Jeszcze raz dziękuję za wszystkie komentarze, są one nieocenioną pomocą przy pisaniu tego opowiadania :)
Betowała tradycyjnie Pantera.
20.
Mijają dni wypełnione niepokojem i nieustannym oczekiwaniem. Wszystkie podobne do siebie, tak samo monotonne, tak samo zatopione we mgle. Każdego ranka Lily siada w fotelu przy oknie, wypatrując przez kłęby bieli Remusa wracającego błoniami do zamku, a później już sama nie wie kogo lub czego — w tyle jej głowy pozostaje jedynie silna potrzeba czekania, w którym może się powoli zatracać. Obsesyjnie przegląda gazety, lecz zawarte w nich informacje sprawiają, że ma ochotę krzyczeć z bezsilnej złości. Poranki przynoszą wieści o zwalnianych z Azkabanu śmierciożercach, sługach, którzy wyrzekli się swojego pana, przysięgając, że działali pod wpływem Imperiusa i nie byli sobą; niosą wieści o tajemniczych zniknięciach i zgonach, ignorancji i ślepocie Ministerstwa, tak że Lily po jakimś czasie zaczyna ich nienawidzić. Po przebudzeniu długo nie otwiera oczu, pragnąc nieprzerwanie dryfować w tym półśnie, półjawie, gdzie nie sięgają jej ani koszmary ani rozczarowująca rzeczywistość. Kto właściwie wygrał? — zastanawia się ponownie, patrząc obojętnie na białą twarz zwolnionego z aresztu Lucjusza Malfoya, spoglądającą na nią z triumfalnym szyderstwem ze zdjęcia na pierwszej stronie „Proroka". Czy właśnie o to walczyliśmy? Boi się przenieść wzrok na sąsiednią kolumnę, by nie natknąć się na nagłówek brutalnie oznajmiający powrót Voldemorta. Na samą myśl o zemście czarnoksiężnika robi jej się niedobrze, a serce próbuje panicznie wyskoczyć z piersi. Znajdzie nas. Znajdzie Harry'ego.
Wysyła dwie albo trzy sowy do Croucha w sprawie Syriusza. Ma wysłać następną, gdy wreszcie czarodziej odpisuje, w uprzejmych i oszczędnych słowach informując ją, że wciąż rozpatruje przypadek jej przyjaciela, lecz obowiązki uniemożliwiają mu bardziej wnikliwą analizę odpowiednich dokumentów. Lily odnosi wrażenie, że zwyczajnie ją zbywa. W gniewnym odruchu drze list na drobne kawałki, po czym spędza godzinę, sklejając go i czytając jeszcze raz w naiwnym przeświadczeniu, że coś pominęła. Albus każe jej czekać, ale ona nie potrafi, nie chce już czekać, za towarzyszy mając jedynie rozgoryczenie i strach; strach, że nie podoła i że sytuacja ją przerosła.
Przypomina sobie wlokące się w nieskończoność długie godziny, gdy James nie wracał. Wspomina nieprzyjazną ciszę nabrzmiewającą we wszystkich kątach domu, dzwoniącą w uszach, zalewającą ją jak spiętrzona fala; dreszcz wspinający się w górę pleców niczym pająk spłoszony nagłym dźwiękiem z sąsiedniego pokoju. Jest sama. Czeka. Przyciska dłoń do zimnej szyby, ale to nie Jim wynurza się z ciemności po drugiej stronie ulicy. Zapamiętała tamto uczucie, to charakterystyczne mrowienie na karku, miniaturowe igiełki lodu kąsające skórę. Znowu tu jest. Jednak teraz jego sylwetka to tylko widmo trzymające ją kurczowo za ramię, które uparcie nie chce odejść.
Kilka dni nieobecności Remusa zamienia się niepostrzeżenie w dwa tygodnie. Do Hogwartu docierają zaledwie strzępy informacji, niknące echa tego, co dzieje się w innych miejscach kraju — mrożące krew w żyłach pogłoski o walkach pomiędzy klanami wilkołaków na dalekiej północy. Wieczorami natrętne myśli długo nie pozwalają Lily zmrużyć oka, jak komary latające wokół głowy, a kiedy w końcu zasypia, natychmiast zapada się w lepkie sny pełne wąskich, dusznych korytarzy, niskich sufitów i zaryglowanych drzwi. Budzi się mokra od potu, z obolałą klatką piersiową, jakby w nocy przygniatał ją ciężar jakiegoś siedzącego na niej stworzenia. Gdy uczucie duszności nie mija, lecz staje się przytłaczające, Lily ucieka na dół, do lochów, gdzie w pracowni eliksirów, pochylona nad bulgoczącym uspokajająco kotłem, chociaż na chwilę łapie oddech.
21.
— To już prawie miesiąc.
Dopiero po jakimś czasie Lily zdaje sobie sprawę z tego, że wypowiedziała te słowa na głos. Bezmiar wypełniającej je rozpaczy jest nie do udźwignięcia.
Powinna się już przyzwyczaić, oswoić z sytuacją, jednak każdego ranka, leżąc w łóżku, po omacku szuka ręką ciepła drugiego ciała, po czym w ataku paniki przekręca się na bok i długo wpatruje w puste miejsce koło siebie, gdzie wciąż na nowo spodziewa się ujrzeć usiane pieprzykami plecy śpiącego jeszcze Jima. Pościel jest niezmiennie zimna i gładka, pachnie nieobecnością i stratą. Lily coraz częściej zastanawia się, skąd ma w sobie siłę do życia, skąd czerpie energię, by wstać, ubrać się, wykonywać w gruncie rzeczy bezcelowe czynności, które jedynie stwarzają pozory normalnej egzystencji. Wszystko to, co dzieje się od Nocy Duchów, powinno coraz mocniej wbijać ją w ziemię, lecz im dotkliwsze otrzymuje od losu uderzenia, tym szybciej zdaje się podnosić, z jeszcze większą zawziętością, z jeszcze większą, bezlitosną determinacją, jakby jej serce gdzieś po drodze skamieniało. Kiedy myli składniki, w efekcie psując kolejny eliksir, i ogarnia ją nagłe zniechęcenie, myśli o Bradleyu Scotcie i z zaciśniętymi zębami zaczyna od nowa, próbując do upadłego.
Remus długo nie wraca, zbyt długo. Lily jest chodzącym kłębkiem nerwów. Wyobraża sobie różne scenariusze jego misji — wszystkie kończą się źle. Albus i zwiadowcy Zakonu nie są w stanie udzielić jej informacji na temat losu Lupina; wydaje się, że przepadł jak kamień w wodę, zniknął bez śladu pośród wojennej zawieruchy na północy. W myśli Lily, ciężkie i gęste od strachu, znów zakrada się złość powodowana poczuciem krzywdy oraz niezachwiane przekonanie, że jeśli teraz zginie kolejna bliska jej osoba, nigdy nie wybaczy tej śmierci Dumbledore'owi, Zakonowi i przede wszystkim sobie.
Monotonny dźwięk ostrza uderzającego ze stałą częstotliwością o drewno na chwilę zamiera, by prawie natychmiast powrócić, jednak tym razem z większą siłą i zaciekłością. Pierś Lily przeszywa nagle szpikulec zimna, jakby temperatura w pomieszczeniu spadła gwałtownie o kilka stopni. Mimowolnie unosi wzrok znad kociołka, kierując go ku postaci stojącej przy blacie po drugiej stronie pracowni, tuż koło magazynu. Wyraz twarzy Snape'a nie zmienił się; mężczyzna nawet na ułamek sekundy nie odrywa oczu od krojonego przez siebie składnika eliksiru, choć nienaturalnie prosta linia jego ramion kryje jakiś rodzaj przestrogi, niemego ostrzeżenia. Lily obserwuje, jak bardzo powoli odkłada nóż, przesypuje kawałki korzenia do szklanego pojemnika, po czym odłożywszy go na półkę, wyciera dłonie w ręcznik. Rozmyślnie niedbałe i niespieszne ruchy Severusa na nowo wzbudzają w niej irytację. Chce, żeby coś powiedział, lecz on udaje, że nie dosłyszał jej słów. Kiedy rusza zdecydowanym, energicznym krokiem w stronę drzwi, Lily nie wytrzymuje.
— Czy tak będzie już zawsze?
Jej zniekształcony przez emocje głos zatrzymuje go w progu. Snape opiera jedną dłoń o framugę, a drugą kładzie na klamce, pochylając lekko głowę, ale nie odwraca się. Cisza, która ich osnuwa, przypomina grube nici pajęczyny.
— Jak? — pyta wreszcie chłodnym tonem Severus.
— Ja wspomnę choćby przelotem o Jamesie, a ty będziesz od razu wychodził, trzaskając drzwiami. — Lily robi krótką pauzę, lecz Snape milczy i pozostaje niewzruszony, jakby w napięciu czekał, aż powie coś jeszcze. Gdy wyczuwa promieniującą z jego postawy wrogość, nie ma siły walczyć dłużej z goryczą i smutkiem ściskającymi ją za gardło. — Kochałam go, Severusie. — Załamuje jej się głos, więc wybrzmiewa to z mniejszą mocą, niż planowała. — Cały czas go kocham — dodaje już ciszej.
Mówienie w tym momencie o Jimie, w dodatku do tego człowieka, to sypanie soli na świeże rany. Zaciska usta i dusi suchy szloch. Nie chce płakać przy Severusie, nie chce okazywać przy nim słabości, niewyobrażalnej tęsknoty za Jamesem, nie przy nim. Popełniła błąd, pozwalając mu tu przychodzić. Kiedy dwa tygodnie temu odrzuciła ofertę jego towarzystwa, była całkowicie pewna swojej decyzji i zdeterminowana, aby w niej wytrwać. Przez jakiś czas Snape, wiedziony czy to urażoną dumą czy zwyczajną złością, trzymał się od pracowni z daleka, gdy przebywała tam Lily. Jednak któregoś dnia wpadł, żeby zabrać coś z magazynu, a później, ponieważ ona w żaden sposób nie zaprotestowała, zaglądał coraz częściej, jakby przyciągany jakimś zaklęciem. Nigdy nie zostawał na długo i przeważnie wymieniali ze sobą grzecznościowo jedynie kilka krótkich zdań, lecz zdążyła się przyzwyczaić do jego cichej, nienarzucającej się obecności. Właściwie nierzadko była tak zaabsorbowana warzeniem eliksiru, że nawet go nie zauważała. Czy teraz miało się to na niej zemścić? Co ją skłoniło, żeby poruszyć przy nim ten temat? Przecież wie doskonale, że Severus odczyta to jako prowokację. Jego nigdy nie skrywana, niepojęta nienawiść do jej męża przetrwała nawet po śmierci Jima. Do tej pory próbowała przekonywać samą siebie, że stosunek Snape'a do Jamesa tak naprawdę nie ma znaczenia i jest jej w zasadzie obojętny. Nie potrafi jednak w nieskończoność ignorować ulotnych, lecz uporczywych przejawów niechęci Severusa, tych ponurych spojrzeń, skrzywionych pogardliwie warg, kiedy w toku rozmowy pada znienawidzone przez niego imię. Ta ledwie kontrolowana odraza boli, jakby była wycelowana bezpośrednio w nią. Gdyby Lily szukała pocieszenia w związku ze stratą męża, uznałaby, że trafiła pod niewłaściwy adres. Uświadamia sobie jednak, że w tej chwili nie pociechy szuka, lecz konfrontacji. Spodziewa się usłyszeć w odpowiedzi trzask zamykanych drzwi, ale reakcja Severusa jest inna.
Snape prostuje się, jak gdyby otrzymał niespodziewany cios w plecy. Zsuwa dłoń z klamki i powoli zaciska ją w pięść, opuszczając rękę. Widząc jego spięte ramiona, Lily przygotowuje się mentalnie na wybuch złości, jednak kiedy Severus w końcu się odzywa, jego głos jest spokojny i zadziwiająco łagodny.
— Jamesa Pottera już nie ma. — Odwraca się niespiesznie ku niej. — A ty musisz żyć dalej.
Lily odsuwa się od stołu, robiąc chwiejny krok do tyłu. Przez kilka sekund jest w szoku; ma wrażenie, że tymi prostymi słowami Snape bezceremonialnie wymierzył jej policzek. Szuka w jego twarzy śladów drwiny, najbledszego cienia złośliwej uciechy, lecz jeśli mężczyzna odczuwa w tym momencie którąkolwiek z tych emocji, bardzo umiejętnie to skrywa, a jej rozgorączkowane spojrzenie po raz kolejny rozbija się o kamienną maskę. Chciałaby ją zedrzeć, potłuc na tysiące kawałków, żeby już nigdy więcej nie mógł chować pod nią swoich prawdziwych uczuć. Wydaje się, że jego zachłanny, przenikliwy wzrok obnaża z łatwością wszystkie jej emocje oraz myśli tak, że może on w nich dowolnie przebierać i chwytać to, co mu akurat pasuje, bawiąc się nią. Lily nie ma nic do stracenia, więc postanawia zagrać w otwarte karty.
— James uratował ci kiedyś życie. Za to go tak nienawidzisz?
Snape ściąga brwi i przekrzywia lekko głowę, jakby był pewien, że się przesłyszał. Lily czuje na sobie przygniatający ciężar jego spojrzenia, gdy mężczyzna skupia na niej całą swoją uwagę, natarczywie wypatrując w jej oczach wycofania się z zadanego pytania. Kiedy dostrzega w nich wyłącznie upór i determinację, przez jego oblicze przemyka grymas złości, który jednak prędko gaśnie, wyparty przez pobłażliwe niedowierzanie. Po krótkim zastanowieniu Severus rusza dość nonszalanckim krokiem w jej stronę, a w jego zastygłej w dziwnym wyrazie twarzy Lily dostrzega coś nieprzyjaznego, błysk uśmiechu skierowanego przeciwko niej.
— Więc wciąż wolisz wierzyć w taką wersję zdarzeń? — Snape przystaje i opiera dłonie na blacie stołu, nachylając się nad nim, jakby zamierzał po nią sięgnąć. Patrzy na Lily z zaciekawieniem, ale i delikatną drwiną, czymś, co można by zinterpretować jako przesadną troskę. — Rozumiem, że chcesz wspominać swojego męża jak najlepiej. Jednak zdążyłaś się już pewnie przekonać, że bardziej opłaca się poznać prawdę, zanim nadejdzie bolesne rozczarowanie.
— Jim nigdy mnie nie rozczarował — odpiera instynktownie Lily, na przekór własnym uczuciom, byle zetrzeć z twarzy Snape'a pojawiający się tam wyraz samozadowolenia.
— Czy tak właśnie myślisz? Czy po prostu wolisz w to wierzyć? — Severus nie daje się przechytrzyć i natychmiast bezbłędnie wychwytuje jej wątpliwości.
— W każdym razie nie tak jak ty.
Dopiero wypowiedzenie na głos słów, które przez lata tłumiła głęboko w sobie, przynosi pożądany efekt. Snape przez chwilę wygląda, jakby rozważał ciśnięcie w nią jakąś klątwą. Z trudem odzyskuje równowagę.
— Czego ode mnie chcesz? — pyta cierpko, a w jego pozornie opanowanym tonie pobrzmiewa echo desperacji. Palce Severusa wczepiają się w blat. — Co mam zrobić, żebyś mi wybaczyła? Czy jest w ogóle coś, co mogę zrobić? — dodaje ze znużeniem.
— Słucham? — Nie jest to najmądrzejsza odpowiedź, lecz Lily jest zaskoczona jego bezpośrednim pytaniem.
— Chciałbym odzyskać twoją przyjaźń — mówi powoli Snape — ale wydaje się to niemożliwe.
Wiem, o czym myślisz, Lily. James delikatnie kładzie jej rękę na ramieniu i obraca z powrotem ku sobie. Unika jego badawczego wzroku, usiłując szybko przegonić z twarzy grymas zawodu i głębokiego smutku, lecz jej rozgoryczenie musi być widoczne gołym okiem. To już nie ten sam człowiek, którego kiedyś uważałaś za przyjaciela. To sługa Voldemorta. Słowa Jima są jak smagnięcie bicza i Lily wzdryga się. Widząc jej zagubienie oraz bezsilną rozpacz, James z ciężkim westchnieniem przygarnia ją do siebie. Jeżeli kiedykolwiek spotkacie się na polu bitwy, nie wolno ci o tym zapomnieć.
— Tamtego dnia — zaczyna nieobecnym głosem Lily — kiedy Jim powiedział mi, że prawdopodobnie zostałeś śmierciożercą, poczułam się tak, jakby umarła bliska mi osoba... jakbym na zawsze straciła najdroższego przyjaciela.
Snape unosi głowę i milcząc, spogląda na nią. Wydaje się zamyślony, zasłuchany w to, co mówi. Po jego wargach błąka się cień sennego półuśmiechu, jakiejś łagodnej emocji, która przekształca jego twarz, wygładzając zazwyczaj napięte w drwinie lub złości rysy i wydobywając spod nich na powierzchnię niezwykle młodzieńczy wyraz onieśmielenia. Przymrużone oczy Severusa zdają się czarną smugą, rozmazanym węglem na białej kartce papieru.
— Zawsze podświadomie miałam nadzieję, że któregoś dnia przez przypadek wpadniemy na siebie — przyznaje Lily, podbudowana jego reakcją — że uda nam się zamienić ze sobą chociaż kilka słów. Że może... może zadam ci pytanie... może wytłumaczysz mi dlaczego.
— Dlaczego...? — powtarza cicho Snape.
— Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę się do niego przyłączyłeś. — Lily powstrzymuje wzbierające w kącikach oczu łzy bezradności i potrząsa głową. — Nadal nie potrafię tego zrozumieć. Dlaczego, Severusie?
— To już bez znaczenia — odpowiada Snape, zapatrzony przygasłym wzrokiem gdzieś w punkt ponad jej ramieniem.
— Dla mnie to ma znaczenie. Muszę wiedzieć.
— Nie chcę o tym rozmawiać. — Mężczyzna krzywi się, a jego głos robi się naraz nieprzyjemny, wręcz wrogi.
W pierwszym momencie Lily jest przestraszona nagłą zmianą w zachowaniu Severusa, tym mrocznym, twardym tonem, którym się do niej zwrócił, jednak prędko dochodzi do siebie.
— Mylisz się, jeśli myślisz, że unikanie tego tematu w czymkolwiek pomoże.
Snape unosi szyderczo kącik ust.
— Dlaczego tak bardzo cię to interesuje? I tak nie zrozumiesz. Nie chcesz tak naprawdę zrozumieć, tylko zaspokoić swoją niezdrową ciekawość. — Ostatnie zdanie brzmi jak jadowite oskarżenie i Lily ma w końcu dość.
— POWIEDZ MI!
Dopiero gdy widzi zdumioną minę Snape'a, zdaje sobie sprawę z tego, że podniosła głos. Najwyraźniej nie spodziewał się po niej tak emocjonalnej reakcji. Krzyk Lily był mieszaniną gniewu i rozdzierającej udręki. Severus obserwuje ją długo, jakby nad czymś się głęboko zastanawiał, po czym wreszcie zaczyna mówić:
— Zawsze chciałem móc zaoferować ci coś więcej... Zasługiwałaś na to. Chciałem zdobyć moc, nieograniczoną moc, żeby dać ci poczucie bezpieczeństwa. Im potężniejszy się stawałem, tym mniej rzeczy mogło nam zagrozić.
Jego głos jest aksamitny i hipnotyzujący, usypia jej czujność. Chociaż słowa, które wypowiada, przepełnia gorliwość i chyba autentyczne przywiązanie, Lily nawet przez chwilę mu nie wierzy. Decyduje się przerwać ten monolog.
— Nie, Severusie.
Snape błyskawicznie urywa i zamyka usta, marszcząc brwi w wyrazie niezadowolenia.
— Wszystko to robiłeś tylko i wyłącznie dla siebie. Możesz dalej próbować się okłamywać albo zwodzić innych, ale chyba najwyższy czas spojrzeć prawdzie w oczy. Poza tym wolałabym zginąć, niż zawdzięczać życie twoim układom ze śmierciożercami — dodaje z niesmakiem, zgarniając ze stołu podręcznik do warzenia zaawansowanych eliksirów i przygotowując się do wyjścia. — A ponieważ nie zamierzasz być ze mną szczery, nie widzę powodu, żeby kontynuować tą konwersację.
Kiedy mija szybkim krokiem Snape'a, jest przekonana, że dał za wygraną, jednak nagle czuje na sobie jego dłoń, która zamyka się jak lodowaty potrzask wokół jej przegubu. Trzymana przez Lily księga wylatuje jej z ręki i upada na podłogę, gdy Severus silnym szarpnięciem przyciąga ją z powrotem do siebie, tak że w efekcie prawie się z nim zderza. Rzuca mu wystraszone spojrzenie, próbując się uwolnić, lecz uścisk mężczyzny jest nie do przełamania.
— Posłuchaj mnie — odzywa się Snape rozkazującym, niskim głosem, który przyprawia ją o ciarki na plecach. — Tym razem mnie posłuchaj.
Z ust Lily wymyka się stłumione syknięcie i Severus, spostrzegając na jej twarzy przelotny grymas bólu, rozluźnia nieznacznie chwyt, ale jej nie puszcza. Wyczuwa w jego palącym skórę dotyku wrzący tuż pod powierzchnią ciała gniew.
— Zabawne, że właśnie ty mówisz o patrzeniu prawdzie w oczy — zauważa z przewrotnym, niewesołym uśmiechem Snape, a po chwili z naciskiem zaznacza: — To, co powiedziałem, było prawdą.
— Jim jakoś nie musiał zostawać śmierciożercą, żeby mnie ochronić — wyrzuca z siebie w niepohamowanej złości Lily.
Severus nie wydaje się zraniony tą uwagą, wręcz przeciwnie. Jego niemiły, kpiący uśmiech pogłębia się, gdy nie spuszczając z niej swojego wzroku, kręci powoli głową.
— To nie Jim ochronił cię tamtej nocy.
Lily otwiera szerzej oczy, słysząc w uszach łomot własnego serca. Twarz Snape'a znajduje się zaledwie kilka cali od jej twarzy; jego bliskość jest odurzająca, zamazuje granice pomiędzy myślami i uczuciami, pozostawiając świadomość słabą i rozbitą. Ciemne oczy Severusa śledzą ją nieustannie z mroczną, niemal demoniczną bystrością, a gdy usiłuje uciec spojrzeniem w bok, wciąż unoszą się na krawędzi jej pola widzenia jak drżące w powietrzu złudzenie. Czuje w piersi lodowaty gniew, narastający coraz mocniej z każdą sekundą.
— Więc to ty „kupiłeś moje życie" — stwierdza szorstko. — Jak wyglądała twoja zapłata?
— Nie wiem, o czym mówisz —ucinachłodno Snape.
— Kłamca — cedzi Lily, a gdy Severus nie odpowiada, ciągnie dalej, nie powstrzymując drwiny: — Czyli to nie ty poprosiłeś go, żeby oszczędził moje życie? Szkoda, liczyłam na to, że będę miała okazję osobiście podziękować swojemu wybawcy.
— Lepiej nie dziękuj — wtrąca Snape. — Nigdy nie wiesz, czego może zażądać w zamian.
Patrzy na niego nieufnie, zastanawiając się, czy mówi poważnie czy to kolejny przejaw jego wisielczego humoru. W międzyczasie uścisk dłoni Severusa słabnie i w końcu mężczyzna ją puszcza. Lily natychmiast odruchowo zaczyna rozmasowywać swój przegub, posyłając mu nieprzyjazne spojrzenie.
— Nie chciałem cię obrazić. Nie odchodź — mówi zrezygnowanym głosem Snape. Wygląda na wyczerpanego. — Proszę.
Powinna podnieść z podłogi upuszczoną księgę, obrócić się na pięcie i wyjść. Po tym, co właśnie pokazał, potwierdzając wszystkie jej najgorsze obawy co do jego osobowości i motywacji, powinna zwyczajnie zignorować prośbę w jego oczach, uznać ją za następną zastawioną przez niego pułapkę, jeszcze jedną sztuczkę, mającą poruszyć jej serce. Nie potrafi już odróżnić prawdziwych emocji Severusa od tych fałszywych, służących jedynie jako iluzje, zasłony, za które może się w razie potrzeby wycofać. Rozum podpowiada, żeby jak najprędzej opuściła pracownię, ale coś powstrzymuje ją w pół kroku. Sentyment, myśli, wzdychając z irytacją, i zostaje.
— Obrażasz wszystkich dookoła mnie, wszystkich, którzy dużo dla mnie znaczą.
Pod jej niechętnym spojrzeniem ramiona Snape'a opadają.
— Kiedy Czarny Pan ruszył za wami, bałem się, że już nigdy cię nie zobaczę — wyznaje Severus tak cicho, że wydaje się zagubiony pośród przywoływanych w swoim umyśle wspomnień.
Nie pozwól mu się znowu zwodzić, powtarza sobie w duchu Lily.
— I tak byśmy się już pewnie nigdy nie zobaczyli — kwituje, siląc się na obojętność. — Ja wybrałam swoją drogę, ty wybrałeś swoją. Zupełnie inną od mojej.
— Wystarczyłaby mi świadomość, że żyjesz i jesteś szczęśliwa.
Patrząc na niego, nie potrafi ukryć zaskoczenia. Nie spodziewała się tak szczerze brzmiących wyznań. Z drugiej strony zaledwie minutę wcześniej bez wahania uciekł się do kłamstwa, więc jaką ma gwarancję, że nie kłamie również teraz? Jakaś cząstka niej chciałaby mu zaufać, wierzyć, że życie, jakie dotąd prowadził, nie zdołało zniszczyć w nim doszczętnie wszystkich pozytywnych cech; że w jego sercu pozostały choćby najdrobniejsze okruchy dobra, do których ona może się odwołać.
— Czy warto było zostać jego sługą, Severusie? — docieka, nie starając się tłumić rozżalenia. — Robić w jego imieniu te wszystkie ohydne rzeczy... Na co, w jakim celu? Czy tylko po to, żeby...
— Żeby chronić twoje życie? — dokańcza Snape.
— Mówiłeś o mocy, potędze, o... o wpływach — ciągnie Lily, zmieszana żarem ukrytym w jego słowach. Znów jakaś niecałkowicie wyklarowana emocja trzyma ją za gardło, prawie odbierając jej mowę. — Nie potrzebowałam tego wszystkiego. Chciałam tylko twojej przyjaźni.
Przez twarz mężczyzny przemyka bolesny skurcz. Boi się odwzajemnić jego spojrzenie, ale kiedy wreszcie się na to zdobywa, zdaje jej się, że w oczach Severusa widzi wyraźnie cień wstydu i poczucia winy.
— Czy nadal jej chcesz? — pyta miękko Snape, postępując krok w stronę Lily.
— Nie wiem.
— Nie wiesz? — podchwytuje Severus z niedowierzaniem.
Jest blisko, zdecydowanie za blisko, znowu czuje się zdezorientowana, onieśmielona jego groźnie górującą nad nią sylwetką. Z tej perspektywy Snape wydaje się jeszcze wyższy, a jego obecność jeszcze bardziej intensywna. Lily cofa się i prawie potyka o leżącą na posadzce księgę. Severus wyczuwa jej dyskomfort i nieznacznie się odsuwa, oferując jej więcej wolnej przestrzeni.
— Zmieniłeś się przez te lata, Severusie. Bywają momenty, w których jesteś taki jak dawniej, ale przez większość czasu wydajesz się zupełnie innym człowiekiem.
Snape długo obraca w myślach jej słowa, aż w końcu komentuje krótko:
— Ludzie się zmieniają. Ty też się zmieniłaś.
— Wiem — mówi Lily ze smutkiem. — Miałam tylko nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam tamtego Severusa, którego poznałam w dzieciństwie.
Snape mruga, po czym pełnym wyrzutu i desperacji gestem celuje w swoją pierś.
— Jest cały czas tutaj, obok ciebie. Dorósł.
Lily nie może się otrząsnąć z wrażenia, jakie pozostawiły po sobie w jej umyśle te słowa. Zabrzmiały niezwykle gorzko, jakby Severus ją o coś obwiniał.
— Tęskniłam za tobą, Severusie. Wciąż tęsknię.
Snape wpatruje się jeszcze przez kilka sekund w jej twarz z taką uwagą, jak gdyby szukał tam odpowiedzi na wszystkie niezadane pytania i dręczące go wątpliwości, a następnie przenosi wzrok na stół i cicho wzdycha.
— Zaraz wykipi ci eliksir.
— Co takiego? — Lily dopiero po dłuższej chwili przypomina sobie, że są w pracowni, a za ich plecami bulgocze coraz bardziej złowieszczo kociołek. — Ach... A niech to... — Szybko podbiega do stołu, wyciągając różdżkę i próbując zmniejszyć szalejący ogień.
— Mikstura lecząca poparzenia to skomplikowany wywar — mówi Snape, wycofując się chyłkiem w kierunku drzwi i wyraźnie walcząc z rozbawieniem. — I tak zająłem ci już dużo czasu.
— Nie pomożesz mi? — Lily marszczy gniewnie brwi, w panice chłodząc zaklęciem powierzchnię eliksiru.
— Obawiam się, że już za późno na moją udaną interwencję. — Severus obdarza podskakujący kociołek spojrzeniem pełnym politowania. — Czyste ręczniki są w szafce koło zlewu — informuje ją po krótkim zastanowieniu i posyłając jej przelotny, złośliwy uśmiech, znika za drzwiami.
22.
— Jakie to uczucie, umieranie?
— Nie oczekiwałem takiego pytania ze strony tak młodej damy. Ludzie przeważnie o tym nie myślą, dopóki nie nadchodzi starość.
— Widziałam już wokół siebie wystarczająco dużo śmierci i nie dotyczyła ona starców.
— Istotnie, wojna rozsmakowała się we krwi młodych. Sam nie byłem znowuż taki stary, kiedy zabrała i mnie.
— Więc jak to jest?
— To bardzo trudne pytanie. I bardzo osobiste. Widzi pani, sam moment śmierci jest prawie niezauważalny. Ułamek chwili cierpienia, zanim zgaśnie świadomość. Czy mam spróbować opisać to cierpienie?
— Dziękuję, to nie będzie konieczne.
— Rozumiem. A zatem musi pani wiedzieć, że najgorszy jest moment poprzedzający śmierć i ten następujący bezpośrednio po niej. Szczęśliwi ci, którzy zaznali szybkiej i niespodziewanej śmierci! Oszczędziło im to trwogi i hańby, której nie sposób zmyć.
— Co dzieje się zaraz po śmierci?
— To zależy od zmarłego. Dla mnie najgorsze było zrozumienie, że rola ma dobiegła końca i że już nic ode mnie nie zależy. Mogłem jedynie przyglądać się bezsilnie biegowi wydarzeń.
— Dlaczego więc nie zdecydował się pan odejść? Czy nie łatwiej było zostawić wszystko za sobą?
— Wtedy zdało mi się, że wciąż mam tutaj wiele do zrobienia, że ciągle jestem potrzebny... Ale świat powędrował do przodu beze mnie, a ja bardzo szybko zapomniałem, co mnie tu zatrzymało. Teraz, po kilku wiekach tej egzystencji, czasem lęgnie się w mej głowie myśl, że może po prostu chciałem jakoś usprawiedliwić swe tchórzostwo.
— Proszę tak nie mówić. Zbyt surowo pan siebie ocenia.
— Nikt nie wie, co jest po drugiej stronie. Nie wszyscy mają odwagę wejść za tę zasłonę w obawie, że to, co tam ujrzą, wcale ich nie uraduje.
— Więc tylko strach przed nieznanym powstrzymuje duszę przed pójściem dalej? Co z... na przykład przywiązaniem? Miłością do bliskich?
— Zdarzają się oczywiście nieszczęsne dusze, które kurczowo trzymają się ukochanych przez nie za życia osób. Lecz to, co zmarłym wydaje się oznaką miłości wykraczającej poza granice śmierci, dla żyjących bardzo prędko zamienia się w udrękę, bo czasem to oni chcieliby pójść dalej, a nie mogą.
Lily otwiera usta, szykując się do wysunięcia jakiegoś kontrargumentu, ale w jednej chwili opuszczają ją wszystkie słowa. Niekiedy rozmyśla nad tym, czy naprawdę byłaby szczęśliwa, gdyby Jim pozostał u jej boku jako duch. Wyobraża sobie często jego nieustającą, ulotną obecność drgającą na obrzeżach zmysłów, lżejsze niż podmuch wiatru muśnięcie widmowej dłoni, ciemną, rozwierającą się w upiornie bladej twarzy otchłań jego oczu. Za każdym razem James patrzy na nią tak samo jak w jej koszmarach — z lodowatą niechęcią, oskarżycielsko — i za każdym razem ogarnia ją paraliżujący strach. Co mogłaby mu powiedzieć, gdyby przyszedł do niej którejś nocy? Co on by powiedział? Czuje się okropnie ze świadomością, że wizja potencjalnej konfrontacji z mężem napełnia ją takim przerażeniem. Wstydzi się zdradzieckiego poczucia ulgi, że nie musi przed nim tłumaczyć swojego zachowania. Nie zniosłaby unoszącego się w ciszy potępienia, ponurego zawodu, którego grymas śmierć odcisnęła na jego twarzy i który Lily zobaczyła, gdy tylko pochyliła się w dniu pogrzebu nad trumną. Chciałaby iść dalej, ale tamta zrujnowana, opustoszała chata w Dolinie Godryka ciągnie ją ku sobie, otwierając na oścież drzwi, zapraszając do środka, tak że niemal czuje na swoich plecach wilgotne tchnienie stęchlizny.
Kiedy srebrzysta sylwetka Prawie Bezgłowego Nicka odpływa w głąb korytarza, Lily z westchnięciem przysiada w okiennej wnęce i patrzy niewidzącym wzrokiem przed siebie, bezwiednie skubiąc rękaw swetra.
— Myślę, że jednak lepiej zrobiłoby ci towarzystwo żywych. — Spod zalegającej wokół grubej warstwy ciszy wynurza się niespodziewanie szept Albusa.
— Dzisiaj jestem bardziej odpowiednim kompanem dla umarłych.
Chłód kamienia przeszywa ją do szpiku kości, więc wstaje, zdrętwiałymi z zimna palcami zapinając aż po szyję wszystkie guziki swetra. Gdy przegląda się w szybie, jej ubranie zlewa się z wypełniającym ten zaułek korytarza półmrokiem, ledwie rozpraszanym przez odległe światło pochodni, co sprawia, że kredowo biała twarz Lily wydaje się dryfować w powietrzu, pozbawiona ciała. Ma czasami wrażenie, jakby czerń, którą nosi nieprzerwanie od dnia pogrzebu, wżarła się na stałe w jej skórę.
— Alastor obchodzi dziś urodziny. Mieliśmy nadzieję, że do nas dołączysz.
Lily przymyka oczy i kładzie dłoń na policzku w geście rezygnacji.
— Kompletnie zapomniałam... Przeproś go w moim imieniu, dobrze?
— Nie przyjdziesz? — pyta łagodnie dyrektor.
— Nie jestem w nastroju — wyznaje Lily, potrząsając zdawkowo głową.
— W porządku. — Albus dłużej nie nalega, lecz jego głos zmienia się, przesiąkając troską.
Plecy Dumbledore'a są lekko zgarbione, jakby i on sam odczuł w końcu siłę uderzenia, którym była dla Zakonu śmierć Bradleya. Cios okazał się bardziej bolesny od wszystkich wcześniejszych, ponieważ spadł na nich w momencie, gdy myśleli, że zagrożenie już bezpowrotnie minęło. Kara, którą ponieśli za tę naiwną nadzieję, była nadzwyczaj surowa i do tej pory nie potrafią się z niej otrząsnąć.
Lily chrząka i rzuca czarodziejowi ukradkowe spojrzenie, zanim wbija je pospiesznie w swoje stopy.
— Chciałabym o coś zapytać — zaczyna z wahaniem.
— O coś czy o kogoś? — uściśla życzliwym tonem Dumbledore.
Lily zamiera na sekundę ze zdezorientowaną miną, jednak nie może powstrzymać mimowolnie wypływającego na jej usta niepewnego uśmiechu.
— Zbyt dobrze mnie znasz, Albusie.
— Zbyt dobrze znam ten wyraz twarzy. O co chodzi?
— Chciałabym porozmawiać... o Severusie.
Dumbledore unosi brwi w delikatnym zdziwieniu.
— Co jest nie tak z Severusem?
Lily przewraca oczami, słysząc to wyjątkowo niefortunnie sformułowane pytanie.
— Skąd wiesz, że możesz mu zaufać? — Czuje się dość podle, obgadując Snape'a za jego plecami, ale w tym konkretnym przypadku ostrożności nigdy nie za wiele. Jej obawy nie są przecież całkowicie bezpodstawne.
Albus spogląda na nią z widocznym zainteresowaniem.
— Kwestionujesz moją decyzję co do jego osoby?
Lily wzrusza z powątpiewaniem ramionami, słabo kamuflując tym gestem swoje zmieszanie.
— Jeśli nie zdążyłeś jeszcze tego zauważyć, przytłaczająca większość Zakonu zdaje się ją kwestionować.
— I ty jesteś w tej większości?
— Wydaje mi się... — Przerywa i przełyka głośno ślinę, po czym podejmuje wątek: — Chciałabym wierzyć, że zasłużył na drugą szansę. Każdy zasługuje. Chyba.
— Chyba? — Dumbledore głaszcze się z namysłem po brodzie. — Brakuje ci przekonania. Nie wierzysz w to?
— Chodzi o to... Chodzi o to, że... — Lilywzdycha z irytacją. — Nie wiem, jak mam to ująć. Jest teraz dla mnie prawie zupełnie obcym człowiekiem... Nie wiem, co mam o nim myśleć, co powinnam myśleć. Przebywanie koło niego jest po prostu niezręczne. — Podrywa głowę i mruży z niezadowoleniem oczy, kiedy nagle zdaje sobie sprawę, że rozmowa zboczyła na niewłaściwy tor. — Hej, znowu to robisz!
— Co takiego? — pyta zwodniczo niewinnie dyrektor.
— Odwracasz kota ogonem!
— To, co mówisz, jest bardzo ciekawe — przyznaje Albus, nie próbując się nawet bronić przed jej oskarżeniem. — Twoje odczucia nabierają w tym wypadku szczególnego znaczenia.
— Dlaczego? — nie rozumie Lily. — Czemu to, co ja czuję, jest takie ważne?
— Bo mogą od tego zależeć dalsze losy nie jednej osoby, ale co najmniej dwóch.
— Chwileczkę — mówi Lily po dłuższej przerwie, kładąc rękę na biodrze, a drugą celując w pierś Dumbledore'a. — Chcesz powiedzieć... Co właściwie chcesz powiedzieć? Sugerujesz, że jeśli Snape któregoś dnia postanowi wrócić do swojego dawnego mistrza, to będzie to w jakiejś mierze moja wina?
— Nie.
— Mam niańczyć Severusa?
— Na Merlina, nie! — Albus kręci z rozbawieniem głową. — Przypuszczam, że jedyną osobą, której Severus pozwolił się kiedykolwiek niańczyć, jest jego matka — mruczy pod nosem.
Lily patrzy na niego wyczekująco.
— Po prostu uważam, że musicie sobie wiele rzeczy wyjaśnić.
— A co jeśli nie chcę z nim rozmawiać? Co jeśli nie mam ochoty mu niczego tłumaczyć i słuchać jego tłumaczeń? — pyta prowokacyjnie Lily.
— Nie zrobisz niczego wbrew swojej woli — odpowiada spokojnie Albus. — Podobnie zresztą jak Severus.
— Jak to się stało, że znalazł się po naszej stronie? — Lily korzysta z nadarzającej się okazji, by poruszyć nurtującą ją od samego początku kwestię. — Kiedy i dlaczego postanowił zacząć współpracować z Zakonem?
— Nie rozmawialiście o tym? — drąży Dumbledore z odrobiną zaskoczenia w głosie.
— Właściwie nie. — Lily usiłuje nadać temu stwierdzeniu obojętny ton, lecz ponosi dotkliwą porażkę. W końcu mówi z ociąganiem: — Bałam się. Za pierwszym razem chyba zbyt pochopnie go oceniłam. Wpadliśmy na siebie na korytarzu... Nie byłam gotowa na to spotkanie. Kiedy go wreszcie zobaczyłam, po tych wszystkich latach niepewności, zmagania się ze złudzeniami... — Na chwilę milknie, po czym dokańcza z posępną szczerością: — ...poczułam jedynie złość. — Ciska w stronę Dumbledore'a ostre spojrzenie. — Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej, że on tutaj uczy? Że już nie jest...
— Czy gdybym podzielił się wtedy z tobą tą informacją, relacje między wami byłyby dzisiaj w innym miejscu, niż są? — dopytuje Albus, mierząc ją badawczym wzrokiem.
— Tak. Pewnie tak — odpowiada bez głębszego zastanowienia, jednak już po kilku sekundach ciszy przyznaje ponuro i z niejakim wysiłkiem: — Raczej nie.
Dumbledore przygląda się jej przez moment z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym ze smutnym zrozumieniem kiwa głową.
— Lepiej więc, że sama się dowiedziałaś. Nie chciałbym ingerować w wasze relacje.
— Nie odpowiedziałeś na moje pytanie — zauważa Lily. — Czy naprawdę mu ufasz?
— Tak — mówi bez wahania czarodziej, zastrzegając prawie natychmiast: — Choć moje zaufanie nie jest bezwarunkowe.
Z chwilą kiedy Albus wypowiada te słowa, w jego poważnych nagle oczach pojawia się na ułamek sekundy odległy, zimny błysk i Lily nie jest w stanie powstrzymać niemiłego przeczucia, które niepostrzeżenie zagnieżdża się w jej sercu.
23.
Idzie tuż za Aberforthem, stąpając ostrożnie po grząskim gruncie zasnutego mgłą podwórza. Ten mały wycinek przestrzeni, ograniczony do pola jej widzenia, zdaje się zawieszony w próżni poza światem i czasem, przywodząc na myśl scenę z koszmaru, bez początku i bez końca. Kontury sylwetki czarodzieja są lekko zamazane i falują, jakby rozpuszczały się powoli w powietrzu. W uszach Lily dzwoni cisza, w której rozbrzmiewa niczym uderzenia młota szybkie bicie jej serca — a może to serce Aberfortha? Nagle Dumbledore zatrzymuje się i zaczyna w coś intensywnie wpatrywać. Lily wysuwa się zza jego pleców i staje krok za nim, walcząc z wypełniającym ją uczuciem ciężkości. W pierwszej chwili skupia uwagę na wirujących wokół jej stóp strzępach mgły, ale sekundę później zauważa leżący na ziemi nieco dalej ciemny kształt. Wytworzony przez ruch ich ciał delikatny podmuch powietrza rozprasza nieznacznie tumany bieli, które cofają się przed nimi w popłochu, odsłaniając drżącą, zakrwawioną rękę.
Lily jako pierwsza wynurza się z wnętrza myślodsiewni, łapiąc głębokie hausty powietrza. Wokół niej wybudzają się powoli z letargu pozostali członkowie Zakonu. Odgarniając przyklejone do twarzy włosy, próbuje uspokoić oszalały oddech, zanim ktokolwiek spostrzeże jej przerażenie.
Przez jakiś czas w komnacie panuje nieprzyjemna cisza, aż wreszcie odzywa się Frank.
— Nie mówi nam to zbyt wiele — stwierdza rzeczowym tonem, opuszczając dłoń, którą do tej pory pocierał sobie w zadumie brodę. Posyła dyrektorowi znaczące spojrzenie. — Widział tylko ciało, sprawców już od dawna nie było w pobliżu.
— Sekcja zwłok potwierdziła w większości nasze przypuszczenia — rzuca mimochodem Moody. — Ten trop już do niczego nas nie doprowadzi.
Dumbledore odchyla się nieznacznie w krześle i wodzi wzrokiem pod suficie, jakby gonił nim jakąś nieuchwytną myśl.
— Szczegółowa analiza echośladów potwierdziła również nasze przypuszczenia co do tożsamości sprawców — uzupełnia Alicja. Jej głos jest nadal cichy i spokojny, lecz ulotniło się z niego całe tak charakterystyczne dla niej ciepło. Lily po raz kolejny przypomina sobie, co sprawia, że ta aurorka wzbudza obawę wśród czarnoksiężników. — Odciski magii odpowiadają odciskom pozostawianym przez różdżki należące do znanych śmierciożerców: Bellatriks, Rudolfa i Rabastana Lestrange'ów.
— Niestety — dodaje markotnie Frank, jakby w imieniu żony przepraszał pozostałych czarodziejów za złe wieści.
— Nie będzie łatwo dorwać tych skurwysynów — komentuje Moody, a jego usta wykrzywia uśmiech ponurej satysfakcji. — Tym przyjemniejsza będzie później świadomość, że gniją w Azkabanie. Nie ma nic gorszego niż panoszące się na wolności kanalie.
Wypowiedź aurora zostaje niespodziewanie przerwana przez ledwo słyszalne skrzypnięcie zawiasów. Drzwi uchylają się i do komnaty wślizguje się niemal bezszelestnie odziana w czerń postać, natychmiast zajmując stojące miejsce pod ścianą, w najdalszym kącie pomieszczenia. Wszyscy zgromadzeni na krótką chwilę zamierają, jakby w tym samym momencie zamienili się w lodowe rzeźby. Lily zamyka z wysiłkiem szeroko otwarte w szoku usta. Severus posyła Moody'emu i pozostałym ostre, wyzywające spojrzenie, które odrobinę łagodnieje, gdy jego oczy spoczywają przypadkiem na niej.
Alastor przez dobre kilka sekund porusza bezgłośnie wargami, ale relatywnie szybko odzyskuje rezon.
— Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby jak najprędzej ograniczyć ich liczbę — konstatuje mrocznym tonem, przyszpilając Snape'a wzrokiem do muru.
Severus leniwie odwzajemnia mordercze spojrzenie aurora, a po jego twarzy błąka się wyraz szyderczego rozbawienia. Lily nie może uwierzyć, że go tutaj widzi. To najprawdopodobniej pierwszy, historyczny raz, kiedy zdecydował się zaszczycić spotkanie Zakonu swoją obecnością. Jego szczupła, emanująca wyraźną rezerwą i niechęcią postać wydaje się wyjęta z zupełnie innego niż oni obrazka, przypominając element niepasujący do układanki. Lily zerka przelotnie na Albusa, by wybadać jego reakcję. Dumbledore obserwuje Snape'a spod ściągniętych lekko brwi, ale w przeciwieństwie do większości zgromadzonych czarodziejów nie wygląda na wzburzonego.
— Uzyskałem niedawno wgląd w akta dotyczące pierwszych popełnionych przez Lestrange'ów przestępstw — podejmuje gładko Frank, ignorując stopniowo gęstniejącą w komnacie atmosferę. Jako chyba jedyny wydaje się kompletnie nieporuszony pojawieniem się Severusa. — Myślę, że mogą się przydać w ustalaniu ich ulubionych kryjówek.
Lily usiłuje skupić się na słowach Longbottoma, lecz już do końca zebrania jej uwagę skutecznie rozprasza widziana kątem oka, majaczącą po drugiej stronie pomieszczenia ciemna sylwetka Snape'a.
24.
— Gratuluję, udało ci się przerazić pół Zakonu.
— Niezmiernie mi miło.
— Było tak źle, jak się spodziewałeś?
— Nie. Było gorzej.
— A więc przyjemność była obustronna.
Lily przygląda się przez chwilę pochmurnej minie Severusa, po czym parska krótkim, urywanym śmiechem. Ten dźwięk wciąż brzmi dziwnie w jej ustach, pozostawiając na języku długo utrzymujący się posmak goryczy.
— Tak cię to bawi? — Snape unosi wysoko brew, okazując chłodne zainteresowanie.
— Przepraszam, po prostu sytuacja była dość dziwaczna. Muszę odreagować.
— Czy to nie był przypadkiem twój pomysł?
— Nigdy bym nie pomyślała, że weźmiesz go sobie do serca.
— Nie powinienem. To był zły pomysł.
— No cóż... — Lily wzrusza ramionami. — Chyba warto było spróbować.
Słyszy, jak ktoś ją woła. Ogląda się za siebie i widzi Longbottomów machających do niej z drugiego końca korytarza.
— Muszę lecieć — mówi, odwracając się z powrotem w stronę Snape'a.
— To leć — odpowiada jej sucho.
Zapada krępująca cisza, gdy Lily gorączkowo zastanawia się, czy ma mu coś jeszcze do zakomunikowania.
— Do szybkiego zobaczenia — wyręcza ją łaskawie Snape, a na jego wargach pojawia się zarys porozumiewawczego uśmieszku.
Policzki Lily zalewa ciemny odcień różu. Przytakuje i rusza w kierunku niecierpliwiących się aurorów, tchórzliwie rejterując przed jego odurzającym, wszystkowiedzącym spojrzeniem.
25.
W zamyśleniu turla długopis między palcami, wpatrując się rozkojarzonym wzrokiem w pustą kartkę papieru. Nigdy do końca nie polubiła pisania piórem; dziwnie leżało jej w dłoni, zostawiało kleksy, a po postawieniu ostatniej kropki w wypracowaniach zawsze odnajdywała na swoim ubraniu w różnych, naprawdę zaskakujących miejscach plamy atramentu. Nie wie, jak rozpocząć list, o czym dokładnie wspomnieć. Wszystko idzie nie tak, a ostatnie dni to nieprzerwane pasmo porażek. Nie chce obciążać siostry swoimi problemami, więc tym razem planuje się skoncentrować głównie na tym, co słychać na Privet Drive. Od tamtej nocy, gdy półprzytomna ze zgrozy stanęła z Harrym w ramionach niczym błądząca zjawa na progu jej domu, w miarę regularnie wymieniają ze sobą korespondencję. Listy Petunii są suche w formie i oszczędne w treści, przypominają bardziej telegramy lub zdawkowe oświadczenia, lecz dzięki nim Lily upewnia się co jakiś czas, że Dursleyom nic nie grozi. Zdarzają się momenty, kiedy jedno szczególnie dobrane słowo czy sformułowanie zdradza troskę jej siostry. Oczywiście jest to troska bardzo pragmatyczna i mało emocjonalna, szorstka jak sama Petunia, jednak serce Lily i tak ogarnia w takich chwilach przyjemne ciepło, jakby ktoś otulił ją szczelnie grubym kocem. Żałuje, że dopiero tragiczne wydarzenia sprzed miesiąca zaczęły na powrót przybliżać je do siebie.
Gdy wreszcie przyciska końcówkę długopisu do powierzchni papieru, nagle coś stuka cicho w szybę. Widząc przycupniętą za szkłem, wysmaganą wiatrem sowę, Lily wstaje od biurka i uchyliwszy okno, wpuszcza ją wraz z lodowatym, przenikliwym podmuchem do pokoju. Pociera zmarznięte błyskawicznie przedramiona, by pozbyć się gęsiej skórki, po czym delikatnie drapiąc ptaka po główce, wyjmuje mu z dzioba zaadresowaną równym, schludnym pismem kopertę. Jeden rzut oka na nazwisko nadawcy wprawia ją natychmiastowo w wyjątkowo zły humor. Jednocześnie jest też jednak nieco zaskoczona, że Bartemiusz Crouch zstąpił z piedestału i napisał do niej z własnej, nieprzymuszonej woli, nienękany jej powtarzającymi się zapytaniami o Syriusza. Czy to oznacza, że w sprawie jej przyjaciela coś się wreszcie ruszyło?
Choć podświadomie oczekuje kolejnego bolesnego zawodu, nie potrafi powstrzymać narastającego w brzuchu podekscytowania. Dopiero gdy zabiera się drżącymi z przejęcia dłońmi za rozdzieranie koperty, zauważa obok nazwiska Croucha mały, jakby niepewny dopisek „Jr". Na krótką chwilę zastyga w bezruchu, marszcząc brwi. Sprawdza ponownie dane adresata, lecz nie może być mowy o pomyłce — list został wysłany do niej. Rzuca sowie pytające spojrzenie, ale ponieważ ptak nie kwapi się do wyjaśniania jej wątpliwości, zajęty przygładzaniem swoich zwichrzonych piór, w Lily zwycięża czysta ciekawość. Unosi list do oczu, prostując pedantycznie złożony pergamin, i zagłębia się w jego treść. Jeszcze zanim dociera do ostatniej linijki, ma ochotę rozpłakać się ze szczęścia.
