Wrzucam zaległą aktualizację, a za kilka dni pojawi się nowy odcinek.
Betowała Pantera.
35.
Wszystko, co następuje potem, trwa zaledwie ułamek sekundy. Lily czuje na twarzy ciepły podmuch powietrza, gdy zielony strumień energii z przeszywającym świstem przelatuje nad jej głową, a następnie słyszy za plecami łoskot upadającego na podłogę ciała. W ciszy, która zalega na korytarzu, unosi się jedynie przyspieszony oddech Mary. Lily wsłuchuje się w niego przez chwilę w dziwnym otępieniu, po czym podpiera drżącymi rękami i przełykając jęk bólu, powoli dźwiga na nogi. Z mocno bijącym sercem podchodzi do zastygłej w bezruchu kobiety, która wciąż kurczowo ściska w dłoni różdżkę, jakby od tego zależało jej życie.
— Powiedział, że ich pozabija… — Mary wpatruje się niewidzącym wzrokiem w jakiś odległy punkt w głębi korytarza. — Zabije wszystkich po kolei, a ja będę patrzeć, jeśli... jeśli nie...
— Już dobrze — mówi Lily uspokajającym tonem, dotykając lekko jej dłoni. — Już dobrze — powtarza szeptem, jakby nuciła Harry'emu do snu.
Gdy uchwyt Mary słabnie, Lily ostrożnym i zarazem zdecydowanym ruchem wysuwa różdżkę spomiędzy jej palców. Dopiero wtedy zbiera się na odwagę i ogląda przez ramię. Widok leżącego twarzą do ziemi śmierciożercy budzi w jej umyśle ciągle żywe, wywołujące mdłości wspomnienie tonącego w zieleni korytarza i głuchego uderzenia. Natychmiast ściska ją w dołku.
— Kiedy przyszedł do mnie tamtej nocy, zawahałam się — wyznaje Mary, przyciągając z powrotem jej uwagę. Odwraca głowę i patrzy Lily prosto w oczy. Jej spojrzenie robi się nagle całkowicie przytomne i zimne jak stal. — Nie tym razem. Nigdy więcej.
Lily otwiera w szoku usta, ale nie wie, co powinna odpowiedzieć. Sytuacja wydaje się zupełnie nierealna. Przeraża ją nieludzki chłód bijący z oblicza Mary i wciąż nie do końca dociera do niej, że ta drobna, wyglądająca na bezbronną kobieta właśnie zabiła śmierciożercę.
— Chodźmy stąd — mówi po prostu, gdy wreszcie odzyskuje głos.
Jednak w tym momencie Mary niespodziewanie chwieje się, a oczy uciekają jej w głąb głowy. Lily wydaje zduszony okrzyk i odruchowo wyciąga ręce, aby ją podtrzymać. Razem osuwają się na podłogę.
— Mary?! O Boże, Mary... — Lily kładzie nieprzytomną kobietę na ziemi i w panice próbuje ją ocucić. — Mary, błagam, słyszysz mnie?!
— Nie słyszy, ale nic jej nie jest.
— Ty s... — Lily błyskawicznie odwraca się w kierunku nadciągających pospiesznie kroków i podrywa różdżkę. — To ty? — reflektuje się w porę, powstrzymując odruch, który nakazuje zasypać przybysza klątwami. — Co jej zrobiłeś?! — pyta z nieskrywaną złością. — Dlaczego...?
Snape przystaje tuż obok i wyrównując stopniowo oddech, patrzy z góry na Mary. Jego czarny płaszcz jest w kilku miejscach rozcięty i przypalony, a brodę przecina mu ciemna smuga krwi.
— Już mówiłem... Nic jej nie jest. Nie będzie tylko pamiętać ostatniej godziny. Tak jest lepiej... dla niej i dla nas. — W jego głosie daje się wyczuć wyraźne napięcie.
— Dla nas... Bo inaczej musiałbyś wytłumaczyć Albusowi, dlaczego wciągnąłeś mnie do swoich gierek ze śmierciożercami?
— Najpierw musiałbym mu wytłumaczyć, w jakim celu byłem z tobą bez jego wiedzy w domu niejakiego Richarda Fishera.
Lily momentalnie przechodzi ochota na drążenie tego tematu, choć nadal oburza ją, w jak bezceremonialny sposób Snape potraktował Mary; jakby była tylko nic nieznaczącą przeszkodą na drodze do realizacji jego pokrętnego planu. Krótka przerwa w kłótni pozwala jej ochłonąć i przetrawić to, co się właśnie wydarzyło. Dopiero teraz zaczyna do niej docierać, że Severus w ogóle wrócił i wyszedł z pojedynku ze śmierciożercami bez większego szwanku. Mimo wszystko odczuwa z tego powodu ogromną ulgę.
— W każdym razie, jeśli chciałeś nam pomóc, trochę się spóźniłeś — zauważa cicho, spuszczając wzrok na trzymaną w dłoni różdżkę.
James nigdy nikogo nią nie zabił. Świadomość, że została przed chwilą użyta do rzucenia Avady na człowieka, nieważne jak złego, napełnia Lily dojmującym uczuciem przygnębienia. Nie chciała śmierci tego chłopaka. W kluczowym momencie zawahała się i dlatego Mary zadecydowała za nią.
Snape nagle przyklęka i chwyta ją za ramiona. Lily niechętnie odwzajemnia jego spojrzenie i dopiero teraz z zaskoczeniem dostrzega, jak bardzo jest zdenerwowany. Twarz mężczyzny wykrzywia dziwny, trochę przerażający grymas, w którym zdają się mieszać ze sobą furia, rozpacz i strach.
— Miałaś iść prosto do wyjścia… Miałaś stąd uciekać! Mogłaś... — Severus urywa gwałtownie, jakby coś dławiło go w gardle. Jego dłonie zaciskają się mocniej na jej ramionach, gdy lekko nią potrząsa. — Dlaczego? Dlaczego nigdy mnie nie słuchasz?!
Lily wpatruje się w niego w osłupieniu, bojąc się zareagować w jakikolwiek bardziej stanowczy sposób. Nie spodziewała się, że zobaczy Snape'a tak rozbitego i całkowicie wytrąconego z równowagi; że jeszcze kiedyś tak mocno się przed nią odsłoni. Prawie wstrzymuje oddech, gdy Severus unosi rękę i muska jej włosy opuszkami palców. Lily wyczuwa w jego geście milczący żal i dopiero wtedy przypomina sobie, że prawdopodobnie z jednej strony spaliła je klątwa. Smutek Snape'a szybko przeradza się w ledwie tłumioną wściekłość.
— Twoje...
— To tylko włosy. Odrosną — zapewnia łagodniejszym tonem Lily, wchodząc mu w słowo. Próbując pozbierać rozproszone myśli, wskazuje palcem jego brodę. — Masz krew na twarzy.
Severus mechanicznie wyciera ją wierzchem dłoni i patrzy ponuro na pozostawiony na skórze czerwony ślad.
— To nie moja — komentuje obojętnie i wstaje. Wygląda, jakby wciąż dręczyła go jakaś niespokojna myśl.
— Co z kolegami Mulcibera? — rzuca Lily po chwili krępującego, przedłużającego się milczenia.
Snape odwraca się i rusza powoli w stronę martwego śmierciożercy.
— Nie żyją.
Lily mruga, z niedowierzaniem wbijając spojrzenie w jego plecy
— Nie mogłeś ich unieruchomić albo pozbawić przytomności? — pyta ostro. — Zakon stara się nie zabijać przeciwników.
Severus parska drwiąco.
— Zwłaszcza Evan Rosier mógłby coś na ten temat powiedzieć. Albo i nie — dodaje po krótkiej pauzie.
— To była... wyjątkowa sytuacja — tłumaczy szybko Lily. — Moody nie miał wyboru, Rosier nie chciał się poddać.
— Nie zdążyłem ich grzecznie poprosić.
— Zabijanie ludzi cię bawi?
Drażni ją jego kpiący ton i nie może pogodzić się z nieprzyjemną myślą, że Snape bez żadnych skrupułów rozprawił się ze swoimi dawnymi sprzymierzeńcami. Jednocześnie zastanawia się, dlaczego tak bardzo się tym przejmuje, przecież trwa wojna, a śmierć czarnoksiężnika z ręki członka Zakonu do tej pory nie budziła w niej nigdy aż takiego sprzeciwu. W przypadku Severusa jest jednak zupełnie inaczej. Wszystko, co robi, dotyka ją osobiście.
Snape zatrzymuje się nad ciałem śmierciożercy i zerka przelotnie w kierunku Lily.
— To była sytuacja: albo ja albo oni — odpowiada tym razem poważnie i bez cienia drwiny, chociaż z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Wolałabyś, żebym to ja zginął?
Nie czekając już na jej reakcję, klęka i pochyla się nad zwłokami. Lily przygląda się w milczeniu, jak szarpnięciem obraca śmierciożercę na plecy i zaczyna gorączkowo przeszukiwać jego kieszenie. W jednej z nich znajduje jakąś małą rzecz, którą unosi sobie na wysokość oczu. Wpatruje się w nią przez kilka sekund, po czym głośno wzdycha i w geście rezygnacji przejeżdża dłonią po twarzy. Lily, wiedziona ciekawością, zostawia nieprzytomną Mary i podchodzi bliżej. Zakładając ręce na piersi, wskazuje podbródkiem martwego śmierciożercę.
— Kto to jest? Znasz go? — Przełyka nerwowo ślinę. — Chyba nie jeden z twoich uczniów?
Snape wzdycha ciężko i podnosząc się, podaje jej lekko nadpalony skrawek pergaminu.
— Łącznik — odpowiada krótko.
Lily obraca pergamin w palcach i marszczy brwi. Czyli tajemniczy osobnik, o którym mówił Mulciber, postanowił się zjawić i na dodatek okazał się nim ten młody chłopak. Obserwując ponurą minę Snape'a, próbuje rozgryźć, jakie naprawdę były jego intencje.
— Za chwilę wezwę Zakon. — Severus przerywa jej rozmyślania. — Lepiej, żeby cię tutaj nie zobaczyli.
— Ten łącznik... — zaczyna Lily, jednak Snape od razu stanowczo ucina:
— Porozmawiamy w zamku.
— Ale...
Severus odwraca się i bez słowa wyczarowuje z różdżki patronusa. Widmowa pantera zwinnym ruchem odbija się od podłogi, a następnie mknie w powietrzu w dół korytarza, na samym końcu wskakując w ścianę. Nad ziemią jeszcze przez kilka sekund po jej zniknięciu unosi się pozostawiony przez nią srebrzysty pył. Lily rozumie, że nic już nie wskóra i dalsza dyskusja nie ma sensu. Rzuca ostatnie, zatroskane spojrzenie na wciąż nieprzytomną Mary, po czym mija nieruchomego Snape'a, kierując się pospiesznie w stronę drzwi do kuchni. Na zewnątrz natychmiast uderza w nią lodowaty wiatr, a od nadmiaru wrażeń kręci jej się w głowie. Łapie kilka głębokich oddechów, aby odzyskać spokój, i teleportuje się w okolice Hogwartu.
Tuż pod drzwiami swoich komnat prawie podskakuje ze strachu, gdy słyszy za plecami czyjś głos:
— Paskudna pogoda.
Mocniej naciąga kaptur na głowę, upewniając się, że nie widać jej włosów. W popłochu zerka przez ramię. Woźny patrzy na nią z ciekawością, wsparty na miotle, najwyraźniej czekając na jakąś odpowiedź.
— Tak, bardzo — wydusza z trudem i obdarza go bladym, lekko rozkojarzonym uśmiechem.
Kiedy tylko przekracza próg mieszkania, błyskawicznie przypada do niej Śmieszka, panikując i załamując ręce. Musi ją długo pocieszać i przepraszać za nieustanne przysparzanie jej zmartwień, zanim wreszcie uwalnia się z chudych, lecz zaskakująco silnych ramion roztrzęsionej i pochlipującej skrzatki. Na widok Harry'ego walczącego z klockami na dywanie w salonie serce Lily pęka. Mogła go już nigdy więcej nie zobaczyć. Gdy porywa dziecko z podłogi i z całej siły przytula, zamykając je szczelnie w swoich objęciach, gdy czuje wędrujące po jej twarzy i szyi małe, ciekawskie paluszki, przestaje powstrzymywać łzy. Tak niewiele brakowało...
— Koniec głupstw, skarbie, obiecuję — szepcze między jednym mokrym pocałunkiem a drugim. — Żadnych więcej głupstw.
