Bardzo dziękuję za komentarze pod poprzednim odcinkiem i po długiej przerwie zapraszam na kolejny.
Betowała Pantera.
32.
Różdżka Jima bez trudu wyślizguje się spomiędzy jej palców i ląduje w wyciągniętej ręce Snape'a.
— Nie walcz z nimi, Lily — słyszy gdzieś w oddali. — Jeśli nie będziesz stawiać oporu, nie zrobią ci krzywdy.
Na dźwięk jego przerażająco spokojnego tonu żołądek podjeżdża jej do gardła. Wpatruje się w niego z lekko rozchylonymi ustami, oszołomiona, jakby przed chwilą została uderzona czymś ciężkim w głowę. To nie powinno tak boleć, myśli, gdy odrętwienie zamienia się stopniowo w ogarniający całe ciało tępy, mdlący ból. Próbuje wyprzeć z umysłu przeskakujące w nim kolejno jak w kalejdoskopie obrazy, lecz to jedno, jedyne wspomnienie wciąż uparcie wraca — powtarzane w nieskończoność, niemilknące echo zapomnianej aż do teraz przestrogi.
Przez korony drzew wysoko w górze przesącza się wraz z promieniami skwar letniego popołudnia. Skóra i włosy Jima są nagrzane od słońca. Ściągnął wierzchnią szatę i poluzował krawat, lecz upał jest tak nieznośny, że co jakiś czas i tak ociera dłonią spocone czoło. Uczta pożegnalna skończyła się prawie godzinę temu, ale podobnie jak większość absolwentów zwlekają z udaniem się do pociągu. Ostatnia przechadzka po błoniach. Ostatni dzień w Hogwarcie. Trochę smutni, a trochę podekscytowani przemierzają ścieżki, które przez lata wydeptywali jako uczniowie. Wieczorem powrócą do swoich domów, wypakują szkolne rzeczy z kufrów i schowają je wraz z bagażem wspomnień na dnie szaf, po czym dziwnie lżejsi i nieco zagubieni, rozpoczną nowy etap życia. Jednak teraz jeszcze spacerują, przytuleni, zamyśleni, zasłuchani w otaczającą ich, znajomą ciszę. W pobliżu bramy James niespodziewanie przerywa milczenie. Rozmawialiśmy niedawno o Zakonie Feniksa, pamiętasz? Dalej uważam, że to zbyt niebezpieczne, odpowiada mu niechętnie po kilku sekundach zwłoki. Ten temat od początku budzi w niej niepokój i silny, wewnętrzny opór. Wiesz, że nie zamierzam cię do niczego zmuszać, Lily. To wyłącznie twoja decyzja. Będę nawet spokojniejszy, jeśli... Nie chodzi o mnie, Jim. Boję się o ciebie. James przystaje i odwraca się do niej przodem. Niepotrzebnie, mówi, patrząc na nią poważnie oczami, które są jednocześnie czułe i stanowcze. Chcę cię chronić, dodaje, muskając palcami jej policzek. Jeśli planujesz wstąpić do Zakonu tylko dla mnie, to proszę, nie rób tego. Zsuwa dłoń z jej twarzy i spuszcza wzrok, jakby został przyłapany na kłamstwie. Ja też chcę cię chronić, zapewnia szeptem Lily, choć już wie, że zawsze będzie musiała dzielić się nim z całym światem. Świadomość ta napełnia ją lękiem, ale i wzruszeniem; rozumie, że próby zagarnięcia Jima wyłącznie dla siebie i zamknięcia całej jego odwagi w jakimś bezpiecznym miejscu byłyby bardzo egoistyczne i z góry skazane na klęskę. Uśmiecha się więc na poły z aprobatą, na poły z rezygnacją i przytula go, bez słów udzielając mu wsparcia i tym samym przypieczętowując ich wspólny los. Bezwiednie zatrzymuje spojrzenie na przechodzącej w oddali hałaśliwej grupie uczniów. Rozpoznaje w nich Ślizgonów z siódmego roku. Zauważa, że jeden z chłopaków został wyraźnie z tyłu i zwolnił, obracając głowę w jej stronę. Nawet z tej odległości jego wzrok przeszywa ją nagłym dreszczem. Przysuwa się bliżej Jamesa i instynktownie zacieśnia uścisk, jakby chciała go ukryć w swoich ramionach, osłonić przed tym wrogim spojrzeniem. Severus obserwuje ich jeszcze przez krótką chwilę, po czym szybkim krokiem dogania towarzyszy i razem z nimi odchodzi w kierunku Hogsmeade. Tamtego dnia jest pewna, że widzi go po raz ostatni.
I rzeczywiście, byłoby lepiej, gdyby już nigdy więcej się nie spotkali.
To nie powinno boleć, przekonuje siebie uparcie Lily, usiłując zignorować pęczniejący w jej sercu, gryzący żal. Przecież tak naprawdę podświadomie wyczekiwała tego momentu, dopóki nie zaczęła rozmyślnie, na własną zgubę lekceważyć wszystkich ostrzeżeń. Straciła czujność, ale nie może dopuścić do tego, żeby inni zapłacili za jej głupotę. Widok różdżki Jamesa w dłoni Snape'a wywołuje w niej niemą wściekłość.
— Przykro mi, że jesteś rozczarowana — mówi martwym głosem Severus, odwracając w końcu wzrok.
Lily ma nadzieję, że zrobił to, bo nie mógł dłużej znieść odbijającej się w jej oczach lodowatej pogardy. Dusi impuls, aby podejść i znów uderzyć go w twarz. Ich pierwsze po latach rozłąki spotkania i rozmowy wydają się teraz zaledwie oszustwem wyobraźni, niczym więcej jak wyblakłymi, fałszywymi wspomnieniami podsuwanymi przez rozbitą pamięć. Prawie nie czuje rąk, które chwilę wcześniej ją pochwyciły, zaciskając się dość brutalnie na jej ramionach. Bierze głęboki oddech i zmusza się do zachowania spokoju, z trudem zwalczając chęć wyrwania się z objęć śmierciożerców. Odwraca głowę ku nim, natykając się na pozbawione blasku oczu jednego z mężczyzn, które śledzą ją zza białej maski.
— Pójdę z wami — obiecuje, pokonując dławienie w gardle i opanowując drżenie głosu. Wskazuje podbródkiem Fishera. — Tylko nie róbcie mu krzywdy.
Nie potrafi sobie wybaczyć tego, że przez swoją nieostrożność naraziła życie niewinnego człowieka. Gdyby tutaj w ogóle nie przyszła... Gdyby nie jej obsesyjne pragnienie uwolnienia Syriusza za wszelką cenę... Jeśli Richard Fisher zginie, zniknie szansa na uniewinnienie Łapy. Wzdryga się, gdy niewidzialne igiełki lodu zaczynają kąsać jej skórę.
— Staruszek trochę pośpi i niczego nie będzie pamiętał. Słowo honoru — deklaruje z wyraźnym rozbawieniem śmierciożerca.
Powiedziawszy to, szybkim ruchem różdżki zmusza Fishera do zajęcia miejsca w fotelu i przykrycia się kocem. Tłumiąc wyrzuty sumienia, Lily bezsilnie obserwuje, jak czarnoksiężnik nachyla się nad nim i szepcze formułę zaklęcia. Głowa mugola niemal natychmiast opada mu bezwładnie na pierś. Przez moment Lily wstrzymuje oddech z okropnym przeczuciem, że starzec nie żyje, i z ulgą wypuszcza powietrze dopiero w chwili, gdy z jego ust wydobywa się głośne chrapnięcie.
— Kiedy się obudzi, wszystko wyda mu się tylko nieprzyjemnym snem. — Śmierciożerca powoli odwraca się w jej stronę i wtedy Lily zaczyna odczuwać prawdziwy strach. — Twój sen jeszcze się nie skończył.
33.
Aportują się pośrodku dużego holu. Wszystkie okna są szczelnie zabite deskami lub zasłonięte ciężkimi kotarami i pomieszczenie spowija nasiąkły stęchlizną półmrok. Lily dochodzi do wniosku, że muszą znajdować się w jakimś opuszczonym dworze. Próbuje dyskretnie rozejrzeć się dookoła w poszukiwaniu dodatkowych podpowiedzi, lecz jeden ze śmierciożerców kładzie jej rękę na ramieniu i niedelikatnie popycha ją w prawo, w kierunku korytarza. Potyka się o zagięty róg dywanu, wyrzucając z niego w górę ogromny kłąb kurzu, i prawie przewraca na podłogę, jednak w ostatniej sekundzie ktoś ją podtrzymuje. Zerka kątem oka na postać, która niespodziewanie wyrosła u jej boku. Widząc Snape'a, ze złością wyszarpuje łokieć z jego uścisku. Twarz Severusa pozostaje niewzruszona.
Gdy mijają pierwsze drzwi, nagle rozlega się syk i z kinkietów spływa na korytarz miękki blask świec. Z rozedrganego cienia wyłaniają się puste ramy obrazów; płótna są poszarpane, jakby ktoś w ataku szału pociął je kiedyś nożem. Wskazówki wiszącego na ścianie wahadłowego zegara zatrzymały się na godzinie drugiej. Prawdopodobnie posiadłość czarodziejów, odnotowuje w pamięci Lily. Jej umysł chłonie szczegóły otoczenia jak gąbka, broniąc się przed nadmiernym analizowaniem sytuacji i wybieganiem w przyszłość. Stara się ze wszystkich sił nie myśleć o Harrym, że może go już nigdy więcej nie zobaczyć. O tym, że zawiodła Jima, a jego poświęcenie pójdzie na marne. Kto zajmie się dzieckiem po jej śmierci? Jak długo Harry będzie bezpieczny w Hogwarcie? On mnie potrzebuje. Muszę wrócić. Śmieszka wie, że wyszła gdzieś ze Snape'em. Jeśli za dwie, góra trzy godziny nie zjawią się z powrotem, skrzatka zacznie szaleć z niepokoju i zawiadomi Dumbledore'a. Jej nieobecność zostanie bardzo szybko zauważona. Zakon natychmiast rozpocznie poszukiwania. Gdyby tylko mogła im dać znać, gdzie jest... Na chwilę odwrócić uwagę śmierciożerców i Snape'a...
Spogląda na niego z ukosa, przez mgłę gniewu i rozgoryczenia, zastanawiając się mimowolnie, jaki jest właściwie jego plan. Chyba nie zamierzał po tym wszystkim tak po prostu wrócić do Hogwartu? Jak chciał niby wyjaśnić Albusowi jej zniknięcie? A może jego misja w szkole właśnie dobiegła końca i teraz razem z innymi uda się na poszukiwania swojego pana? Po plecach Lily przechodzą gwałtownie ciarki. Twarz Severusa zdaje się nagle twarzą zupełnie obcego człowieka; nie może się pozbyć absurdalnego i zarazem nieprzyjemnego wrażenia, że jej przyjaciel z dzieciństwa od dawna nie żyje, a jego tożsamość ukradł dla siebie jakiś śmierciożerca. Z całą mocą uderzają ją wszystkie różnice w zachowaniu Snape'a. Subtelne, lecz zauważalne zmiany, które okazały się o wiele głębsze, niż do tej pory przypuszczała. Muszę wrócić, powtarza niemal błagalnie w myślach, zaciskając pięści. Dla niego.
Severus wyczuwa na sobie jej świdrujący wzrok i ich spojrzenia na ułamek sekundy znów się krzyżują. Lily dostrzega w jego oczach coś, czego wcześniej tam nie było. Coś mrocznego i złowrogiego, co jednak nie wydaje się wycelowane bezpośrednio w nią. Nie ma niestety czasu na dłuższe rozważania, bo idący na czele śmierciożerca niespodziewanie otwiera któreś z kolei drzwi i szyderczo uprzejmym gestem zaprasza ją do środka.
Pokój, do którego wchodzi, jest pogrążony w całkowitej ciemności. Podłoga lekko trzeszczy, gdy Lily, rozglądając się wokół z narastającą w piersi paniką, robi kilka niepewnych kroków do przodu. Zamiera na krawędzi prostokąta padającego na ziemię światła i modli się gorączkowo, żeby jej tu nie zamknęli. Na szczęście śmierciożerca staje tuż obok i leniwym machnięciem różdżki rozpala w kominku magiczny ogień, po czym zrywa ze znajdujących się w pokoju stołu i krzeseł okrywające je prześcieradła. Nie sprawia to wcale, że pomieszczenie staje się choć trochę przytulniejsze. Lily stwierdza, że musiało być kiedyś elegancko urządzonym salonikiem. Przełyka nerwowo ślinę na widok wyblakłego motywu lilii zdobiącego odłażące ze ścian, wybrzuszone od wilgoci płachty tapety.
— Czekajcie w holu — poleca krótko śmierciożerca, zwracając się do swoich dwóch towarzyszy, którzy zostali na korytarzu.
Nie dając im szansy na jakąkolwiek reakcję, Snape wsuwa się do pokoju i zatrzaskuje za sobą drzwi. Salonik wydaje się nagle strasznie mały i Lily odnosi wrażenie, że błyskawicznie uszło z niego powietrze. Nie okazuj strachu, rozbrzmiewa w zakamarkach jej umysłu uspokajający szept Jamesa. Jeśli wyczują, że się boisz, rzucą się na ciebie jak zwierzęta. Odruchowo prostuje plecy i nieznacznie unosi głowę do góry, choć wewnątrz cała drży.
Śmierciożerca stoi pochylony przy kominku i wygląda na pogrążonego w głębokiej koncentracji. Dopiero po chwili Lily zauważa, że trzyma w ręku niewielki skrawek pergaminu. Gdy ciska go w ogień, płomienie z pomrukiem wystrzelają w górę i ciemniejąc, przyjmują na kilka sekund barwę krwi. Następnie czarnoksiężnik podchodzi do stołu i wyraźnie rozluźniony siada, rozpierając się wygodnie na krześle. Spogląda na nią, jakby przypomniał sobie o jej istnieniu, i wybucha głębokim, gardłowym śmiechem. W pamięci Lily zaczyna się powoli kształtować mglisty zarys wspomnienia. Próbuje je pochwycić, lecz przemyka jak woda między jej palcami. Żart... Nic więcej...
— Nie zamierzam cię torturować, więc nie rób takiej męczeńskiej miny, Evans... wybacz... Potter. Czy może znowu Evans?
Słysząc jego kpiący ton, zaciska szczęki i wyobraża sobie, jak posyła prosto w tę groteskową maskę potężne zaklęcie ogłuszające.
— Czego ode mnie chcesz? — cedzi, dławiąc się ze złości i strachu słowami. Przypominają wbijające się boleśnie w język kolce.
— Ja? — Czarnoksiężnik wydaje się szczerze zdziwiony. — Ja niczego od ciebie nie chcę. Ale ponieważ zostało nam jeszcze trochę czasu, porozmawiajmy... jak starzy, dobrzy znajomi. — Sięga do maski i jakby od niechcenia ściąga ją, rzucając niedbałym ruchem na stół.
Pod Lily uginają się lekko kolana. To nic takiego... Taki żart, nic więcej, tłucze się jej po głowie. Twarz Arona Mulcibera jest tak samo dzika i okrutna jak za szkolnych czasów i wykrzywia ją dokładnie ten sam paskudny, niebezpieczny uśmieszek.
— Kopę lat — mówi, długo patrząc jej w oczy, a Lily ponownie coś się przypomina.
Podmuch nocnego wiatru przemykający ze szmerem przez korytarz. Przygasłe nagle światła. Pewność, że w ich domu jest ktoś obcy. Wyczuwają w powietrzu tę złowrogą obecność, jeszcze zanim widzą w salonie czarną postać, stojącą na tle otwartego okna. Wynoś się stąd, rozkazuje lodowato James, unosząc wyżej różdżkę. Przynoszę wiadomość od Czarnego Pana, mówi śmierciożerca. Jego zastygła w nienaturalnym bezruchu sylwetka i zniżony, hipnotyzujący głos wywołują w niej kolejną falę lęku. Przyciągnęliście jego uwagę i chciałby zaoferować wam pewien układ. W uznaniu dla waszych ponadprzeciętnych umiejętności jest nawet gotów, w drodze wyjątku, potraktować z pobłażaniem waszą... sytuację rodzinną. Przekaż swojemu panu, że nie zamierzamy wchodzić z nim w układy, przerywa mu twardo James, ściskając mocniej dłoń Lily, by dodać sobie i jej otuchy. Zastanówcie się dobrze, zanim popełnicie nieodwracalny błąd. W złudnie łagodnym tonie śmierciożercy po raz pierwszy pojawia się wyraźne ostrzeżenie. Tylko pomyślcie... Czarny Pan zawsze hojnie wynagradza swoich przyjaciół. Moi przyjaciele nie muszą chować twarzy za maskami. W pokoju rozbrzmiewa głęboki, gardłowy śmiech. Tak myślisz, Potter? Zresztą, nie jestem tu po to, żeby rozwiewać twoje złudzenia. Zrobiłem, co mogłem. Śmierciożerca zaczyna wycofywać się powoli w stronę okna. Przybyłem tu jako życzliwa wam osoba. Kiedy spotkamy się następnym razem... W tym momencie wszystkie lampy eksplodują oślepiającym światłem. Śmierciożercy już nie ma, a Lily nie zdążyła nawet zarejestrować jego zniknięcia. Gdy Jim opuszcza różdżkę, zauważa spływającą mu po skroni kroplę potu.
Otrząsa się z otępienia, spostrzegając, że Mulciber w międzyczasie wyciągnął z kieszeni pomiętą paczkę papierosów i z bezczelnym uśmieszkiem wsunął sobie jednego z nich do ust. Lily natychmiast rozpoznaje markę, którą chciał ją wcześniej poczęstować Richard Fisher, i odczuwa gwałtowny przypływ gniewu. Śmierciożerca zapala papierosa różdżką, zaciąga się i niemal od razu krztusi dymem.
— Mugolskie gówno — chrypi, z trudem opanowując kaszel.
— To dlaczego ciągle próbujesz je palić? — Na krześle koło niego siada Snape. Lily prawie zapomniała, że też tu jest, skupiając dotąd całą swoją uwagę na Mulciberze.
— Bo mam je za darmo. — Śmierciożerca wzrusza ramionami.
Ciężka obecność Severusa w jakiś przedziwny, pokrętny sposób ją uspokaja i dodaje odwagi, choć wie, że przecież nie jest jej sojusznikiem. Zastanawia się, czy dzieje się tak dlatego, że złość, która zagnieździła się u niej w sercu — na siebie, na niego, na to, że znowu ją zdradził po tym, jak kolejny raz mu zaufała — zagłusza jej strach o własny los i resztki zdrowego rozsądku. Poza tym może rzeczywiście lepsze zło znane niż nieznane, konstatuje ponuro w myślach. Zwrot Snape'a podziałał na nią niczym zastrzyk adrenaliny, celnie wymierzony, siarczysty policzek, który wybudził ją wreszcie ze stuporu.
— Nie usiądziesz? — proponuje niewinnym tonem Mulciber, wskazując papierosem krzesło tuż obok siebie. — Czego się boisz, Lily?
Na pewno nie ciebie, gnoju, myśli mściwie, wytrzymując jego drwiące spojrzenie. Chce powiedzieć coś błyskotliwie złośliwego, ale szybko rezygnuje. Zagryzając wargi i przełykając upokorzenie, zmusza się do podejścia na sztywnych nogach do stołu i zajęcia miejsca po prawej stronie Mulcibera. Krzywi się, widząc, jak bardzo drżą jej dłonie. Odrywa od nich wzrok i z wysiłkiem patrzy na siedzącego naprzeciwko z wyobcowanym wyrazem twarzy Severusa.
— Ufałam ci — wyrywa się jej z ust. Chwilę później żałuje, że to powiedziała.
— Chciałbym, żeby tak było — odpowiada cicho Snape, a Lily nie potrafi się oprzeć wrażeniu, że te słowa mają jakieś drugie dno, którego ona nie jest w stanie w tym momencie zrozumieć.
Mulciber przygląda się im z mieszaniną rozbawienia i ciekawości, mrużąc lekko oczy i powoli wydychając dym z płuc, ale nie komentuje ich wyjątkowo krótkiej wymiany zdań. Gdy upewnia się, że nie mają już sobie nic więcej do powiedzenia, zwraca się z wrednym uśmieszkiem w stronę Snape'a.
— Jestem zdziwiony, że naprawdę przyprowadziłeś ze sobą naszego honorowego gościa.
— Zawsze dotrzymuję obietnic.
Mulciber parska śmiechem, wypluwając w powietrze kłęby dymu, jakby właśnie usłyszał jakiś prywatny dowcip.
— Niezły z ciebie żartowniś. Dobrze wiesz, że różnie bywało z twoim obietnicami.
W odpowiedzi Severus jedynie unosi kącik ust w przekornym uśmiechu. Mulciber kręci głową i przelotnie spogląda na Lily z przewrotnym, wypaczonym rodzajem litości.
— A teraz szczerze, Evans. Warto się było bawić w superbohaterów? Ten twój... jak mu tam... James mocno się na tym przejechał.
— Nawet nie waż... nie waż się o nim wspominać — cedzi przez zęby Lily, czując owiewający jej szyję i policzki podmuch wściekłości.
— Masz rację — przytakuje śmierciożerca, w najmniejszym stopniu nieporuszony tym raptownym wybuchem złości. — Nie ma co gadać o dawno ostygłych trupach.
Uderza go w twarz, zanim ma szansę głębiej zastanowić się nad tym, co robi. Mężczyzna upuszcza papieros na podłogę. Lily kątem oka widzi, jak Snape sztywnieje, a przez jego oblicze przemyka grymas niepokoju. Głowa śmierciożercy powoli wraca do poprzedniej pozycji, obracając się tak automatycznie, jakby był robotem. W pierwszej sekundzie Lily nie wyczuwa w nim kompletnie żadnych emocji, jednak już w następnej Mulciber nadludzko szybkim ruchem chwyta ją za szyję, przyciąga ku sobie i unieruchamia jej twarz w stalowym uścisku jak w imadle. Na skraju pola widzenia zauważa błysk ostrza i czuje na skórze bijący od niego chłód.
— Spróbuj to zrobić jeszcze raz, a potnę cię na kawałki — informuje jedwabistym głosem śmierciożerca i Lily wie, że nie żartuje.
Usiłuje rozpaczliwie wyswobodzić się z jego uchwytu i oderwać od gardła miażdżące je bezlitośnie palce. Słyszy w uszach coraz szybszy i głośniejszy łomot swojego serca. Kiedy rozchyla usta, by w napadzie paniki zaczerpnąć większy haust powietrza, uścisk Mulcibera niespodziewanie słabnie. Przez przysłaniającą oczy kurtynę łez widzi, że Snape położył i mocno zacisnął dłoń na jego przedramieniu. Mulciber spogląda na niego wyzywająco i mierzą się krótko wzrokiem, aż wreszcie śmierciożerca ugina się przed niemym ostrzeżeniem i z pomrukiem niezadowolenia odpycha od siebie Lily, prawie przewracając ją wraz z krzesłem na podłogę.
— Wkurwiasz mnie, Snape — wyznaje bez ogródek, podczas gdy ona rozmasowuje obolałą szyję. W jego głosie pobrzmiewa wyraźna pretensja. — Siedzisz sobie wygodnie w Hogwarcie, udając świętego, a reszta w tym czasie musi kryć się po norach przed kundlami Croucha i Dumbledore'a. To kurewsko niesprawiedliwe.
— Zamknij oczy i myśl o tym, jak sowicie zostaniesz wynagrodzony po powrocie Czarnego Pana — odpowiada ze stoickim spokojem Severus.
Mulciber krzywi się.
— Nie pierdol. Skąd możesz wiedzieć, że on w ogóle wróci? A teraz to niby gdzie jest? Na wakacjach? Zniknął, a my wszyscy zostaliśmy w głębokiej dupie. To znaczy my wszyscy, oczywiście oprócz ciebie.
— Tym bardziej powinniście docenić to, że narażam dla was swoją skórę — ucina cierpko Snape. — A zamiast tego muszę słuchać twoich utyskiwań. Czarny Pan zniknął, ale jego rozkazy pozostały aktualne. Zdobywam zaufanie Dumbledore'a, tak jak mi polecił. Jestem gotowy na jego powrót, a ty?
Mulciber poprawia się niespokojnie na krześle.
— Dobra, nie unoś się tak — mówi pojednawczo. Przewraca teatralnie oczami i posyłając w kierunku Lily porozumiewawcze spojrzenie, wyjaśnia: — Nie wszyscy z nas mogą liczyć na taką samą taryfę ulgową jak ten oto twój przyjaciel.
— On nie jest moim przyjacielem — odpiera zimno Lily z pozorną, wyćwiczoną obojętnością. Kiedy wypowiada te słowa, coś ściska ją za serce.
— Widzisz, Snape? Mówiłem, że ona tego nie doceni. — Mulciber uśmiecha się z mroczną satysfakcją. — Więc na co dałaś się nabrać? Na nostalgię za dawną przyjaźnią? Hm? Patrz mi w oczy — rozkazuje groźniejszym tonem, gdy Lily odwraca wzrok. Nachyla się lekko ku niej, wnikliwie analizując jej twarz. — Wytłumacz mi, Evans, co jest w tobie takiego szczególnego? Dlaczego Czarny Pan postanowił cię oszczędzić?
— Bo go o to poprosiłem — niespodziewanie wyręcza ją w odpowiedzi Severus.
Powinna być pewnie zaskoczona; nie tym, że ją okłamał, bo nieprzyjemnej prawdy zaczęła domyślać się już jakiś czas temu i w zasadzie nie potrzebowała jego potwierdzenia, lecz tym, że przed chwilą tak gładko przyznał się do czegoś, co wcześniej próbował za wszelką cenę ukryć. Jakby dopiero teraz był gotów na jej reakcję. Strach, stres i zmęczenie robią jednak swoje i Lily nie potrafi uporządkować rozbieganych myśli, określić jednoznacznie, co w tej sytuacji właściwie czuje.
— No, no. — Mulciber niespiesznie odchyla się z powrotem na oparcie krzesła, po czym dodaje cicho: — Mogłem się tego domyślić... Z moją szlamą nie było tak łatwo.
Lily podrywa gwałtownie głowę, a wzdłuż jej kręgosłupa przemyka lodowaty dreszcz.
— Twoja... — Urywa z rodzącym się w niej potwornym, mdlącym przeczuciem, straszną pewnością, że oboje wspominają w tym momencie to samo wydarzenie.
— Niedawno ją odwiedziłem — rzuca jakby mimochodem śmierciożerca z błyskiem okrutnej uciechy w oku. — Nie była zadowolona z tej małej niespodzianki. Podobnie jak ty, nigdy nie znała się na żartach.
Lily zaciska dłonie na krawędzi stołu, lecz wciąż pulsująca bólem szyja oraz wizja ponownie zatrzaskujących się wokół niej palców powstrzymuje ją przed napluciem mu w twarz. Pamięta, jak blisko miesiąc temu czytała o zaginięciu Mary Macdonald w „Proroku". Patrząc na zamieszczone w gazecie zdjęcie swojej dawnej koleżanki ze szkoły, na jej białą, drobną twarz i nieśmiały uśmiech, zastanawiała się ze smutkiem, jaki spotkał ją los. Podobno Syriusz, zaraz po ukończeniu Hogwartu, proponował Mary wstąpienie do Zakonu Feniksa. Odmówiła.
— Twój łącznik niespecjalnie się spieszy — zauważa znudzonym tonem Snape, po czym unosi drwiąco brew. — Zabłądził?
Lily podejrzewa, że chciał szybko zmienić temat.
— Powinien już tu być. — Mulciber spogląda ze zniecierpliwieniem na tarczę wyciągniętego z kieszeni zegarka. — Nie mam ochoty spędzić w tej dziurze całego dnia. A skoro jesteśmy przy tym temacie... — Zerka przelotnie na Snape'a. — Jak wyjaśnisz Dumbledore'owi jej nieobecność?
— Niech cię o to głowa nie boli. Dumbledore nie wie, że odwiedzaliśmy tamtego mugola, i gwarantuję, że nieprędko się o tym dowie.
— A inni? Czy ktoś inny wie, gdzie byliście?
Severus przekrzywia lekko głowę, przyglądając się drugiemu mężczyźnie z trudną do rozszyfrowania miną.
— Zacząłeś mieć wątpliwości, Aron? — pyta aksamitnie łagodnym głosem, lecz tym razem pobrzmiewa w nim również ciemniejsza nuta.
— Słuchaj... Mam w dupie, co tam sobie opowiadacie na sesyjkach tego śmiesznego Zakonu — odpowiada defensywnie i zaskakująco nerwowo Mulciber. — Nie obchodzi mnie, co dokładnie stało się w Noc Duchów i jakim cudem ten szczeniak przeżył Avadę, a Czarny Pan rozpłynął się w powietrzu. Wiem tylko, że twoja szlama zrobiła się ostatnio bardzo popularna i szuka jej wielu ludzi. A od jakiegoś czasu jedna osoba szuka jej bardzo, bardzo intensywnie...
Lily przełyka ślinę, nadziewając się na jego przeszywające spojrzenie.
— Co ci obiecał? — Snape leniwie przetacza swoją różdżkę między palcami, śledząc uważnie jej ruch.
— To, co tobie Dumbledore — oznajmia z wciąż wyraźnym wyrzutem Mulciber. — Czyste konto. Nową tożsamość.
— Masz jakieś podejrzenia, kto to jest?
— Myślisz, że przysyłałby tu swojego pośrednika, gdyby chciał, żebym coś podejrzewał? — prycha kpiąco śmierciożerca. — Zresztą, gówno mnie to obchodzi. Tego typu wiedza może być bardzo niebezpieczna. — Ponownie sprawdza godzinę na kieszonkowym zegarku. — Gdzie on się, kurwa, podziewa? Miał przybyć zaraz po otrzymaniu wiadomości... Chyba że... — Nieoczekiwanie urywa.
Snape powoli odwraca się w jego stronę.
— Chyba że...?
— Chyba że nie jest pewny lojalności wszystkich uczestników planu — mówi z namysłem Mulciber, wbijając w niego nieprzenikniony wzrok.
Następne zdarzenia rozgrywają się tak szybko, że świadomość Lily rejestruje tylko rażący, brutalnie wciskający się w oczy błysk, a ułamek sekundy później huk, gdy głowa śmierciożercy uderza z ogromną prędkością i siłą o blat stołu. Różdżka mężczyzny wysuwa mu się z ręki i z głuchym stuknięciem upada na podłogę. Lily podskakuje, prawie zlatując z krzesła. W pierwszej chwili nawet nie próbuje zgadywać, co się właśnie stało. Przez jej zdezorientowany umysł przetacza się gwałtowna nawałnica myśli i emocji. Spod jasnych loków Mulcibera wypływa ciemna struga krwi. Lily patrzy na nią w oszołomieniu, dopóki jej uwagi nie przyciąga wstający z krzesła Snape.
Jest coś całkowicie obcego i absolutnie przerażającego w jego zamarłej w morderczym skupieniu twarzy. Oczy Severusa pociemniały, a rysy skamieniały w grymasie niewypowiedzianej złości, jakby nagle opadła maska, za którą musiał się długo ukrywać. Nie jest pewna, czy odczuwa on w tym momencie cokolwiek oprócz chęci zabijania.
— Wybacz to małe przedstawienie — odzywa się wreszcie zadziwiająco opanowanym głosem Snape — ale obawiam się, że nie dało się go uniknąć.
