Znowu trzeba było trochę czekać na aktualizację, ale tym razem odcinek znacznie dłuższy niż zwykle. Dziękuję za komentarze i życzę miłej, a w każdym razie interesującej lektury.
Betowała Pantera.
28.
Alicja kładzie ręce na brzegu stołu i pochyla się w skupieniu nad mapą. Bezwiednie odgarnia za ucho zbłąkany kosmyk włosów, który opadł jej na policzek.
— Są sprytni — mówi zniżonym głosem. — W ich atakach nie widać żadnej prawidłowości, nie ma żadnego wzoru. Zawsze uderzają z zaskoczenia i nigdy nie wybierają dwa razy tej samej kryjówki. Przeszukaliśmy wszystkie znane nam miejsca, w których kiedyś przebywali. Od dawna nikt tam nie zaglądał. Jeśli Lestrange'owie nie zdecydują się ujawnić sami, nigdy ich nie znajdziemy.
Sunący powoli po mapie palec Alicji zatrzymuje się w okolicach Londynu. Lily odrywa od niego wzrok i spogląda na aurorkę.
— Czyli jedyne, co możemy zrobić, to czekać, aż znowu zaatakują kogoś z nas?
Alicja obdarza ją roztargnionym spojrzeniem, jednak zanim ma szansę odpowiedzieć, niespodziewanie odzywa się Minerwa:
— Możemy spróbować ich wywabić.
Lily zerka na stojącą nieruchomo po drugiej stronie stołu nauczycielkę transmutacji. Chłodny, zdystansowany wyraz twarzy i wyprostowana sylwetka McGonagall nie zdradzają w żaden sposób jej myśli, upodabniając ją do posągu. Już na początku spotkania Lily zauważyła lub może bardziej wyczuła, że w ciągu tych kilku dni, gdy nie miały okazji się widzieć, coś w niej zamarzło, uległo nieodwracalnej zmianie; że zachowaniem Minerwy tym razem wydaje się kierować głęboka, bezlitosna determinacja. Lily przywołuje w pamięci słowa czarownicy z dotychczasowych zebrań Zakonu, zawsze zalecające ostrożność w działaniu i odradzające podejmowania nadmiernego ryzyka. Wciąż nie potrafi jej do końca wybaczyć, że w sporze o postępowanie w sprawie Syriusza poparła jednoznacznie Albusa.
— Jedyny sposób na wywabienie Lestrange'ów, jaki przychodzi mi do głowy, oznacza świadome narażenie członków Zakonu na śmiertelne niebezpieczeństwo. — Lily uważnie obserwuje reakcje obu kobiet. — Czy to właśnie planujemy zrobić? Użyć kogoś jako przynęty?
— Niczego na razie nie planujemy. Zakon jeszcze się nie zebrał — przypomina Alicja, lecz Lily nie zwraca uwagi na jej słowa, wpatrując się wyczekująco w Minerwę.
— Zakon ma w tej sytuacji bardzo ograniczony wybór. Możemy tylko dalej czekać na kolejny krok śmierciożerców albo przejąć inicjatywę — wskazuje zasadniczym tonem McGonagall. — Jak sama się zapewne domyślasz, nasza przedłużająca się bierność działa jedynie na korzyść przeciwników.
— Ale pomysł z użyciem kogokolwiek jako przynęty... — zaczyna protestować Lily, jednak Minerwa natychmiast jej przerywa.
— Może wydawać się skrajnie niebezpieczny i bezwzględny, tak. Ale dotarliśmy już do tego etapu, kiedy wszystkie dostępne rozwiązania są obarczone ogromnym ryzykiem. Śmierciożercy wiedzą, kim jesteśmy, znają nasze nazwiska. Wcześniej czy później przyjdą po nas. Musimy być gotowi.
Lily doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nauczycielka ma rację. Zbliżają się święta, a najgroźniejsi zwolennicy Voldemorta wciąż pozostają na wolności, bezkarnie uprowadzając i mordując niewinnych ludzi. Nie jest jednak w stanie wykrztusić z siebie słów poparcia dla rodzącego się planu, ponieważ od razu przed oczami staje jej zakrwawione ciało Bradleya, okrywane przez pielęgniarkę białym prześcieradłem, jego zastygła w grymasie szoku twarz, odciśnięty w rysach strach, i ponownie wzbiera w niej dławiące poczucie winy. A jeśli coś pójdzie nie tak? Jeśli ktoś z nich znowu zginie? Nigdy nie będzie gotowa na następną śmierć.
Kolejny raz odruchowo ucieka w bezpieczne rozważania o tym, co w tej sytuacji zrobiłby James. Najprawdopodobniej, ku zgrozie Lily, bez wahania zgodziłby się na rolę przynęty. Dokładnie tak samo postąpiłby Syriusz. Powracające myśli o tej dwójce pozwalają jej na ulotną chwilę zdjąć z ramion przykry ciężar odpowiedzialności. Jednak to nie Jim i nie Łapa stoją teraz w tym miejscu, zmuszeni do podjęcia trudnej decyzji. Lily dręczy nieprzyjemne wrażenie, jakby w tym momencie obaj mężczyźni odwrócili się w jej stronę, w napięciu oczekując na to, co powie. Czuje, że jest im coś winna, a jednocześnie pogodziła się już dawno z myślą, że nigdy nie zdoła ich zastąpić; choćby bardzo mocno się starała, nigdy nie dorówna im odwagą.
— Wybacz moje sceptyczne podejście... Po prostu nie spodziewałam się, że taka propozycja padnie akurat z twoich ust — wyznaje szczerze, nie potrafiąc zamaskować wyraźnie pobrzmiewającej w głosie lodowatej nuty.
— Wszyscy są zmęczeni tą wojną — odpiera spokojnie Minerwa, patrząc na nią bez złości, a na jej wargach pojawia się przelotny uśmiech.
Wydaje się on Lily bardzo smutny, przypomina zaledwie cień pozbawiony ciepła.
— Obowiązki wzywają. Wkrótce znów się zobaczymy. — Minerwa odwraca wzrok i z szelestem szaty opuszcza komnatę.
Widząc zamykające się za czarownicą drzwi, Lily ma ochotę dogonić ją i przeprosić za mimowolną uszczypliwość. W obliczu wspólnego zagrożenia powinni być zjednoczeni, podziały tylko osłabiają Zakon i dodają sił ich wrogom.
— Niepotrzebnie to powiedziałam — mruczy pod nosem, skrępowana własnym zachowaniem. Odwraca się powoli w stronę Alicji, która przyglądała się w milczeniu ich wymianie zdań. — Wyglądała na bardzo zmartwioną.
Aurorka prostuje się i sprawnym ruchem zwija mapę w rulon. Jej dziwnie nieobecne spojrzenie błąka się od ściany do ściany, jakby w poszukiwaniu jakiegoś bliżej nieokreślonego punktu.
— Słyszałam, że niedawno zmarł jej przyjaciel.
Ciało Lily przeszywa gwałtowny dreszcz. Ogarniają ją nagłe wyrzuty sumienia; zanurzona we własnym smutku, przestała zauważać nieszczęście innych.
— Czy to był ktoś związany z Zakonem? — pyta nieśmiało, wstydząc się swojego egoizmu.
— Z tego co mi wiadomo, to nie był czarodziej.
— Czy... Czy śmierciożercy... — Lily urywa, nie znajdując w sobie dość sił, by dokończyć cisnące się na usta pytanie.
— Nie — odpowiada łagodnie Alicja. — Zmarł na nieuleczalną chorobę.
Ta informacja nie przynosi Lily spodziewanej ulgi. Czy tak naprawdę sposób śmierci ukochanej osoby ma jakiekolwiek znaczenie? Czy brakowałoby jej Jamesa mniej, gdyby którejś nocy jego serce zwyczajnie stanęło ze starości? Żałuje, że nie spędzała z mężem więcej czasu, że nie kradła więcej chwil, by lepiej go poznać, aby wycisnąć z nich, co się dało; dzielić je tylko i wyłącznie z nim. Uważała jego obecność w swoim życiu za coś pewnego, nienaruszalnego, choć nieustannie groziło im realne niebezpieczeństwo. Nie myślałam, nigdy nie myślałam, że zostaniemy tylko my, sami — ja i Harry. Nie wyobrażałam sobie takiej sytuacji. We wszystkich jej planach i marzeniach Jim zawsze był tuż obok.
— Czuję się jak ostatnia jędza — przyznaje ponuro Lily.
— Ja też, bo powtarzam ci to wszystko, chociaż nie powinnam — zwierza się z lekkim uśmiechem Alicja, ściskając delikatnie jej dłoń, by zwrócić na siebie uwagę. — Przestań się ciągle winić za całe zło tego świata. Każdy z nas miewa gorsze dni. Poza tym znasz dobrze Minerwę. Nie znosi, gdy ktoś się nad nią użala.
— Chciałabym być taka jak ona. Musicie mieć mnie już wszyscy serdecznie dosyć.
— Akurat pod tym względem niewiele się od siebie różnicie. Dla nikogo nie zdejmujecie swojej zbroi.
— Nie noszę żadnej zbroi! — broni się Lily.
— Stała się częścią ciebie, więc przestałaś ją zauważać, podobnie jak Minerwa.
— Nawet jeśli, to nie widzę w tym nic złego. Taka zbroja to całkiem przydatna rzecz.
— Na pewno? — Spojrzenie Alicji ucieka w kierunku leżącej na stole mapy. Wydaje się, że jakaś natrętna myśl zaczęła rozpraszać jej uwagę. — Trudno powiedzieć.
Lily dostrzega w twarzy aurorki ukrywane aż do tej pory napięcie i ogarnia ją naraz złe przeczucie.
— Coś się stało? — pyta niepewnie, zastanawiając się, czy w toku konwersacji czymś jej przypadkiem nie uraziła.
Kuląc się, Alicja splata ręce na piersi, jakby nagle owionął ją przenikliwy chłód, i wtedy Lily spostrzega już wyraźnie w linii jej ust utrzymującą się smugę goryczy.
— O co chodzi? — nalega, podchodząc bliżej. — Powiedz.
— Przedwczoraj wybraliśmy się z Frankiem do mieszkania Tytusa w Londynie. — Alicja marszczy brwi i spuszcza głowę, wbijając wzrok w swoje skrzyżowane przedramiona. — Nie było go na pogrzebie Bradleya i przez te dwa tygodnie nie dawał żadnych znaków życia. Chcieliśmy się upewnić, że wszystko z nim w porządku... Zapytać, czy nie zmienił zdania.
— Mieliście szansę z nim porozmawiać?
Lily czuje ukłucie żalu na myśl o tym, że nie mogła uczestniczyć w pożegnaniu Bradleya. Pokłóciła się o to z Albusem, ale również i tym razem dyrektor nie dał się przekonać. Wypomina sobie, że za mało się starała i zbyt łatwo pozwoliła się spacyfikować.
— Nie było go w domu.
Lily ostatni raz widziała Tytusa w skrzydle szpitalnym w dniu, w którym umarł Bradley. Zapamiętała ze wszystkimi szczegółami jego zmienioną, wykrzywioną gniewem i wściekłością twarz, zimne oczy oraz zniekształcony, niski głos, którego nigdy wcześniej nie skojarzyłaby z tym spokojnym mężczyzną. Przez krótki czas nosiła się z zamiarem wysłania do niego sowy, jednak w końcu stchórzyła. Była przekonana, że Tytus nawet nie przeczyta jej pojednawczego listu i natychmiast podrze go na kawałki. Wciąż pewnie żywi do niej urazę za to, że tamtego dnia stanęła w obronie Severusa, i obwinia ją w jakiś przewrotny sposób za straszną śmierć przyjaciela.
— Przyszliście później? — podsuwa Lily.
Alicja cicho wzdycha, po czym precyzuje:
— Nie było go w domu od dawna.
— Wyprowadził się...?
— Mieszkanie było prawie puste. Zniknęła większość osobistych rzeczy. Drzwi nie były zabezpieczone żadnym zaklęciem, dlatego bez problemu weszliśmy.
— Może słusznie uznał, że to mieszkanie nie jest już bezpieczne... odkąd śmierciożercy poznali tożsamość większości członków Zakonu. — Imię Petera nie chce przejść Lily przez gardło. Przełyka ślinę, walcząc z nową falą wątpliwości omiatającą jej umysł. Chwyta się rozpaczliwie najprostszych wyjaśnień, jednak nie potrafi odpędzić od siebie dojmującego wrażenia, że w tej sprawie kryje się coś więcej, coś bardzo mrocznego i groźnego.
— Może — przytakuje Alicja, zdawkowo kiwając głową. Widać, że zaproponowane wytłumaczenie wcale nie podniosło jej na duchu. — Sąsiedzi nie potrafili określić, kiedy dokładnie się wyprowadził — dodaje po dłuższej przerwie, zaczynając skubać w zadumie rękaw swetra.
— Tytus zawsze był sprytny, pewnie całkiem niepotrzebnie się zamartwiamy.
Alicja unosi powoli wzrok i patrzy na nią tak intensywnie, jakby chciała coś powiedzieć. Lily czuje, jak pod tym badawczym spojrzeniem jej ramiona z niejasnego powodu pokrywa gęsia skórka. Wreszcie aurorka rozchyla usta i bierze głęboki oddech.
— Kojarzysz Petera Joywinda?
— Chyba tak. — Lily jest trochę zaskoczona tym niespodziewanym pytaniem, lecz natychmiast wytęża umysł, próbując dopasować do nazwiska odpowiednią twarz. — Alastor podejrzewał, że jest śmierciożercą. Parę osób rozpracowywało go, zanim...
— Tak, przed Halloween — dopowiada szybko Alicja, nie czekając, aż Lily zdoła połączyć fakty. — Później na jakiś czas straciliśmy go z oczu.
Zdezorientowane spojrzenie Lily przeskakuje od gładzącej w zamyśleniu podbródek aurorki do okna i z powrotem. Po drodze zahacza o bawiących się na dywanie Harry'ego i Neville'a.
— Znów wpadliście na jego trop? Udało się go złapać?
— Nie zdążyliśmy — mówi z pochmurną miną Alicja. — Został znaleziony dziś rano na przedmieściach Londynu martwy.
Lily czuje się nagle bardzo głupio. Całe przedpołudnie zajmowała się Harrym i nie wygospodarowała nawet odrobiny czasu, żeby rzucić okiem na gazety. Nie bez znaczenia był również fakt, że w ciągu ostatniego miesiąca śledzenie wydarzeń w kraju stało się dla niej szczególnie uciążliwym i przykrym obowiązkiem, głównie ze względu na opieszałość czy też zwykłą nieudolność Ministerstwa w wymierzaniu sprawiedliwości śmierciożercom. Po przeczytaniu zamieszczonej w „Proroku" notki oznajmującej, że ważne stanowisko w jednym z departamentów objął człowiek podejrzewany wcześniej o przekazywanie informacji zwolennikom Voldemorta, Lily odczuwa wstręt za każdym razem, gdy bierze ten dziennik do ręki.
— Prasa nic jeszcze nie wie — dorzuca Alicja, jakby odgadując jej myśli. — Kiedy Frank wróci, będzie mógł nam powiedzieć na ten temat coś więcej.
— Porachunki między mniej i bardziej lojalnymi śmierciożercami? — pyta z wahaniem Lily.
— Być może. To najprostsze wytłumaczenie.
— A jednak coś cię gryzie. — Lily usiłuje spojrzeć aurorce w oczy, lecz ta uparcie unika jej wzroku. Początkowo opanowuje ją narastający, niewytłumaczalny lęk, nim w końcu zaczyna w pełni rozumieć, co oznacza tężejąca w powietrzu między nimi cisza. — Nie... — szepcze, potrząsając z mieszaniną przestrachu i niedowierzania głową. — Nie...
— Myślisz, że zwariowałam — podsumowuje zrezygnowana Alicja, w rozterce przesuwając palcami po czole. — I pewnie masz rację, ale po prostu nie mogę pozbyć się tej myśli z głowy. Próbuję, ale... — Urywa i przygryza wargę.
— To nie musi być on — przekonuje Lily, choć czuje, jak cała stanowczość tego stwierdzenia ulatuje gdzieś między pierwszym a ostatnim słowem.
— Frank opowiedział mi dokładnie, co zaszło tamtego dnia, kiedy umarł Brad... kiedy odszedł Tytus.
Znajdę ich. Przysięgam, że znajdę.
Lily wzdryga się, po czym wyciąga przed siebie ręce i kładzie je ostrożnie na ramionach Alicji. Wyczuwa pod palcami wypełniające aurorkę napięcie, a w uszach słyszy mocne, miarowe uderzenia swojego serca.
— To nie musi być on — powtarza twardo. — Tytus jest dobrym człowiekiem.
Wokół jej przegubów zaciskają się delikatnie dłonie Alicji. Kobieta nachyla się lekko ku niej, tak że prawie stykają się czołami, i szepcze:
— Dlatego tak bardzo chciałabym się mylić.
29.
Z całego wieczornego zebrania Zakonu Lily najlepiej zapamiętała niewielką, rdzawą plamę na lewym bucie Franka. Wpatrywała się w nią przez kilka bezlitośnie długich minut, częściowo wyłączona z rzeczywistości, podczas gdy Longbottom chłodnym tonem relacjonował pierwsze znane aurorom fakty dotyczące brutalnego morderstwa Petera Joywinda.
Mężczyzna został znaleziony w opuszczonym domu z wyraźnymi śladami długotrwałych tortur na ciele oraz głęboką, krwawą szramą biegnącą w poprzek szyi, która ostatecznie — i litościwie — zakończyła jego życie. Frank nie rozwodził się nad upiornymi szczegółami, jednak zakrzepła na jego bucie krew dała Lily pewne pojęcie o tym, jak musiało wyglądać miejsce zbrodni, gdy przybyli tam aurorzy. Joywind nie miał na przedramieniu Mrocznego Znaku, lecz niczego to tak naprawdę nie dowodziło, gdyż znaczna część szpiegów i współpracowników Voldemorta nigdy go nie przyjęła. Dla własnego spokoju ducha Lily woli myśleć, że Joywind rzeczywiście miał silne powiązania ze śmieciożercami. Jej spojrzenie tylko raz spotkało się nad stołem z grobowym spojrzeniem siedzącej naprzeciwko Alicji, ale to w zupełności wystarczyło, aby ponownie dały o sobie znać żywione przez nią obawy. Jeżeli ktokolwiek oprócz nich je podzielał, musiał bardzo dobrze to ukrywać; twarze tych członków Zakonu, którzy mogli przybyć na zwołaną w pośpiechu naradę, wydawały się nieprzeniknione, wyciosane z kamienia.
Jak przez mgłę przywołuje z pamięci zadane przez siebie słabym głosem pytanie, czy aurorzy zidentyfikowali już różdżkę domniemanego mordercy. Moody sucho poinformował, że udało im się wyizolować przywierające do zwłok drobiny magii i dlatego pozostaje to tylko kwestią czasu. W tym momencie, zamiast satysfakcji, Lily poczuła jedynie gwałtowny przypływ strachu. Była przekonana, że wszyscy zebrani w komnacie czarodzieje mogli usłyszeć głośne walenie jej serca.
Gdy po zakończeniu zebrania zsunęła się z krzesła, by na miękkich nogach udać się do wyjścia, kątem oka zauważyła, jak Frank posłał jej przelotne spojrzenie, zdradzające, że jego żona zdążyła się już w międzyczasie podzielić z nim swoimi podejrzeniami. Potem nachylił się nad wciąż siedzącą przy stole Alicją i szepnął jej coś do ucha. Kobieta powoli pokręciła głową.
Tej nocy, zanim Lily zapada w sen, jej rozbieganym myślom towarzyszy wspomnienie niepokoju na pobladłych, zmęczonych twarzach Longbottomów oraz zawieszone niczym szmer w ciszy sypialni słowa ostatniej obietnicy Tytusa.
30.
Ze wszystkich stron napiera na nią gęsta czerń. Nie może się poruszyć; jej ciało jest ciężkie i bezwładne, przygniata ją do ziemi jak wielki głaz. Walczy o to, żeby choć na ułamek sekundy uchylić powieki, rozejrzeć się wokół, lecz nie może otworzyć oczu, a jej uszy nie wychwytują żadnych unoszących się w przestrzeni dźwięków. Wypełnia je absolutna, głucha cisza. Nie do końca rozumie, jak to się stało, ale w jej zamglonym umyśle rozbłyskuje myśl, że nie żyje, że jej ciało umarło, a świadomość z jakiegoś powodu nie zgasła, lecz pozostała na wieki uwięziona w bezużytecznej, przetrąconej powłoce. Dopiero teraz Lily zaczyna odczuwać paniczny strach. Próbuje szarpnięciem przekręcić głowę w bok, unieść rękę lub nogę, jednak nie ma już żadnej władzy nad własnymi kończynami. Zastanawia się, czy właśnie tak ma wyglądać jej śmierć: rozpaczliwe trwanie aż do końca czasu w przenikającym ją mroku, bezruchu i milczeniu. Bezgłośne błaganie o nieistnienie.
Nagle czuje na swoim policzku delikatny dotyk dłoni. Wrażenie jest tak niespodziewane i intensywne, że przechodzi ją dreszcz szoku. Wtedy ze zdziwieniem zdaje też sobie sprawę z tego, że jej ciało wciąż reaguje na zewnętrzne bodźce, chociaż dalej nie ma nad nim kontroli. Dotyk dłoni jest lekki i z początku wydaje się niepewny, płochliwy, jednak z każdą upływającą sekundą nabiera śmiałości. Bada teren. Testuje. Zimne palce zsuwają się niespiesznie na jej szyję i zostają tam przez krótką chwilę, jakby szukały pulsu. Lily próbuje wołać z głębi ciemności o pomoc, ale jej krzyk nie ma szans, by przebić się na zewnątrz przez ściany więzienia. Gdziekolwiek się teraz znajduje, jest sama. Tymczasem do pierwszej dłoni dołącza druga. Czyjeś palce obrysowują z wystudiowaną precyzją jej twarz, jak gdyby chciały zapamiętać w każdym szczególe jej rysy; łagodnie kreślą łuki jej brwi i kontur ust. Następnie wsuwają się gładko w jej włosy, z niespotykaną czułością przeczesując ich miękkie fale. Ponieważ została pozbawiona innych zmysłów, każde z tych doznań jest zwielokrotnione, potężniejsze, a jej skóra odpowiada drżeniem na najlżejszą pieszczotę i niecierpliwie wyczekuje kolejnej.
Dłonie zaczynają błądzić po całym jej ciele. Ich dotyk staje się naraz nieprzyjemny, zaborczy, coraz bardziej natarczywy i Lily czuje, jak chciwie pełznie po jej skórze, żłobiąc w niej płonące ścieżki ognia. Gdy zachłanne palce muskają jej piersi i wędrują w dół jej brzucha, wstrząsa nią nagłe obrzydzenie. Pragnie odtrącić te ręce jak najdalej od siebie, ale ze wstydem przypomina sobie, że nie może tego zrobić. Znów jest całkowicie bezradna, skazana na łaskę obcego człowieka i znoszenie rosnącego w niej upokorzenia. Chce krzyczeć ze złości, rozpłakać się, uderzyć na oślep, choć raz spojrzeć w nachylającą się nad nią twarz, otworzyć oczy, po prostu otworzyć oczy...
Budzi się w środku nocy w pogniecionej pościeli i długo wpatruje niewidzącymi, szeroko otwartymi oczami w ciemność. Odruchowo zwija się w kłębek i wyrównując stopniowo oddech, podciąga kołdrę pod samą brodę. Wciąż jednak zdaje jej się, że czuje na wewnętrznej stronie ud ciężki dotyk nieludzko zimnej dłoni.
31.
— Byłaś tu kiedyś?
Pytanie wyrywa ją z zadumy. Spogląda z ukosa na idącego tuż obok równym krokiem Snape'a, lecz mężczyzna patrzy przed siebie, obserwując z pozornym znużeniem ciągnące się po obu stronach ulicy budynki. Ma na sobie czarny garnitur, krawat i długi płaszcz, a włosy starannie zaczesał i odgarnął za uszy. Kiedy Lily go zobaczyła, ledwie kryjąc uśmiech rozbawienia, orzekła, że wygląda jak mugolski domokrążca. Na jej uwagę Snape zareagował tylko lekkim wzruszeniem ramion i niecierpliwą ripostą: „to dobrze, taki był plan".
— Nie, nie znam tej dzielnicy — mówi Lily i kolejny raz sprawdza zapisany na pomiętym skrawku pergaminu adres. — Ale jesteśmy już chyba blisko.
— Przypomina Spinner's End — stwierdza Severus z ponurym grymasem.
Lily mruga, po czym z wyostrzoną na nowo uwagą rozgląda się dookoła. Fasady budynków są stare i zaniedbane, podobne do siebie jak krople mętnej wody. Cała okolica wydaje się brudna i pozbawiona kolorów, a wrażenie to potęgują dodatkowo wiszące nisko nad ich głowami szare, nabrzmiałe od deszczu chmury. Przy krawężnikach zalegają pokaźne sterty śmieci, jakby nawet służby sprzątające dawno zapomniały o tym miejscu. W zasięgu wzroku nie widać żywej duszy, choć Lily mogłaby przysiąc, że w oknie na parterze jednego z domów dojrzała kątem oka opadającą szybko firankę.
— Trochę — przytakuje, powracając do śledzenia tablic z numerami budynków.
Przez chwilę idą w milczeniu, pogrążeni w swoich myślach, a wymarłą ulicą niesie się jedynie echo ich kroków i wizg przejeżdżającego gdzieś w oddali pociągu.
— Skąd masz pewność, że on naprawdę tego nie zrobił? — pyta nagle Severus.
Lily męczyło przeczucie, że ten temat wcześniej czy później powróci, więc nie jest zbytnio zaskoczona. W głosie Snape'a słychać uważnie kontrolowaną ciekawość, lecz również nutkę drwiny.
— Już o tym rozmawialiśmy. Po prostu wiem i niech to wystarczy — odpowiada spokojnie Lily. Wie, że Severus ją podpuszcza.
— Dowody świadczące przeciwko niemu są przytłaczające.
— Na pierwszy rzut oka. Ale ja, w przeciwieństwie do innych, nie zamierzam na tym poprzestać.
— A jeśli okaże się, że rzeczywiście zabił tych ludzi? Czy będziesz w stanie zaakceptować taką prawdę?
Lily raptownie zwalnia i odwraca głowę, posyłając mu ostre spojrzenie. Przez kilka sekund bada w skupieniu swoje uczucia, jednak nie znajduje wśród nich gniewu, co najwyżej irytację. Jest senna i bardzo zmęczona.
— Syriusz nikogo nie zabił — cedzi przez zaciśnięte zęby.
— Dobrze wiesz, że jest zdolny do różnych rzeczy — odparowuje Snape, kopnięciem usuwając ze swojej drogi zgniecioną puszkę, która z głośnym klekotem spada z chodnika. — Widzisz świat wyłącznie w biało-czarnych barwach. W niektórych uparcie zauważasz samo dobro, w innych samo zło. Ludzie są bardziej skomplikowani, niż ci się wydaje.
Lily parska krótkim, sceptycznym śmiechem.
— Znowu zamierzasz mnie przekonywać, że próbował cię kiedyś z premedytacją pozbawić życia?
Severus powoli mruży oczy i wpatruje się w nią oschle, z ukrytą w kącikach ust niechęcią.
— Zawsze mówisz o tym tak niedbale... z taką pogardą i niedowierzaniem — zauważa cierpko, ostrożnie dobierając słowa. — Nigdy nie przyszło ci do głowy, że to może być prawda?
— Nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Dobrze go znam — przekonuje Lily, z trudem maskując nagły przypływ smutku. Nie chce przyznać, że wątpliwości, które raz nieopatrznie wpuściła do swojego serca, zagościły tam już na stałe.
— Ach, oczywiście. — Na twarzy Snape'a pojawia się krzywy uśmieszek. — Tak jak mnie?
— Znacznie lepiej. Możemy już dłużej nie ciągnąć tego tematu?
— Możemy. Tak naprawdę, nie spodziewałem się usłyszeć żadnych racjonalnych argumentów przemawiających za niewinnością Blacka. Chciałem się tylko upewnić, że wciąż jestem jedyną osobą, której nie potrafisz wybaczyć.
Lily ma dość jego zaczepek. Przystaje i celuje w niego gniewnie palcem.
— Czy uważasz, że gdybym ci nie wybaczyła, szlibyśmy teraz razem?
— Czy uważasz, że gdybyśmy nie spotkali się pod drzwiami twojego mieszkania, poprosiłabyś mnie o pomoc? — Snape również się zatrzymuje i patrzy na nią wyczekująco... prowokacyjnie.
— Rozważałam to — kłamie po krótkim momencie zawahania Lily, zła na siebie za to, że dała się tak łatwo ponieść emocjom.
Severus przekrzywia lekko głowę i uśmiecha się do niej z politowaniem. Najwyraźniej jej kłamstwo było tak nieudolne, że wywarło na nim znikome wrażenie.
— To tutaj — oznajmia szybko Lily, w ostatniej chwili uchylając się od niewygodnej dla nich obojga odpowiedzi.
Snape obdarza ją przeciągłym spojrzeniem, po czym podchodzi do ogrodzenia i przez czarne, powyginane pręty mierzy wzrokiem posępną bryłę piętrowego domu. Lily delikatnie popycha zepsutą furtkę i powietrze natychmiast przeszywa przenikliwe skrzypienie zardzewiałych zawiasów.
— Wspominałem już, że przychodzenie tu to zły pomysł? — Severus odwraca się niespiesznie w jej stronę, wsuwając ręce do kieszeni płaszcza.
— Wielokrotnie — informuje uprzejmie Lily. — Po prostu nie możesz zdzierżyć myśli, że robisz coś, żeby pomóc Syriuszowi.
Snape robi taką minę, jakby właśnie połknął coś obrzydliwego.
— To nie ma nic do rzeczy... — mruczy pod nosem niezadowolony, ale Lily puszcza jego złorzeczenie mimo uszu.
Śmiało rusza prowadzącą przez martwy ogród ścieżką, rzucając tylko jedno, pobieżne spojrzenie w kierunku stojącego na podjeździe samochodu. Jest stary, a jego szyby pokrywa gruba warstwa brudu; widać, że dawno nikt nim nie jeździł. Lily zastanawia się przelotnie, dlaczego nie stoi w garażu, ale te luźno powiązane ze sobą myśli rozprasza głośny chrzęst żwiru, w który wbijają się z każdym krokiem jej obcasy. Kiedy dociera do drzwi wejściowych, odwraca się w kierunku alejki i przez moment obserwuje wyłaniającą się zza nagich krzewów sylwetkę Snape'a.
— Chcę, żebyś wiedział... — zaczyna poważnie, walcząc z nagłą suchością w ustach, po czym szybko poprawia: — Dziękuję, że przyszedłeś tutaj ze mną. Możesz myśleć sobie co chcesz, ale naprawdę... naprawdę to doceniam.
Severus spogląda na nią z niekrytym zaskoczeniem, ale i podejrzliwością, jakby w tym stwierdzeniu tkwił jakiś na razie niewidoczny haczyk. Jednak chwilowe rozluźnienie, które dostrzega w jego twarzy, zdradza, że wyraźnie sprawiła mu tą uwagą przyjemność. Chociaż nie było łatwo przekonać go do wzięcia udziału w planie uwolnienia Syriusza, pragnie dać mu do zrozumienia, że może liczyć na jej wdzięczność. Nawet jeśli wciąż zachowuje się jak dupek, dodaje w myślach, posyłając mężczyźnie życzliwy uśmiech i sekundę później naciskając dzwonek. Nie zamierza mu tego mówić, ale paradoksalnie, mając go u swojego boku, czuje się bezpieczniejsza.
Wewnątrz budynku rozlega się przeraźliwy terkot, który bez wątpienia byłby w stanie wyrwać ze snu nawet nieboszczyka. Lily odczekuje kilka chwil i dzwoni ponownie. Przedłużające się po drugiej stronie drzwi cisza i bezruch budzą w niej zarzewie niepokoju. Gdy trzecia próba znów spotyka się z brakiem jakiejkolwiek reakcji, robi chwiejny krok do tyłu, a pomiędzy jej łopatkami rozpełza się lodowaty dreszcz. Odruchowo zerka na Snape'a, lecz ten jedynie wpatruje się obojętnym wzrokiem w drzwi. Lily stara się na nowo odzyskać koncentrację, ale w jej umyśle brzęczą już niczym rój pszczół setki rozproszonych we wszystkich kierunkach domysłów i obaw.
Jest weekend, wszyscy domownicy mogli gdzieś akurat wyjść. Albo wyjechać. Ich nieobecność nie musi przecież oznaczać... Lily zauważa, że Severus dyskretnie rozgląda się po ogrodzie. Ma znudzoną minę, lecz w jego oczach spostrzega charakterystyczny błysk czujności.
— Wracajmy — mówi głucho Lily, z trudem rozpoznając własny, ściśnięty ze zdenerwowania głos.
W tym samym momencie z głębi domu dobiega przytłumiony okrzyk:
— Już! Już idę!
Lily z ulgą wypuszcza powietrze. Energicznie pociera dłońmi o przód kurtki, by zapanować nad ich drżeniem.
Drzwi otwiera im przygarbiony, wysuszony staruszek. Każdy skrawek jego szczupłej twarzy pokrywa siateczka płytkich zmarszczek, szczególnie licznych wokół ust i oczu. Kępki porastających jego głowę białych włosów przypominają Lily puszyste strzępy waty cukrowej, którą kiedyś latem kupował jej i Petunii ukochany dziadek. Nie wie, dlaczego podświadomość podsunęła jej raptem tak dziwaczne skojarzenie. Ten starszy człowiek nawet nie jest do dziadka podobny, ale niewyraźne wspomnienie dobrotliwego, ciepłego uśmiechu i słodyczy rozpływającej się po języku napełnia ją niespodziewanym wzruszeniem. Mężczyzna stojący na progu mieszkania również wydaje się bardzo drobny, niepozorny, alarmująco kruchy — jak porcelanowa figurka, która przypadkowo strącona na podłogę roztrzaskuje się na małe kawałeczki. Lily wzdryga się lekko, natychmiast odpędzając od siebie kreślony przez wyobraźnię obraz stromych schodów. Wspomnienie uśmiechu pryska.
Staruszek nerwowym ruchem poprawia okulary, które zjechały mu na sam czubek nosa, i patrzy na nich z wyraźnym przestrachem. Pod pachą kurczowo ściska zwinięta gazetę oraz drewnianą laskę, jakby w razie konieczności zamierzał się nimi bronić.
— Czego sobie państwo ode mnie życzą? — pyta dość konfrontacyjnym tonem, popatrując nieufnie to na nią, to na Snape'a. Słychać, że jest zniecierpliwiony.
Tym od razu sprowadza Lily na ziemię.
— Pan Richard Fisher? — upewnia się grzecznie, wygrzebując z pamięci nazwisko mężczyzny.
— A kto pyta? — Staruszek zerka niespokojnie ponad jej ramieniem, jak gdyby spodziewał się, że za ich plecami chowa się ktoś jeszcze.
Lily otwiera usta, aby wygłosić przygotowaną wcześniej odpowiedź, gdy wtem ubiega ją Snape.
— Jesteśmy z policji — mówi tonem sugerującym, że jest to najoczywistsze wytłumaczenie pod słońcem.
Lily z wrażenia wstrzymuje oddech. Co on wyrabia?! Nie tak to miało wyglądać! Severus zachowuje jednak stoicki spokój, jakby wszystko do tej pory szło zgodnie z ustaleniami i jakby właśnie nie pogrzebał ich szans na zdobycie cennych informacji. Dopada ją straszne przeczucie, że się pomyliła, że może to ona od samego początku jest nieświadomie częścią jakiegoś misternego planu. Planu, który ma zapobiec uwolnieniu Syriusza z więzienia.
— Z policji, aha. — Fisher zaczepnie wysuwa do przodu podbródek i otaksowuje Severusa nieprzyjaznym spojrzeniem. — A jakaś legitymacja... jeśli można? — dorzuca prędko, napotykając utkwiony w nim w drapieżnym skupieniu wzrok mężczyzny.
Lily przygotowuje się psychicznie na wielką i kompromitującą demaskację, jednak ku jej zdziwieniu, Severus, nie odrywając oczu od mugola, uśmiecha się szeroko w sposób, który osoba postronna mogłaby uznać za uprzejmy, lecz który tak naprawdę nie wróży niczego dobrego, a następnie niedbałym ruchem wyciąga zza pazuchy etui na dokumenty i podaje je Fisherowi. Staruszek wydaje się trochę zszokowany tym, że bez oporów spełniono jego prośbę. Przez kilka sekund obraca etui w palcach, nim w końcu zagląda do środka. Na jego twarz wypływa wyraz ulgi i zrozumienia.
— Wszystko się zgadza? — pyta dla jasności Snape, odbierając futerał i z powrotem chowając go do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
W jego protekcjonalnym tonie pobrzmiewa złośliwe rozbawienie, którego przyczyny Lily zaczyna się powoli domyślać. Postanawia ograniczyć się na razie do ukradkowego, surowego spojrzenia, ale obiecuje sobie w duchu, że w bardziej sprzyjających okolicznościach porozmawia z Severusem o stosowanych przez niego metodach.
— Tak, panie inspektorze — potwierdza nieco pokorniej Fisher. Chwilę później rozkłada bezradnie ręce. — Ale nadal nie mam pojęcia, do czego mogę się państwu przydać.
— Wejdźmy do środka — proponuje Snape, wskazując wymownie na szybko ciemniejące nad ich głowami i grożące ulewą niebo.
Staruszek odpowiada niezrozumiałym pomrukiem, lecz w końcu z ociąganiem odsuwa się na bok i zaprasza ich zrezygnowanym machnięciem ręki do domu. Lily domyśla się, że choć najchętniej zatrzasnąłby przed nimi drzwi, na tak zdecydowany ruch zwyczajnie brakuje mu odwagi. Najwyraźniej jest już wystarczająco zastraszony samą obecnością Snape'a. Severus przepuszcza ją przodem, posyłając jej przelotny uśmieszek samozadowolenia. Lily przewraca z dezaprobatą oczami i ściąga kaptur.
Przedpokój jest wąski i klaustrofobiczny, zastawiony zbędnymi szafkami i przedmiotami, które dodatkowo zagarniają wolną powierzchnię. Drewniana laska, na której wspiera się Richard Fisher, uderza rytmicznie o podłogę. Stuk, stuk, stuk.W zamkniętej, dusznej przestrzeni ten dudniący dźwięk rozbrzmiewa ze zdwojoną siłą. Ciężko. Ponuro. Lily zerka kątem oka na mijane drzwi do pokoju; są lekko uchylone, ale przez szparę widzi tylko w półmroku zarys jakiejś komody. Za swoimi plecami czuje bliską obecność Snape'a oraz bijące od niego pewność i opanowanie. Kroki mężczyzny są ciche, wytłumione, ledwo uchwytne dla ucha. Lily przenosi wzrok na idącego przed nią staruszka i wtedy coś zauważa.
Zza kołnierzyka staromodnej koszuli Fishera wypełza na jego kark, jak bladoczerwone szpony, fragment ohydnej, pomarszczonej blizny, której reszta ginie pod ubraniem. Przypomina ona co do joty ślady powstałe na skutek magicznych oparzeń; bez odpowiednich eliksirów trudno je zaleczyć. Lily żałuje, że w obecnej sytuacji nie może mu w żaden sposób pomóc i że człowiek ten został wplątany w coś, czego nawet nie potrafiłby pewnie zrozumieć. Mugole często traktowani są przez społeczność czarodziejów, również tę bardziej tolerancyjną grupę, z wyniosłą pobłażliwością, jednak jej utożsamianie się z nimi przychodzi nadzwyczaj łatwo. List z Hogwartu sprzed dziesięciu laty niewiele pod tym względem zmienił; wciąż w dużej mierze czuje się jedną z nich.
Okna salonu, do którego zostają wprowadzeni, wychodzą na tylną część ogrodu i chociaż zasłony są rozsunięte, w pomieszczeniu panuje półmrok. Pod ich nogami przemyka bury kot, czmychając w stronę wiodących na piętro schodów. Między słupkami poręczy błyskają jego zielone ślepia o pionowych źrenicach. Lily myśli przelotnie o Kacprze, zastanawiając się, czy zdążył uciec z walącego się domu w Dolinie Godryka i gdzie teraz może się podziewać.
— Proszę siadać — mówi staruszek, niezdarnie rzucając gazetę na fotel i ze stęknięciem schylając się, by sięgnąć po leżący na ziemi koc. Musiał akurat drzemać, gdy ze snu wyrwał go brutalnie dźwięk dzwonka.
— Ja to zrobię — oferuje wiedziona wyrzutami sumienia Lily i kucając, podnosi pachnący naftaliną pled z podłogi. Wstaje, zwija go i podaje z życzliwym uśmiechem Fisherowi.
Oblicze mugola nieznacznie łagodnieje.
— Napiją się państwo czegoś?
Lily przysiada na brzegu zapadłej sofy i spogląda pytająco na Snape'a, lecz ten stoi po drugiej stronie salonu, zwrócony do nich plecami i z założonymi rękami wpatruje się w wiszący na ścianie pejzaż. Widocznie uznał, że jego rola w przedstawieniu dobiegła końca i teraz to ona powinna zająć się resztą. Lily cicho chrząka, kryjąc zmieszanie.
— Nie, dziękujemy — mówi przepraszającym tonem. — Nie zabierzemy panu dużo czasu.
— Akurat tego mam pod dostatkiem — gdera pod nosem Fisher. — W takim razie przyniosę sobie coś do picia i zaraz wracam. — Nie czekając na ich reakcję, powłóczystym krokiem opuszcza salon.
Lily mruga, zaskoczona jego dość bezceremonialnym zachowaniem, po czym korzystając z okazji, podrywa się z sofy i podchodzi do Snape'a.
— Co ci w ogóle strzeliło do głowy? — pyta ściszonym głosem, marszcząc brwi i zerkając niespokojnie w kierunku korytarza. — Skąd wziąłeś policyjną odznakę? Ukradłeś ją?
Severus leniwie odwraca się w jej stronę.
— Nie mam żadnej odznaki — odpowiada z denerwującym spokojem, jakby tłumaczył coś niepojętnemu uczniowi, i ponownie wyjmuje z kieszeni swoje etui.
Lily prawie wyrywa mu je z dłoni.
— Tu nic nie ma — stwierdza, zaglądając do środka. — Jest puste.
— To ty niczego nie widzisz — uściśla Snape.
Lily powoli unosi głowę i mruży oczy, zdając sobie sprawę z tego, że te słowa potwierdzają jej obawy. Ze złością wciska mu etui z powrotem do ręki.
— Rzuciłeś na niego Imperiusa?
Severus uśmiecha się z przekorą.
— Oczywiście, że nie. Umieściłem w jego głowie jedynie pewną... sugestię.
— Używanie legilimencji w ten sposób jest nieetyczne — cedzi Lily. — I niezgodne z prawem.
Snape unosi ironicznie brew, po czym z fałszywie zagubionym wyrazem twarzy rozkłada ręce.
— W takim razie co my tutaj robimy? Black siedzi w Azkabanie zgodnie z prawem.
Lily krzywi się.
— Ten jeden raz ci się upiecze — daje niechętnie za wygraną, z trudem ignorując pojawiający się na jego ustach cień triumfu. — Ale jeśli jeszcze kiedyś zauważę... — Z przedpokoju dobiega zbliżający się stukot laski, który obwieszcza rychłe nadejście Fishera. — Porozmawiamy o tym później — obiecuje groźnym tonem, szybko wracając na sofę.
— Kolejna burda u Miltonów? — zagaduje mugol, odstawiając przyniesiony ze sobą kubek na stół i z sapnięciem sadowiąc się w fotelu. — Ostrzegałem, że powinniście zrobić z tą bandą porządek, zanim komuś stanie się krzywda.
— Ach, nie... My... My przyszliśmy w innej sprawie — wyjaśnia zdawkowo Lily.
— Taaak? — podchwytuje z nikłym zainteresowaniem Fisher, wygrzebując z kieszeni spodni pomiętą paczkę papierosów.
Wyciąga ją w zapraszającym geście w kierunku Lily, która z lekko nieobecnym uśmiechem potrząsa tylko głową. Staruszek łypie z ukosa na Snape'a, ale ten nie poświęca mu nawet odrobiny uwagi, zajęty obserwowaniem przez okno ogrodu. Fisher wzrusza ramionami i wkłada sobie jednego papierosa do ust. Rozlega się ciche pstryknięcie i w półmroku na krótką chwilę rozjarza się płomień zapalniczki.
— Jakiej? — ponagla po kilku sekundach milczenia, a jego pomarszczona twarz znika za siwą chmurą dymu.
— Chodzi o to, co wydarzyło się pierwszego listopada — rozpoczyna niepewnie Lily, ale Fisher przerywa jej z wyraźnym zdenerwowaniem:
— Ten cholerny wybuch gazu? O to znowu chodzi? Powiedziałem wam już wszystko, co wiem na ten temat. Złożyłem zeznania. Czego jeszcze ode mnie chcecie?
— Żeby pan je powtórzył — odzywa się nagle Snape, nie dając Lily czasu na koncyliacyjną odpowiedź. Odrywa wzrok od okna i rusza wolno w stronę Fishera, który momentalnie zapada się w sobie. Mija go, po czym przystaje tuż za oparciem fotela, udając zainteresowanie jednym z obrazów. — Tu i teraz. Ze wszystkimi szczegółami.
Starzec wpatruje się tępo przed siebie, obracając żarzący się papieros w palcach, jakby zapomniał, do czego służy.
— Wiemy, że to dla pana trudne i nieprzyjemne wspomnienia, ale pojawiły się nowe okoliczności — zapewnia kojącym tonem Lily, posyłając Severusowi ponad głową mugola karcące spojrzenie. — Każda informacja, której nam pan udzieli, będzie dla nas ogromną pomocą.
Fisher patrzy na nią długo i z nieco zgorzkniałą miną, jakby badał, czy współczucie malujące się na jej twarzy jest autentyczne, aż wreszcie ciężko wzdycha.
— Nowe okoliczności? — powtarza z żalem, wlepiając wzrok w cienką smużkę dymu tańczącą w powietrzu. — Któryś z trupów zmartwychwstał? — próbuje szydzić, ale Lily słyszy, że jego głos drży.
Wychyla się lekko ku niemu, gotowa w każdej chwili go pocieszyć. Jednocześnie dyskretnym ruchem wsuwa dłoń do kieszeni kurtki i uruchamia dyktafon.
— Powiedziałem wszystko temu młodemu policjantowi... Wszystko. — Mugol trzęsącą się ręką podnosi papieros do ust i zaciąga się. — Nazwał mnie wariatem. Udawał miłego, ale kiedy tylko wyszedł na korytarz, zaczął wysyłać mnie do czubków. Myślał, że nie słyszę, bo jestem stary i głuchy.
— Przykro mi, że tak pana potraktowano — mówi po kilku sekundach milczenia Lily.
— Pieprzony gówniarz — prycha Fisher, wprawiając ją w konsternację. — Więc po to tu naprawdę jesteście? Żeby zamknąć mnie w wariatkowie?
— Nie, oczywiście, że nie! — zaprzecza natychmiast Lily. Zauważa, że Snape kręci ze zniecierpliwieniem głową i chce coś powiedzieć, więc powstrzymuje go jednym ostrzegawczym spojrzeniem. — Informacje, które pan posiada, są dla nas naprawdę ważne. Liczymy na pana pomoc.
— Jasne — mamrocze niewyraźnie staruszek i sięga po kubek, aby zapełnić czymś niezręczną ciszę.
Kiedy Lily szuka gorączkowo natchnienia do dalszej konwersacji, jej oczy nieopatrznie zatrzymują się na szerokiej komodzie ulokowanej pod przeciwległą ścianą pomieszczenia. Spostrzegła już ją, wchodząc do salonu, ale nie miała okazji dokładniej się jej przyjrzeć. Teraz widzi, że poustawiano na niej gęsto, jedna koło drugiej, ramki ze zdjęciami; musi ich tam być co najmniej dwadzieścia, może nawet więcej. Specyficzny widok, choć przecież nie niespotykany. Lily otrząsa się z zamyślenia i już ma skierować wzrok gdzie indziej, gdy wtem coś przykuwa na nowo jej uwagę. Po dłuższej obserwacji uświadamia sobie, że w ramkach, zamiast zdjęć, ktoś poumieszczał powycinane koślawo z czarno-białych oraz kolorowych gazet twarze i ludzkie sylwetki. Gdyby nie otaczająca je wokół niczym chmara maleńkich owadów obwódka czarnych liter oraz widoczne tu i ówdzie fragmenty nagłówków, trudniej byłoby to zauważyć. Niektóre ramki są z kolei puste. Eksponują białe, prostokątne pola, jakby były one wycinkami dawno wymazanej, niechcianej przeszłości.
Pierś Lily przebija nagle szpikulec lęku, a jej ciało lekko sztywnieje. Kompletnie nie rozumie swojej przesadnie gwałtownej reakcji na dziwactwa starszego człowieka. Przecież na świecie istnieją zdecydowanie więksi ekscentrycy niż on. Za plecami słyszy szmer płaszcza Severusa, który powrócił do swojej powolnej wędrówki po salonie. Chciałaby, żeby przestał tak złowieszczo krążyć, bo nie dość, że ją tym dekoncentruje, to jeszcze, co gorsza, zastrasza świadka.
— Nie pamiętam, czemu tam poszedłem — zaczyna bez ostrzeżenia Fisher, zgniatając niedopałek w popielniczce. — Może chciałem coś kupić. Tak, chyba myślałem o nowej wędce. Słyszałem, że w pobliżu otworzyli dobry sklep. Niskie ceny i tak dalej. Na szczęście nie zdążyłem jej kupić. Wątpię, że coś by z niej zostało. — Pociąga głośno nosem. — No więc idę tą przeklętą ulicą. Pora lunchu, południe albo kilka minut po. Kręci się sporo ludzi. Patrzę na wystawy sklepów i nagle słyszę, że ktoś się strasznie wydziera...
Serce Lily od razu przyspiesza. Monotonny głos Richarda Fishera i jego posępny, zadymiony salon na moment rozpływają się, nikną gdzieś w tle i jest tak, jakby to ona, poirytowana hałasem i tłumem, podążała tamtego dnia chodnikiem, całkiem nieświadoma tego, co ją spotka. Jeszcze zanim pokonuje zakręt, zza rogu budynku docierają do niej donośne krzyki. Wszędzie pełno ludzi. Na środku ulicy stoi naprzeciw siebie dwóch młodych mężczyzn. Dzieli ich bezpieczna odległość kilku kroków i gdy tylko jeden próbuje skrócić dystans, ten drugi cofa się i zaczyna energicznie wygrażać mu pięścią. Dopiero kiedy Lily podchodzi bliżej i wytęża wzrok, dostrzega w ich dłoniach dziwne, cienkie patyki, którymi chyba usiłują się uderzyć. Mężczyzna stojący do niej tyłem ma dłuższe, czarne włosy, jest też szczuplejszy i wyższy od swojego przeciwnika. Jego ubranie wydaje się zamazane, niewyraźne, pozbawione charakterystycznego koloru. Pamięć Fishera, która w tej chwili jest również jej pamięcią zawodzi, lecz Lily i tak musi tłumić wzruszenie ściskające ją coraz silniej za gardło. Syriusz... Niedaleko niej stoi Syriusz, choć nie widzi jego twarzy, a on nie widzi jej. Tak bardzo pragnie, żeby się odwrócił, spostrzegł ją, żeby mogła go jakoś ostrzec, ale wspomnienie bezlitośnie zamyka jej usta. Są sobie obcy. Z narastającym uczuciem cudzej irytacji przenosi wzrok na drugiego mężczyznę, niskiego i grubawego. Zapamiętuje krótkie, mysie włosy i to, że jego twarz ma w sobie coś szczurzego. Zabawne, wręcz absurdalne porównanie, ale naprawdę, to pierwsze, co przychodzi do głowy. Jej oczy wilgotnieją, gdy przesuwa nimi po jego szarym, drelichowym płaszczu, który tak często widywała w drzwiach swojego mieszkania. Może ciasteczko, Pete? Dla ciebie dałbym się pokroić, Lily. W jej piersi szloch walczy o miejsce z szaloną wściekłością. Niezapomnianego Halloween! Zaciska dłonie na kolanach, wyobrażając sobie, że to ramiona... szyja Petera. Że potrząsa nim tak długo, aż osuwa się na ziemię i błaga ją o przebaczenie. Musieli go bardzo długo torturować...
— Ten wysoki cały czas się darł, a ten niski płakał i też coś pokrzykiwał. To był jakiś kompletny bełkot, niewiele z tego rozumiałem. Musieli być obaj nieźle pijani albo naćpani. Wyzywali się od zdrajców i morderców. Pamiętam tylko, że wspomnieli kilkakrotnie o jakimś zakonie... Może to byli członkowie jakiejś sekty? Cholera ich wie.
Zdradziłem was, zdradziłem Zakon...
— Padały też jakieś imiona... Kobiety, chyba Lilyan, i jakieś męskie. John? Jacob...? Nie pamiętam, minęło już sporo czasu.
— Przeszło miesiąc — mówi nieobecnym tonem Lily. Kątem oka dostrzega, że Snape na ułamek sekundy zatrzymuje się i posyła jej przelotne spojrzenie, po czym wraca do przemierzania pokoju.
— No właśnie — potakuje Fisher. — Pomyślałem sobie, że ktoś powinien zrobić z tym porządek. No wie pani, dwóch pijaków awanturujących się w jasny dzień na środku ulicy. Jak to wygląda? Pomyślałem, że trzeba zawiadomić policję, chociaż zawsze przyjeżdżają za późno albo nie przyjeżdżają wcale.
Dobrze, że nie zdążyli przyjechać, myśli Lily. Uniknęli śmierci.
— Większość ludzi przyspieszała i przemykała obok, ale niektórzy, tak jak ja, przystawali, żeby popatrzeć, co się dzieje.
Ludzie się gapią... Lily wpatruje się w rozmyte w niepamięci sylwetki po drugiej stronie ulicy. Anonimowe twarze, nieznane nazwiska. Ci, którzy przystanęli, nie wiedząc, że zaraz zginą. Dwanaście przypadkowych osób. Ich rodziny nigdy nie poznają prawdziwej przyczyny śmierci swoich bliskich. Uciekajcie, błaga całym swoim umysłem Lily. Biegnijcie! — krzyczy, próbując odnaleźć jakąś szczelinę, wyrwę w czasie.
— I wtedy... — Starzec urywa.
Jednocześnie wyciągnęliśmy różdżki. Dłonie Lily są zbielałe i lodowate, przypominają dwie pozbawione czucia grudy śniegu.
— Proszę kontynuować, panie Fisher. — Ton, jakim to mówi, przeraża nawet ją. Nie ma w nim ani krztyny ciepła. Jej całe ciało jest nienaturalnie wyprężone, spięte, jakby przygotowywało się instynktownie na przyjęcie ciosu.
Wyczuwa, że Snape stanął tuż za nią i również czeka na odpowiedź. Fisher wzdycha i z mieszaniną złości i rezygnacji potrząsa głową.
— Jezu, dlaczego to robicie? Mało jeszcze mieliście ze mnie ubawu? Chcecie się znowu pośmiać ze stukniętego staruszka? Tak was to bawi?
— Panie Fisher — przerywa mu Lily i brzmi to prawie jak groźba. — To jest ważne.
Coś w jej twarzy musiało sprawić, że błyskawicznie przeszła mu ochota na stawianie jakiegokolwiek oporu. Zaciska palce na podłokietnikach i zwiesza smętnie głowę.
— A niech wam będzie, w zasadzie wszystko mi jedno... Wierzcie sobie, w co chcecie! Wtedy tamci mężczyźni unieśli te swoje patyki, ale ten niski był trochę szybszy. I ten jego kijaszek... czy co to było za cholerstwo... nagle eksplodował mu w dłoni. Po prostu trzymał go i nagle... — Fisher zastyga z otwartymi ustami, nie znajdując odpowiednich słów do opisania tego, czego był świadkiem. Z grymasem bezradności zerka na Lily. — Po prostu bum! Był człowiek i nie ma człowieka! Zobaczyłem tylko słup błękitnego ognia w miejscu, w którym stał. Musiał spłonąć żywcem! Ten wysoki typek coś wrzasnął i też machnął swoim kijkiem. To wszystko działo się dosłownie w ułamku sekundy, nie pamiętam szczegółów... Zacząłem się odwracać, żeby stamtąd uciekać, kiedy nagle — bam! Coś mnie uderzyło i upadłem na chodnik. Cud, że sobie niczego nie złamałem, ale potłukłem się strasznie. Poczułem jakiś ciężar przygniatający mnie do ziemi i falę gorąca na plecach, ale nie bolało tak, jak się spodziewałem. To znaczy, bolało jak diabli, ale przynajmniej nie zabiło mnie jak tamtego szczurka i całą resztę. Boże Święty, dwanaście osób... Co za masakra! Od tamtej pory boję się ruszać z domu... Później... Później chyba straciłem przytomność.
Na szczątkach ofiar eksplozji znajdują się drobiny magii z różdżki Syriusza Blacka. Znajdują się tam, bo Syriusz próbował rzucić na wszystkich zaklęcie ochronne. Wszędzie pełno ludzi... Zbyt dużo. Zaklęcie ochroniło tylko jego i Richarda Fishera.
— Proszę pani... wszystko w porządku?
Lily otrząsa się z odrętwienia i napotyka zdziwione i nieco zatroskane spojrzenie staruszka. W tej samej chwili zdaje sobie sprawę z tego, że po jej policzku spływa łza. Szybko wyciera ją wierzchem dłoni.
— Przepraszam — mówi cicho. — Przykro mi, że musiał pan przez to przechodzić.
Teraz, gdy wreszcie opuściło ją napięcie, czuje się rozedrgana i miękka w środku. Ma ochotę zwinąć się w kłębek na sofie Fishera i nie zważając na konsekwencje, rozpłakać się: z ulgi, radości, smutku, gniewu... poczucia sprawiedliwości. Wszystkie tłumione przez nią emocje wypływają jednocześnie na powierzchnię i wirują w zawrotnym tańcu.
— Jest pan pewien, że to ten niski mężczyzna pierwszy uniósł swój... patyk?
— Tak mi się wydaje. Na pewno jego patyk wybuchł, to widziałem na własne oczy.
Lily z chęcią wstałaby z sofy i go wyściskała, lecz ostatkiem sił się powstrzymuje. Spływa na nią uczucie przyjemnego, niczym niezmąconego spokoju. Jej wiara w niewinność przyjaciela w końcu została nagrodzona. Jeżeli wszystko dobrze rozegrają, już niedługo znowu będą razem. W duchu dziękuję losowi za to, że Fisher w jakiś iście magiczny sposób, prawdopodobnie w wyniku zamieszania i bałaganu w Ministerstwie, uniknął spotkania z amnezjatorami. Zerka ukradkiem przez ramię na wciąż stojącego za nią nieruchomo Snape'a. Severus nie odwzajemnia jej rozpromienionego spojrzenia, zamiast tego wpatrując się bystrymi, lekko zwężonymi oczami w Fishera. Jego twarz jest jak zwykle nieprzenikniona i trudno odgadnąć, jak przyjął informacje, którymi właśnie podzielił się z nimi świadek. Sprawia wrażenie niewzruszonego, jednak obserwuje starca z taką samą uwagą, jaką poświęca składnikom swoich eliksirów. Lily po krótkim zastanowieniu stwierdza, że umysł podsunął jej dziwne porównanie.
— Nie śmieją się państwo? — pyta z wahaniem Fisher. — To znaczy... że mi wierzycie?
— Tak — odpowiada po prostu Lily.
W pierwszym momencie mugol nie wie, co powiedzieć. Wygląda na bardzo poruszonego, zaczyna drżeć mu dolna warga. Wreszcie bierze się w garść, a w jego głosie słychać nieobecną tam wcześniej determinację.
— Więc co to mogło być, ten kijek? Jakaś nowoczesna broń? Ładunek wybuchowy? Czy to był atak terrorystyczny?
— Nie możemy zdradzać szczegółów śledztwa, przykro mi. — Lily gasi jego nadzieje bladym uśmiechem.
— Wiedziałem, że to nie był zwykły wybuch gazu — mamrocze Fisher, kiwając w zadumie głową. Z iskrą w oku sięga po kubek i jednym haustem dopija jego zawartość. — Wiedziałem, że nie zwariowałem.
Lily przygląda mu się z niejasnym uczuciem melancholii. Żałuje, że nie może wyjawić temu człowiekowi prawdy, ma przecież prawo wiedzieć, co go rzeczywiście spotkało. Po procesie Syriusza zapewne wymażą mu pamięć. Będzie tak, jakby nigdy ze sobą nie rozmawiali, chociaż teraz siedzą naprzeciwko siebie i wdychają ciągle snujący się w powietrzu zapach jego papierosów. Miną się pewnego dnia na ulicy i Fisher nawet jej nie rozpozna. Magia, przez którą już i tak wiele wycierpiał, obdarzy go w nagrodę błogą ignorancją i zagadkową amnezją. Lily nie znosi tych myśli, tej gryzącej sumienie świadomości istnienia dwóch przenikających się światów, pozostających tak blisko siebie, a jednocześnie tak sobie obcych. Zawsze gdy zbyt długo rozważa te sprawy, wspomina z bólem zawiedzioną, przygasłą twarz Petunii, której obraz skrył się w najgłębszych zakamarkach jej umysłu, by wciąż powracać i dręczyć ją w momentach wątpliwości. Lily zwalcza z wysiłkiem rodzącą się pokusę i zmienia temat.
— Czy blizna mocno panu dokucza?
— Przypiekło mi połowę pleców. Pieruństwo długo nie chciało się goić. Ale widać już znaczącą poprawę. W szpitalu powiedzieli, że miałem dużo szczęścia.
— Cieszę się. — Lily przelatuje w myślach wszystkie znane jej przepisy na eliksiry leczące magiczne oparzenia. Większość receptur mogłaby wzbudzić u dociekliwego mugola uzasadnioną podejrzliwość. Wyjawianie ich składników wydaje się nadmiernie ryzykowne, więc niechętnie rezygnuje z tego zamiaru. Zamiast tego pyta: — Czy byłby pan gotów powtórzyć to wszystko, co nam pan przed chwilą powiedział, przed sądem?
Fisher przez kilka sekund analizuje w skupieniu jej twarz, zagryzając nerwowo usta, aż w końcu z westchnieniem i jakby na przekór sobie deklaruje:
— Jeśli zajdzie taka konieczność...
— Dziękuję. — Lily wkłada rękę do kieszeni i wyłącza dyktafon. — Bardzo nam pan pomógł.
— Zanim stracił pan przytomność — wchodzi jej raptem w słowo Snape — czy widział pan gdzieś w pobliżu szczura?
Fisher zapada się lekko w oparcie fotela i wlepia w niego wytrzeszczone oczy, a następnie przenosi spojrzenie na Lily, jakby błagał ją bezgłośnie o pomoc. Zdaje się przekonany, że jej towarzysz zwyczajnie sobie z niego kpi lub że trafił na człowieka jeszcze bardziej szalonego od siebie i świadomość ta napełnia go mieszaniną ulgi, zakłopotania i strachu. Lily przegania z twarzy wyraz głębokiego szoku i zwraca się powoli w stronę Snape'a. Severus jednak znów tkwi bez ruchu przy oknie i nie spuszcza wzroku z przetaczających się po niebie ciemnych chmur. W salonie słychać pomruki wzmagającego się na zewnątrz wiatru, który szarpie wściekle wierzchołki drzew.
— Szczura — powtarza automatycznie staruszek.
— Taki mały gryzoń — wyjaśnia oschle Snape.
Na policzkach mugola wykwitają dwie czerwone plamy. Zaczyna się jąkać.
— Nie... nie wydaje mi się, żebym...
W tej chwili z kuchni dobiega jakiś hałas. Fisher niemal z wdzięcznością zrywa się z fotela i chwyta w przypływie wigoru swoją laskę.
— To pewnie kot, nie może dostać się do środka. Czasem zacinają się drzwiczki — tłumaczy wylewnie, kuśtykając do przedpokoju i znikając im z pola widzenia.
— Posłuchaj, Severusie... — zaczyna z przyganą Lily, gdy zostają sami.
— Słucham uważnie. — Snape odwraca się przodem do niej, opuszczając niespiesznym ruchem ręce, które do tej pory trzymał skrzyżowane na klatce piersiowej. Uśmiecha się kącikiem ust. Jego uśmiech jest pokrętny, w osobliwy sposób kusicielski. Ma w sobie niebezpieczną nutę. — Nie wmówisz mi, że nie chcesz wiedzieć.
Stuk, stuk, stuk. W zapadłej ciszy ponownie rozbrzmiewa głuchy dźwięk uderzającej o podłogę laski. Wydaje się dziwnie apatyczny, wręcz ospały; przypomina zegar nieubłaganie odmierzający czas do jakiegoś wydarzenia. Lily przypomina sobie nagle kota uciekającego przed nimi na piętro, jego zielone, niespokojne ślepia błyskające zza prętów poręczy schodów. Stuk, stuk, stuk. Dźwięk niesie się już po przedpokoju, jest cięższy, mocniejszy, wbija się niczym kliny w jej podświadomość. Towarzyszy mu szuranie i odgłos tłumionych kroków. Włoski na karku Lily stają dęba, a po plecach spływa jej zimna strużka potu. Więcej niż jedna para stóp. Podnosi się wolno z sofy. Sięga za pazuchę i zdrętwiałymi palcami wymacuje różdżkę, wyciąga ją i celuje w drzwi salonu. Z jej umysłu wyparowują wszelkie myśli. Czuje tylko serce łomoczące jej szaleńczo w gardle, słyszy krew pulsującą coraz szybciej w uszach. Stukot urywa się i na mgnienie chwili wszystko zamiera. Lily zna to uczucie, tę przestrzeń stężałą w bezruchu i martwej ciszy, powietrze duszne i gęste od wyczekiwania.
W drzwiach staje Richard Fisher. Jego twarz jest śmiertelnie blada i nienaturalnie ściągnięta. Wpatruje się szeroko rozwartymi, pustymi oczami w Lily. Jeżeli zachował jakąś iskrę świadomości, musiała ona zostać pogrzebana na samym dnie jego umysłu. Popchnięty od tyłu, wtacza się do salonu, ledwie łapiąc równowagę. Porusza się jak lunatyk. Za nim wchodzą trzy ubrane w długie, czarne peleryny postacie. Na twarzach mają białe maski. Jeden z intruzów wbija różdżkę w kark Fishera. Lily ściska swoją tak mocno, że niewiele brakuje, by ją połamała. Gotowa? — pyta James. Przez ulotną chwilę ma wrażenie, że trzyma go za rękę. Rozgrywająca się w pokoju scena zdaje się nierealna, jakby naraz wpełzł do niego jeden z prześladujących ją nocami koszmarów.
— Odłóż to, kochanie, jeśli nie chcesz, żeby komuś stała się krzywda — ostrzega pobłażliwym tonem śmierciożerca utrzymujący Fishera w stanie letargu. — Na przykład temu przemiłemu staruszkowi.
Jej żołądek zmienia się w ciężki kamień. Przeciwników jest trzech, w dodatku wzięli zakładnika. Sytuacja wydaje się beznadziejna, ale może w dwójkę, razem z Severusem mają jakieś szanse wyjść z tego cało. Chciałaby zerknąć przez ramię za siebie, by sprawdzić, co robi Snape, ale boi się spuścić śmierciożerców z oka. To wszystko jej wina. Severus miał rację, uparcie twierdząc, że to może być pułapka. Ale ona nie wierzyła... nie przyszło jej zwyczajnie do głowy, że Barty Crouch... syn szefa departamentu prawa... Nadal ma problemy z zaakceptowaniem tego przerażającego odkrycia. Nie jest w stanie trzeźwo myśleć. Jej umysł jest oszołomiony, przytłoczony bombardującymi go jednocześnie odłamkami obrazów i intensywnych emocji. Przypomina świeżą, krwawiącą ranę. W tym momencie postanawia skoncentrować się wyłącznie na przeżyciu.
— No, no — cmoka z zadowoleniem śmierciożerca. Jego głęboki, nieco gardłowy głos kogoś jej mętnie przypomina, wydobywając z mroków pamięci echo czyjegoś śmiechu. — Jestem pod wrażeniem, Snape. Przyprowadziłeś koleżankę.
Lily zbiera się na odwagę i szykuje do rozpoczęcia negocjacji, gdy niespodziewanie odzywa się Severus, a jego słowa sprawiają, że jej serce zamiera.
— Tak jak obiecałem.
Lily czuje, że zaczyna zamarzać. Paraliżujące zimno powoli ogarnia najpierw jej stopy, odbierając czucie w palcach. Następnie wspina się leniwie, niczym napływająca fala, wyżej, obezwładnia nogi i pełznie w górę pleców, po drodze skuwając lodem brzuch, ramiona i klatkę piersiową, aż w końcu zatrzaskuje się mroźną obręczą wokół szyi... i nie może obrócić głowy. Na skraju pola widzenia dostrzega sylwetkę Snape'a. Niewyraźny zarys jego postaci działa na jej przytępione zmysły jak gwałtowny impuls, bodziec wymuszający reakcję. Sztywno przekręca głowę w bok.
Różdżka Severusa jest wycelowana w nią. Mężczyzna przygląda się jej dokładnie tak samo jak wcześniej, kiedy rozmawiali: z chłodnym, wykalkulowanym spokojem. Jednak gdy oczy Lily zachodzą lekko mgłą, nietypowa gra światła i cieni sprawia, że przez chwilę, zaledwie jeden, krótki oddech, jego niezmiennie niewzruszona twarz przypomina białą maskę śmierciożercy.
