płaszcz i natarczywie oblepiają odsłonięte policzki i nos. Jakiś niewidzialny ciężar zgniata jej klatkę piersiową, tak że znów nie może swobodnie zaczerpnąć tchu. Cofa się i prawie potyka o wystający z ziemi kamień. Narasta w niej poczucie zagrożenia; ma wrażenie, że coś kryje się we mgle przed jej wzrokiem.
— Harry? Harry! — woła oszołomiona, jednak biała pustka połyka wszystkie dźwięki, zapychając usta niczym knebel.
Potrząsa głową i zaciska powieki, aż przed oczami zaczynają jej tańczyć kolorowe plamy. Musi odzyskać nad sobą panowanie, przegonić obraz owijającego się ciasno wokół niej, utkanego z mgły prześcieradła. Gdzieś z prawej strony słyszy słaby, dziecięcy głosik. Bez zastanowienia nurkuje w mleczną toń, chwytając się tego urwanego okrzyku jak liny mogącej uratować życie. Za widmową zasłoną zauważa niewyraźny, drobny cień. Wzdycha z ulgą, ale w następnej sekundzie serce znów podskakuje jej do gardła, gdy mgła niespodziewanie ujawnia zarys drugiej, pochylającej się nad dzieckiem sylwetki. Lily jednym susem pokonuje dzielącą ją od chłopca odległość, instynktownie wymacując w kieszeni różdżkę, a jej ciało samoistnie szykuje się do ataku. Zamiera z klątwą na ustach pod naporem chłodnego, nieporuszonego spojrzenia znajomej pary oczu.
Snape powoli prostuje się; jego twarz jak zwykle sprawia wrażenie poważnej i nieprzystępnej, lecz wargi są lekko rozchylone, jakby zaledwie przed ułamkiem chwili szeptał coś do Harry'ego. Lily nie do końca rozumie, dlaczego ta bliskość Severusa, świadomość, że przez moment przebywał sam na sam z jej synkiem, wyzwala w niej podskórny lęk. Klęka i starając się opanować roztrzęsienie, przyciąga malucha do siebie.
— Nie wolno oddalać się od mamusi! — strofuje go jednocześnie zdenerwowanym i zatroskanym tonem. Stanowczo zasługuje na miano najgorszej matki roku.
Harry spogląda na nią ze zdziwieniem i wkłada sobie piąstkę do buzi. Lily całuje chłopca w czółko i mocno przyciska do piersi. Po tym wszystkim, co przeżyli, nie chce i nie potrafi zbyt długo się na niego gniewać. Snape przypatruje się im w milczeniu.
— Dziękuję, że go zatrzymałeś. — Lily wstaje z ziemi z Harrym w ramionach. — Odkąd zaczął chodzić, lubi uciekać. Zgubiłam go w tej mgle.
— Naprawdę? — Severus marszczy lekko brwi i przesuwa spojrzenie na dziecko. Kąciki jego ust wyginają się do góry. — Nieładnie tak straszyć mamę.
W uszach Lily te żartobliwie wypowiedziane słowa brzmią niemal jak groźba. Za tym dziwnym uśmiechem chowa się coś nieprzyjaznego, lodowatego; jest niczym przebłysk przejmującego do szpiku kości zimna.
Stop. Jestem przewrażliwiona, gani się w myślach. Wmówiła sobie, że Severus darzy jej syna niechęcią, że nienawidzi go, bo przypomina mu Jamesa. Krytykuje Lupina, a sama nie może się wyzbyć uprzedzeń, interpretując każdy gest i każde słowo Snape'a w nieprzychylny mu sposób. Zerka na niego ukradkiem, aby upewnić się, czy na obliczu mężczyzny wciąż widnieje tamten przyprawiający ją o dreszcze grymas. Jednak tym razem nie dostrzega w jego minie niczego nadzwyczajnego. Uśmiech jest tak normalny, jak tylko normalny może być uśmiech Snape'a. Wyuczony, suchy i lekko ironiczny, jakby jego właściciela peszyła już sama myśl o tym, że usta potrafią ułożyć się w taki kształt. Severus zawsze miał problemy z uśmiechaniem się, nawet jeszcze zanim...
Snape patrzy na nią kątem oka i przestępuje niecierpliwie z nogi na nogę, wytrącając ją z zadumy. Prawdopodobnie zauważył zmianę w jej zachowaniu i wysnuł wniosek, że gdzieś popełnił błąd.
— Co tutaj właściwie robisz? — pyta podejrzliwie Lily. — Tylko nie mów, że przyszedłeś pożegnać Remusa.
Spojrzenie Severusa ucieka gdzieś nad czubek jej głowy.
— Odprowadzę was do zamku — proponuje, nie spiesząc się z odpowiedzią.
Wracają razem przez błonia. Harry przez cały czas z niecodzienną fascynacją śledzi ruchy Snape'a, który z kolei zdaje się celowo ignorować zapatrzone w niego dziecko. W tej cichej wojnie charakterów Lily woli pozostać bezstronnym obserwatorem.
— Myślałem o tym, co wczoraj powiedziałaś — zaczyna bez ogródek Severus ze wzrokiem utkwionym przed siebie.
— Na jaki temat?
— O mnie i Lupinie — wypowiada te słowa w takim pośpiechu, jakby się ich wstydził.
— I co ustaliłeś?
— Nie powinniśmy toczyć sporów w twojej obecności.
Lily odrzuca głowę do tyłu i wybucha gorzkim śmiechem. Wyraz twarzy Snape'a wskazuje na to, że nie pojmuje jej reakcji. Postanawia podać mu pomocną dłoń.
— Brzmisz jak uczeń recytujący na pamięć skład Eliksiru Wielosokowego.
— To znaczy? — dopytuje Severus, wyraźnie niezadowolony z porównania.
— Nie masz pojęcia, o czym mówisz. Naprawdę uważasz, że głównym problemem jest moja obecność? Czyli gdyby nie ja, moglibyście się spokojnie i w zgodzie z własnym sumieniem pozabijać?
Snape w odpowiedzi krzywi się.
— Proszę, powiedz coś — nalega z dezaprobatą Lily, obawiając się, że już nic więcej z niego nie wyciągnie. — To właśnie miałeś na myśli?
— Nie — rzuca krótko Severus, choć jego ponury ton sugeruje, że tak.
— Wspaniale. Mogę więc oczekiwać, że będziecie się do siebie odnosić w cywilizowany sposób? Również kiedy zostawię was samych w pokoju?
Mężczyzna patrzy na nią sceptycznie, jakby zastanawiał się w duchu, jaki kataklizm musiałby się wydarzyć, żeby zmusić ich dwóch do przebywania w jednym pomieszczeniu, zdanych wyłącznie na własne towarzystwo.
— Nic nie słyszę — przypomina mu o swoim istnieniu Lily.
— Och, do diabła... W porządku! — odwarkuje Snape. — Mam nadzieję, że tak samo dręczyłaś Lupina.
Przytrzymuje ręką skrzydło drzwi, przepuszczając ją przodem do środka budynku. To niepodobne do Severusa, tak łatwo odpuszczać. Lily przeczuwa, że specjalnie poddał pierwszą walkę, by później uderzyć ze zdwojoną siłą. Gdy rusza w stronę schodów, planując powrót do swoich komnat, czuje na łokciu przelotny dotyk jego dłoni, który zatrzymuje ją w miejscu. Doznanie przypomina nieoczekiwany, elektryczny impuls i Lily prawie podskakuje. Snape niezwykle rzadko ucieka się do kontaktu fizycznego i każdy taki przypadek wywołuje w niej trudne do określenia emocje.
— Zejdź ze mną do pracowni — mówi Severus, wyczytując w jej oczach nieme pytanie. — Chciałbym ci coś dać.
Prowadzi ją schodami w dół, do lochów; idzie przodem, Lily tuż za nim, ostrożnie stawiając stopy na śliskiej, kamiennej posadzce. Pracownia wygląda jeszcze bardziej sterylnie niż poprzedniego dnia. Lily niemal natychmiast zauważa, że blat, na którym Snape przygotowuje eliksiry, wcześniej zastawiony kruchą, szklaną aparaturą, teraz jest pusty. Severus porzuca ją na progu i bez słowa wyjaśnienia udaje się do małego, przylegającego do pracowni pomieszczenia używanego jako magazyn.
Pozostawiona sama sobie, mocniej ściska rączkę Harry'ego i robi kilka kroków w kierunku stołu. Słyszy głośne chrupnięcie i pod jej podeszwą pęka coś twardego. Cofa szybko nogę, sprawdzając, na co przypadkiem nadepnęła. Na posadzce leży duży, cienki odłamek szkła. Gdzie się podziała obsesyjna pedanteria Snape'a? Dziwne, podsumowuje w myślach. Z przyzwyczajenia wyciąga różdżkę i lewituje resztki roztrzaskanego naczynia do blaszanego kosza. Kiedy mimowolnie zagląda do wnętrza pojemnika, staje jak wryta.
Wypełnia go niemal po brzegi potłuczone szkło. W niektórych kawałkach da się rozpoznać poszczególne części alchemicznego oprzyrządowania: poskręcane rurki, pękate kolby, fiolki różnych rozmiarów. Lily otrząsa się z niemiłego odrętwienia, w które wprawił ją ten osobliwy widok.
— Ostrożnie. Nie skalecz się.
Snape zamyka za sobą drzwi magazynu i podchodzi do stołu. Dałaby naprawdę dużo, żeby zobaczyć, co w tym momencie dzieje się w jego głowie. Odczytywanie nastrojów Severusa zawsze nastręczało trudności, lecz teraz, po kilku latach rozłąki, jest on dla niej po prostu chodzącą zagadką. Zmienił się, oczywiście. Wiedziała to już od chwili, gdy wpadli na siebie pośrodku korytarza, choć nie potrafiła wtedy sprecyzować swoich odczuć, ani tym bardziej ubrać ich w słowa. Wciąż jednak nie jest pewna, czy podoba jej się człowiek, którym Severus stał się w wyniku tej przemiany.
— Miałem mały wypadek — tłumaczy spokojnie Snape. — Nie zdążyłem dokładnie posprzątać.
— Wypadek?
— Eliksir, który wczoraj warzyłem. Musiałem go wyrzucić.
— Zepsułeś eliksir? — upewnia się Lily, nie wierząc, że coś takiego przytrafiło się akurat jemu.
— Zdarza się nawet najlepszym. — Snape w zamyśleniu przejeżdża dłonią po blacie. — Byłem zdekoncentrowany.
Nigdzie w pracowni nie widać śladów charakterystycznych dla magicznej eksplozji i Lily chętnie dopytałaby o szczegóły tego wypadku, ale dla własnego bezpieczeństwa postanawia nie drążyć tematu. Severus stawia na blacie buteleczkę z cienkiego, ciemnozielonego szkła, wypełnioną połyskliwym płynem. Na policzkach Lily wykwita zdradliwy rumieniec.
— Myślałam, że tego nie pochwalasz i zmienisz zdanie.
— Za jakiś czas ty również dojdziesz do wniosku, że mikstura niszczy tylko owoce. Korzeń lęku pozostaje nietknięty.
— Czym jest ten korzeń? — pyta Lily z powątpiewaniem.
Snape podnosi rękę i po krótkim zawahaniu delikatnie dotyka lodowatą opuszką palca jej czoła.
— Jest gdzieś tutaj. Sama musisz go znaleźć.
— Nie prosiłam o sesję terapeutyczną — odcina się ostro Lily, ulegając gwałtownemu uczuciu gniewu. To poniżające, gdy ktoś w przerwie na śniadanie, jak gdyby nigdy nic, rozbiera jej psychikę na czynniki pierwsze.
Szybkim ruchem sięga po eliksir, zaciskając palce na gładkiej, szklanej powierzchni buteleczki. Zamierza zabrać lekarstwo i najzwyczajniej w świecie odejść. Nie ma ochoty na dalszą dyskusję, rozmowa wysysa z niej energię, a Harry zaczyna niespokojnie wiercić się u jej boku. Obraca się na pięcie, lecz w tym samym momencie dobiega ją nienaturalnie przytłumiony głos Snape'a:
— Jeśli dobrze pamiętam, kiedyś chciałaś pracować w szpitalu.
Lily przystaje, zaskoczona jego uwagą. Co? Rzeczywiście, ale to było przed zaręczynami z Jamesem. Później wszystko się zmieniło. Do czego on zmierza? Niepokoi ją dobra pamięć Severusa i fakt, że dużo o niej wie, choć na szczęście pewne zasoby jego wiedzy zdążyły się już zdezaktualizować. Ma dziwne wrażenie, jakby przyjaciel z dzieciństwa sprzedał poufne informacje na jej temat obcej osobie, która teraz bez skrupułów wykorzystuje je do własnych celów.
— Już na czwartym roku rozważałaś karierę magomedyka.
Lily posyła mu przez ramię zagubione i zarazem nieco zniecierpliwione spojrzenie.
— Jestem pod wrażeniem, że pamiętasz takie rzeczy.
Snape mruży lekko oczy.
— Mam długą pamięć.
— Nie rozumiem tylko, czemu sobie nagle o tym przypomniałeś.
— Nie myślałaś czasem, żeby wrócić do tych planów?
— Jakoś nigdy nie było okazji — odpowiada ze zmieszaniem. Prawdę mówiąc, nie zastanawiała się nad tym. — Najpierw Zakon, potem musiałam zająć się Harrym... — dodaje po chwili, jakby chciała się usprawiedliwić przed nim i przed samą sobą.
— Więc być może okazja nadarza się teraz — podsuwa łagodnie ponaglającym tonem Snape.
— Nie sądzę... — zaczyna rozdrażniona, ale w porę powstrzymuje wybuch złości. Intencje Severusa są przypuszczalnie ze wszech miar szlachetne, więc nie ma powodu, żeby wyładowywać na nim swój gniew. — To zły moment na takie pomysły — stwierdza stanowczo.
— Wręcz przeciwnie — odpiera gładko Snape. — Niekiedy jasno wyznaczony cel jest jedynym, co podtrzymuje w człowieku chęć do życia.
Lily zdumiewa i jednocześnie martwi to, z jaką łatwością Severus czyta kumulujące się w jej umyśle wątpliwości i obawy, zupełnie jakby nieustannie stosował legilimecję.
— Wydajesz się znać problem z autopsji. — Nie może się powstrzymać od drobnej uszczypliwości.
Wyczuwa jakieś drgnienie w jego postaci, choć mężczyzna nie wykonuje żadnego widzialnego ruchu.
— Poniekąd — przyznaje Snape głosem, w którym da się wychwycić cień posępnego humoru, po czym wraca do głównego wątku: — Mogłabyś przygotowywać się do egzaminów w tej pracowni.
— Chyba wiem, do czego to zmierza — wzdycha z niezadowoleniem Lily. — Nie potrzebuję zajęcia, które pozwoli mi zapomnieć o tym, co się stało. Nie chcę zapominać. Nie chcę — podkreśla z mocą.
— To nie jest zapomnienie. — Snape na kilka sekund zawiesza głos i błądzi wzrokiem po równych rzędach słojów i butelek poustawianych na półkach pod ścianą, jak gdyby w poszukiwaniu właściwego słowa. — To twórcze zapamiętanie. Takie, które po jakimś czasie pozwala spojrzeć na pewne rzeczy z innej perspektywy.
— Traktujesz pracę w Hogwarcie jako „twórcze zapamiętanie"?
— Częściowo.
— I co widzisz, kiedy tak obserwujesz z dystansu swoje dotychczasowe życie?
— Zbyt często pozwalałem, żeby kierował nim ktoś inny.
Lily usiłuje odnaleźć w jego spojrzeniu to, co zdecydował się przemilczeć, ale oczy Severusa pozostają czujne i niedostępne.
15.
Strużki lodowatej wody spływają po jej policzkach i szyi, mocząc koszulę nocną i rozsypane na ramionach włosy. Oddech bardzo powoli wraca do normy, lecz wciąż słyszy w uszach łomot swojego serca. Rozmyte, zlewające się w mglistą całość obrazy wyciekają z umysłu tak szybko, że pozostaje po nich jedynie ziarno czystego, niezmąconego niczym strachu, tkwiące boleśnie w tyle jej głowy. Obserwując w lustrze swoją upiornie bladą twarz, Lily usiłuje przywołać z podświadomości szczegóły koszmaru, przypomnieć sobie, co spowodowało tę eksplozję lęku, jednak jej pamięć zachowała tylko odległe echo zamazanych wizji i towarzyszące im uczucie duchoty, przed którą nie było ucieczki.
Podnosi się ciężko z brzegu wanny i jeszcze raz pochyla nad umywalką. Nogi ma miękkie jak z waty, a ciało nie przestaje dygotać. Ponownie przemywa twarz, odrywając od niej lepkie resztki snu. Odgarnia z czoła wilgotne, poskręcane kosmyki włosów i przypatruje się uważnie swojemu odbiciu.
Boże, myśli. Wyglądam, jakbym właśnie wstała z trumny.
Czy już nigdy nie zazna spokoju?
Bierze kaganek i opuszcza łazienkę. Płynący przez mrok salonu płomień świecy przypomina błędnego ognika unoszącego się nad mokradłami. Panująca wokół cisza niespodziewanie wydobywa spod warstw jej pamięci słowa Snape'a, które w pewien sposób ją poruszyły. Zastanawia się, dlaczego tak dużą wagę przywiązuje do jego wypowiedzi; to prawda, byli kiedyś bliskimi przyjaciółmi, ale ostatecznie Severus, ponad przyjaźń z nią, wybrał iluzję mocy oferowaną mu przez śmierciożerców. Zniszczył wszystko, co razem zbudowali, oczekując w jakimś obłędnym przekonaniu o własnej racji, że ona to zwyczajnie zaakceptuje, że dostrzeże w tych działaniach sens. Czy naprawdę liczył na zrozumienie z jej strony? Na to, że spojrzy na świat jego oczami i zobaczy rzeczy tak, jak je opisywał? Najwyraźniej nigdy jej dobrze nie znał. Czyżby, Lily? — odzywa się nagle w jej głowie szyderczy głosik. A może jednak zna cię bardzo dobrze?
Jak na zawołanie, umysł usłużnie podsuwa wspomnienie, o którym wolałaby zapomnieć, a które znów napełnia ją poczuciem wstydu i upokorzenia. Nie Harry! Nie Harry! Błagam… Zrobię wszystko! Czemu Harry?! Dlaczego właśnie mój syn?! Zabij innego… Lily bezwiednie zaciska pięść, lecz wie, że bezsilna złość niczego nie zmieni; nie odwróci biegu wydarzeń. Kiedy opowiadała Albusowi i innym członkom Zakonu o tamtej nocy, o swoim starciu z Voldemortem, słowa, jakie wtedy wykrzyczała do czarnoksiężnika, nie chciały jej na nowo przejść przez gardło, więc po prostu je przemilczała. Nikt nie śmiał kwestionować odwagi Lily, wszyscy uważają ją za bohaterkę. Dlaczego? Bo zginął jej mąż? Bo nie dała rady obronić syna? Bo była gotowa... Nie, nigdy bym się do niego nie przyłączyła! Nigdy! — powtarza gorączkowo w myślach Lily. Pamiętaj, co mu obiecałaś, chichocze głosik.
Zrobię wszystko.
Przystaje pośrodku salonu i gniewnie ściera dłonią łzy, które nie zdążyły opaść na policzki. W oczach świata Lily Potter może uchodzić za nieustraszoną bohaterkę, ikonę walki ze złem, ale prawdziwa Lily w Noc Duchów oddała swoją duszę Voldemortowi, a złożona mu przysięga jest niczym cień Mrocznego Znaku na przedramieniu. Strach wydarł z niej prawdę: żeby ocalić życie syna, była gotowa zabić. Odczuwa potworny lęk, że któregoś dnia czarnoksiężnik powróci, by upomnieć się o swoje, lub że ktoś dowie się, jak rzeczywiście wyglądała tamta noc w Dolinie Godryka. Ktokolwiek oprócz...
Paradując przez kilka lat w aurze bohaterstwa, Lily jeszcze do niedawna nie rozumiała, że źródłem tego blasku, w którym mogła się grzać, była inna osoba. Zawsze blisko niej, zawsze tuż obok. James. To on wyznaczał cel i wskazywał kierunek. Zadecydował, że są odważni, więc byli. Po zakończeniu nauki wstąpili do Zakonu Feniksa i zwalczali śmierciożerców. Brali udział w dziesiątkach akcji, często narażając się na śmierć. Lily rzadko dopuszczała do siebie myśl, że przecież mogło być inaczej. James zawsze potrafił przekonać do swoich racji; przedstawiał wszystko tak, że inne wybory faktycznie wydawały się nierealne i pozbawione sensu. Tak trzeba, powtarzała Lily, gdy dopadały ją wątpliwości. Tak trzeba.
Czy jej życie z Jimem było złudzeniem? Ekscytującą iluzją, która runęła, gdy zabrakło jego obecności? Czy bez namowy Jamesa kiedykolwiek zostałaby członkiem Zakonu? Nie, oczywiście, że nie, uświadamia sobie z goryczą. Nie była typem wojownika. Prawdopodobnie ukończyłaby Hogwart, podjęła pracę w szpitalu, założyła rodzinę. Któregoś dnia do jej domu przyszliby pewnie śmierciożercy; wcelowaliby różdżkę w jej dziecko, a ona powiedziałaby wtedy: zrobię wszystko. I dotrzymałaby tej obietnicy.
Przecież moja miłość do niego była prawdziwa, przekonuje siebie w duchu Lily. Przecież naprawdę się kochaliśmy. Tak, kochała go, uwielbiała jego siłę i opanowanie w obliczu zagrożenia. Ale czy James kochał ją czy raczej kogoś, kto nigdy tak naprawdę nie istniał? Daliśmy im popalić, zwykł mawiać Jim po wygranych akcjach przeciwko śmierciożercom, posyłając jej porozumiewawczy uśmiech. Był przekonany, że odczuwa to samo, co on: satysfakcję z dobrze wykonanej roboty i dumę zwycięzcy. A ona, odwzajemniając jego uśmiech, chciała tylko jak najszybciej wracać do domu. Co o niej myślał w ostatnich sekundach swojego życia, widząc, jak bez namysłu pędzi po schodach na piętro, nawet przez moment nie rozważając stanięcia z nim ramię w ramię do pojedynku z Voldemortem? Co by powiedział, słysząc, jak nieprzytomnie błaga jego mordercę o litość, przysięga, że zrobi dla niego wszystko, wszystko, że pozwoli mu zabić inne dziecko, byle szaleniec zaspokoił głód krwi?
P-Przepraszam, jąka się młody czarodziej, zgniatając w dłoniach przód swojej szaty. Przepraszam, dłużej nie dam rady. Muszę odejść. Albus kiwa krótko głową. Młodzieniec jeszcze chwilę stoi niepewnie przed dyrektorem, z pokorą przyjmując smagające go jak bicze, w większości niechętne spojrzenia zgromadzonych w pomieszczeniu członków Zakonu Feniksa. Lily jest go żal. Wreszcie czarodziej, powłócząc nogami, odwraca się i znika za drzwiami, by już nigdy więcej ich nie zobaczyć. Lily spogląda przelotnie na twarz męża. Jest wyraźnie zirytowany. Nachyla się w stronę siedzącego obok Syriusza, a z jego ust pada jedno słowo.
— Tchórz — szepcze bezgłośnie Lily.
Tchórz.
Kim jest, żeby oceniać Snape'a? Ona również należy do tych, którzy w ten czy inny sposób ulegli Voldemortowi. Małżeństwo z Jimem oraz to, jak wpłynęło na jej życie, nie ma w ostatecznym rozrachunku znaczenia. Zawsze było jej bliżej do ludzi pokroju Snape'a niż do Jamesa. Może próbować oszukać siebie i innych, ale Severus poznał ją, przejrzał jej serce i wie, że w głębi duszy jest taka jak on. Rozmowa z nim uzmysłowiła Lily, że w zasadzie niewiele decyzji w swoim życiu podjęła samodzielnie.
Odstawia kaganek na szafkę koło łóżka i wsuwa zmarznięte nogi pod kołdrę. Gdy kładzie się i przymyka oczy, przez mgnienie chwili ma wrażenie, że zaraz otoczy ją troskliwe ramię Jima, odpędzając wszystkie troski.
16.
— Chciałeś ze mną rozmawiać, Albusie — przypomina łagodnie Lily.
Dyrektor otrząsa się z zadumy. Widać, że coś go trapi.
— Wybacz, zamyśliłem się. Mój wiek czasem daje o sobie znać — usiłuje bezskutecznie obrócić sytuację w żart.
Lily nie podoba się jego lekko roztargnione spojrzenie.
— Czy coś się stało? — pyta nieufnie.
— Tak. — Na twarzy Dumbledore'a pojawia się napięcie. — Chodzi o Voldemorta.
Żołądek Lily skręca się w supeł. Ogarnia ją chłód i przez kilka sekund nie może wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
— Czy on... Czy on żyje?
— Wszystko na to wskazuje. — W głosie Albusa pobrzmiewa współczucie i zarazem cichy zawód, jakby z trudem akceptował swoją porażkę.
Lily zdaje się, że słyszy w nim jeszcze coś na kształt uznania, lecz prędko przegania tę niedorzeczną myśl z umysłu. Zaciska dłonie na oparciach krzesła, próbując powstrzymać atak paniki i odzyskać spokój. Łudziła się... Tak bardzo pragnęła, żeby to był koniec. Czy ofiara Jima i tak wielu innych ludzi nie wystarczyła? Czy teraz wojna rozgorzeje na nowo?
— Ale jak... Jak to możliwe? Przecież na własne oczy widziałam... Ten wybuch...
— Lord Voldemort zawsze twierdził, że udało mu się pokonać śmierć — przerywa jej stary czarodziej cierpliwym tonem. — Teraz możemy przekonać się, że nie były to z jego strony czcze przechwałki. — Delikatnie odchyla głowę do tyłu i zaczyna wodzić nieobecnym wzrokiem po suficie gabinetu. — Wygląda na to, że choć jego ciało uległo zniszczeniu, zdołał przetrwać w mniej lub bardziej materialnej formie, która umożliwia mu odrodzenie się w przyszłości. Sam nie mogłem początkowo uwierzyć w docierające do mnie informacje... Wydawało się to niepojęte, całkowicie oderwane od rzeczywistości. Magia daje ogromne możliwości, naprawdę olbrzymie, ale to... To przekroczenie kolejnych granic. — Ze sposobu, w jaki wypowiada te słowa, nie wynika jednoznacznie, czy imponuje mu to, co uczynił Voldemort, czy wręcz przeciwnie.
— On wróci, prawda? Będzie chciał się zemścić.
Drżący głos Lily sprowadza dyrektora z powrotem na ziemię. Widząc jej pobielałą, skurczoną ze strachu twarz, raptownie pochyla się ku niej, a jego łagodne dotąd oczy rozbłyskują twardą determinacją.
— Jesteście bezpieczni, Lily. Nic wam tutaj nie grozi.
— Jak długo?
— Słucham? — Jej beznamiętne pytanie zbija Dumbledore'a z tropu.
— Jak długo będziemy tu bezpieczni? Rok? Dwa lata?
— Śmierciożercy nie odważą się zaatakować Hogwartu — odpowiada ostrożnie. — Istnieje szansa, że wciąż nie wiedzą, że tu jesteś.
— A jeśli dowiedzą się? Co wtedy? Czy jesteś gotów narażać na niebezpieczeństwo uczniów? — rzuca niemal oskarżycielsko Lily.
Albus podrywa się z fotela i podchodząc bliżej, kładzie jej ręce na ramionach.
— Popatrz na mnie, Lily — mówi rozkazująco, tak że Lily nie ma wyboru i musi odkleić wzrok od swoich kolan. — Nie opuścimy was, rozumiesz? Nigdy was nie opuścimy — powtarza powoli, akcentując każdy wyraz z osobna.
Lily zastanawia się, czy Dumbledore kiedykolwiek zostawił kogoś tak, jak ona zostawiła Jima; czy jego również do dziś dręczą z tego powodu wyrzuty sumienia.
— Powiedz to, Albusie. Po prostu powiedz, że tam, gdzie pojawimy się z Harrym, już nigdy nie będzie bezpiecznie, dopóki on żyje.
Dyrektor prostuje się i surowo spogląda na nią z góry.
— Nawet nie próbuj tak myśleć, Lily. Nie rozumiesz, że to właśnie wy, ty i twój syn, daliście nam wszystkim nową nadzieję? W najczarniejszej godzinie, gdy wydaje się, że wszystko stracone, jeden, prosty akt miłości okazuje się znakiem, który wskazuje nam ścieżkę pośród trwającej zawieruchy.
— Akt miłości...? — podchwytuje zdezorientowana Lily.
— To kolejna rzecz, o której chciałem z tobą porozmawiać. — Dumbledore podchodzi do okna i przystaje przed nim, zwrócony bokiem do gabinetu.
Lily wyczuwa w jego postawie nietypową dla niego niezręczność i poruszenie; ta nienaturalność od razu przykuwa jej uwagę. Zwężonymi oczami obserwuje, jak dyrektor mechanicznym ruchem zaczyna gładzić sobie brodę.
— Pytałaś mnie kilka razy, jak to się stało, że Harry przeżył uderzenie Avady. Nie potrafiłem odpowiedzieć na to pytanie. Nie miałem wystarczającej ilości danych.
— A teraz? — Lily nadstawia uszu.
— To poświęcenie Jamesa uratowało Harry'ego.
Lily czuje rozchodzące się od jej serca ciepło, które na chwilę rozprasza mieszkający tam od dnia śmierci Jima smutek. Duma z odwagi męża miesza się u niej ze wzruszeniem. Kompletnie nie pojmuje, dlaczego Albus sprawia wrażenie coraz bardziej zdenerwowanego.
— W jaki dokładnie sposób? To było jakieś zaklęcie, prawda? — docieka.
— Klątwa — poprawia cicho Dumbledore i zerka na nią z ukosa, badając jej reakcję.
Lily marszczy brwi, a wypełniające ją radosne uczucie ustępuje miejsca niepewności.
— Klątwa? Ale to znaczy... James użył czarnej magii?
— Zrobił to z miłości do Harry'ego — dopowiada pospiesznie Albus. — Uznał, że tylko tak go uratuje.
Lily poprawia się na krześle, gdy oparcie zaczyna ją nagle uwierać w kręgosłup. Myśl, że Jim wykorzystał gałąź magii, przed którą zawsze się wzbraniał, nawet w tak szlachetnym celu jak zapewnienie bezpieczeństwa synowi, wywołuje w niej sprzeczne emocje. Przecież w tym przypadku postąpiłaby dokładnie tak samo. Nie miałaby żadnych wątpliwości. Czy gdyby ona zginęła pierwsza, James targowałby się z Voldemortem o życie dziecka? Nie potrafi wyobrazić go sobie w takiej sytuacji.
— Jak działa ta klątwa? — pyta po krótkim milczeniu.
Zauważa, że na dźwięk tych słów niepokój w twarzy Albusa pogłębił się.
— To starożytna magia, z zamierzchłych czasów. Bardzo potężna. — Dyrektor miarowym krokiem podchodzi do biurka i unosi do oczu jeden z leżących na nim delikatnych, srebrnych przyrządów o nieznanym przeznaczeniu. Obraca go z zainteresowaniem w palcach, podziwiając misterne wykonanie. — Zaczyna działać, gdy zostają spełnione odpowiednie warunki.
Lily męczy to owijanie w bawełnę. Domyśla się, że z jakichś względów Dumbledore ma opory przed podzieleniem się z nią ważną informacją.
— Jakie warunki? — próbuje niecierpliwie popchnąć konwersację do przodu.
Albus z niemal nabożną czcią odkłada tajemniczy przedmiot z powrotem na blat biurka, a jego nagle skoncentrowany wzrok spoczywa wreszcie na Lily.
— Zostanie złożona ofiara.
— Jaka ofiara? — Lily reaguje instynktownie, jakby odpierała atak.
— Krwi.
— Co? — Nie jest pewna, czy chce zrozumieć to, o czym mówi czarodziej. Zasiane w niej przez nawiedzające ją koszmary ziarno strachu pulsuje tępym bólem tuż pod jej czaszką.
Dumbledore ciężko wzdycha, po czym decyduje się zasiąść ponownie w fotelu. Splata dłonie na brzuchu w geście wyrażającym bezradność i wyjaśnia:
— Żeby klątwa zaczęła działać, James musiał umrzeć.
Lily mruga oczami, czując wzbierającą pod powiekami wilgoć. Zasycha jej w ustach. Jim...
— To była w pełni świadoma decyzja — ciągnie Albus — choć podjęta na kilka sekund przed końcem życia. James wiedział, że gdy zginie, bariera wzniesiona z jego poświęcenia ochroni bliską mu osobę przed śmiercią z ręki Voldemorta.
— Więc gdyby on postanowił mnie jednak zabić, to ja nosiłabym dzisiaj na czole bliznę?
Dyrektor wbija spojrzenie w swoje złączone dłonie i mówi z ociąganiem:
— Bariera może chronić tylko jedną osobę.
Lily próbuje ustalić, jaki jest związek tej enigmatycznej odpowiedzi z zadanym przez nią pytaniem. Dopiero po chwili przychodzi zrozumienie, które przypomina bolesne uderzenie w sam środek brzucha; już wie, co Dumbledore chciał w ten sposób przekazać.
— Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś — odzywa się w końcu, nie pozwalając, żeby w jej głos wkradły się jakiekolwiek emocje. — Jeśli to wszystko, pójdę już.
W jej piersi narasta jakieś nieokreślone, gorzkie uczucie i Lily boi się, że nie zdoła nad nim zapanować. Potrzebuje samotności. Odsuwa krzesło od biurka i wstaje.
— Lily... — Albus wpatruje się bacznie w jej twarz. — Dobrze się czujesz?
Świetnie, ma ochotę rzucić sarkastycznie Lily, lecz gryzie się w język.
— Tak. Do zobaczenia. — Sztywnym krokiem idzie w kierunku wyjścia. Dumbledore nie zatrzymuje jej i chociaż za to jest mu wdzięczna.
Pokonuje biegiem prowadzące w dół dziesiątki krętych stopni, lecz już na korytarzu nogi niespodziewanie odmawiają jej posłuszeństwa. Dociera do pobliskiego okna i opiera się ciężko o zimny mur. Stara się uporządkować swoje myśli, ale nie umie opisać tego, co właściwie czuje.
To oczywiste, że wybrał Harry'ego. Na jego miejscu zrobiłaby przecież tak samo. Musiał ratować przede wszystkim dziecko, to ich synek był najważniejszy. Ona... Ona jakoś dałaby sobie radę... Wierzył w nią, zawsze twierdził, że jest silna.
Wiedział, że nie masz szans. Wiedział, że zginiesz.
Ściska głowę rękami tak, jakby miało to pomóc w uciszeniu tego drwiącego, ohydnego głosu tłukącego się echem po jej umyśle. Ja też wybrałabym Harry'ego, powtarza uparcie w duchu. To jedyne logiczne rozwiązanie. Przestań się oszukiwać. Byliśmy dorośli i świadomi tego, czego się podejmujemy. Gotowi zapłacić najwyższą cenę. Ale Harry... Lily ze złością uderza pięścią w kamień. Tak, była gotowa ponieść konsekwencje ich wyboru (Czy to był naprawdę twój wybór?), tego, że opowiedzieli się przeciwko Voldemortowi. Więc dlaczego ostatnia decyzja Jamesa tak mocno ją ubodła? Czemu odczuwa gniew, palący gniew i coś jeszcze... Coś zupełnie nieracjonalnego. Rozczarowanie? Zazdrość...? Przestań, nawet tak nie myśl. Jim kochał was oboje.
— Lily?
Jej ramiona mimowolnie podskakują, gdy rozlega się za nią wyrazisty głos Snape'a. Jeszcze jego tu brakowało.
— Czego chcesz? — pyta dość opryskliwie.
Severus przez kilka sekund zachowuje milczenie, wyczuwając emanującą z niej aurę wrogości, której Lily nie próbuje nawet poskromić.
— Jesteś zdenerwowana — stwierdza sucho fakt. — Czy coś się stało?
— To osobista sprawa. — Odwraca się i mija go, kątem oka widząc, jak śledzi ją wzrokiem. Wyprana z emocji twarz mężczyzny poważnie działa Lily na nerwy.
Gdy oddala się korytarzem, dręczy ją przeczucie, że umyka jej coś ważnego, że zapomniała o czymś, o czym powinna koniecznie pamiętać. To nieprzyjemne wrażenie, jakby wyrwa w świadomości albo drzazga tkwiąca uparcie w palcu. Naraz doznaje olśnienia, a poszukiwane wspomnienie przecina jej umysł jak promień ostrego światła. W uszach Lily ponownie rozbrzmiewają z pełną klarownością słowa, które tamtej przeklętej nocy przesądziły o jej losie. Ktoś kupił twoje życie.
Zamiera w pół kroku i powoli ogląda się za siebie, ale miejsce, gdzie jeszcze niedawno stał Snape, jest puste.
17.
Harry popatruje nieśmiało na drugiego chłopczyka i co jakiś czas zerka ukradkiem na mamę, jak gdyby potrzebował jej pomocy. W końcu dochodzi do wniosku, że jego zabawki są zagrożone, więc z zawziętą minką przysuwa je bliżej siebie. Alicja Longbottom wybucha perlistym śmiechem.
— Twój maluszek jest bardzo asertywny.
Lily lubi ten śmiech. Jest szczery i ciepły, przywodzi na myśl popołudnia w domowym zaciszu. Ciekawi ją, czy mąż Alicji też ucina sobie po obiedzie krótką drzemkę, tak jak niegdyś Jim. Czy aurorzy miewają w ogóle chwile relaksu? Jak często?
— Naprawdę podobny do Franka — mówi Lily, obserwując w zadumie bawiące się na dywanie brzdące.
— Frank twierdzi, że do mnie... — Alicja urywa, chociaż zdaje się, że chciała powiedzieć coś więcej. Szybko pokrywa zmieszanie życzliwym uśmiechem.
— Mój to wykapany Jim. — Lily postanawia ją wyręczyć, wpatrzona zamglonym wzrokiem w Harry'ego.
Uśmiech Alicji gaśnie.
— Tak.
— Wciąż nie potrafię uwierzyć, że jego już nie ma.
Co ją skłoniło do takich wyznań? Znów nie zdążyła ugryźć się w język. Alicja delikatnie dotyka jej dłoni. To prosty gest, ale jednocześnie bardzo intymny, przekazujący w ułamku chwili ogromny ładunek emocji, którego żadne słowa nie są w stanie udźwignąć.
— Odszedł jak bohater.
— Wolałabym, żeby uciekł jak tchórz.
Lily wypatruje w oczach Alicji zrozumienia i ze zdziwieniem dostrzega, że Alicja rzeczywiście rozumie. Gdyby mogła, najchętniej rozpłynęłaby się w tym serdecznym, uspokajającym dotyku, odsyłając w niepamięć wszelkie zmartwienia.
Ich uwagę zwraca nagłe zamieszanie i odgłos pospiesznych kroków niosący się po korytarzu. Ledwie wymieniają czujne spojrzenia, drzwi otwierają się i do środka zagląda Frank Longbottom. Lily dawno nie widziała go tak przestraszonego. Kiedy auror napotyka pytający wzrok swojej żony, jego twarz przelotnie się rozluźnia, ale trwa to tylko krótką chwilę, zanim powraca na nią ponury wyraz świadczący o tym, że stało się coś bardzo złego.
— O co chodzi, skarbie? — Alicji natychmiast udziela się niepokój męża. Frank nie należy do ludzi, którym łatwo napędzić strachu, więc jego nerwowe zachowanie podkreśla powagę sytuacji.
Ostatnie słowo Alicji znowu wywołuje u Lily niekontrolowany napływ tęsknoty za czymś, co już nigdy się nie wydarzy. Czuje się jak intruz, jak upiór karmiący się łapczywie szczęściem innych. Żałuje, że nie może zniknąć, zostawiając małżonków samych.
— Zaatakowano Bradleya Scotta — wyjaśnia Frank niskim, pełnym napięcia głosem. Słychać, że jest poruszony. — Zabraliśmy go do skrzydła szpitalnego.
— O Boże, Bradley... — Alicja przykłada dłoń do ust. — Dlaczego nie do Munga?
— To by sprowokowało lawinę pytań — ucina kategorycznie jej mąż. — Poza tym przynieśli go z Hogsmeade, więc było bliżej. Aberforth znalazł go na swoim podwórzu.
— Co takiego?! Skąd on się tam wziął?!
Frank unosi znacząco brwi.
— To trzeba będzie ustalić.
W okamgnieniu serce Lily zamienia się w niesamowicie ciężką bryłę lodu. Bradley jest najświeższym i bardzo obiecującym nabytkiem Zakonu. Dołączył do nich natychmiast po odebraniu świadectwa ukończenia Hogwartu, trochę ponad cztery miesiące temu. Lily nie zdążyła go jeszcze dobrze poznać, ale kilka razy żartobliwie ją kokietował, czym niezmiernie drażnił Jamesa. Przywołując w pamięci obraz jego młodej, pogodnej twarzy, zrywa się z kanapy i kieruje prędko w stronę drzwi.
— Popilnujcie Harry'ego, zaraz wrócę.
Frank bezceremonialnie staje jej na drodze.
— Nie idź tam, Lily.
— Chcę pomóc. — Usiłuje go bezskutecznie wyminąć, lecz mężczyzna chwyta ją za ramię.
Ich spojrzenia spotykają się.
— Zaufaj mi. Nie idź tam — powtarza auror, powoli kręcąc głową.
Wyraźnie pobrzmiewająca w jego głosie przestroga sprawia, że w przypływie nowej siły odpycha go i puszcza się biegiem w dół korytarza. Frank coś za nią krzyczy, ale słowa zlewają się w niezrozumiałe dźwięki; jest zbyt skoncentrowana na tym, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu. Wpada do głównej sali skrzydła szpitalnego i rozgląda się na boki, lustrując wzrokiem kolejne łóżka. W gwałtownym napadzie lęku myśli, że już po wszystkim, lecz instynkt każe jej podążać dalej, w kierunku znajdujących się za gabinetem pani Pomfrey pomieszczeń.
Drzwi jednej z izolatek są uchylone i przez szparę na posadzkę korytarza pada długi, spiczasty snop światła. Z wewnątrz dobiegają stłumione głosy. Lily podchodzi bliżej i w jej nozdrza uderza intensywny, przytłaczający zapach krwi. Na widok przesiąkniętych czerwienią prześcieradeł ledwie powstrzymuje falę mdłości. Krew zdaje się być dosłownie wszędzie, jej ciemne smugi ciągną się po podłodze. Nie spodziewała się czegoś takiego.
Nad skręcającym się w konwulsjach ciałem pochyla się Snape. Mamrocze coś pod nosem, przyciskając jedną dłoń do brzucha rannego, a w drugiej trzymając różdżkę, której wierzchołek sunie w poprzek piersi młodzieńca. Z ust Bradleya wydobywają się okropne, charczące dźwięki, jakby coś uniemożliwiało mu oddychanie. Gdy śmiertelnie blada pani Pomfrey przeciera jego wargi, biała chusteczka od razu pokrywa się czerwonymi plamami. Lily chwiejnym krokiem wstępuje w pas światła i w tym samym momencie Snape unosi wzrok, natrafiając przypadkiem na jej nieprzytomne ze zgrozy oczy. Zdaje się, że przepływa pomiędzy nimi jakiś niezwykły impuls, błysk porozumienia, który jednak w następnej sekundzie gaśnie. Severus powoli zsuwa swoje ręce ze Scotta; są po łokcie ubrudzone we krwi. Ciałem Bradleya wstrząsa ostatni, gwałtowny skurcz, aż w końcu czarodziej nieruchomieje. Z gardła pani Pomfrey wymyka się zduszony szloch.
Snape z niezmienionym, tak samo powściągliwym wyrazem twarzy wkłada różdżkę za pazuchę. Pod Lily uginają się nogi. Od dusznego, ciężkiego zapachu krwi kręci jej się w głowie. Bradley... Bradley...
— Pozwoliłeś mu umrzeć... Pozwoliłeś mu umrzeć, ty skurwysynu!
Do Severusa doskakuje znienacka mężczyzna o jasnych, kręconych włosach, do tej pory skryty przed spojrzeniem Lily za drzwiami izolatki. To Tytus Hope, przyjaciel Scotta. Namówił go do wstąpienia w szeregi Zakonu. Teraz jego wesołe zazwyczaj oblicze wykrzywia ból i nienawiść. Brutalnym ruchem chwyta Snape'a za przód szaty.
— Zabiłeś go!
— Uspokój się. — Severus pozostaje niewzruszony. Próbuje bezskutecznie uwolnić się z tego uścisku, ale dłonie mężczyzny zatrzaskują się z morderczą precyzją wokół jego szyi.
— ZABIŁEŚ GO!
W oczach Snape'a pojawia się ostrzegawczy błysk.
— Odsuń się — mówi, a w jego zniżonym głosie czai się groźba.
— Zapłacisz za to, śmierciożerco — cedzi wolno przez zęby Tytus, lecz nagle spowija go oślepiający poblask i z hukiem ląduje na posadzce.
Z piersi Lily wyrywa się głośny okrzyk. Snape automatycznie odwraca głowę w jej stronę, tak że może jeszcze przez ułamek chwili dostrzec zniekształcający jego rysy zimny i bezwzględny grymas wściekłości. Ten wyzuty z jakichkolwiek ciepłych czy choćby neutralnych uczuć wyraz twarzy przeraża ją bardziej niż samo rzucone niespodziewanie zaklęcie. Severus pospiesznie spuszcza wzrok, jakby odzyskał zmysły i dotarło do niego, że zachowuje się niedopuszczalnie.
— Wystarczy — rozlega się za plecami Lily znajomy głos.
Dumbledore przechodzi koło niej i uchylając szerzej drzwi izolatki, wkracza do pomieszczenia. Omiata spojrzeniem leżące na łóżku we krwi ciało Bradleya Scotta. Przez jakiś czas nic nie mówi, pochylając się lekko nad zwłokami młodzieńca; wygląda na pogrążonego w głębokiej medytacji. Wreszcie zadaje cicho pytanie:
— Czy nic nie dało się zrobić?
— Zaklęcia uzdrawiające wzmogły krwawienie i jedynie przyspieszyły zgon — odpowiada natychmiast Snape, a jego ton jest z powrotem chłodny i ściśle profesjonalny. — Najprawdopodobniej na Scotta rzucono Klątwę Długiej Śmierci.
— To twoja wina! Zabiłeś go! — Tytus Hope nawet nie stara się dźwignąć z podłogi. Ociera wierzchem dłoni spływające mu po policzkach strugi łez. Lily na ten widok kraja się serce. Wie, że przez najbliższe miesiące czarodziej nie znajdzie ukojenia.
— Gdyby nie twoje nieudolne zaklęcie tamowania krwi, które bardziej zaszkodziło, niż pomogło, być może zyskałbym więcej czasu i zdążył coś wymyślić — mówi jadowicie Snape. Zważywszy na stan, w jakim znajduje się obecnie Hope, brzmi to wyjątkowo bezdusznie.
— Dosyć. — Albus unosi rękę w kategorycznym geście, ucinając ich gorący spór. — Tytusie, będę musiał zadać ci kilka pytań. Tobie zresztą też, Severusie.
— Dlaczego to zrobili? — Zza pleców zaskoczonej Lily wyłania się nagle Frank. Aż do tej chwili stał w głębi korytarza, przyglądając się w milczeniu całemu zajściu, i z tego powodu nie zauważyła wcześniej jego obecności. — Jak dotąd nie zostawiali nikogo jeszcze żywego. Wyraźnie chcieli, żeby ktoś go znalazł, próbował ratować... — Auror mówi spokojnie, lecz jego niebieskie oczy ciemnieją, gdy zasnuwa je gniew. Odrywa wzrok od umęczonego ciała Bradleya i spogląda wyczekująco na dyrektora.
— Obawiam się, że to ostrzeżenie — odpowiada po krótkim zastanowieniu Dumbledore.
— Ostrzeżenie...? — powtarza bez zrozumienia Lily, podczas gdy Frank z powagą przytakuje, jakby podzielał myśli Albusa.
Dyrektor posyła jej jedynie przelotne, zagadkowe spojrzenie, po czym zwraca się do Snape'a:
— Chciałbym zamienić z tobą słowo.
Razem opuszczają pomieszczenie, udając się do gabinetu pani Pomfrey. Kiedy Severus przechodzi obok, Lily szybko odwraca głowę, żeby nie musieć patrzeć mu prosto w twarz. Zamiast tego obserwuje, jak pielęgniarka zamyka Bradleyowi oczy czułym, niemal matczynym gestem. Jego powieki pozostają jednak nieznacznie rozchylone, jakby młody czarodziej lękał się ciemności, która go otoczy.
