Trochę to trwało, ale wreszcie wrzucam następny fragment. Przepraszam, że musieliście tak długo czekać.

Betowała Pantera.

26.

Dwa dni później od samego rana jej myśli zaprząta już tylko zbliżające się spotkanie, tak bardzo, że nie potrafi skoncentrować się na niczym innym. Jednak kiedy po południu szykuje się do wyjścia, Harry niespodziewanie wybucha płaczem i musi go długo uspokajać, zanim wreszcie z ciężkim sercem zostawia uśpionego malca pod troskliwą opieką Śmieszki.

— Śmieszka martwić się o panią Potter wyznaje z ujmującą szczerością skrzatka, gdy Lily powoli wsuwa na ramiona pelerynę-niewidkę. Pani Potter obiecać, że będzie na siebie bardzo uważać!

— Niedługo wrócę zapewnia Lily, odwracając się w stronę drzwi i naciągając kaptur na głowę. Jakby co, wyszłam na spacer.

Aby nie spóźnić się jeszcze bardziej, postanawia zrobić coś, przed czym zawsze, a ostatnio szczególnie się wzbraniała skorzystać z jednego z tajnych przejść, które pokazał jej kiedyś Jim. Widząc przed sobą otwierający się w ścianie wąski, nisko sklepiony tunel, odpycha czający się na krańcach umysłu strach, bierze głęboki oddech i nurkuje w zastygły w bezruchu mrok. Szybko posuwa się naprzód, skupiając wzrok na nierównych, spękanych płytach i punkcie światła pulsującym miarowo na czubku różdżki. Wyczuwa unoszącą się wszędzie wokół obecność Jamesa, jakby mury przechowały przez lata pamięć jego kroków. Ma wrażenie, że za chwilę ujrzy przed sobą na granicy magicznej łuny lekko pochylone plecy męża lub że Jim zaraz wyciągnie do niej z ciemności rękę, z przebiegłym uśmiechem kusząc: „No chodź, coś ci pokażę!".

Lily przystaje, podpierając się ręką o mur. Czuje przez cienki materiał rękawiczki lodowaty chłód kamienia, a od jej warg odrywają się z każdym oddechem mgliste obłoczki pary. Niespokojnie zerka przez ramię do tyłu, po czym zaciska palce na różdżce i unosi ją nieco wyżej, kierując wzrok z powrotem przed siebie.

— Głupota szepcze, potrząsając głową, gdy niewyraźne wspomnienie innego korytarza zaczyna stopniowo paraliżować jej ciało jak powoli działająca trucizna.

Opuszcza powieki i przyzywa z pamięci obraz Harry'ego, jego pierwszy uśmiech, wielkie oczy ze zdziwieniem i zaciekawieniem chłonące świat. Przypomina sobie towarzyszącą narodzinom syna radość, która wypełniła po brzegi ich dom.

Expecto Patronum.

Ściany tunelu zalewa intensywna, srebrna poświata, sekundę później przyjmując kształt widmowego jelenia. Lily nie do końca rozumie, dlaczego właściwie rzuciła to zaklęcie, ale widok patrzącego na nią wyczekująco patronusa w przedziwny sposób podnosi ją na duchu, a kiełkujący wcześniej lęk zostaje błyskawicznie zmieciony przez uczucie wszechogarniającej ulgi. Uśmiecha się niepewnie, a jeleń, jakby czytając jej w myślach, rusza raźno przodem, oświetlając drogę prowadzącą do wyjścia.

Z oddali światła Hogsmeade w zapadającym zmierzchu wydają się zimne i przygaszone, uwięzione na wysepkach porozrzucanych po morzu szarości. Gdy jej stopa zsuwa się z bryły topniejącego śniegu i z chlupnięciem ląduje w kałuży, z ust Lily ulatuje bezgłośne przekleństwo. Sarkastycznie gratuluje sobie w duchu chybionej decyzji o pozostawieniu cieplejszego obuwia w zamku, czując przenikający do szpiku kości ziąb i chłoszczące ją bezlitośnie podmuchy wiatru, wdzierające się wściekle pod poły płaszcza. Pierwsza noc grudnia przywitała Hogwart i okolice śnieżycą oraz gwałtownym spadkiem temperatury zwiastującym rychłe nadejście zimy. Choć w ciągu dnia większość śniegu zdążyła zamienić się w wodnistą breję, tu i ówdzie zalegają jeszcze jego resztki, rozpięte jak białe płachty po bokach wiodącej do miasteczka drogi.

Po upchnięciu peleryny-niewidki w torbie i odwołaniu patronusa, zmierzając pospiesznie w kierunku Hogsmeade, Lily znów czuje się nieprzyjemnie odsłonięta. Jest środek tygodnia, więc po ulicach miasteczka kręci się niewielu przechodniów, a pogoda dodatkowo zniechęca do spacerów. Ci, którzy odważyli się opuścić swoje domy, przemykają prędko od budynku do budynku z łopoczącymi na wietrze szalami i twarzami pochylonymi nisko ku ziemi, jakby bali się napotkać zabłąkane spojrzenia mijających ich towarzyszy niedoli. W niektórych witrynach widać pierwsze ozdoby sygnalizujące bliskość świąt.

Tuż obok wejścia do Pubu pod Trzema Miotłami Lily dostrzega wysoką postać w czarnej pelerynie z kołnierzem podbitym srebrnym futrem. Syn Bartemiusza Croucha już na nią czeka, oparty o parasolkę, w zamyśleniu wodząc wzrokiem po wystawach pobliskich sklepów. Kiedy Lily rusza ku niemu zdecydowanym krokiem, czarodziej odwraca głowę w jej stronę.

— Pani Potter. Uśmiecha się, wyciągając rękę na przywitanie. Bałem się, że coś panią zatrzymało.

— W tej sprawie nic nie byłoby w stanie mnie zatrzymać odpowiada szczerze Lily, ujmując jego dłoń.

Uścisk młodego Croucha w niczym nie przypomina suchego, wystudiowanego gestu, którego można by się spodziewać po spadkobiercy jednego z najstarszych rodów czystej krwi, wręcz przeciwnie jest znakiem bezinteresownej życzliwości i wsparcia.

— Wierzę pani. Czarodziej obdarza ją kolejnym uśmiechem, który nadaje jego szczupłej, delikatnej twarzy przyjemny wyraz.

Lily nie potrafi się nadziwić, jak bardzo Barty zdaje się różnić od swojego niedostępnego i zasadniczego ojca. Bez dominującej obecności seniora młody Crouch sprawia wrażenie otwartego człowieka, spokojniejszego i mniej spiętego. Dopiero po dłuższej chwili Lily odnotowuje jego zarumienione od wiatru policzki, na które opadają w nieładzie kosmyki rozwichrzonych włosów.

— Przepraszam, że musiał pan na mnie tak długo czekać mówi, dręczona wyrzutami sumienia.

— Nie szkodzi. Cieszę się, że pani przyszła.

— To ja się cieszę, że znalazł pan dla mnie czas.

— Wygląda pani na przemarzniętą zauważa Crouch, przyglądając się jej z zaniepokojeniem. Może wejdziemy do środka? Wskazuje parasolką drzwi pubu.

— Znam lepsze miejsce odpowiada szybko Lily. To niedaleko stąd.

— W porządku. Czarodziej nie protestuje, próbując jednocześnie ukryć lekkie zaskoczenie tą reakcją, po czym oferuje jej swoje ramię. Proszę nas tam zaprowadzić.

Kiedy docierają do małej kawiarenki położonej przy jednej z bocznych uliczek i wciśniętej między dwa większe budynki, Lily nie potrafi powstrzymać uśmiechu rozbawienia na widok zmieszanego wyrazu twarzy Croucha.

— To tutaj? pyta dziwnym głosem czarodziej, odrywając oczy od rozjarzonych ciepłym, rozmytym światłem lamp okien herbaciarni Madame Puddifoot, by zerknąć przelotnie w jej stronę.

— Bardziej kameralnie wyjaśnia zwięźle Lily, naciskając klamkę i uchylając drzwi.

Ich przybycie obwieszcza łagodny dźwięk dzwonka. Crouch po krótkim wahaniu rusza śladem Lily. Zajmują stolik w kącie pomieszczenia, częściowo odgrodzony od reszty sali szemrzącym i wijącym się gąszczem roślin. Barty pomaga jej ściągnąć płaszcz i zająć miejsce, zanim sam odwiesza swoją pelerynę i z usilnie maskowanym dyskomfortem siada naprzeciwko niej. Ma na sobie drogą, elegancką szatę w ciemnych barwach i Lily nie może odgonić myśli, że mimo całego odziedziczonego po rodzicach bogactwa James zawsze preferował wyciągnięte swetry i poprzecierane spodnie, z których część przechowywał w szafie jeszcze od szkolnych lat.

— Byłem tu wieki temu przyznaje cicho Crouch, odwracając wzrok od trzech zakochanych par okupujących stoliki w głębi sali.

— To dobrze się składa komentuje bez skrępowania Lily. Ja też.

Czarodziej mruży oczy, a na jego ustach pojawia się cień znaczącego uśmiechu.

— Wnioskuję, że nasze spotkanie ma ściśle poufny charakter. Muszę przyznać, że kiedy odrzuciła pani moją propozycję odwiedzenia pani w Hogwarcie, byłem trochę zaskoczony.

— Wolałam bardziej neutralny grunt.

— Neutralny... nawet jeśli mniej bezpieczny?

Lily na krótki moment koncentruje uwagę na leniwie pełgającym światełku stojącej między nimi świecy, lecz czując na sobie zaciekawione spojrzenie Croucha, bez wahania je odwzajemnia.

— Jestem gotowa podjąć ryzyko.

Przez kilka sekund Barty przypatruje się jej z uznaniem i czymś, co wydaje się Lily iskrą cichej fascynacji. Ton, jakim wypowiedziała te słowa, nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Wreszcie czarodziej kiwa lekko głową, przerywając milczenie.

— To musi być trudne mówi zniżonym głosem, który prawie ginie pośród szmeru otaczających ich roślin dochodzić do siebie po tym, co panią spotkało.

— Mam wsparcie przyjaciół. Lily uśmiecha się blado, ignorując nagłą suchość w gardle. Nie jestem sama.

— Wiem.

Ta zdawkowa odpowiedź dodaje jej niespodziewanie otuchy. Po złożeniu zamówienia i odejściu posyłającej im porozumiewawcze uśmieszki kelnerki, Lily nachyla się nieznacznie w kierunku Barty'ego, nie potrafiąc zapanować dłużej nad podekscytowaniem i niepewnością.

— W swoim pierwszym liście pisał pan, że istnieją pewne okoliczności, które mogłyby przyczynić się do wznowienia śledztwa w sprawie mojego przyjaciela. Gdy czarodziej nie od razu odpowiada, dodaje prędko: Przepraszam, że tak nagle zmieniam temat, ale ta sprawa jest dla mnie niezwykle ważna.

Crouch unosi dłoń w uspokajającym geście, patrząc na nią z uprzejmym niedowierzaniem.

— Dlaczego pani przeprasza? Przecież po to się tutaj spotkaliśmy. Barty wzdycha, a jego twarz poważnieje. Nie chciałbym wzbudzać w pani daremnej nadziei... Spogląda na nią ukradkiem, jakby szukał w jej oczach aprobaty. Naprawdę żałuję, że tak niewiele mogę zrobić, żeby pani pomóc.

— Ci, którzy mogliby zrobić więcej, wcale się do tego nie kwapią zauważa gorzko Lily, poniewczasie gryząc się w język i natychmiast próbując gorączkowo załagodzić sytuację: Przepraszam, ta uwaga była nie na miejscu...

Barty otwiera usta i kilka razy mruga, po czym spuszczając wzrok, mówi z wyraźnym trudem:

— Mój ojciec... Urywa i przełyka ślinę, jakby te dwa słowa obdarły go nagle ze wszystkich sił, jednak już po chwili ciągnie dalej: ...choć może trudno w to uwierzyć, nie ma złych intencji. Niestety, ostatnio coraz częściej... w służbie sprawiedliwości i innych idei... zdarza mu się zapominać o ludziach.

Udając, że jest zaabsorbowana gniecioną w palcach serwetką, Lily ze zdziwieniem wychwytuje w jego głosie subtelną nutę sarkazmu, który zdaje się maskować jakieś ukryte znacznie głębiej, sięgające samego dna duszy uczucie... Żalu? Urazy? Nie umie rozstrzygnąć. Skłania ją to jednak do zastanowienia się, jak właściwie wyglądają w tej rodzinie relacje pomiędzy ojcem a synem.

Kiedy kelnerka stawia przed nimi dwie filiżanki parującej herbaty i znów zostają sami, Crouch płynnym ruchem wkłada dłoń za pazuchę i wyciąga z kieszeni mały, prostokątny kawałek pergaminu. Kładzie go niezapisaną stroną do góry i przesuwa po stole w kierunku Lily, która niemal automatycznie po niego sięga.

— To adres domu w niemagicznej dzielnicy Londynu tłumaczy Barty, obserwując uważnie jej reakcję. Należy on do pewnego starszego mugola przesłuchiwanego przez policję w sprawie wybuchu gazu, który miał miejsce miesiąc temu i zniszczył jedną z ulic miasta, zabijając kilkanaście osób. Jako jeden z nielicznych naocznych świadków, którym udało się przeżyć tę tragedię, miał do powiedzenia wiele interesujących rzeczy, ale mugolscy stróże prawa wzięli jego zeznania za majaki szaleńca, natomiast ci, którym z kolei mogłyby się one wydać całkiem racjonalne, nie uznali za stosowne w ogóle go wysłuchać. Gdyby jednak powiadomić ich o nowych okolicznościach... Gdyby świadek podzielił się z nimi swoją interesującą historią... Czarodziej wzrusza lekko ramionami, bezwiednie naśladując chłodną obojętność urzędników Ministerstwa. Nie mieliby wyboru i musieliby wznowić śledztwo.

— Skąd pewność, że z całym szacunkiem pana ojciec zwyczajnie nie odrzuci tego dowodu jak wielu innych? pyta sceptycznie Lily, przygaszając nieco własny entuzjazm.

— Dobrze go znam i wiem, że sprawa pani przyjaciela bardzo go gryzie. Ponownie uderza ją dziwna maniera, z jaką czarodziej wypowiada się o swoim rodzicu. Słowa młodego Croucha działają jak balsam, kojąc jej wszystkie obawy, lecz jego oczy tym razem kryją zagadkę. Ojciec nie toleruje niedoskonałości. Uznaje je za plamę na swoim honorze.

— Jeśli mogę... Jak zdobył pan to nazwisko i adres? Zna pan kogoś w mugolskiej policji?

— Mam swoje sposoby. Na twarzy Barty'ego pojawia się na krótko przebiegły grymas, który dziwnie kontrastuje z jej delikatnymi rysami. Lily odczytuje to jako zawoalowaną sugestię, że nie powinna drążyć tematu.

— Więc uważa pan, że zeznania tego świadka mogą przyczynić się do uniewinnienia Syriusza?

— Mówiłem już, że nie chciałbym dawać pani złudnej nadziei odpowiada ostrożnie czarodziej. Na pewno mogą skłonić Wizengamot do przeprowadzenia procesu, na którym pani zależy. Trudno przewidzieć dziś jego wynik.

— Czy wspominał pan o tym wszystkim swojemu ojcu albo komuś z jego otoczenia?

W oczach Croucha po raz pierwszy od początku ich rozmowy Lily dostrzega błysk zniecierpliwienia, czy może nawet tłumionej irytacji, lecz gdy czarodziej się odzywa, znów wydaje się rozluźniony, a jego głos spokojny:

— Wolę unikać sytuacji, w których byłbym zmuszony otwarcie podważać autorytet ojca. Proszę zrozumieć... To byłoby dla mnie niezręczne.

— Oczywiście przytakuje pospiesznie Lily, czując się nagle bardzo głupio. Popijając w ciszy herbatę, przez moment obraca w palcach niepozorny kawałek pergaminu z danymi osoby, która ma moc przesądzenia o losie Syriusza, i próbuje uporządkować myśli. Nie wiem, jak mam dziękować panu za pomoc...

— To nic wielkiego zapewnia Crouch i powtarza z wyraźnym żalem: Chciałbym móc zrobić coś więcej.

— Dziękuję... Lily obdarowuje go pełnym wdzięczności spojrzeniem. Dziękuję, że zainteresował się pan losem obcego sobie człowieka. Ta sprawa w żaden sposób pana nie dotyczy, a jednak... Rzeczywiście, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Barty uśmiecha się do niej znad brzegu filiżanki.

— Cieszę się, że nazywa mnie pani swoim przyjacielem.

— Proszę... Po prostu Lily. Powinnam od tego zacząć, ale byłam zbyt przejęta. Zerka na zegarek i upijając ostatni łyk herbaty, z brzękiem odstawia filiżankę na spodek. To okropne z mojej strony tak szybko znikać, ale naprawdę muszę już iść. Przepraszam.

— Odprowadzę... oferuje natychmiast Crouch, zrywając się z krzesła i sięgając po jej płaszcz, jednak Lily powstrzymuje go ruchem ręki.

— Nie trzeba, teleportuję się pod bramę zamku.

— Skoro tak... Barty nie kryje rozczarowania. Żałuję, że nie starczyło nam czasu na rozmowę o innych rzeczach. Może następnym razem, w nieco innych okolicznościach... Zawiesza głos, przesuwając wzrokiem po jej twarzy, jakby starał się utrwalić w pamięci każdy szczegół.

Lily przypomina się nagle sposób, w jaki patrzył na nią w Ministerstwie, i choć do tej pory nie jest w stanie sobie wytłumaczyć, co dokładnie ją tak wtedy zaniepokoiło, na samo wspomnienie tamtego przenikliwego spojrzenia znów odczuwa lekkie zdenerwowanie. Chyba po prostu nie lubi, gdy ktoś koncentruje na niej całą swoją uwagę, tak jak ma to w zwyczaju na przykład Snape.

— Może mówi wymijająco, zastanawiając się z konsternacją, czy tylko w jej uszach ta wypowiedź zabrzmiała wieloznacznie. Dziękuję za wszystko.

Idzie w kierunku wyjścia, odprowadzana zawiedzionym wzrokiem przyczajonej za ladą kelnerki, wyraźnie złaknionej akcji. Bez oblegających ją w każdą trzecią sobotę miesiąca zakochanych par z Hogwartu kawiarenka faktycznie nie oferuje na co dzień zbyt wielu wrażeń. Słysząc na zewnątrz świst wzmagającego się wiatru, Lily z jeszcze większą niechęcią myśli o opuszczeniu przytulnego pomieszczenia, wypełnionego aksamitnym światłem lamp i aromatem herbaty.

Gdy otwiera drzwi,dzwoneczek złapany w gwałtowny podmuch wiatru zaczyna szaleńczo obijać się z brzękiem o ich krawędź, wydając z siebie przenikliwy dźwięk — jak ptak szamoczący się w agonii. Lily gwałtownie zatrzymuje się w progu, czując pierwsze wstrząsające jej ciałem dreszcze. Nie może oderwać wzroku od mrugających do niej z ciemności na zewnątrz zimnych, okrutnych świateł, które oślepiają, bezlitośnie wbijają się w oczy. Ma wrażenie, że jakaś klątwa zamieniła jej wnętrzności w lód. Z odrętwienia wyrywają ją dopiero pomruki niezadowolenia dolatujące od strony zajmowanych przez zakochane pary stolików. Nie potrafi określić, ile już czasu tkwi w przejściu, robiąc z siebie pośmiewisko, ale kątem oka zauważa, że Barty wciąż wpatruje się w nią zza zielonego parawanu roślin. Jest delikatnie wychylony do przodu, jakby zamierzał wstać i do niej podejść. Kelnerka patrzy na niego ze zgorszeniem jak na skończonego łajdaka, w ewidentnym przekonaniu, że niestabilny stan psychiczny uciekającej z lokalu klientki to jego wina.

Lily posyła im krótki, przepraszający uśmiech. Wychodząc z kawiarni, mimowolnie zaciska dłoń na kawałku pergaminu, spoczywającym bezpiecznie w kieszeni płaszcza.