Betowała Pantera.

18.

— Mogę się przysiąść?

Gdyby nie ledwo dostrzegalne skinienie jego głowy, Lily odniosłaby wrażenie, że mężczyzna w ogóle jej nie widzi. Hope wpatruje się w ścianę przerażająco pustym, nieruchomym wzrokiem. Ma czerwone, zapuchnięte oczy, a na policzkach zaskorupiałe ślady łez. Lily siada na łóżku obok niego, w pewnym oddaleniu, żeby nie narzucać mu się ze swoją obecnością, a zarazem by czuł bliskość drugiej osoby. Spogląda ze smutkiem na jego przygarbione plecy i opadłe bezsilnie ramiona, skurczoną jak po przewlekłej, wyniszczającej chorobie sylwetkę.

— Chcesz porozmawiać? decyduje się nieśmiało przerwać po kilku minutach ciszę.

— Nie ma o czym odpowiada Tytus ochrypłym, nabrzmiałym od emocji głosem. Myślałem... Urywa i oblizuje nerwowo wargi. Myślałem, że jesteśmy bezpieczni... że nic nam nie grozi. Głupek ze mnie, co?

— Nie nazywaj siebie tak mówi natychmiast Lily. Nie ty jeden tak myślałeś. Nie tylko ty miałeś nadzieję, że to już koniec.

— Więc wszyscy jesteśmy głupcami. Gdybym nie powiedział mu o Zakonie... Hope zakrywa twarz dłonią, a drugą zaciska w pięść i wbija ją w swoje kolano. Kurwa, co ja powiem jego rodzicom?! Co ja im, kurwa, powiem?! Nie są nawet czarodziejami!

— Nie jesteś z tym sam, Tytusie. Jeśli chcesz, wszystkim się zajmiemy.

Lily przez moment wydaje się, że jej ustami przemawia ktoś inny, ktoś obcy, całkowicie oderwany od tego, co niedawno wydarzyło się w jej życiu. Człowiek, który wciąż szczęśliwie nie rozumie, co to znaczy stracić bliską osobę i który nie doznał tego rozdzierającego serce bólu, wypełnionych koszmarami nocy, samotności, samotności tak mocno przygniatającej do ziemi, że czasem trudno zaczerpnąć tchu.

— Chcę... zaczyna Hope sennym, nieobecnym tonem, jakby myślami znajdował się gdzieś daleko od Hogwartu, szpitalnej sali i małego pomieszczenia, gdzie pod czystym prześcieradłem leży jego przyjaciel. Niespodziewanie oblicze mężczyzny przecina mroczny grymas, roztrzaskując je niczym kruche szkło na dziesiątki ostrych, nierównych kawałków. Chcę, żeby zostawiono mnie w spokoju.

Lily obserwuje przez chwilę jego zdruzgotaną twarz i ma niejasne wrażenie, że przegląda się w lustrze.

— Skoro tego właśnie chcesz... mówi bez cienia przygany w głosie.

Tytus lekkim szarpnięciem przekręca głowę w jej stronę, ale nie unosi wzroku.

— Twój mąż, James...

— Tak? podchwytuje słabo Lily, czując, jak na dźwięk tego imienia coś kłuje ją dotkliwie w piersi.

— Zginął jak wojownik. Godnie. Z podniesionym czołem. Hope pociąga głośno nosem. Chroniąc tych, których kochał.

Lily milczy, półprzytomnie przysłuchując się napływającym jakby z oddali słowom mężczyzny. Gdzieś w najdalszym zakamarku jej umysłu znów kołacze się oderwany od ciała krzyk bierz Harry'ego i uciekaj! i w ciemności rozwierają się oczy, tamte wielkie, rozszerzone w bezsilnej trwodze oczy. Nieruchome, szklane kulki. Wzdryga się i pospiesznie koncentruje uwagę z powrotem na zwierzeniach Hope'a.

Po niedawnych rewelacjach Dumbledore'a nie potrafi już wspominać Jamesa w ten sam sposób, co wcześniej. Choć rozumie, a przynajmniej wmawia sobie, że rozumie, motywy, jakie nim kierowały i które nakazywały za wszelką cenę bronić syna, nie może myśleć o mężu bez śladu rozżalenia i nieustannie towarzyszącego tym rozważaniom uczucia niepewności oraz zagubienia. Świadomość, że nie znała go do końca, że mógł zabrać ze sobą do grobu jeszcze więcej jeszcze bardziej bolesnych, szokujących tajemnic, o których ona nigdy się nie dowie, wypełnia ją obezwładniającym strachem. Już po fakcie wolałaby, żeby Dumbledore zachował informacje o klątwie rzuconej przez Jamesa dla siebie. Nie chce być zmuszana do przyjrzenia się Jimowi w całkiem nowym świetle, nie potrzebuje tego. Jedyne, czego jej teraz trzeba, to odzyskanie stabilnego gruntu pod stopami.

— Bradowi nie dano takiej śmierci kontynuuje Hope drżącym z gniewu i odrazy głosem. Wywleczono go rankiem z domu... w kapciach... i porzucono na jakimś zasyfionym podwórzu, żeby godzinami zdychał na bruku jak pies!

Kiedy okrzyk Tytusa przeradza się w zdławiony szloch, Lily wyciąga rękę, dotykając delikatnie jego dłoni, jednak natychmiast cofa ją z przestrachem, gdy czarodziej odwzajemnia wreszcie jej spojrzenie. W głębi jego oczu szamocze się furia nie, jego oczy furią zamkniętą w określonym kształcie niczym w klatce, z której usiłuje się ona wściekle wydostać.

— Znajdę ich. Przysięgam, że znajdę tych gnojów i ich zabiję deklaruje Hope z lodowatym spokojem.

— Nie jesteś mordercą mówi Lily, blednąc i kręcąc powoli głową. Nie zabijesz człowieka z czystej zemsty, nawet gdyby był najgorszym potworem. To by było... Szuka gorączkowo odpowiedniego słowa. — ...niegodziwe.

Tytus wybucha krótkim, nieobliczalnym śmiechem, który bardziej przypomina warkot rozjuszonego wilka niż cokolwiek innego.

— Niegodziwe?! powtarza z politowaniem. Jak w takim razie nazwiesz to, co zrobiono Bradowi, co? No, jak? pyta groźniejszym tonem.

Ramiona Lily pokrywa gęsia skórka. Szczelniej opatula się swetrem.

— Bestialstwo krztusi przez ściśnięte gardło, lecz Tytus już jej nie słucha.

— Przez chwilę myślałem... miałem naiwną nadzieję, że się uda, że Brad przeżyje... Kiedy przynieśliśmy go tutaj, ciągle miałem nadzieję... Jego oczy stopniowo zwężają się w szparki. Ale kiedy zobaczyłem tu jego, kiedy nad Bradleyem pochylił się ten... ten...

— Severus zrobił wszystko, co w jego mocy przerywa mu szybko Lily, korzystając z nadarzającej się okazji.

— Tak, zrobił wszystko, żeby Brad umarł cedzi z nieskrywaną nienawiścią Hope.

— Jak możesz tak mówić?! Severus próbował mu pomóc! protestuje Lily. Nie pojmuje do końca, dlaczego odczuwa silną potrzebę wzięcia Snape'a w obronę. Prawdopodobnie to po części wina starych instynktów.

— Jest taki sam jak reszta jego kolegów-czarnoksiężników. Twarz Tytusa wykrzywia pogarda i wstręt. Nie... On jest jeszcze gorszy.

— Przestań! Po prostu... przestań. Gdy już dojdziesz do siebie, będziesz żałował tych słów.

— Nie sądzę odparowuje z ponurą pewnością Hope. Zobaczysz, że to ja miałem rację. Brad od początku nie ufał temu gnojkowi, parę razy sobie z niego żartował. Kiedy przynieśliśmy tutaj Bradleya, myślałem, że zajmie się nim Pomfrey, Dumbledore, ktokolwiek... Ktokolwiek, tylko nie on. Mężczyzna zaciska zęby; ze zdenerwowania drga mu mięsień na szczęce.

— Tytusie... rzuca karcąco Lily, ale czarodziej ponownie ją ignoruje.

— Nie widziałaś jego twarzy, jego oczu, kiedy położyliśmy przed nim konającego, plującego krwią Bradleya. Wiesz, co w nich było? Wiesz? Chcesz wiedzieć? Hope unosi drwiąco brwi i pochyla się ku niej.

Lily czuje się jak w potrzasku; nie ma dokąd uciec przed tym świdrującym, natarczywym spojrzeniem, które prawie przypiera ją do ściany.

— Satysfakcja ciepły szept Tytusa owiewa jej policzek. Euforia.

— Dosyć! syczy Lily, podrywając się gwałtownie z łóżka i próbując kontrolować przyspieszony ze wzburzenia oddech. Nie będę tego dłużej słuchać! Jedną z ostatnich rzeczy, których nie odebrała nam jeszcze ta wojna, jest wzajemny szacunek. Nie niszcz tego, Tytusie! Albus mu zaufał, to chyba coś znaczy?

— To nic nie znaczy odpowiada zapalczywie Hope, lecz po chwili dodaje wyraźnie znużonym tonem: To oznacza tylko, że oboje macie za dobre serca i nie potraficie dojrzeć zła w innych.

— Nie mam dobrego serca mówi gorzko Lily.

Mężczyzna zerka na nią z mieszaniną podejrzliwości i zaciekawienia, a następnie otwiera usta, jakby chciał to jakoś skomentować, jednak w tym samym momencie za jego plecami pojawia się pani Pomfrey.

— Dyrektor prosi o krótką rozmowę.

Hope posyła Lily ostatnie, ciężkie spojrzenie, po czym z pochmurną miną wstaje i niechętnie podąża za pielęgniarką do jej gabinetu. Gdy Lily zostaje sama, opada z powrotem na łóżko. Wzdycha i ze zmęczeniem rozmasowuje palcami skronie. Nie przypuszczała, że rozmowa z Tytusem przybierze tak niespodziewany i nieprzyjemny obrót. Ona też odczuwała przecież na początku złość, nadal często ją odczuwa na siebie, Zakon, Dumbledore'a, na cały czarodziejski świat ale udało jej się stłamsić tę niszczycielską emocję w sobie, przykryć cichą rezygnacją i obsesyjną potrzebą dalszego działania. Boi się, że gniew i nienawiść, które teraz rozsadzają Hope'a, nie znikną, lecz przejmą nad nim kontrolę; że niezaspokojona żądza zemsty spali go od środka i popchnie do nieprzemyślanych, okropnych czynów.

Oby Albus przemówił mu do rozsądku, martwi się w duchu. Nie przetrwamy kolejnej tragedii.

— Dlaczego uważasz, że nie masz dobrego serca?

Lily podskakuje ze strachu i odwraca się błyskawicznie. W kącie sali, pod ścianą stoi w swojej zwyczajowej pozie, z założonymi na piersiach rękami Snape. Wygląda na to, że skrył się wcześniej w cieniu wnęki, by uniknąć spotkania z Hope'em.

— Podsłuchiwałeś naszą rozmowę? Lily mruży z niezadowoleniem oczy, obserwując, jak mężczyzna odrywa się od muru i idzie wolnym krokiem w jej kierunku. Widać, stare nawyki tak łatwo nie znikają.

— Więc są rzeczy, których żałujesz bardziej stwierdza niż pyta Severus, a jego głos przekształca się w ledwo uchwytny szmer, jak gdyby mówił nie do niej, lecz do siebie samego.

Kiedy przystaje po drugiej stronie łóżka, Lily przesuwa się nieznacznie na brzeg pościeli, naraz skrępowana jego dominującą nad otoczeniem obecnością. Snape spogląda na nią z góry tak intensywnym wzrokiem, że natychmiast robi jej się duszno.

— Oczywiście, żałuję wielu rzeczy mruczy pod nosem, szybko umykając spojrzeniem w stronę zamkniętych szczelnie okien, by sekundę później wlepić je w swoje dłonie.

Severus nie od razu odpowiada. Lily czuje każdym fragmentem ciała jego wzrok, skradający się po jej spiętych, wyprostowanych odruchowo plecach i utrzymujący dłużej w okolicach jej karku.

— Słyszałem, jak wstawiasz się za mną mówi nagle Snape nienaturalnym, łagodniejszym niż zwykle tonem i po krótkiej pauzie dodaje: Dziękuję.

— Nie wiem, czemu to zrobiłam spieszy z wytłumaczeniem Lily, niespokojnie splatając i rozplatając palce. To pewnie te stare nawyki. Ciężko je zwalczyć.

— Mimo wszystko dziękuję powtarza Snape, niezrażony tą wtrąconą naprędce uwagą.

— Nie musiałabym cię bronić, gdybyś po prostu inaczej odnosił się do ludzi. Twoje zachowanie... było okropne.

— Nie chciałem cię przestraszyć. Przepraszam. Lily słyszy za sobą szelest szaty i Severus wsuwa się w jej pole widzenia, tym razem zajmując miejsce tuż przy nogach łóżka.

— To nie mnie powinieneś przepraszać odpowiada, wychwytując w jego głosie nutę szczerej skruchy. Potrząsa z niedowierzaniem głową. To, jak potraktowałeś Tytusa...

— Czy jego zachowanie również było okropne? wpada jej w słowo Snape, wykrzywiając w rozdrażnieniu wargi.

— Tytus właśnie stracił najbliższego przyjaciela ucina stanowczo Lily. Można go jakoś usprawiedliwić. Jest rozgoryczony, nie kontroluje swoich słów.

— Czyżby? mówi zimno Severus. Twierdzi, że zabiłem Scotta. Według niego pozwoliłem mu umrzeć. Ponieważ Lily milczy, robi krok w jej stronę i pyta natarczywie, w nietypowym dla siebie uniesieniu: A ty? Co ty o tym myślisz?

Jego ręce są znowu czyste; starannie zmył z nich ślady krwi. Widzi, że jej zdanie dużo dla niego znaczy, że wyczekuje go jak skazaniec ułaskawienia.

— Zrobiłeś wszystko, co mogłeś odpowiada wreszcie z wysiłkiem Lily, wkładając w te słowa więcej przekonania, niż naprawdę w tym momencie jest z siebie w stanie wykrzesać.

Twarz Snape'a, do tej pory pełna napięcia, natychmiast się rozluźnia, a kąciki jego ust rozciągają się lekko, jak gdyby przyczaił się w nich przelotnie cień niepewnego uśmiechu.

— Niech ci się przypadkiem nie wydaje, że jesteś w tym wszystkim bez winy napomina go Lily, marszcząc brwi. Twoje relacje z innymi pozostawiają wiele do życzenia. Mam wręcz wrażenie, że jest jeszcze gorzej niż kiedyś.

— Nieważne, co bym zrobił... Widzą we mnie tylko śmierciożercę komentuje dość obojętnie Severus, obdarzając ją przeciągłym, ponurym spojrzeniem.

— Bo tylko to pozwalasz im zobaczyć. Lily podnosi się powoli z łóżka i podchodzi do Snape'a, z wahaniem, delikatnie dotykając jego ramienia. Dopiero po dłuższym czasie odnotowuje jakąś niezręczność, dziwaczność sytuacji, w której się znaleźli.

Mężczyzna wygląda na zaskoczonego tym spontanicznym gestem i chyba trochę zmieszanego. Kiedy spuszcza wzrok na jej dłoń, wykonuje prawie niezauważalny ruch, jakby zamierzał ją ująć albo strącić, ale coś go w ostatniej sekundzie powstrzymuje. Zamiast tego patrzy uważnie na Lily, a smolista czerń jego oczu zdaje się tracić swoją wyrazistość, rozmywać jak tusz rozpuszczany stopniowo w wodzie. W ich głębi pojawia się na ułamek chwili trudna do zidentyfikowania emocja. Gdyby nie miała przed sobą Snape'a, lecz innego człowieka, odczytałaby ją jako czułość.

— Dlaczego w ogóle nie widuję cię na spotkaniach Zakonu?

— Nie jestem tam mile widziany. Po reakcjach Lupina i Hope'a zapewne już się tego domyślasz. Twarz Severusa przecina sardoniczny uśmiech.

— Przykro mi. Lily ściska lekko jego ramię. Jestem pewna, że jeśli choć trochę się na nich otworzysz, z czasem cię zaakceptują.

— Nie potrzebuję ich akceptacji odpiera bez namysłu Snape, a jego spojrzenie znów robi się twarde i zawzięte.

— Potrzebujesz... Jeśli zostało w tobie coś z Severusa, którego znałam.

Snape sztywnieje i cofa się tak raptownie, że dłoń Lily zsuwa się bezwładnie z jego ramienia. Ta przesycona niepokojem czujność przywodzi na myśl spłoszone, dzikie zwierzę. Co go tak przestraszyło? Mężczyzna wpatruje się w nią dziwnym, nieco roztargnionym, nieco urażonym wzrokiem, jak osoba, którą właśnie pomylono z kimś innym. Lily nieśmiało chrząka.

— Byłabym beznadziejnym magomedykiem mówi, byle przerwać niekomfortową ciszę, która zapadła między nimi. Co to za uzdrowiciel, który panikuje na widok dużej ilości krwi? dodaje samokrytycznie.

— Musisz pogodzić się z tym, że nie zawsze można pomóc kwituje krótko Snape.

— Zawsze trzeba próbować podkreśla Lily, po czym niespodziewanie pyta: Czy twoja oferta podzielenia się ze mną pracownią jest wciąż aktualna?

Severus kilkakrotnie mruga, jakby do oczu dostał mu się piasek.

— Oczywiście zapewnia, z trudem temperując gorliwość w swoim głosie. Kiedy chciałabyś zacząć?

— Im szybciej, tym lepiej odpowiada. Nie potrafi wyrzucić z umysłu obrazu skręcającego się w agonii ciała Bradleya. Od przyszłego tygodnia decydujew przypływie determinacji. Jeżeli tobie to nie przeszkadza.

— Nie. Czy mam... Snape przez chwilę milczy, ważąc w myślach kolejne słowa. W weekendy mógłbym ci towarzyszyć proponuje w końcu.

— Nie chciałabym marnować twojego czasu mówi ostrożnie Lily.

— Nie będziesz marnowała... zaczyna wyraźnie poruszony Severus, lecz nagle urywa, gdy dociera do niego prawdziwe, ukryte znaczenie jej wypowiedzi.

Przez jedną, ulotną chwilę Lily żałuje podjętego wyboru, widząc, jak w oczach mężczyzny momentalnie gaśnie błysk nadziei, zastąpiony przez usilnie tłumiony zawód i zniechęcenie. Jej dość stanowcza odmowa zabolała go, ale jego duma nie pozwala mu tego okazać.

— Rozumiem mówi więc Snape bezbarwnym głosem, po prostu przyjmując tę informację do wiadomości. Od poniedziałku moja pracownia będzie do twojej dyspozycji.

Lily dziwi to, że Severusowi po tylu latach wciąż z jakichś szczególnych powodów zależy na jej względach. Czy w nim również odzywają się od czasu do czasu, na przekór zdrowemu rozsądkowi, dawne sentymenty? Czy odległe echo tęsknoty, utrzymujące się w sposobie, w jakim na nią patrzy, w jakim z nią rozmawia, wynika jedynie z jakiejś przewrotnej formy przywiązania, chorobliwego uzależnienia od drugiego człowieka, czy z prawdziwej, ciągle niewygasłej przyjaźni? Jak rozpoznać autentyczność tych uczuć? Myśli w głowie Lily wirują od natłoku pytań i ścierających się ze sobą sprzecznych emocji. Który przyjaciel nazywa bliską sobie osobę szlamą, po czym porzuca ją dla ludzi nie kryjących się z uwielbieniem dla czarnej magii i szalonego czarnoksiężnika? Lily nie pojmuje, zwyczajnie nie pojmuje, jak ten Severus mógł stać się jednym z nich. Kiedy przestali się rozumieć? Kiedy tak naprawdę się rozumieli? Być może zawsze podążali w przeciwnych kierunkach, ale spotkali się na chwilę akurat w połowie drogi i dlatego nie zauważyli, że nie idą razem, lecz się rozmijają?

Ktoś kupił twoje życie.

Lily robi krok do tyłu i przygląda się w skupieniu Snape'owi. Na jego szczupłą twarz znów wkrada się czujność.

Palce Jamesa lekko drżą, gdy ściska mocno, niemal konwulsyjnie jej dłoń. Tylko w ten dyskretny sposób pozwala sobie na okazanie strachu. Nie o siebie — o rodzinę. Odwzajemnia jego dotyk, udzielając mężowi milczącego wsparcia i przelewając w ten prozaiczny gest całą swoją miłość do niego. Chce zasygnalizować, że nie jest sam, że ona jest i zawsze będzie tuż obok. Czy to pewna informacja? Skąd pochodzi? — pyta powoli Jim, jakby nadal się łudził, że dyrektor odwoła słowa, które zawisły nad ich głowami niczym ostrze katowskiego miecza. Ze sprawdzonego źródła, odpowiada przepraszającym, lecz bezlitośnie stanowczym tonem Dumbledore. James z sykiem wypuszcza powietrze z płuc, po czym spogląda na nią i malutkiego Harry'ego, którego Lily trzyma w objęciach. Jest zdruzgotany. Kto to? — docieka z uporem James, lecz Albus jedynie kręci ze smutkiem głową. Nie mogę zdradzić jego nazwiska. Pewna życzliwa wam osoba. W nagłym impulsie Lily podrywa wzrok. Dyrektor wpatruje się w nią trochę zamglonym, nieobecnym spojrzeniem, jak gdyby pogrążony w głębokiej zadumie. Jej serce przyspiesza, gdy na ułamek sekundy wstępuje w nie nadzieja, która jednak równie szybko znika. Nie bądź głupia. To nie może być on.

— Severusie mówi poważnym tonem muszę cię o coś zapytać.

W oczach mężczyzny pojawia się rezygnacja, jakby już wiedział, jakie pytanie zamierza mu zadać. Dlaczego czuje się tak potwornie skrępowana? Czemu tak długo obracane w umyśle słowa po raz kolejny więzną jej w gardle?

— Czy to ty... zaczyna przytłumionym głosem, ale w tej samej sekundzie gdzieś w głębi korytarza rozlega się donośny trzask zamykanych drzwi i echo pospiesznych, nerwowych kroków.

Do sali wpada Hope, niosąc ze sobą aurę złości i rozgoryczenia. Na widok stojących niedaleko Lily i Snape'a odruchowo zwalnia i wtedy Severus robi coś nieoczekiwanego.

— Hope odnotowuje beznamiętnie nagłe pojawienie się Tytusa, a następnie mówi powoli i z naciskiem: Moje wcześniejsze zachowanie było nieadekwatne do sytuacji. Znacząco zawiesza głos.

Lily prawie krztusi się własnym oddechem, a po skonsternowanej minie Hope'a poznaje, że on też jest zdumiony. Oczywiście trudno uznać pozbawione cieplejszych emocji stwierdzenie Snape'a za pełnowartościowe przeprosiny, ale musi w duchu przyznać, że to i tak więcej, niż by się po nim spodziewała. Zakłopotanie Tytusa prędko ustępuje miejsca niekontrolowanej wściekłości.

— Kpisz sobie ze mnie?! cedzi przez zęby, zaciskając pięści. Spierdalaj!

Snape unosi brew i popatruje kątem oka na Lily, jakby gwałtowna reakcja młodego czarodzieja była jej osobistą porażką.

— Tak właściwie... ciągnie Hope, zanim Lily ma szansę interweniować. Tak właściwie, to wszyscy spierdalajcie.

— Zastanów się dobrze, co robisz, Tytusie. Do sali wchodzi Albus, a za nim pani Pomfrey oraz Frank Longbottom.

— Zostaw mnie w spokoju, Dumbledore! Jesteście mocni jedynie w gębie, „wojownicy światła" od siedmiu boleści! Siedzicie tylko na dupach i mędrkujecie, podczas gdy silni, prawdziwie odważni ludzie giną z rąk tych potworów! „Musimy działać z rozwagą" przedrzeźnia głęboki głos dyrektora. A oni wciąż są na wolności! Jesteście żałośni! Gardzę wami!

— Takim zachowaniem nie zwrócisz Bradleyowi życia wtrąca niecierpliwie Frank. Ani nie oddasz mu czci po śmierci.

— Opanuj się, Tytusie dodaje spokojnie Dumbledore. Co by o tym pomyślał twój przyjaciel?

— Nie... Nie... Hope kręci głową na boki, jak wąż szykujący się do ukąszenia, a na jego wargach igra cień przebiegłego, opętańczego uśmiechu. Wydaje ci się, że jesteś taki sprytny, Dumbledore? Że pomachasz ludziom przed oczami trupem bliskiej im osoby i powiesz kilka wzniosłych zdań o odwadze, braterstwie, walce o ideały, że wykorzystasz ich żal, ich naiwność i dobrą wolę, i będą tańczyć, jak im zagrasz? Skąd mam wiedzieć, jak by zareagował Brad?! Skąd mam wiedzieć, skoro on nie żyje?! Leży sztywny w tamtej białej klitce i nie myśli już nic! A ty... Ty stoisz tutaj i wygłaszasz te swoje kazania... Głos czarodzieja zacina się ze złości. ...te banały, w które sam już od dawna nie wierzysz... Czy kiedykolwiek w ogóle wierzyłeś...?

— Hope rzuca ostrzegawczo Longbottom.

— O co wam właściwie chodzi? pyta ironicznie Tytus. Zwerbujecie na moje miejsce kolejnego skruszonego śmierciożercę i bilans się wyrówna.

Lily dostrzega nieznaczne drgnienie ramion Snape'a; jego oczy zwężają się.

— Proszę, Tytusie, przestań! z jej ust mimowolnie ulatuje krótki okrzyk, który natychmiast ściąga na nią uwagę Hope'a.

— Mam coś dla twojego przyjaciela. Mężczyzna sięga dłonią do swojej szyi i szarpnięciem zrywa z niej skromny, drewniany wisiorek w kształcie miniaturowego feniksa wynurzającego się z płomieni. Z pogardą ciska go pod nogi Severusa. — Łap.

Przez moment zdaje jej się, że w ciemnej głębi oczu Snape'a coś się poruszyło i tonące w nich refleksy światła przysłonił jakiś złowrogi kształt.

— Życzę wam szczęścia. Bywajcie zdrowi! rzuca gorzko na odchodnym Tytus, po czym odwraca się i ani razu nie oglądając się za siebie, opuszcza skrzydło szpitalne.

Frank pierwszy przerywa ciszę, wzdychając z irytacją.

— Gdy jutro trochę otrzeźwieje, wróci.

— Nie wróci zaprzecza niemożliwym do rozszyfrowania tonem Albus. Ani jutro, ani pojutrze.

Lily przesuwa zaniepokojone spojrzenie z kamiennego oblicza dyrektora ponownie na ściągniętą w skupieniu twarz Snape'a; jednak Severus wpatruje się odległym, zadumanym wzrokiem w leżący na posadzce wisiorek i myślami wydaje się być zupełnie gdzie indziej.

19.

Po spektakularnym odejściu Tytusa, które pozostawiło wszystkich w jeszcze podlejszych nastrojach niż wcześniej, Lily odprowadza Franka na bok, by zaczerpnąć u niego szczegółowych informacji na temat okoliczności śmierci Bradleya. Auror broni się chwilę przed rozmową w cztery oczy, lecz wreszcie daje za wygraną.

— Jak się czujesz? pyta na wstępie, ukradkiem obserwując jej twarz. Jesteś blada.

— Ty też wyglądasz niewyraźnie ripostuje Lily.

— Mówiłem, żebyś została z Alicją. Z ust Longbottoma wydobywa się pełne irytacji sapnięcie. Nie powinnaś być świadkiem takich scen.

— Jako członek Zakonu mam prawo wiedzieć, co się dzieje.

— Lubisz walczyć do końca, co? Frank uśmiecha się krzywo i zakłada ręce na piersi. Dobrze, takich ludzi nam teraz trzeba.

— Nie potępiam Tytusa zastrzega Lily, zastanawiając się, czy jego komentarz nie był przypadkiem skierowany przeciwko Hope'owi.

— Ja też nie. Frank wzrusza ramionami. Czasami wydaje się, że każdy wybór jest zły. Dziwię się, że pękł dopiero teraz.

— W jakich okolicznościach znaleziono Bradleya?

— O ile mi wiadomo, Tytus przebywał akurat w Świńskim Łbie, czekając na informatora. Nagle zaczepił go Aberforth i wyprowadził na podwórze, mamrocząc coś o zwłokach koło beczek. To musiał być dla Tytusa prawdziwy szok, gdy rozpoznał Bradleya opowiada Frank, w ogóle niezmieszany niespodziewaną zmianą tematu. Był w paskudnym stanie, ale oddychał. Wiesz, jak działa Klątwa Długiej Śmierci, prawda?

Lily przełyka spazmatycznie ślinę i kiwa szybko głową; mimo woli wyobraża sobie godziny bolesnej, powolnej agonii, gdy każda rozpaczliwa próba ratunku kończy się jedynie pogorszeniem sytuacji i nieuchronnie przybliża ofiarę do śmierci.

— Tytus zaczął go uzdrawiać. Zrobił to instynktownie, w dobrej wierze. Spanikował.

Lily wstrzymuje na sekundę oddech, starając się nie myśleć o tym, co musi przeżywać teraz Hope. Ma do siebie ogromny żal o to, że nie próbowała z nim dłużej porozmawiać, skłonić go do odmiennego spojrzenia na sytuację. Być może, gdyby ujęła niektóre rzeczy inaczej, zręczniej, mądrzej... Być może Tytus by nie odszedł.

— Kiedy przynieśliśmy go tutaj z gospody tunelem, los Bradleya był już właściwie przesądzony.

Słysząc to, Lily odczuwa niezrozumiały przypływ ulgi. Nie potrafi przestać myśleć o żarliwych oskarżeniach pod adresem Snape'a, o jego zakrwawionych rękach, niewzruszonych oczach. Czy to naprawdę była euforia? Nie, przekonuje samą siebie. Nie Sev. Sev? Jaki Sev? Seva już od dawna nie ma.

— Tytus wspominał coś o tym, że Bradleya wywleczono z domu podsuwa Lily, chcąc przekierować swój umysł na inne sprawy.

— Tak, wskazywałoby na to jego ubranie. Frank marszczy lekko brwi. Musieli go dopaść nad ranem w jego własnym domu. Trzeba by dyskretnie wypytać sąsiadów, czy nie słyszeli niczego podejrzanego.

Lily szybko mruga i przełyka ślinę.

— Jakieś... ślady tortur?

— Poza Długą Śmiercią tylko Cruciatusy. Nie bawili się nim. Wygląda na to, że się spieszyli.

— Jakiś pomysł skąd ten pośpiech?

Frank pociera w zamyśleniu brodę, po czym mówi powoli:

— Chyba się niecierpliwią. Są zdesperowani. Nie o Bradleya im chodziło.

— A o kogo? pyta automatycznie Lily, a jej serce zaczyna bić jak szalone.

— Nie siedzę w ich głowach odpowiada po długiej chwili milczenia auror.

— Frank, proszę... Lily zniża głos i robi krok w jego stronę. Chociaż ty mnie nie okłamuj. Powiedz mi prawdę. Jakie ostrzeżenie Albus miał na myśli? Ostrzeżenie przed czym?

Longbottom z sykiem wciąga powietrze i posyła jej spojrzenie pełne dezaprobaty.

— Dumbledore nie jest twoim wrogiem.

— Nie jest ze mną szczery! wybucha Lily. Coraz częściej czuję się, jakbym była wykluczona z Zakonu... Mam dość tych tajemnic i niedomówień, chcę znać całą prawdę! Mam do tego prawo!

— Kiedy więc do niej dotrzemy, dowiesz się o tym pierwsza mówi spokojnie Frank, a Lily jest zmuszona zaakceptować tę wymijającą obietnicę.

— Czy wiecie chociaż, kto mógł mu to zrobić? pyta trochę urażona jego niezłomną postawą.

— To mi wygląda na robotę Lestrange'ów stwierdza bez ogródek auror i dodaje ponuro: Poznałbym ten styl wszędzie.

Na dźwięk tego nazwiska po plecach Lily przebiega dreszcz strachu. Bradley zginął z ręki najbardziej fanatycznych zwolenników Voldemorta. Nawet nie chce sobie wyobrażać, jak to jest widzieć nad sobą ich twarze i słyszeć w uszach ten szyderczy, nieludzki śmiech, podczas gdy ty zwijasz się w agonii na podłodze i marzysz już tylko o zbawiennej śmierci. O czym myślał Bradley w momencie, kiedy zobaczył w swoim pokoju Bellatriks Lestrange? Czy przeklął dzień, w którym wstąpił w szeregi Zakonu? Czy był odważniejszy niż ona, błagająca Voldemorta o litość?

— Czegoś tu nie rozumiem mruczy Lily, nagle przypominając sobie o ważnym szczególe. Unosi głowę i patrzy wyczekująco na Franka. Tytus znalazł Bradleya na podwórzu Aberfortha... Dlaczego właśnie tam? Po co śmierciożercy wywlekli go z domu i porzucili akurat pod gospodą, ryzykując, że ktoś ich zauważy, zawiadomi aurorów... Dlaczego... Lily gwałtownie urywa, gdy w jej umyśle pojawia się niespodziewanie odpowiedź, która jest klarowna, a zarazem przerażająca. Aberforth... szepcze zdrętwiałymi ze strachu wargami. Chodziło o Aberfortha... Czy Albus wie?! Jego brat jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie!

— Tak naprawdę wszyscy jesteśmy podsumowuje Frank.

— Musieli wiedzieć, że Aberforth pomaga Zakonowi, że ma kontakt z Albusem... Ale skąd? Lily w geście bezsilności przykłada dłoń do czoła.

— Na to pytanie też znasz odpowiedź. W rzeczowy ton głosu Longbottoma wślizguje się niespodziewanie nuta żalu.

— Peter... mówi cicho Lily, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w okno.

— Sprzedał nas wszystkich. Nazwiska, adresy... Wszystko. Auror ciężko wzdycha i nerwowym ruchem ręki rozmasowuje sobie kark. Niepokój i troska wyostrzają jego rysy. Nietrudno odgadnąć, ku komu mężczyzna kieruje w tym momencie swoje myśli.

— Czy Albus wie? ponawia pytanie Lily.

— Oczywiście. Rozmawiał już z Aberforthem. Frank wsuwa ręce do kieszeni szaty i lekko się garbi, jakby na plecy opadł mu nagle niewidzialny ciężar. Teraz dopiero będziemy mieli przesrane...

Kiedy po jakimś czasie wychodzą ze skrzydła szpitalnego, zauważają idącą ku nim z drugiego końca korytarza Alicję. U jej boków drepczą Neville i Harry, których aurorka trzyma pewnym chwytem za rączki. Na widok emanującej spokojem sylwetki żony coś w twarzy Franka pęka. Mężczyzna przyspiesza kroku i niemal podbiega do niej, zgarniając ją i synka w ramiona. Alicja wygląda na zaskoczoną tym gwałtownym wybuchem uczuć.

— Frank? Frankie, wszystko w porządku? szepcze, gładząc męża po policzku, podczas gdy on wtula się w jej szyję, jakby szukał pocieszenia i oparcia.

Lily przystaje w pewnym oddaleniu od nich, by nie naruszać ich prywatności i nie psuć tej wyjątkowej chwili swoją utrapioną miną. Schyla się i wyciąga przed siebie ramiona.

— Chodź do mamusi, Harry.

Chłopczyk puszcza szatę Alicji, po czym ostrożnie, w pełnej koncentracji rusza w kierunku mamy. Kiedy jest tuż przy niej, chwieje się i prawie przewraca, lecz Lily natychmiast go łapie. Twarzyczkę Harry'ego rozjaśnia leciutki, nieśmiały uśmiech, jakby dziecko oczekiwało jakiejś pochwały za dobrze wykonane zadanie. Lily głaszcze synka po główce, w smutnym zatroskaniu przesuwając kciukiem po znaczącej jego czoło bliźnie w kształcie błyskawicy.


A/N: Dziękuję wszystkim, którzy śledzą to opowiadanie. Nowe rozdziały będą się teraz niestety pojawiać nieco rzadziej - mam mniej czasu na pisanie, co oczywiście nie oznacza, że zamierzam zrezygnować z kontynuowania tej historii. Liczę na to, że w międzyczasie więcej czytelników pokusi się o skomentowanie tego, co już jest :)