Zapomniałam o tym wspomnieć ostatnio, a być może kogoś to interesuje – przekroczyliśmy już połowę opowiadania.

Betowała Pantera.

34.

Bojąc się głębiej odetchnąć czy choćby mrugnąć, Lily obserwuje, jak Severus wstaje i bez pośpiechu obchodząc stół, zatrzymuje się obok nieruchomego ciała Mulcibera. Nachyla się nad nim i przez moment z wyraźnym wstrętem bada wzrokiem jego twarz, po czym bez ostrzeżenia patrzy prosto na nią. Wszystkie jej myśli wracają natychmiast na swoje miejsce i zalewają umysł, jakby nagle pękła powstrzymująca je tama. Lily odzyskuje władzę nad ciałem i błyskawicznie zrywa się z krzesła, robiąc kilka kroków do tyłu. Nie potrafi zignorować tego, jak groźnie wygląda pochylony nad unieszkodliwionym śmierciożercą Snape. Zupełnie nie wie, czego może się po nim spodziewać. Ogarnia ją lęk, gdy uświadamia sobie, że zostali w pokoju praktycznie sami. W napadzie paniki wsuwa dłoń do kieszeni kurtki, gorączkowo szukając na dnie wisiorka w kształcie feniksa. Z przerażeniem odkrywa, że go tam nie ma. Snape prostuje się i rusza w jej stronę, unosząc rękę.

— Nie dotykaj mnie — ostrzega Lily, walcząc z więznącym w gardle głosem.

Severus przystaje, a jego palce, które już znajdowały się zaledwie dwa cale od jej policzka, prędko odskakują, jakby się sparzył. Potrząsa lekko głową, odganiając jakąś myśl, po czym zsuwa spojrzenie na jej szyję i krzywi się.

— Musisz stąd szybko zniknąć — mówi, opuszczając rękę z widoczną rezygnacją. — Zanim zrobi się naprawdę nieprzyjemnie.

Lily wpatruje się w niego szeroko otwartymi oczami, zupełnie nie rozumiejąc, co przed sekundą powiedział.

— Kiedy wyjdziemy z tego pokoju, skręcisz w prawo — ciągnie Snape, najwyraźniej biorąc jej milczenie za bezwolną akceptację. — U wylotu korytarza pójdziesz w lewo. Na końcu po prawej stronie będzie kuchnia. Skorzystasz z tylnych drzwi i na zewnątrz natychmiast teleportujesz się z powrotem do Hogwartu.

— Co...? — pyta bezradnie Lily.

— Tylne drzwi, kuchnia. — Snape marszczy brwi, a w jego suchy ton wkrada się nuta zniecierpliwienia. — Ja w międzyczasie zajmę się tymi w holu... i posłańcem — dodaje po krótkiej przerwie ze złowrogim, zimnym błyskiem w oku.

Spojrzenie Lily przeskakuje od bezwładnego ciała śmierciożercy tuż za plecami Severusa do jego twarzy, na której dopiero teraz zauważa subtelne oznaki zdenerwowania. Powoli zaczyna coś do niej docierać, a rodząca się w jej umyśle odpowiedź przypomina mozolne wybudzanie się z głębokiego snu. Czuje się coraz bardziej jak idiotka.

— Ty... — Odruchowo oblizuje spierzchnięte wargi. — Czy ty to wszystko...?

— Wszystko ci wytłumaczę, przysięgam — zapewnia Snape, na chwilę zaciskając dłonie w pięści, jakby znów powstrzymywał się przed wyciągnięciem ich w jej kierunku. Dawno nie słyszała w jego głosie czegoś tak bardzo przypominającego szczerą troskę. — Odpowiem na każde twoje pytanie w zamku... jeśli oczywiście będziesz chciała mnie wysłuchać. Ale teraz musisz stąd uciekać.

W sercu Lily od początku ich rozmowy toczą ze sobą zażartą bitwę różne, wykluczające się wzajemnie emocje, od uspokojenia po całkowicie uzasadniony gniew, ale w tym akurat momencie wygrywa zwykła złość.

— Sam mnie w to wplątałeś, a teraz każesz mi uciekać? — atakuje go, starając się jednak mówić półszeptem w obawie przed krążącymi zapewne gdzieś w pobliżu towarzyszami Mulcibera. — Co ty w ogóle wyrabiasz?

Snape wydaje się poirytowany i jednocześnie mocno zbity z tropu jej niezrozumiałym uporem.

— Lily, proszę.

Bierz Harry'ego i...

— Nie — odpowiada mu z twardą determinacją. — Nigdzie nie pójdę.

— Z każdą sekundą jesteś w coraz większym niebezpieczeństwie — próbuje przekonywać ją jeszcze racjonalnym tonem Snape, lecz ona pozostaje nieugięta.

Teraz przejmujesz się moim bezpieczeństwem? — odcina się ostro. — A co z tobą? Zaplanowałeś już, w jaki sposób pokonasz w pojedynkę dwóch śmierciożerców?

Severus z początku sprawia wrażenie, jakby szykował się do odparcia ataku złośliwą ripostą, jednak jej ostatnie słowa musiały skutecznie rozproszyć jego uwagę.

— Martwisz się... o mnie? — pyta z wysiłkiem, starając się zamaskować niedowierzanie.

Lily doskonale rozumie jego zdziwienie. Właściwie nie powinna mieć oporów przed rzuceniem go na pastwę losu po tym, jak wykorzystał ją do swoich prywatnych porachunków, bez wahania narażając na niebezpieczeństwo i pozostawiając z druzgocącą myślą, że kolejny raz została zdradzona. Jak zupełnie zlekceważył jej uczucia, gdy ona ze wszystkich sił próbowała mu na powrót zaufać. Ma ochotę eksplodować kotłującą się w niej wściekłością, ale nie może, bo wie, że ulga, którą również w tej chwili odczuwa, chociaż szczerze przez nią znienawidzona, jest prawdziwa.

— Wyda ci się to pewnie zaskakujące, ale mam opory przed wykorzystywaniem ludzi w charakterze przynęty... nawet jeśli na to zasługują. — Nie potrafi sobie odmówić wetknięcia mu szpilki, choć przypuszcza, że i tak mało go to zaboli. — Więc albo uciekasz razem ze mną albo ja zostaję z tobą.

Tak bardzo chciałaby móc cofnąć czas i tamtej nocy wykrzyczeć to w twarz Jimowi... Odważnie stanąć u jego boku, by wspólnie z nim ponownie zmierzyć się z przeznaczeniem. Zaraz jednak w tyle jej głowy pojawia się inna myśl, która na nowo budzi w niej wątpliwości i wyrzuty sumienia, rozpaczliwa myśl o Harrym, osieroconym, samotnym, dorastającym bez opieki rodziców. I znów, jak zawsze, jest rozdarta.

Snape przygląda się jej w napięciu, z odrobiną zaskoczenia, i Lily przelotnie zastanawia się, czy wyczuwa w powietrzu targające nią rozterki, czy może uważa jej zachowanie za jakiś rodzaj pokrętnej, wyrafinowanej zemsty.

— Oddaj mi moją różdżkę — żąda stanowczym tonem, nie czekając, aż mężczyzna zareaguje w bardziej zdecydowany sposób.

Severus zaciska usta i nieznacznie mruży oczy, ale bez słowa sprzeciwu spełnia jej polecenie. Gdy palce Lily wreszcie oplatają znajome, smukłe drewno, momentalnie wstępuje w nią otucha, a obezwładniający ją lęk przynajmniej częściowo ulatuje. Posyła Snape'owi ciężkie, nieprzyjazne spojrzenie. Tym razem się nie zawaha. Jeśli znowu ją oszukuje... dalej sobie z nią pogrywa... jej odpowiedź będzie błyskawiczna. Już teraz świerzbią ją dłonie i jedynie ostatkiem sił powstrzymuje się przed serdecznym podziękowaniem mu za dzień pełen wrażeń.

Snape odwraca się do niej tyłem i celuje swoją różdżką w Mulcibera. Z jej końca wylatują liny, które ściśle oplatają ciało śmierciożercy, krępując jego kostki u nóg i nadgarstki oraz kneblując usta.

— Czy on...? — Lily mimo woli omiata wzrokiem ciemną plamę rozlanej na blacie stołu krwi.

— Żyje — informuje zdawkowo Severus.

Słysząc to, Lily podchodzi do Mulcibera i z wściekłością wymierza mu silne kopnięcie w łydkę.

— To za Mary, ty podły sukinsynu! — cedzi, walcząc z samą sobą, aby nie użyć na nim klątwy.

Snape unosi brew.

— On tego nie czuje.

— Poczuje, jak się obudzi — mówi Lily, nie kryjąc mściwej satysfakcji. Spogląda niechętnie w jego stronę. — Co zamierzasz z nim zrobić?

— Zostawić w prezencie Zakonowi. — Snape szybkim ruchem różdżki transmutuje swój mugolski płaszcz w czarną pelerynę z kapturem, po czym bierze ze stołu rzuconą tam wcześniej przez Mulcibera maskę i przez chwilę waży ją w dłoni. — Nie jest mi już potrzebny — mówi, chowając za nią twarz.

— Pasuje jak ulał — zauważa cierpko Lily, gdy znów się ku niej odwraca, nie potrafi jednak stłumić przebiegającego jej po plecach dreszczu.

— To uniwersalny rozmiar. — Głos Severusa jest lekko zniekształcony, ale wyraźnie dźwięczy w nim nuta sarkazmu. Żeby odgryzać się jej w takich okolicznościach... Zdecydowanie nie brak mu tupetu.

Snape wymija ją i staje tuż przed drzwiami, kładąc dłoń na klamce. Przysuwa ucho do drewna i przez kilka długich sekund nasłuchuje odgłosów z drugiej strony, unosząc w pogotowiu różdżkę. Lily łapie się na tym, że bezwiednie robi to samo. Wstrzymuje oddech, jakby zbyt głośne westchnienie mogło ich zdradzić. W końcu Severus uchyla ostrożnie drzwi i przez wąską szczelinę wygląda na korytarz.

— Czysto. — Zerka na nią przez ramię. — Pójdę pierwszy, trzymaj się za mną. I ukryj różdżkę. Aha. — Sięga za pazuchę i chwilę później, jak gdyby nigdy nic, wyciąga stamtąd wisiorek w kształcie feniksa. — Może ci się przydać.

Lily czuje, jak ze złości płoną jej policzki. Rzeczywiście, wszystko sobie dokładnie zaplanował. Musiał skorzystać z okazji i zaopiekować się nim, gdy ją złapał i powstrzymał przed upadkiem. Chwyta irytująco kołyszący się jej przed nosem wisiorek i wyrywa mu go z dłoni. Całe szczęście, że chociaż nie musi oglądać w tym momencie wyrazu jego twarzy.

Kiedy wyślizgują się na zewnątrz, w pierwszym momencie Lily wydaje się, że na korytarzu panuje absolutna cisza. Od razu budzi to w niej obawy. Gdzie zniknęli koledzy Mulcibera? — zastanawia się nerwowo, między jednym niespokojnym uderzeniem serca a drugim, próbując opanować wyczulone niemal do granic możliwości zmysły. Wytęża jeszcze bardziej słuch i nagle do jej uszu dobiega odległy odgłos kroków niosący się z holu na wprost nich. Snape z rozmysłem idzie samym środkiem korytarza, tak aby ciężko było jej się z nim zrównać. Posuwa się do przodu, nie czyniąc prawie żadnego hałasu, niemal bezszelestnie, jakby unosił się nad ziemią. Lily odnosi niemiłe wrażenie, że w porównaniu z nim skrada się tak potajemnie jak buchorożec.

Gdy są na tyle blisko, że docierają do nich strzępy ściszonych rozmów śmierciożerców patrolujących hol, Snape niespodziewanie staje w miejscu. Lily zagapia się i prawie na niego wpada, ledwo tłumiąc okrzyk zaskoczenia.

— Na co czekasz? — syczy, cofając się.

— Tylne drzwi, kuchnia — słyszy w odpowiedzi złowieszczo spokojny głos Snape'a i nie ma szans na jakąkolwiek reakcję.

W jednej sekundzie czuje, jak w klatkę piersiową uderza ją podmuch gorącej energii, a już w następnej leży kilkadziesiąt stóp dalej na plecach, podziwiając rysy na suficie. Nie zdołała nawet odnotować momentu, w którym rzucił zaklęcie. Kiedy tylko świat przestaje szaleńczo wirować wokół niej, bez namysłu zrywa się z ziemi, zmuszając ciało do posłuszeństwa, ale Severus znika właśnie za wyrastającą tuż przed nim magiczną barierą, przypominającą roziskrzoną, gładką taflę lodu.

— Nie! — Z gardła Lily wyrywa się jęk, który natychmiast przeradza się w warknięcie.

Zanim dopada bariery, zajmuje już ona całą przestrzeń między podłogą, sufitem i ścianami, skutecznie blokując drogę do holu. Bezsilnie uderza w nią parokrotnie pięściami z nikłą nadzieją, że być może popęka jak lód, aż za którymś razem przypomina sobie, że przecież ma różdżkę.

Finite Incantatem! Confringo! Defodio! Reducto, do cholery!

Ciskane przez nią kanonadą zaklęcia rozbijają się o wyczarowaną zaporę, posyłając na boki syczące snopy różnokolorowych iskier. W desperacji sprawdza kopnięciem, czy bariera choć trochę nie osłabła. Widzi po drugiej stronie rozmazaną, malejącą sylwetkę Snape'a. Niech cię szlag... Ma ochotę obrzucić go stekiem wyzwisk, chociaż podejrzewa, że magiczna bariera jest dźwiękoszczelna i w związku z tym na niewiele by się to zdało. Ty uparty dupku, powtarza w kółko w myślach, na zmianę z gniewem i z rozpaczą. Ty głupi, uparty dupku. Odsuwa się i otaksowuje ścianę lodu wzrokiem, szukając jej słabych punktów, najmniejszej szczeliny, którą mogłaby wykorzystać do przedarcia się na drugą stronę. Wydaje ci się, że jesteś taki sprytny? Lily zaciska zęby. Nie ma nawet czasu, by zastanowić się dłużej nad tym, dlaczego w ogóle chce biec mu z pomocą, bo nagle przychodzi jej do głowy pewien pomysł. Gdyby tylko przypomniała sobie odpowiednio potężne zaklęcie...

Alohomora!

Popycha ramieniem drzwi po swojej prawej stronie i wpada z impetem do znajdującego się za nimi pomieszczenia, które okazuje się dawnym gabinetem. Jak na złość, interesująca ją ściana jest zastawiona połamanymi meblami i na domiar złego dostęp do niej blokują sięgające nieomal sufitu stosy rupieci. Wybiega z powrotem na korytarz, aby sprawdzić, czy sytuacja wygląda tak samo w pokoju naprzeciwko. Postanawia, że jeśli nie będzie mieć wyboru, po prostu wywali dziurę w ścianie, nie zważając na żadne przeszkody i potencjalne zagrożenia.

Gdy szarpie brutalnie za klamkę, coś każe jej nagle zamrzeć w bezruchu. Przez sekundę jest przekonana, że umysł z nerwów zaczął płatać jej figle, ale wtedy słyszy to znowu – słaby dźwięk pozytywki. Piskliwie wygrywana melodia wznosi się i opada, urywa i rozbrzmiewa na nowo, rozsnuwając się po korytarzu jak smuga mgły. Przyciąga ku sobie.

Serce Lily gwałtownie przyspiesza, a oddech staje się płytki. Zaczynają jej drżeć ręce. Robi kilka niepewnych kroków naprzód i wyciąga przed siebie różdżkę, jakby spodziewała się, że zaraz ktoś wypadnie zza rogu i ją zaatakuje. Boi się i naprawdę wolałaby nie sprawdzać, skąd dolatuje ta muzyka, ale instynkt podpowiada jej, że to wcale nie musi być zasadzka śmierciożerców. Chociaż melodia wywołuje u niej dreszcz niepokoju, ma w sobie też jakiś przejmujący, wydobywający się z samego dna duszy smutek i nutę tęsknoty. Zapominając na chwilę o Severusie, Lily daje się jej poprowadzić w głąb dworu.

Ostrożnie sunie przed siebie, trzymając się blisko ściany i uważnie nasłuchując. Z każdym krokiem dźwięk pozytywki nabiera siły, jak gdyby karmił się jej ciekawością, aż wreszcie Lily staje przed zamkniętymi drzwiami na końcu korytarza. Głębokie zadrapania na ich powierzchni przypominają ślady po pazurach jakiejś bestii. Obok, na ścianie, wisi kolejny wahadłowy zegar, którego wskazówki również zatrzymały się na godzinie drugiej. Podchodzi powoli bliżej, by uchwycić inne dobiegające zza drzwi odgłosy, lecz rozbrzmiewająca już teraz wyraźnie melodia skutecznie to uniemożliwia. Lily przełyka ślinę, po czym z wahaniem przyklęka i nachyla się ku dziurce od klucza, chcąc zajrzeć do środka. Przez ułamek sekundy widzi skąpane w dziwnie zimnym blasku świec wnętrze pokoju. Chwilę później zasłania je czyjeś oko.

Z okrzykiem strachu przewraca się na podłogę i w popłochu odczołguje do tyłu, chowając za różdżką jak za tarczą. Uszy wypełnia jej szaleńczy łomot serca, tak że ledwo dociera do niej cichy, zdławiony głos zza drzwi:

— Pomóż mi, proszę... Wiem, że nie jesteś jedną z nich... Błagam, zabierz mnie stąd... — Melodia zamiera, a kobieta po drugiej stronie zaczyna płakać.

Lily wpatruje się wytrzeszczonymi oczami w drzwi, chwytając rozedrganymi haustami powietrze. Paraliż, który wcześniej ogarnął jej ciało, stopniowo ustępuje, pozostawiając po sobie zatrute, zgorzkniałe uczucie, zrozumienie zbrukane pasmem przygnębienia. Dźwiga się na kolana i ponownie przybliża twarz do dziurki od klucza.

— Czy jesteś tam sama? — pyta szeptem.

— Tak... Proszę, nie zostawiaj mnie tutaj... — szlocha kobieta, a jej łamiący się z rozpaczy głos ściska Lily za serce.

— Nie zostawię cię, przyrzekam — uspokaja ją, usiłując odzyskać wewnętrzną równowagę i zachować chłodny osąd sytuacji. — Zaraz spróbuję cię uwolnić, odsuń się. — Lily wstaje, mierząc różdżką w klamkę. — Alohomora!

Drzwi nie ustępują. Marszczy brwi i rzuca jeszcze kilka innych zaklęć odblokowujących, które przychodzą jej akurat do głowy, zanim ostatecznie traci cierpliwość.

Sezam Materio!

Zamek z hukiem eksploduje, a Lily natychmiast silnym pchnięciem otwiera drzwi i wbiega do pokoju. Pomieszczenie jest niemal zupełnie puste i pozbawione okien, a wypełniającą je ciemność rozprasza chybotliwa łuna dziesiątek palących się błękitnym płomieniem świec. Jej spojrzenie pada najpierw na stojące pod ścianą łoże z baldachimem, a następnie na kulącą się za nim, jak zaszczute zwierzę, drobną postać.

Kobieta jest młoda, prawdopodobnie w wieku Lily. Ma na sobie czarną, staroświecką suknię z szerokim dekoltem, która wydaje się na nią o wiele za duża i przywodzi na myśl kreacje noszone przez czystokrwiste babcie Jamesa z rodowych portretów. Jej wykrzywiona przerażeniem twarz jest kredowobiała i w półmroku pokoju przypomina księżyc świecący jasno na nocnym niebie. Lily rusza ku niej wolno, opuszczając różdżkę i uważając na każdy swój krok. Nie potrafi się oprzeć wrażeniu, że kobieta kogoś jej przypomina, lecz rozpoznaje ją dopiero, gdy ta unosi głowę i jej rysy oświetla blask świec.

— Mary? — upewnia się, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. — Mary Macdonald? — Przyklęka i wyciąga rękę w jej kierunku, ale kobieta wzdryga się i odsuwa, uciekając przed dotykiem. — To ja, Lily Potter... Evans — mówi Lily, szybko cofając dłoń. — Pamiętasz mnie, Mary, prawda?

Nawet przy tak słabym świetle zauważa na jej ramionach i szyi ciemne sińce, a na dolnej wardze głębokie rozcięcie. Z moją szlamą nie było tak łatwo. Ty chory skurwysynu, myśli Lily, z ogromnym trudem hamując rozsadzający ją od środka gniew i przemożną ochotę, aby wrócić do pokoju, gdzie leży Mulciber, i tym razem na dobre rozwalić mu łeb.

— Lily... — powtarza nieobecnym tonem Mary, jakby coś sobie z trudem przypominała, po czym niespodziewanie rzuca się jej na szyję.

Lily jest tak zaskoczona tą reakcją, że niewiele brakuje, by wywróciła się na podłogę, jednak w ostatniej chwili łapie równowagę. Nie są przyjaciółkami, a w szkole nigdy nie były szczególnie bliskimi koleżankami, ale teraz, z całej siły odwzajemniając kurczowy, niemal bolesny uścisk Mary, stara się jej przekazać tyle ciepła i serdeczności, ile tylko może.

— Z-zabrał i złamał mi różdżkę... — chlipie kobieta w jej ramię, trzęsąc się jak w gorączce. — Z-została mi t-tylko ta... ta głupia, żałosna pozytywka... T-tylko to potrafię bez... A-ale otaczały mnie same potwory... On... On był najgorszy...

Zrozumienie, o czym mówi Mary, zajmuje Lily trochę czasu. Przywołuje z pamięci strzępy posiadanej przez nią wiedzy na temat magii bezróżdżkowej; zbiór luźnych informacji o tym, jak niektórzy obdarzeni wyjątkową empatią czarodzieje są w stanie przekazywać swoje emocje na przykład za pomocą muzyki, wplatać je pomiędzy nuty i w ten sposób oddziaływać na inne, wrażliwe osoby. Zerka na stojącą na ziemi pozytywkę z pozbawionym jednego skrzydła aniołem i ogarnia ją wzruszenie, które jednak prędko przegania. Odsuwa od siebie Mary na odległość ramienia i patrzy jej poważnie w oczy.

— Wszystko będzie dobrze. — Wargi Lily bezradnie drżą, gdy próbuje się pocieszająco uśmiechnąć. — Byłaś bardzo dzielna, ale teraz musisz stąd uciekać. — Pomaga podnieść się Mary z podłogi, a następnie ściąga z łóżka koc i szczelnie ją nim otula. — Na zewnątrz jest zimno — wyjaśnia i ponagla: — Chodźmy.

Po wyjściu z dusznego, zaciskającego się wokół nich niczym więzy pomieszczenia Lily odruchowo zwraca głowę w stronę holu, tłumiąc pod nosem przekleństwo na widok wciąż zagradzającej drogę magicznej bariery. Zastanawia się z niepokojem, czy Snape walczy już ze śmierciożercami czy raczej zdecydował się użyć podstępu i uderzyć z zaskoczenia. Ma nadzieję, że wybrał ten drugi sposób i że zdąży wrócić, żeby mu pomóc. Tylne drzwi, kuchnia. Lily cicho wzdycha, po czym spychając na bok rozterki, prowadzi Mary we wskazanym przez Severusa kierunku. Nie spodziewała się, że jego informacje koniec końców okażą się przydatne.

Korytarz, w który skręcają, jest szerszy od poprzedniego i nieznacznie wyższy. Lily długo go obserwuje, wyglądając czujnie zza rogu, zanim stwierdza, że nic im nie grozi. Idzie pierwsza, osłaniając chwiejącą się na nogach Mary. Nie potrafi przestać roztrząsać cząstką umysłu tego, jaki koszmar musiała przeżywać kobieta przez ostatnie tygodnie. Żałuje, że nie może pozwolić jej najpierw przyjść do siebie i poukładać myśli, ale nie mają na to czasu. Skoro był tutaj Mulciber, to gdzieś musi znajdować się i druga połowa jego mózgu, Avery, a Lily bardzo nie chciałaby na niego wpaść. Pamięta, że jeszcze w szkole ci dwaj zawsze trzymali się razem... i niestety, w późniejszych latach często towarzyszył im Severus. Odganiając ponure wspomnienia, zaczyna bezgłośnie liczyć pod nosem mijane po prawej stronie drzwi. Podskakuje, słysząc nagle za plecami głuche uderzenie i zduszony jęk. Obraca się na pięcie, gotowa na odparcie ataku, lecz okazuje się, że to Mary potknęła się o skraj koca i upadła na podłogę.

— Wszystko w porządku? — Lily kuca tuż obok, pomagając się jej pozbierać.

Mary jest śmiertelnie blada i ma trudności z zaczerpnięciem tchu. Wygląda, jakby na chwilę zapomniała, gdzie się właśnie znajduje.

— Kręci ci się w głowie? — dopytuje z troską Lily, delikatnie obejmując kobietę w pasie, aby dźwignąć ją na nogi. — Jeszcze tylko kawałek...

W chwili gdy podnoszą się z ziemi, pada na nie długi cień. Lily drętwieje, czując każdym fragmentem skóry, jak ciemność wokół zaczyna nagle pulsować, nabrzmiewa, pełznąc ze wszystkich kątów ku nim, by je połknąć. W jej uszach narasta szum. Odwraca się i zmusza do uniesienia wzroku. Na końcu korytarza, w pobliżu drzwi prowadzących do kuchni, stoi nieruchomo postać odziana w czarną pelerynę z kapturem. Twarz przybysza jest skryta za białą maską, która z tej odległości zdaje się do nich wykrzywiać w szerokim, makabrycznym uśmiechu.

— Severus? — pyta Lily z gasnącą nadzieją, choć podświadomość podpowiada jej już, że to nie on.

Ciężka cisza wystarcza za odpowiedź; sekundę później korytarz przecina ze świstem czerwony strumień światła.

Ciało Lily reaguje instynktownie. Uchyla się, a klątwa mija o cal jej głowę i uderza w ścianę, pozostawiając po sobie skwierczącą dziurę. Czuje intensywny, drażniący nozdrza swąd spalonych włosów, ale nie jest w stanie poświęcić temu należytej uwagi, bo z naprzeciwka pędzą kolejne wiązki energii.

Protego! — Bombardują wzniesioną przez nią naprędce barierę ochronną z tak szaloną mocą, że Lily z wysiłku aż zgina się w pasie, próbując utrzymać swoje zaklęcie. — Uciekaj! — woła przez ramię do przyglądającej się jej z przerażeniem Mary. — Biegnij!

Nie ma już okazji, by śledzić reakcję kobiety, bo następny promień światła roztrzaskuje barierę na kawałki. Wirujące w niekontrolowany sposób iskry magii buchają jej prosto w twarz. Zaciska powieki i krztusząc się, wpada na ścianę. Na oślep wyczarowuje nową osłonę. Wie, że nie wytrzyma długo tego ostrzału. Przeciwnik nie chybia i posyła serię klątw z bezwzględną, zabójczą precyzją, jakby otworzył do niej ogień z karabinu maszynowego. Co gorsza, rzuca je w całkowitym milczeniu, niewerbalnie, przez co nie daje jej żadnych szans na przygotowanie odpowiedniej obrony. Zatacza się z boku na bok, spychana w dół korytarza, potykając się o własne nogi i coraz bardziej desperackimi ruchami odbijając napierające na nią fale brutalnej mocy. Ma okropne wrażenie, że za każdym razem różdżka Jima ugina się z głuchym jękiem, jakby miała za moment pęknąć i rozpaść się jej w dłoni. Sekunda nieuwagi wystarcza i ziemia ucieka jej spod stóp. Lily traci równowagę, ciężko upadając na plecy. Kręgosłup natychmiast przeszywa szpikulec bólu. Mocniej zaciska palce na różdżce, żeby tylko nie wyślizgnęła się jej z ręki. Widzi, że przeciwnik już się zbliża; nadchodzi ku niej szybkim krokiem, najwyraźniej szykując się do zadania ostatecznego ciosu. Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę z tego, że nie celuje w nią. Przekręca głowę, by spojrzeć do tyłu. Ze strachu ogarniają ją mdłości.

Nieco dalej, na środku korytarza stoi Mary. Jest całkowicie odsłonięta i wystawiona na łatwy strzał. Okrywający ją koc zsunął się na podłogę, odsłaniając jej szczupłe ramiona i wystające, posiniaczone obojczyki. Wpatruje się szeroko rozwartymi oczami w śmierciożercę, jakby nie do końca docierało do niej, co się dzieje. Lily wyczuwa każdym nerwem i każdym napiętym mięśniem, jak jej ciało na nowo budzi się do życia. Czuje rozrywającą ją od środka magię, gniewną, chaotyczną, surową moc, która próbuje wydostać się na zewnątrz. Kiedy przeciwnik posyła w bezbronną Mary klątwę, Lily jest już gotowa.

Drętwota!

Zaklęcia wpadają na siebie i z ogłuszającym trzaskiem wybuchają w powietrzu. Miejsce ich zderzenia przysłania na krótko woal błękitnej, rozmigotanej mgły. Głowa śmierciożercy obraca się gwałtownie w jej kierunku.

— Zabieraj od niej łapy — cedzi przez zęby Lily, zrywając się na równe nogi. — Expulso! Confringo!

Udaje mu się tylko częściowo odparować jej przepełniony wściekłością atak. Osłabiony promień któregoś z zaklęć przedziera się przez barierę ochronną i trafia go w twarz. Śmierciożerca wydaje z siebie cichy jęk, odruchowo unosząc ręce do policzków, a na podłogę spadają kawałki jego maski. Lily nie potrafi rzucać Niewybaczalnych, zawsze się nimi brzydziła, ale ma przeczucie, że gdyby teraz spróbowała, uległa instynktowi, bez najmniejszego problemu mogłaby zadać mu ból, na który zasłużył. Wystarczyłby jeden ruch różdżki... Jeden ruch, by dać upust wylewającej się z niej strumieniami złości.

Śmierciożerca unosi głowę i Lily po raz pierwszy widzi jego twarz. Zapamiętuje świeże ślady po młodzieńczym trądziku na policzkach i zaciśnięte w wąską kreskę usta. Jest młodszy od niej. Jej uchwyt wokół różdżki lekko słabnie. Chłopak wykorzystuje przelotną dekoncentrację Lily, by znów zaatakować, ale ona o ułamek sekundy go wyprzedza.

Expelliarmus!

Czar jest tak silny, że wyrzuca go rozbrojonego wysoko w górę. Lily widzi jeszcze, jak leci do tyłu nad ziemią, zanim uderza ją zaklęcie śmierciożercy. Na chwilę zapiera jej dech w piersi i zupełnie traci orientację. Dopiero nagła eksplozja bólu w boku uświadamia Lily, że znowu leży na podłodze. Niemal od razu z ukłuciem strachu zauważa, że nie ma różdżki. Śmierciożerca po drugiej stronie korytarza, który w pierwszym momencie sprawiał wrażenie nieprzytomnego, zaczyna się poruszać. Mamrocząc pod nosem przekleństwo, Lily przekręca się na brzuch, usiłując gorączkowo wypatrzyć w pobliżu zgubę. Zamiera, a jej wzrok powoli wędruje do góry.

Niedaleko stoi Mary, niepewnie trzymając w dłoni jej różdżkę. Głaszcze ją w zamyśleniu spokojnym, nieco ospałym ruchem, jakby nad czymś się zastanawiała. Lily podpiera się ramieniem i nagląco wyciąga rękę w jej stronę.

— Moja różdżka, Mary... Szybko, daj mi ją! — Spogląda nerwowo na wciąż lekko oszołomionego, lecz wolno dźwigającego się do pionu śmierciożercę. — Szybko!

Gdy kobieta patrzy na nią pustymi oczami, Lily rozumie, że popełniła śmiertelny błąd. Bezsilnie przygląda się, jak Mary unosi różdżkę.

Avada Kedavra!