Betowała Pantera.
36.
Lily nachyla się nad umywalką i przygląda przez chwilę w lustrze ciemnym sińcom na swojej szyi. Ostrożnie dotyka jednego z nich, po czym natychmiast z cichym syknięciem cofa dłoń. Unikając własnego potępiającego spojrzenia, podciąga żółto-czarny szalik pod samą brodę i nerwowo przeczesuje palcami włosy. Klątwa śmierciożercy okazała się za mocna; nie odrosły mimo użycia wielu skomplikowanych zaklęć, więc z ciężkim sercem musiała je ściąć tuż poniżej uszu. Kiedy jej myśli znów zbaczają w kierunku niedawnych zajść, czuje narastającą pokusę, by sięgnąć do szafki po znajomą buteleczkę z ciemnozielonego szkła i nieco wygładzić kanciastą rzeczywistość. Nie... Nie teraz. Robi pół kroku do tyłu, przytrzymując zaczynającą drżeć rękę. Później, obiecuje błagalnie, nie bardzo wiedząc komu i co dokładnie. Musi to zwalczyć... zachować jasność umysłu. Opuszcza w pośpiechu łazienkę, zanim ma szansę zmienić zdanie.
Przystaje przy oknie w salonie i opierając się o mur, obserwuje tonące w strugach deszczu i zamieniające się powoli w morze błota błonia. Jest dziwnie znieczulona; ma wrażenie, że ponowna bliskość śmierci wypłukała z niej wszystkie silniejsze emocje takie jak strach czy złość, pozostawiając jedynie martwy spokój. Przymyka powieki i wtula nos w szalik, szukając z nadzieją zapachu Jamesa. Minęło już jednak zbyt dużo czasu i materiał pachnie tylko wilgotnym kartonem. Poza tym kiedy Jim był na jakimś meczu Os? Rok? Dwa lata temu? Kiedy widziała go na trybunach w tym szaliku? Wzdycha, otwierając oczy i z żalem pozwalając wspomnieniu zblednąć. Wydarzenia ostatnich kilku godzin to wszystko, co powinno ją teraz interesować. Mary, Mulciber, posłaniec, Severus... Musi jak najszybciej zdobyć brakujące informacje i połączyć wszystkie wątki w logiczną całość.
Drzwi otwierają się i ktoś bez zaproszenia wchodzi do jej komnat. Severus wiedział, że będzie na niego cierpliwie czekała. To nie było w końcu trudne do przewidzenia. Lilyprzysłuchuje się jego krokom na kamiennej posadzce, a następnie dywanie; prawie giną pośród wzmagającego się szumu wiatru i bębniącego o szybę deszczu. Zatrzymuje się w pewnym oddaleniu od niej, jakby nie śmiał podejść bliżej.
— Zrozumiem, jeśli już nigdy więcej nie będziesz chciała ze mną rozmawiać. — Snape mówi spokojnym, stanowczym głosem, z determinacją człowieka, który nie ma nic do stracenia. — Ale obiecałem ci wszystko wyjaśnić i chcę, żebyś mnie wysłuchała... żebyś usłyszała, dlaczego to zrobiłem.
Lily nie przestaje wpatrywać się jak zahipnotyzowana w ulewę za oknem, ale pochyla lekko głowę, dając mu znać, że może kontynuować. Chociaż to szalenie trudne, stara się nabrać do całej sprawy odpowiedniego dystansu i nie pozwolić, by emocje wzięły górę. Severus wypuszcza głośno powietrze i od razu przechodzi do rzeczy.
— Od dnia zniknięcia Czarnego Pana grupa czarnoksiężników pod przywództwem Mulcibera i Avery'ego ukrywała się przed Ministerstwem i mimo starań aurorów pozostawała nieuchwytna. Byłem przekonany, że uciekli z kraju, ale kilka dni temu niespodziewanie skontaktowali się ze mną, żądając pomocy. Wiedzieli, że jesteś w Hogwarcie. Domagali się ode mnie dowodu lojalności. — W głosie Snape'a pojawia się napięcie. — Nie działali z własnej inicjatywy. Ktoś wynajął ich, żeby do ciebie dotarli. Kontaktowali się z nim wyłącznie przez anonimowego pośrednika. Warunkiem układu było to, że nie może ci się stać krzywda. Prawdopodobnie ta osoba jest zainteresowana informacjami, które jej zdaniem posiadasz, i przynajmniej do czasu ich uzyskania nie chce twojej śmierci.
To pocieszające, myśli z ponurą ironią Lily, pocierając pokryte gęsią skórką ramiona. Po Nocy Duchów musiała znaleźć się na celowniku dosłownie wszystkich przebywających na wolności sług Voldemorta, którzy jeszcze wierzą w powrót swojego pana. Jedyna nadzieja w tym, że koncentrując się tak bardzo na niej, zapomną o Harrym.
— Z początku nie wiedziałem, co robić — ciągnie Snape takim tonem, jakby przyznanie się do momentu bezradności przychodziło mu z wyjątkowym trudem. — Mogłem odesłać Mulcibera i jego kompanów z kwitkiem i tym samym zakończyć swoją działalność dla Zakonu, bo wśród śmierciożerców nie miałbym już czego szukać. Mogłem też oczywiście opowiedzieć o wszystkim Dumbledore'owi i zdać się na jego przenikliwość. — Lily wyłapuje w tym stwierdzeniu wyraźną nutę drwiny. — Skutek byłby pewnie ten sam. Wiedziałem jednak, że niezależnie od tego, czy im pomogę czy nie, nie odpuszczą i będą szukali okazji, żeby cię dopaść. Nie byłem w stanie cię upilnować, a ty zdecydowanie nie ułatwiałaś mi zadania. Po zdobyciu adresu tego mugola nie chciałaś nawet słyszeć o pozostaniu w zamku.
Wspomnienie Severusa, który przez kilka dni dwoił się i troił, aby przekonać ją do nieopuszczania murów Hogwartu, wywołuje u Lily lekką konsternację. Była wtedy święcie przekonana, że robił to przede wszystkim z czystej animozji do Syriusza, a kwestie bezpieczeństwa stanowiły dla niego tylko wygodny pretekst. Dlaczego, do licha, o niczym jej nie powiedział? Czy w ogóle nie zasługiwała na jego zaufanie? Widocznie ufał mi jeszcze mniej niż ja jemu, podsumowuje zawiedziona.
— W międzyczasie robiłem wszystko, żeby poznać tożsamość poszukującego cię człowieka, ale środowisko śmierciożerców jest teraz w kompletnej rozsypce i wiele moich starych kontaktów urwało się. Ilekroć próbowałem sondować ten temat, napotykałem jedynie milczenie... gruby mur, jakby ta osoba w ogóle nie istniała. Mogło to oznaczać zarówno powszechną niewiedzę, jak i ogromny strach. Mulciber i jego banda byli tylko narzędziem, a ja musiałem wiedzieć... — Snape zawiesza na kilka sekund głos, po czym mówi z namysłem, bardziej do siebie niż do niej: — Doszedłem do wniosku, że mam tak naprawdę tylko jedno wyjście.
Zapewnić komuś bezpieczeństwo poprzez wcześniejsze narażenie go na śmierć? Lily wzdycha z głęboką irytacją, masując sobie skroń. Zgadza się, to mógł wymyślić jedynie pokrętny umysł Severusa. Postawił wszystko na jedną kartę — a przecież musiał zakładać też czarny scenariusz, na wypadek gdyby wszystko poszło źle. Czy naprawdę miał aż taką pewność co do powodzenia swojego planu, w którym ona odegrała rolę nieświadomej niczego przynęty? Śmierciożercy byli nieobliczalni, jak mógł wchodzić z nimi w jakiekolwiek układy? Dopiero po chwili dociera do niej, że przecież Snape, czy jej się to podoba czy nie, sam przez długi czas należał do tego środowiska i całkiem nieźle się w nim odnajdywał.
— Przypieczętowaliśmy umowę Wieczystą Przysięgą. Kiedy po raz kolejny oświadczyłaś, że wybierasz się do tego mugola, ze mną lub beze mnie, nie zaprotestowałem. Podałem Mulciberowi datę, godzinę i adres.
Lily przygryza wargę, poskramiając gwałtownie wzbierającą w niej niechęć. Snape wyznający z bolesną szczerością, że bez wahania wydał ją śmierciożercom, budzi w niej bardzo, bardzo nieprzyjemne uczucia, ale stara się teraz nie ulegać emocjom. Pamiętaj, dlaczego to zrobił, powtarza sobie w myślach jak mantrę. Cel uświęca środki, wersja ekstremalna.
— Miałem zostać z tobą i Mulciberem do czasu przybycia łącznika, jedynej osoby, która mogła rzucić więcej światła na tożsamość swojego zleceniodawcy. Niestety... jak się pewnie domyślasz... nie wszystko poszło tak, jak zakładałem. Mulciber zaczął się stawiać i od tego momentu byłem zmuszony improwizować. Resztę wydarzeń znasz... Łącznik zginął. Całkowita porażka — kończy Snape ze złością.
Lily zdążyła już z pewnym zaniepokojeniem zauważyć, że Severus swoim tokiem rozumowania drastycznie odbiega od dziewięćdziesięciu dziewięciu procent ludzi i wybiera rozwiązania, które nie przyszłyby do głowy nikomu innemu. Chociaż wytęża pamięć, nie przypomina sobie, by jako jej szkolny przyjaciel przejawiał nadmierną skłonność do ryzykownych zagrań, zwłaszcza kosztem innych; to cecha, którą musiał nabyć po ukończeniu Hogwartu, gdy zaczął na co dzień obracać się w niebezpiecznym towarzystwie. A może zwyczajnie kilka lat temu wielu aspektów jego osobowości nie dostrzegała? Może od początku niektóre rzeczy przed nią ukrywał? Próbuje myśleć w taki sam sposób jak on, jednak sprawia jej to ogromną trudność. Co zrobiłaby, będąc na jego miejscu? Bezwzględnie ostrzegła osobę, którą chciałaby chronić, przed grożącym jej niebezpieczeństwem — to oczywiste. Tylko co dalej? Czy wtedy odważyłaby się mimo wszystko pójść do domu Richarda Fishera? Czy zdobyłaby zeznania przybliżające Syriusza do wolności? Czy Mulciber i reszta zostaliby kiedykolwiek złapani? Co z Mary? A patrząc z punktu widzenia Severusa... Czy zaryzykowałaby dekonspirację dla jednej osoby? Czy miałaby prawo podjąć taką decyzję za cały Zakon, z którego ramienia działała? Im dłużej się nad tym zastanawia, tym bardziej jest przekonana, że przeżycie Mulcibera oznacza w tej sytuacji kłopoty. Uparcie powraca też do niej jak echo jej wymiana zdań z Minerwą, dotycząca sposobu na schwytanie przebywających na wolności śmierciożerców. Czy już sama przynależność do Zakonu nie stawiała ich wszystkich w ryzykownym położeniu? Potrząsa lekko głową, jakby to mogło pomóc w pozbyciu się z umysłu nadmiaru pytań. Skąd w niej ta dziwna potrzeba usprawiedliwiania Snape'a i zrozumienia kierujących nim motywacji? Na litość boską, przez niego prawie zginęła! Nie ma obowiązku słuchać żadnych wyjaśnień i powinna w zasadzie wyrzucić go za drzwi. Znów jednak wspomina chwile tuż po śmierci łącznika, gdy Severus przyklęknął koło niej i chwycił ją za ramiona z tym szczególnym wyrazem twarzy, którego zupełnie się nie spodziewała. Tak patrzyła na nią wcześniej tylko jedna osoba — tak patrzył na nią tylko Jim.
Od tej absurdalnej myśli uwalnia ją nagły ruch Snape'a, który spostrzega kątem oka. Severus zaczyna wycofywać się w kierunku drzwi. Najwyraźniej zinterpretował jej przedłużające się milczenie jako zakończenie tematu i przy okazji znajomości. Lily uświadamia sobie, że nie chce, aby wychodził. Nie chce ostatecznie zrywać łączącej ją z Severusem więzi, choćby później miała tego jeszcze dziesięć razy żałować. Myśli o latach ich rozłąki, wszystkich tych chwilach, kiedy martwiła się o jego los, rozżalona i wściekła na siebie, że nie jest w stanie nic zrobić. To nie może się tak skończyć. Po prostu nie może.
Powoli odwraca się od okna w jego stronę. Snape zatrzymuje się z dłonią na klamce i spogląda na nią, jakby przeczuwał, że robi to ostatni raz. W jego spojrzeniu nie ma śladu frustracji ani złości; Lily zauważa jedynie zmęczenie i rezygnację.
— Wiedziałeś o Mary? — zadaje mu pierwsze pytanie, które przychodzi jej do głowy. Nie jest tak ważne jak inne cisnące się w tej sytuacji na usta, ale prześladuje ją, odkąd wróciła bezpiecznie do zamku. Postępuje kilka kroków ku niemu. — Wiedziałeś, że Mulciber ją więzi i... — Urywa, walcząc z odrazą.
Jej pytanie wyraźnie go zaskoczyło, jednak już w następnej sekundzie na twarz Severusa powraca zobojętnienie.
— Tak. Ale nigdy nie wspomniał, gdzie ją przetrzymuje.
Lily wydaje z siebie stłumiony jęk, nie wierząc własnym uszom.
— I nic z tą informacją nie zrobiłeś?!
— Przez ostatni rok nie byłem w stanie pomóc wielu ludziom — odpowiada cicho Snape, a Lily nie potrafi jednoznacznie określić, czy w jego głosie pobrzmiewa żal, skrucha czy jakaś inna, trudniejsza do odczytania emocja.
— Dlaczego zostałeś szpiegiem? — naciska, idąc za ciosem. — Po co przyłączyłeś się do Zakonu?
— Nie chcesz chyba wysłuchiwać banalnej historii o tym, jak zrozumiałem swoje młodzieńcze błędy? — upewnia się lekko sarkastycznym tonem Snape.
— Chcę prawdy. — Lily podchodzi jeszcze bliżej, zakładając ręce na piersi i wbijając w niego ostre spojrzenie.
Severus zdejmuje dłoń z klamki i pociera palcami nasadę nosa.
— Ja... — rozpoczyna z wahaniem, po czym gwałtownie milknie, jakby kneblowała go nieznana klątwa. Lily ze zdziwieniem dostrzega czający się w jego oczach lęk. Wyraźnie widać, że ten temat wywołuje w nim poczucie zagrożenia. — Bałem się też o twoje bezpieczeństwo — przyznaje wreszcie po kilku sekundach wewnętrznej walki.
— Nie wystarczało ci zapewnienie twojego mistrza, że nie spadnie mi włos z głowy? — drąży Lily z coraz silniejszą goryczą. Wydaje jej się, że zaczyna rozumieć, dlaczego przestrach mężczyzny zamienia się stopniowo w przerażenie. — Kupiłeś moje życie... A co z życiem mojego męża i dziecka, Severusie? Czy to właśnie była cena, jaką zapłaciłeś? — Ostatnie słowa wypowiada już z niepohamowanym gniewem.
— Nie! — Snape wzdryga się, jakby go uderzyła, i pokonuje paroma krokami dzielącą ich odległość. Znajdują się teraz od siebie zaledwie na wyciągnięcie ręki. — Jak myślisz, dlaczego poszedłem do Dumbledore'a? — pyta gorączkowo. — Dlaczego błagałem go, żeby znalazł dla waszej trójki bezpieczną kryjówkę? Obiecałem wszystko, wszystko, byleby tylko was ochronił. Robiłem bez mrugnięcia okiem, co mi kazał, choć przysięgałem sobie, że nigdy więcej... nikomu... Ale Dumbledore zawiódł, a ja dowiedziałem się, że Czarny Pan was odnalazł. Gdyby on też nie dotrzymał słowa i nie oszczędził cię...
— Zamordował mojego męża i chciał zabić moje dziecko! — przerywa mu Lily z niedowierzaniem i wściekłością, gdy wydaje jej się, że słyszy w jego głosie cień ulgi. Po tym wybuchu szybko przywołuje się jednak do porządku, zerkając niespokojnie w kierunku drzwi, za którymi śpi Harry. — Pasowało ci to? — pyta ciszej, ale z naciskiem, nie próbując zdławić swojej nienawiści do Voldemorta.
Snape kilka razy mruga, aż w końcu spuszcza wzrok.
— Nie... Oczywiście, że nie. Nie to chciałem... Masz rację, przepraszam.
Jego ramiona opadają, jakby był wyczerpany i nie miał sił tego dłużej ukrywać. Mija ją i siada ciężko w fotelu, pochylając się do przodu i opierając czoło na dłoniach. Lily obraca się, aby nie tracić go z oczu. Zastanawia się, czy Dumbledore mógłby potwierdzić, że wszystko wyglądało właśnie tak, jak przedstawił to Severus. Chyba by jej w takim momencie nie okłamał? Czy powinna zweryfikować jego opowieść? Zdecyduj się, do cholery, czy mu ufasz czy nie. Rozkładając z westchnieniem ręce, opada naprzeciwko niego na kanapę. Podciąga nogi pod brodę i obejmuje je ramionami w nieudolnej próbie zatrzymania przy sobie ciepła, po czym bezwiednie kieruje wzrok w stronę kominka.
— Nie będę ci uświadamiać, ile rzeczy mogło pójść nie tak w twoim planie, bo coś mi mówi, że doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. — Kątem oka widzi, jak Snape opuszcza dłonie i przypatruje się jej z uwagą. — Nie zamierzam jednak udawać... Są pewne rzeczy, które wzbudzają mój niepokój, przez które nie wiem do końca, kim jesteś, Severusie, i co tak naprawdę myślisz. Na przykład twój stosunek do V-Voldemorta. — Lily nienawidzi siebie za to, że akurat teraz się zająknęła. — Wciąż nazywasz go Czarnym Panem, a czasami wręcz zachowujesz się, jakbyś w głębi duszy żywił do niego jakiś szacunek, jakby... „Oszczędził moje życie"? Kim on jest, żeby decydować, kto ma prawo żyć? Czemu bronisz tego potwora?
— Nie bronię go. — Snape natychmiast odpiera atak, wodząc nieco zagubionym spojrzeniem po stole. — Źle interpretujesz moje słowa.
— W takim razie powtórz: Voldemort to zwyrodniały bydlak.
— Naprawdę mam to powtórzyć?
— Jak najbardziej.
— Voldemort to zwyrodniały bydlak — mówi powoli Severus, ale grymas na jego twarzy towarzyszący tym słowom oraz beznamiętny ton, którym równie dobrze mógłby recytować uczniom skład eliksiru, nie przekonałyby nawet dziecka.
— Proszę bardzo, właśnie to mam na myśli.
— Nie wierzysz mi... — Snape krzywi się. — Nie ufasz mi.
— Jakie w ciągu ostatnich lat dałeś mi podstawy, żebym ci ufała? — pyta retorycznie Lily. — A dzisiaj? Byłeś tak przejęty swoim planem, że zapomniałeś skonsultować go ze mną? Pal licho moje uczucia i bezpieczeństwo, ale jak możesz prosić o zaufanie, kiedy sam nie ufasz nikomu poza sobą? Tego oczekiwałabym od przyjaciela — obustronnego zaufania.
Z jego miny wnioskuje, że uderzenie okazało się tym razem celne.
— Zaufanie — powtarza Severus cierpko, jakby to słowo było synonimem rychłego nieszczęścia. Zwiesza głowę, wpatrując się ponuro w podłogę. — Gdybyś wiedziała, co robiłem jako śmierciożerca... Rzeczy, których się dopuściłem... Znienawidziłabyś mnie.
Lily usiłuje zignorować przemykający jej po plecach dreszcz, gdy nagle słyszy w umyśle ostrzegawczy głos Remusa. Ten człowiek marzył o śmierci Jamesa i Syriusza. Kto wie, ilu ludzi zabił? Nie, nie wycofa się, nie teraz, kiedy ich rozmowa wreszcie nabrała jakiegoś sensu. Jeśli ktoś został śmierciożercą, pozostanie nim na zawsze. To nieprawda, musi być jakaś droga odwrotu.
Opuszcza stopy na dywan i przesuwa się na skraj kanapy, wychylając lekko do przodu i kładąc ręce na stole.
— Nie chcę wiedzieć, jakie rzeczy robiłeś jako śmierciożerca. Wolę wiedzieć, co zrobiłeś, żeby je naprawić.
— Nie jestem dobrym człowiekiem, Lily — odpowiada Severus. Nie brzmi to jak użalanie się nad sobą lub przyznanie się do winy, a jedynie jak suche stwierdzenie faktu. — O ile „dobrzy" ludzie w ogóle istnieją.
— Jesteś jeszcze większym cynikiem niż kiedyś. To wygodna wymówka, żeby nie musieć pracować nad swoim charakterem. Każdy ma swoją lepszą stronę, tylko niektórzy boją się ją pokazywać.
— Być może się mylisz — nie daje za wygraną Snape. W ten uprzejmy sposób sugeruje jej, że myli się całkowicie. — Poza tym „lepsza" nie oznacza „dobra".
— Wyjątkowo ciężki z ciebie przypadek. Mówiłeś, że Albus cię zawiódł, bo nie potrafił zapewnić mojej rodzinie bezpieczeństwa... Dlaczego więc wciąż tutaj jesteś? Z nami... z Zakonem?
Przez moment Lily wydaje się, że Severus patrzy zmrużonymi oczami na obrączkę na jej palcu, zanim odwraca prędko wzrok. Kiedy odchyla się na oparcie fotela, na jego twarzy rysuje się uczucie przypominające smutek.
— Wszystko, co robiłem w imię Czarnego Pana, obróciło się jednego dnia przeciwko mnie. Dopiero wtedy, kiedy jego uwaga skupiła się na was, zrozumiałem, kim do tej pory byłem i jak daleko już zaszedłem tą drogą. — Zamyśla się na chwilę, po czym mówi gorzko: — Czasami zastanawiam się, czy gdyby nie tamten przeklęty czerwcowy dzień pięć lat temu... Gdybym nie musiał się bronić przed...
— Nie waż się obwiniać Jima i innych za swoje błędy — ucina twardo Lily, przewidując, do czego zmierza. — Ich zachowanie było niedopuszczalne, ale w żaden sposób nie tłumaczyło twojego. Wybaczyłam tamten dzień i wiele innych zarówno tobie, jak i Jamesowi. Ale nie możesz domagać się ode mnie rozgrzeszenia cię z decyzji, które podjąłeś po Hogwarcie. Nie mam takiej mocy. Poza tym... — Waha się przez ułamek sekundy, niepewna, czy powinna rozwijać ten wątek. — To zaczęło się już wcześniej. Patrzyłam, jak dzień po dniu oddalasz się ode mnie. Nasze ścieżki powoli się rozchodziły, aż w końcu zacząłeś znikać mi z oczu. Nasza przyjaźń nagle wymknęła mi się z rąk... a ja na to pozwoliłam. — Nie potrafi zwalczyć tkwiącego głęboko w niej poczucia winy.
— Po Hogwarcie byłem pewny, że już nigdy cię nie zobaczę. Że nie będę mógł... — Severus urywa, jakby zgubił myśl, lecz zaraz dokańcza: — A jednak jesteśmy tutaj.
Lily czuje, jak z tymi słowami nadchodzi wyciszenie, a lodowa powłoka na jej sercu topnieje. Odpręża się, zauważając, że twarz Snape'a jest mniej spięta, jakby jemu również to proste stwierdzenie przyniosło upragnioną ulgę. Fakt, że siedzą naprzeciw siebie i rozmawiają, grzejąc się w cieple bijącym od kominka, daje nadzieję, że wszystkie błędy można jakoś naprawić.
— Co teraz będzie? — pyta Lily, wracając myślami do wydarzeń w opuszczonej rezydencji. — Czy dalej będziesz mógł działać jako szpieg? Mulciber nie zapomni tego, co zrobiłeś, zwłaszcza gdy ocknie się w rękach aurorów.
— Już zapomniał — odpowiada spokojnym tonem Snape. — Zmodyfikowałem mu pamięć, wymazując z niej ciebie i parę niewygodnych szczegółów.
— Ale czy nie zapamięta, że został wystawiony przez ciebie do wiatru?
— Zapamięta przede wszystkim to, że na umówione spotkanie nie przybył Avery, a miał się pojawić. Wyciągnie odpowiednie wnioski.
— Przypuszczam, że masz coś wspólnego z tą niezapowiedzianą nieobecnością.
— Zająłem się nim odpowiednio wcześniej.
Severus powrócił do swojego zdawkowego stylu wypowiedzi, a Lily nie ma ochoty prosić go o doprecyzowanie, jak dokładnie zajął się Averym. Liczy tylko na to, że podjęte przez niego działania wystarczą, aby zatrzeć wszystkie ślady jego „zdrady", bo wizja pałających żądzą odwetu, polujących na Snape'a śmierciożerców napełnia ją strachem.
— A co z łącznikiem? Rozpoznałeś go?
— Nie, ale znalazłem w jego kieszeni to. — Severus wyciąga zza pazuchy jakiś podarty kwit i położywszy go na stole, przesuwa w jej stronę.
— Co to? — Lily nachyla się nad nim z ciekawością, ale gdy omiata wzrokiem tekst, jej entuzjazm natychmiast opada. — Ech, cyrylica.
— Treść nie jest aż tak istotna. To wygląda na zwykły bilet albo rachunek. Nie sądzę, że nosiłby przy sobie naprawdę ważne informacje. Mówi nam to jednak sporo o jego tożsamości.
— Hej, nie powinieneś tego zostawić... no wiesz, aurorom? — protestuje Lily, widząc, jak Snape zgarnia kwit ze stołu i chowa go z powrotem do kieszeni.
— Może. — Na jego ustach pojawia się przelotny uśmieszek. — Ale nie przyda im się to tak bardzo jak mi.
Lily wzdycha z irytacją.
— Nie łatwiej poczekać, aż w Ministerstwie zidentyfikują jego różdżkę?
— Naprawdę uważasz, że posługiwał się własną różdżką? — Snape prycha z powątpiewaniem. — Bez dwóch zdań kradziona albo załatwiona na lewo. Nie zdziwię się, jeśli po analizie w Ministerstwie wyjdzie im, że mają na stole sekcyjnym samego Rasputina. Za dobrze znam takich ludzi jak on — dodaje ciszej, najwyraźniej nie do końca pewien, czy powinien to przy niej mówić. — Poza tym jeśli był Rosjaninem, identyfikacja zajmie całe wieki.
— No więc wygląda na to, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek.
Lily bacznie obserwuje palce Severusa bębniące szaleńczo w podłokietniki fotela, jak gdyby próbowały dotrzymać tempa przelatującym przez jego głowę myślom. Niemal słyszy w powietrzu chrzęst obracających się trybików.
— Tak się składa, że znam kogoś, kto mógłby nam pomóc — mówi wreszcie Snape, zsuwając dłonie na kolana. — Jednak obecnie dostęp do niego jest mocno ograniczony.
— Kto to?
— Mówi ci coś na pewno nazwisko Karkarow.
— Karkarow? Igor Karkarow? Czy on przypadkiem nie trafił ostatnio do Azkabanu? — Lily przywołuje w pamięci nagłówki stosownych artykułów w „Proroku".
— To właśnie miałem na myśli, mówiąc o jego ograniczonej dostępności — przyznaje niechętnie Snape.
— Nie mam pojęcia, co planujesz w związku z Karkarowem, ale lepiej od razu o tym zapomnij. Dostanie się teraz do kogokolwiek w Azkabanie to droga przez piekło. — Lily myśli z bólem o Syriuszu. Nieustannie gryzie ją kwestia tożsamości jej tajemniczego prześladowcy, więc postanawia zmienić temat. — Powiedz, Severusie... Domyślasz się, dla kogo mógł pracować ten łącznik? Komu może tak bardzo zależeć, żeby mnie znaleźć?
Snape wstaje z fotela i podchodzi powoli do kominka. Ze skrzyżowanymi na piersiach rękami zaczyna wpatrywać się w skaczący po polanach ogień.
— Czy to Lestrange'owie? — dopytuje Lily, nie doczekując się żadnej odpowiedzi.
Severus wykonuje szybki, podszyty irytacją ruch głową, jakby odganiał natrętną muchę.
— Nie, to nie oni. Nie są zdolni do tak wyrafinowanych gier. — Pociera w zadumie brodę. — To ktoś, kto za wszelką cenę chce pozostać w cieniu i boi się pokazać swoją twarz. Prawdopodobnie osoba o dużych wpływach w Ministerstwie, sądząc po tym, co obiecała Mulciberowi w zamian za jego pomoc. Zamożna... Stać ją na opłacanie pośredników i speców od brudnej roboty.
— Brzmi jak jakiś czystokrwisty dupek. Malfoy?
Snape posyła jej przez ramię zrezygnowane spojrzenie. Wyraźnie ma zamiar w złośliwy sposób skomentować tę sugestię, lecz w ostatniej chwili zmienia zdanie i zamiast tego, odwracając się do niej, mówi:
— Chciałbym skorzystać z okazji, że obchodzimy dzisiaj nasz mały dzień szczerości, i ponownie spytać, z kim spotkałaś się kilka dni temu w Hogsmeade. Liczę, że tym razem mi odpowiesz bez zbędnych wykrętów.
— Czemu to jest takie ważne? — Lily wzrusza ramionami. — Jak się okazało, to nie on mnie wydał śmierciożercom.
Uszczypliwość była niezamierzona, jednak Severus i tak przekrzywia głowę, patrząc na nią spode łba.
— Nie prosiłem o dodatkowe uwagi. Wystarczy samo nazwisko.
Lily przewraca wymownie oczami, lecz w końcu daje za wygraną.
— Syn Bartemiusza Croucha, szefa departamentu prawa — recytuje. — Zadowolony?
— Crouch? — Snape wygląda na zaskoczonego.
— Puzzel nie pasuje do układanki, mistrzu?
— Hmm... — Mężczyzna znów pociera brodę palcami. — Dlaczego syn Croucha w ogóle zainteresował się twoją historią? Nie wydaje ci się to dziwne?
— Widzę, że jesteś zdeterminowany, aby wbić tego puzzla młotkiem.
— Myślisz, że robi to całkiem za darmo? Że niczego nie oczekuje w zamian?
Lily nie pojmuje, dlaczego Snape uparł się, by obrzydzić jej jedyną osobę, która w sprawie Syriusza wyciągnęła do niej pomocną dłoń. W domu Fishera, widząc wkraczających do salonu śmierciożerców, była przekonana, że to Barty ją zdradził, ale teraz nie ma już podstaw do takich podejrzeń i wstydzi się swoich wcześniejszych wątpliwości.
— Czy każdy bezinteresowny człowiek trafia od razu na twoją listę podejrzanych? Barty ma wyrzuty sumienia z powodu tego, jak jego ojciec wypełnia swoje obowiązki. Czego niby miałby chcieć? O co ci chodzi? Wyduś to z siebie.
— Wpływowy, zamożny, czystokrwisty — wylicza automatycznie Severus.
— Nie możesz rzucać takich oskarżeń bez solidnych dowodów! — próbuje powstrzymać go Lily. Gryzie się w język, zanim znowu powie coś, czego potem będzie długo żałować. — Mówimy o synu Bartemiusza Croucha.
— Nie oskarżam. Uczulam — wyjaśnia Snape, po czym łagodniejszym tonem dodaje: — Zależy mi tylko na twoim bezpieczeństwie. — Rzuca szybkie spojrzenie w kierunku drzwi. — Muszę iść... Przepraszam za to, co dziś przeżyłaś i... obiecuję, że już nikomu nie pozwolę ciebie tknąć.
Lily instynktownie podrywa się z kanapy i zastępuje mu drogę. Severus zatrzymuje się tuż przed nią, lekko zaskoczony, i mierzy ją wyczekująco wzrokiem.
— Mimo wszystko... chyba powinnam ci podziękować — zaczyna niepewnie Lily. — Wybacz, że dopiero teraz to robię. Byłam zła. Nawet bardzo.
— Podziękować za co? — Snape marszczy brwi, patrząc na nią trochę tak, jakby podejrzewał u niej wstrząs mózgu.
— Za to, że powiedziałeś Albusowi o grożącym mi, Jimowi i Harry'emu niebezpieczeństwie. Nie musiałeś tego robić, a jednak... Dziękuję.
Wyraz twarzy Snape'a jest trudny do rozszyfrowania. Wydaje się, że mężczyzna ciągle jeszcze przetwarza w umyśle jej wypowiedź. Lily zbiera się na odwagę i obejmuje go. Severus sztywnieje i zamiera w bezruchu, jakby przykuty jej dotykiem do podłogi. Lily zastanawia się, czy nie powinna się wycofać, lecz w tym samym momencie czuje na swoich plecach jego dłoń, do której po chwili dołącza druga. Z początku uścisk jest dość niezręczny i nienaturalny, jednak gdy Snape przyciąga ją do siebie, zamykając w swoich ramionach, prawie odbiera jej oddech. Przypomina sobie nagle, jak któregoś dnia po szczególnie niemiłej uwadze Petunii wypłakiwała się w jego kołnierz. Był skrępowany, ale ona nie zwracała na to uwagi, a on jej nie odepchnął. Teraz uścisk Severusa jest silniejszy, więcej niż przyjacielski, bardziej... zaborczy.
Odsuwa się od niego, próbując ukryć swój popłoch i zmieszanie. Boże, dlaczego jej chory umysł postanowił akurat w tej sekundzie wydobyć na wierzch wspomnienie przytulającego ją Jima? Żeby wzbudzić w niej koszmarne wyrzuty sumienia? No to się udało.
Prawie podskakuje i równocześnie z Severusem odwraca głowę w stronę drzwi, gdy rozlega się pukanie.
— Spodziewałaś się jakichś gości? — pyta podejrzliwie Snape, na wszelki wypadek robiąc krok w głąb salonu.
— Nie. Sprawdzę, kto to. Nie rób miny przestępcy! — Podchodzi do drzwi i uchyla je, po czym z uśmiechem otwiera na oścież. — Ach, to wy!
— Chcieliśmy porozmawiać z tobą o tym, co się dzisiaj wydarzyło. — Alicja zerka ponad jej ramieniem na Severusa, który ustawił się tak, aby w możliwie największym stopniu zlewać się z tłem. — Ale chyba ktoś nas uprzedził.
— Właśnie wychodziłem — informuje chłodno Snape.
— Nikt cię stąd nie wyrzuca — zauważa Frank, opierając się łokciem o framugę tuż za plecami żony.
— Nie dałbym się wyrzucić. — Severus omija ich i wychodzi na korytarz.
Longbottomowie odprowadzają go identycznymi, sceptycznymi spojrzeniami, dopóki nie znika za zakrętem. Alicja unosi brew i z powrotem przenosi wzrok na nieco zakłopotaną Lily.
— Czarujący jak zawsze. Czy przebywanie z nim to jakaś forma pokuty?
— Czasem sama się nad tym zastanawiam — odpowiada przekornie Lily, zapraszając ich gestem do środka.
Alicja po krótkim namyśle zajmuje miejsce na kanapie, natomiast Frank, splatając ręce na klatce piersiowej, opiera się o komodę, upewniwszy się przedtem, czy nie stoi na niej coś, co mógłby przypadkiem strącić. Ten ewidentnie wyuczony odruch budzi w Lily przelotne rozbawienie. Ciekawi ją, co stłukł kiedyś w domu, ściągając na siebie gniew żony.
— Jak bardzo szczegółowy był Snape w swojej relacji? — pyta ostrożnie Alicja, przyglądając się jej niemal ze współczuciem.
— Wystarczająco — odpowiada zdawkowo Lily. Kolejny raz poprawia szalik tak, aby zakrywał całą szyję, przeklinając w duchu, że formuła zaklęcia przyspieszającego gojenie się siniaków zwyczajnie wyleciała jej z pamięci. Kiepsko jak na kandydatkę na magomedyka. — Jak się czuje Mary?
— Tą część mógł sobie akurat darować — mruczy pod nosem Frank.
— Jest już pod opieką uzdrowicieli z Munga — odpowiada cichym, nieco przygaszonym głosem Alicja. — Nie odniosła poważnych obrażeń. Jeśli jednak mam być szczera... Wydaje mi się, że długo nie dojdzie po tym wszystkim do siebie.
— Czy ktoś przy niej jest?
— Powiadomiliśmy już jej rodzinę.
Powiedział, że ich pozabija... Zabije wszystkich po kolei, a ja będę patrzeć, jeśli... Oczy Lily wilgotnieją, gdy wspomina zdruzgotaną twarz Mary i jej szaloną, bezgraniczną rozpacz, przez którą przebijała ogromna miłość do najbliższych.
— Co z Mulciberem? — pyta nagle zmienionym, lodowatym tonem.
— W drodze do Azkabanu — informuje ją Alicja z wyraźną satysfakcją. — Czeka go dożywocie, nawet jeśli będzie grzecznie słuchał się strażników.
— Jeżeli ktoś zasłużył na śmierć, to na pewno ten bydlak. — Lily krzywi się z pogardą.
— Śmierć byłaby dla niego jak ułaskawienie. Wiesz pewnie, co się stało z trójką pozostałych śmierciożerców...
Lily potwierdza niemrawym skinieniem głowy.
— Wydawało mi się, że niedawno rozmawialiśmy z Albusem o tym, że nie powinno się go puszczać całkiem samopas — wtrąca poirytowany Frank, opuszczając ręce i zaciskając dłonie na krawędzi komody. — Nie możemy sprzątać po nim zwłok.
Alicja taktownie milczy, obdarzając ją porozumiewawczym spojrzeniem. Przywodzi ono trochę na myśl ukradkowe spojrzenia rzucane Lily za szkolnych lat przez koleżanki z roku, które wiedziały o jej „kłopotliwej" znajomości z Severusem.
— Mówił, że nie miał innego wyjścia — tłumaczy nieśmiało, czując się w obowiązku przedstawić jego punkt widzenia.
— Wątpię, czy go w ogóle szukał — stwierdza ponuro Frank.
— Informacje posiadane przez Mulcibera mogłyby się bardzo przydać Zakonowi i Ministerstwu. — Alicja gładko wślizguje się w ich wymianę zdań. — Ale Snape musiał trochę przesadzić, bo podczas aresztowania Mulciber ledwo rozumiał, co się wokół niego dzieje. Wygląda na to, że jeszcze przez parę dni będzie kontemplował ścianę w swojej celi. Słuchaj, Lily... — Kobieta poważnieje. — Czy... Czy Snape powiedział ci, w jaki sposób wyciągnął śmierciożerców z ukrycia?
Skądże znowu, myśli Lily, powstrzymując się od głośnego zgrzytnięcia zębami.
— Al, nie jestem przekonany, czy... — zaczyna Frank, zerkając na nią z niepokojem, ale jego żona wchodzi mu stanowczo w słowo:
— Ma prawo wiedzieć.
— Czy wiem, że na każdym kroku czają się ludzie, którzy pragną mojej śmierci? Tak, zdaję sobie z tego sprawę. — Lily zdołała się już pogodzić z tą mało krzepiącą świadomością. Od momentu wstąpienia w szeregi Zakonu stopniowo przyzwyczajali się z Jimem do życia w cieniu nieustannie wiszącego nad nimi niebezpieczeństwa. Z perspektywy czasu zadziwia ją, jak bardzo byli kiedyś beztroscy, jak ufni w swoje umiejętności i pewni tego, że kiedy są razem, nic im nie zagrozi. Kładzie dłonie na kolanach, zaciskając je w pięści. — I wiem też, że nie mogę nic z tym zrobić... Ta bezsilność jest najgorsza.
Słysząc drżenie w jej głosie, Alicja patrzy na nią z troską, po czym wyznaje:
— Wiesz... Są chwile, i Frank może to potwierdzić, kiedy żałuję, że zostałam aurorem. Gdy praktycznie codziennie poznajesz ludzi od ich najgorszej strony, coraz częściej zdarza ci się zapominać, że to przecież nie jedyne, co ten świat ma do zaoferowania. Ci, którzy chcieli, żebyś zginęła... Wygrałaś, Lily. Przeżyłaś, więc żyj. — Alicja nachyla się i delikatnie ściska jej rękę. — Każdy twój oddech jest zemstą.
Kiedy jakiś czas później Longbottomowie zbierają się do wyjścia, w drzwiach pokoju dziecięcego, ku zaskoczeniu zebranych, staje nagle zaspany Harry. Przeciągle ziewa, po czym mrużąc oczka przed światłem, szuka wzrokiem mamy. Na jej widok wydaje z siebie radosny pisk i upuszcza na podłogę ściskanego pod pachą pluszowego smoka.
— Jakim cudem wydostałeś się sam z łóżeczka, łobuzie? — Lily bierze go na ręce, trochę zaniepokojona jego samowolą.
Harry, wyraźnie zawiedziony, bada z marsową miną jej krótsze włosy.
— To chyba jakieś czary! — odpowiada żartobliwie Alicja, łaskocząc malucha po nosie. Dziecko kicha i patrzy ze zdumieniem na chichoczącą aurorkę. — Jeśli chcesz, mogę ci zapisać dobre zaklęcie na błędnych rycerzyków.
— Na pewno się przyda. Mały już zaczyna iskrzyć. — Lily uśmiecha się, widząc, jak Frank robi w kierunku obserwującego go Harry'ego śmieszną minę.
— Tak w ogóle... Ładnie ci w tej nowej fryzurze. Będzie odsłaniać twoją łabędzią szyję.
Dłoń Lily natychmiast wędruje odruchowo do szalika, a Alicja posyła jej nieco zagadkowe spojrzenie.
37.
Buteleczka prawie wyślizguje jej się z ręki, gdy próbuje ją odstawić z powrotem do szafki. Zgina się w pół nad umywalką, łapiąc kilka głębokich oddechów. Już dobrze... Zaraz się uspokoisz. Mdłości stopniowo mijają, ale jej ciałem wstrząsają jeszcze gwałtowne drgawki. Kontroluj to. Osuwa się półprzytomnie na brzeg wanny i przykłada rozpalone czoło do przyjemnie zimnej krawędzi umywalki. Stara się nie myśleć o tym, że siedzi o trzeciej nad ranem w klaustrofobicznie ciasnej łazience, dokąd uciekła przed prześladującym ją koszmarem.
Znów śniła o tamtej nocy. Znów musiała uciekać przed Voldemortem, a u stóp schodów leżał martwy James. Jednak tym razem odważyła się go minąć i właśnie wtedy poczuła na nodze stalowy, lodowaty uścisk, który przytrzymał ją w miejscu. Jim nie pozwalał jej uciec na piętro; nie potrafi wyrzucić z głowy jego upiornego, nieludzkiego uśmiechu.
Lily kilkakrotnie stuka czołem o umywalkę, po czym z niechęcią unosi wzrok. Odbicie w lustrze jest lekko zamazane, jak zresztą cała łazienka, i ma przez chwilę wrażenie, że z drugiej strony spogląda na nią kobieta podobna do Mary. Wzdryga się i potrząsa głową. Powoli przestaje drżeć. Korzysta z okazji, że jest w stanie się podnieść, i przepłukuje usta wodą, aby pozbyć się z nich słodkawego smaku eliksiru. Przemywa twarz i ponownie patrzy swojemu odbiciu w oczy. Żałosne, myśli z obrzydzeniem. Nie umie zliczyć, ile już nocy zarwała, kuląc się w tej łazience i trzęsąc jak w febrze, pokonana przez własny umysł i małą, głupią buteleczkę. Cholera jasna! Uderza pięścią w zlew, gdy zaczyna dławić ją w gardle. Usiłuje się skupić, zanim nadejdzie spokój, ten straszny, upragniony spokój, który wymaże wszystkie myśli, wypełniając głowę miękką watą. Mocniej zaciska palce na buteleczce, wbijając wzrok w odpływ zlewu. Wiedziona nagłym impulsem, wyjmuje z niej korek, ale nie daje rady wylać zawartości. Ze wstydem odstawia eliksir do szafki i wraca do łóżka.
Wydaje jej się, że od momentu, gdy przyłożyła głowę do poduszki i znów zapadła w sen, minęło niewiele czasu, jednak coraz wyraźniej słyszy nawołujący ją z ciemności głos. Przekręca się na plecy i z trudem uchyla powieki. Ze strachu niemal wyskakuje spod kołdry, zanim zdaje sobie sprawę, że mała, pochylająca się nad nią z kagankiem postać to tylko wyjątkowo zaaferowana czymś Śmieszka. Nie ma nawet okazji zastanowić się dłużej nad tym, co skrzatka robi o tej godzinie w jej sypialni, bo zostaje natychmiast zbombardowana ledwo tłumionymi okrzykami stworzenia:
— Pani Potter musieć wstać! Och, pani Potter musieć szybko biec!
— Co się stało? — Lily siada na łóżku, całkowicie rozbudzona. Na co komu sen? Jej myśli automatycznie wybiegają ku Harry'emu i ogarnia ją niepokój.
Śmieszka zaczyna pochlipywać.
— On wrócić, pani Potter! Pani Potter tak długo czekać! Pan Lupin wrócić!
— Co?! — Lily odrzuca kołdrę i łapie skrzatkę za ramiona. — O czym ty mówisz?!
— Pan Lupin być w zamku! W skrzydle szpitalnym!
Lily przez kilka sekund wpatruje się w nią w kompletnym osłupieniu, po czym błyskawicznie wskakuje w kapcie i zakładając w pośpiechu szlafrok oraz szalik, biegnie w stronę drzwi. Po drodze zgarnia z komody różdżkę.
— Harry! Proszę! — rzuca przez ramię, a Śmieszka przytakuje, wiedząc doskonale, o co jej chodzi. — Lumos!
Po kamiennym murach i posadzce rozlewa się blade, rozchybotane światło, gdy nogi same niosą ją korytarzami Hogwartu w kierunku królestwa pani Pomfrey. Ma wrażenie, że zamek coś do niej szepcze, jakąś niekończącą się opowieść utkaną ze snów wszystkich uczniów, którzy na przestrzeni tysiąca lat znaleźli tu drugi dom. Lily wypada zza zakrętu i przebiega przez snującego się po galerii Grubego Mnicha.
— Dobry Boże, aleś mnie przestraszyła! — Duch łapie się za pierś, w której przed wiekami biło jego serce.
— Przepraszam! — Lily wzdryga się jak po lodowatym prysznicu, ale nie zwalnia.
W skrzydle szpitalnym wita ją cisza. Gasi światełko na czubku różdżki, by nie budzić trojga śpiących w łóżkach uczniów, po czym przemieszcza się na palcach w stronę izolatek. Zatrzymuje się przed drzwiami, zza których dobiegają zniżone głosy, zwlekając z wejściem do środka. Boi się, że po drugiej stronie czeka na nią ten sam widok co kilka tygodni temu; że za chwilę ujrzy smugi krwi i nasiąkłe czerwienią prześcieradła. Zamyka na sekundę oczy, próbując wyrzucić z umysłu koszmarne wspomnienie zmaltretowanego ciała Bradleya Scotta, po czym naciska klamkę.
Rozmowa, którą toczyli zebrani w małym pomieszczeniu czarodzieje, urywa się. Przekraczając próg, Lily napotyka zdziwione spojrzenia Minerwy i Albusa, lecz szybko kieruje wzrok ku półleżącej na łóżku postaci, wokół której krząta się pani Pomfrey. Z westchnieniem ulgi odnotowuje, że na pościeli nie ma śladów krwi. Wstrzymuje oddech, gdy zza schylonych pleców pielęgniarki wysuwa się niespodziewanie tak bardzo znajoma, a zarazem zupełnie odmieniona twarz Lupina.
Lily z przerażeniem myśli, że słowo najcelniej i najkrócej opisujące jego wygląd to wynędzniały. Mężczyzna przypomina zaledwie cień dawnego siebie i sprawia wrażenie, jakby było go o połowę mniej. Jego ubranie jest poszarpane i brudne, a włosy tworzą wokół głowy bezładną plątaninę.
— Nie złość się, Lily. — Remus posyła jej lekko zbolały, ale cudownie ciepły uśmiech. — Wiem, że to trwało trochę dłużej niż kilka dni...
Lily zapomina na chwilę o licznych zadrapaniach, bliznach i sińcach szpecących jego twarz i rzuca się mu na szyję, z trudem powstrzymując łzy szczęścia.
— Auć... au... Uwaga na żebra! — Lupin śmieje się nerwowo, odwzajemniając jednak jej silny uścisk.
Pachnie sierścią, lasem i niebezpieczeństwem, a Lily w myślach dziękuje losowi, że wszystko, co przeżył przez ten miesiąc, jest już tylko oddalającym się wspomnieniem.
