Betowała Pantera.
38.
Lily zanurza szmatkę w naczyniu z eliksirem, wyciska ją, a następnie delikatnie przeciera głębokie rozcięcie na skroni Lupina. Remus poddaje się temu zabiegowi bez słowa protestu, jedynie lekko krzywiąc się z bólu. Mikstura przyniesiona przez panią Pomfrey ma zdezynfekować zadrapania i ślady pazurów, sprawiając, że będą się szybciej goiły i nie zostawią po sobie blizn. Kiedy Lily nachyla się, aby przemyć kolejną ranę, zauważa, że Lupin od jakiegoś czasu nie odrywa od niej wzroku. Posyła mu uśmiech otuchy.
— Wytrzymaj jeszcze odrobinkę, już kończę.
— Ciągle nie potrafię uwierzyć, że tutaj jestem — wyznaje zachrypniętym głosem Remus. Mówi powoli, z trudem, jakby przez ostatnie tygodnie odzwyczaił się od rozmów z drugim człowiekiem. — Tylko twój dotyk przekonuje mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Lily odkłada szmatkę na brzeg miski i przysunąwszy krzesło bliżej łóżka, mocno ściska dłoń Lupina. Widząc w jego oczach ledwo powstrzymywane łzy, czuje, jak w niej samej narasta wzruszenie.
— Jesteś już bezpieczny, Remi. Wróciłeś do nas. Czekaliśmy na ciebie, tak długo czekaliśmy... Ale wróciłeś.
— Na północy — podejmuje Lunatyk po długiej chwili milczenia — były momenty, kiedy bałem się, że już nigdy nie opuszczę tamtych lasów... Nigdy nie zobaczę... — Urywa, gdy jego głos zaczyna drżeć od usilnie skrywanych emocji. Bierze głęboki oddech, po czym ciągnie: — Ty i Harry... Wspomnienie waszych twarzy było tym, co popychało mnie do przodu... Pozwalało mi pamiętać o tym, kim jestem, i co mam do zrobienia. Pomagało przetrwać.
Lily słucha w skupieniu, nawet na sekundę nie puszczając jego ręki. W ciągu ostatnich kilku godzin wyczerpany Remus osuwał się wielokrotnie w niespokojne sny, z których budził się zawsze ze zduszonym krzykiem i przerażonym, rozbieganym spojrzeniem, jakby oczekiwał, że ujrzy nad sobą kołyszące się korony drzew. Przedtem opowiedział im wszystko, co chciał wiedzieć Albus.
Mówił o tym, jak natychmiast po pełni, podążając tropem Fenrira Greybacka, przyłączył się do watahy wilkołaków tułającej się po bezdrożach i pogrążonych w głuchej, przedzimowej ciszy lasach. Któregoś wieczoru wyczuł w powietrzu ich ostry zapach, zanim wynurzyli się spomiędzy pni — pół-ludzie pół-zwierzęta z dzikością przyczajoną w oczach i w sercach. Gdyby nie pozostawiane przez nich w cienkiej warstwie śniegu ślady i współczesne stroje, mógłby uznać, że to wędrujące cienie, potępione duchy poległych tam przed wiekami w bitwie wojowników lub zbiegłych w głuszę szaleńców. Było ich pięcioro: kobieta i czterech mężczyzn, w tym dwóch młodszych od Lupina. W trakcie podróży prawie się do siebie nie odzywali, idąc ze wzrokiem utkwionym w dal, nieobecnym, jakby zasłuchani w przywołujący ich z północy zew. Nie mieli do czego wracać; nie rozumieli tego, co się im przydarzyło, nie rozumieli też dlaczego. Porzucili swoje dotychczasowe życia, zdając się na instynkt i nienaturalnie wyostrzone zmysły, aby dołączyć do innych, takich jak oni, i nie musieć się dłużej ukrywać. Im dalej na północ, tym częściej natykali się na grupki groteskowych, obszarpanych postaci o czasem pustych, a czasem wygłodniałych spojrzeniach; z niektórymi musieli walczyć. Wreszcie, po mniej więcej tygodniu, dotarli do osady — ponurej parodii miasta, dokąd w milczącej zgodzie podążali ze wszystkich stron czarodzieje i mugole, naznaczeni jednym piętnem i związani tym samym sekretem. Greybacka nie było pośród nich; kilka dni wcześniej udał się na negocjacje z przywódcami innych klanów wilkołaków. Remus opowiadał o czasie spędzonym w towarzystwie istot, które wyparły się w większości swojego człowieczeństwa, o długich nocach wypełnionych wściekłym wyciem i niecierpliwym wyczekiwaniem pełni. W osadzie rządzili najsilniejsi: albo walczyłeś, albo musiałeś się podporządkować innym. Nierzadko dochodziło do brutalnych pojedynków na śmierć i życie; śnieg na brzegu lasu był czerwony od krwi. Lupin starał się dyskretnie zasięgnąć informacji, czego dokładnie dotyczyły negocjacje prowadzone przez Greybacka, ale trochę trwało, zanim trafił na kogoś zorientowanego w temacie, kto nie chciał od razu rzucić mu się do gardła za zbytnią natarczywość. Jak się okazało, chodziło o podzielenie się strefami wpływu w obliczu upadku Voldemorta. Albus wyraził zdziwienie, że odwieczni rywale próbowali przynajmniej początkowo rozwiązać konflikt interesów na drodze porozumienia, lecz szybko doszedł do wniosku, że prawdopodobnie była to pułapka. Remus przytaknął i powiedział, że nie miał już okazji zobaczyć Greybacka na własne oczy. Pewnej nocy z płytkiego snu obudziły go dzikie wrzaski i odgłosy walki. Pod nieobecność przywódcy na osadę napadły wilkołaki z wrogiego klanu, zabijając na swojej drodze wszystko, co tylko się ruszało. Napastnicy przypominali z wyglądu bardziej bestie niż ludzi i atakowali z taką furią, jakby w szale wstępował w nich duch wilka. Remus nie chciał szczegółowo opisywać tej krwawej bitwy, a właściwie rzezi. Z niechęcią przyznał tylko, że cały czas był przekonany, że zginie. Początkowo uciekał razem z młodą dziewczyną, z którą przybył do osady, ale musiała zgubić się gdzieś w tłumie, bo gdy dopadł ściany lasu i odwrócił głowę, nie zobaczył jej za sobą. Para wilkołaków, która puściła się za nim w pogoń, nie potrafiła na szczęście czarować, więc udało mu się z nimi rozprawić. Wolał jednak nie czekać na kolejnych przeciwników. Gdy pędził bez wytchnienia przed siebie, raniąc twarz i dłonie o gałęzie i potykając się co i rusz o korzenie, słyszał za plecami, a później już wszędzie, gdziekolwiek się skrył, donośny, triumfalny skowyt.
— Laura — odzywa się nagle Remus. — Powiedziała mi, że nazywa się Laura.
— Odpocznij — uspokaja go Lily. — Postaraj się teraz o tym nie myśleć. To, co się tam stało, to nie twoja wina.
— Próbowała żyć normalnie, jak wcześniej... Ale kiedy zaatakowała własnego siostrzeńca, zrozumiała, że musi odejść.
— Remusie...
Lupin odwraca gwałtownie głowę, jakby nie był w stanie dłużej na nią patrzeć. Lily zauważa, że jego klatka piersiowa zaczyna się szybciej wznosić i opadać.
— Nie powiedziałem... Nie chciałem mówić przy Albusie i Minerwie... — Remus zniża głos niemal do szeptu, a każde słowo zdaje się zadawać mu wielki ból. — Bałem się ich reakcji, ale ty... ty musisz wiedzieć. Kiedy byłem pośród nich, pośród... innych, widziałem, jak atakowali i zabijali najsłabszych... Rozszarpywali ich na moich oczach, a ja... jakaś część mnie... — Lupin sprawia wrażenie, jakby wstyd i rozpacz, wyraźnie odciśnięte na jego twarzy, odbierały mu mowę, jakby wyrzuty sumienia dławiły go tak, że ledwo mógł złapać oddech. — Jakaś część mnie pragnęła się do nich przyłączyć... zatracić się w tym szaleństwie i razem z nimi chłeptać krew, aż do odurzenia.
Lily przygląda się mu ze smutkiem, bardziej niż tym wyznaniem wstrząśnięta jego obrzydzeniem do samego siebie. Nie potrafi zaakceptować tego, że jej przyjaciel wciąż myśli o sobie jak o potworze, obarczając się całkiem niesłusznie winą i dobrowolnie zamykając w mentalnej klatce.
— Nie przyłączyłeś się — przypomina mu opanowanym, stanowczym tonem, nie pozostawiając miejsca na wątpliwości.
Remus spogląda na nią z przerażeniem.
— Nie... Nigdy.
Lily delikatnie bierze twarz przyjaciela w swoje dłonie tak, aby nie mógł znów celowo unikać jej wzroku. Chciałaby ukoić jego myśli, ostudzić chłodnym dotykiem poranione, rozpalone gorączką policzki i czoło.
— I tym się właśnie od nich różnisz, Remi. Dopóki nie przestajemy walczyć z tą gorszą częścią nas, pozostajemy ludźmi. Pomyśl o tych wszystkich, którzy z rozmysłem wybrali zło i którym nikt niczego nie narzucił. Pomyśl o tych, których próbowaliśmy... próbujemy powstrzymać. Czym jest twoja przypadłość przy ich postępowaniu? Tylko chorobą, którą uda ci się z czasem całkowicie ujarzmić... Którą razem uda nam się ujarzmić. Niczym więcej.
— Nigdy we mnie nie zwątpiłaś, Lily. Nawet wtedy, kiedy inni... kiedy ja sam przestawałem sobie wierzyć. Twoje zaufanie dodawało mi sił. Dziękuję ci za to. — Remus ujmuje jej dłonie i zsunąwszy je ze swojej twarzy, delikatnie ściska.
Lily uśmiecha się na widok błysku ulgi w jego oczach, czując, jak natychmiast robi jej się odrobinę lżej na sercu.
— To, co miało miejsce w ostatnich tygodniach, co dzieje się od Nocy Duchów, przypomina okropny sen, z którego chciałbym się wreszcie obudzić — wyrzuca z siebie w przypływie szczerości Lupin. Patrzy na nią z żalem, a jego następne słowa brzmią jak przeprosiny za niedotrzymaną obietnicę: — Gdybym mógł, zrobiłbym wszystko, żeby to się nigdy nie wydarzyło.
Zrobię wszystko. Lily mimowolnie wraca myślami do tamtej październikowej nocy. Czasami wszystko to niestety wciąż za mało.
— Ja też — odpowiada cicho.
Siedzą przez chwilę w całkowitym milczeniu. Wreszcie ponownie odzywa się Remus:
— Powinnaś wrócić do Harry'ego i trochę odsapnąć. Musisz być bardzo zmęczona, pilnujesz mnie już kilka godzin.
— Nie odstępowałeś mnie na krok, kiedy potrzebowałam pomocy i towarzystwa drugiej osoby, Remusie. Teraz pozwól, że to ja zaopiekuję się tobą. — Widząc, że Lunatyk wyraźnie zamierza protestować, Lily szybko wchodzi mu w słowo: — Umówiłam się ze Śmieszką, że wrócę za godzinę. Może następnym razem po prostu wezmę Harry'ego ze sobą.
Lupin zerka na nią z nagłym przestrachem. Wygląda na bardzo zmartwionego. Lily domyśla się, że ciągle ma w głowie historię Laury i jej siostrzeńca. Postanawia prędko przekierować jego umysł na inny temat.
— Podczas twojej nieobecności udało nam się zdobyć informacje, które mogą pomóc w uniewinnieniu Syriusza — mówi, nie kryjąc podekscytowania w głosie.
Remus błyskawicznie podnosi się z poduszek i siada wyprostowany na łóżku, ignorując połamane żebra. Jego spojrzenie robi się czujne i przenikliwe.
— Co takiego...? Jakie informacje?
— Odnalazł się świadek, który potrafi opisać ze szczegółami konfrontację Syriusza z Peterem. Nagrałam jego zeznania. To nie Syriusz zabił tych wszystkich ludzi. On próbował ich ochronić!
— Powoli, po kolei... — powstrzymuje ją Lupin. — Opowiedz mi wszystko od samego początku.
Lily mówi mu więc o tym, jak Barty Crouch zaoferował jej w liście swoją pomoc, jak następnie spotkali się, aby ustalić niezbędne szczegóły, i wreszcie, jak razem z Severusem odwiedziła Richarda Fishera w jego domu.
— Chwileczkę... Co?! — przerywa jej Lupin z niedowierzaniem, wpatrując się w nią w całkowitym osłupieniu. — Snape...?
— Tak, Severus bardzo mi pomógł, Remusie. Pomagał mi przez cały ten czas — podkreśla Lily. Pomija oczywiście dyplomatycznym milczeniem wszystko, co nastąpiło po zdobyciu zeznań Fishera. Nie ma zamiaru dokładać przyjacielowi dodatkowych zmartwień i pogłębiać jego i tak dostatecznie dużej niechęci do Snape'a.
— Dlaczego? — pyta nadal bez zrozumienia Remus.
— Poprosiłam go o to. Jak przyjaciela.
Lunatyk przez długi czas nic nie mówi, a gdy w końcu się odzywa, jest już myślami przy Syriuszu:
— Miałem wątpliwości, ale... chyba się bałem — przyznaje ze wstydem. — Chciałem wierzyć w jego niewinność, ale bałem się, że kieruje mną sentyment, że moja przyjaźń do Łapy przysłania mi oczy i nie pozwala obiektywnie ocenić sytuacji. Po tym, co zrobił Peter, nie potrafiłem znowu zaufać swoim własnym uczuciom. Marny ze mnie przyjaciel...
— Przestań, nie mów tak! — ruga go Lily. — Sama miałam często wątpliwości i gdyby nie niespodziewana pomoc, do tej pory kręciłabym się żałośnie w kółko. Ale nie mówmy więcej o tym, co się stało. Ciągle pozostaje w tej sprawie mnóstwo rzeczy do zrobienia i to nimi powinniśmy się szybko zająć.
— Lily, jesteś... — Oczy Remusa łagodnieją i pojawia się w nich cień podziwu. — Jesteś po prostu wspaniałym człowiekiem.
Lily nie potrafi powstrzymać cichego śmiechu.
— To jeden z najmilszych komplementów, jakie kiedykolwiek usłyszałam — żartuje, po czym z powrotem poważnieje. — Muszę cię jednak prosić, żebyś przynajmniej na razie nie wspominał o mojej wyprawie do Richarda Fishera Albusowi. Gdyby się o tym dowiedział, miałabym pewnie poważne kłopoty, bo opuściłam zamek bez jego zgody.
— Prędzej czy później i tak będziesz musiała mu o wszystkim powiedzieć — zauważa trzeźwo Remus.
— Jeśli mam wybierać, to zdecydowanie wolę później. Wiesz, jaki on jest. Wszystko by robił po swojemu.
— Brzmi dziwnie znajomo. Ale to opuszczenie zamku bez niczyjej wiedzy…
— Śmieszka wiedziała — poprawia go Lily. — I oczywiście Severus.
— Czy to mnie miało uspokoić...?
— Jako osoba, która spędziła dwa czy trzy tygodnie w osadzie wilkołaków, nie powinieneś mnie pouczać na temat bezpieczeństwa — wytyka mu.
— To był cios mocno poniżej pasa…
Gdy rozlega się pukanie, jednocześnie odwracają głowy w kierunku drzwi. Trzy szybkie, krótkie i wyraźnie niecierpliwe stuknięcia. Nietrudno zgadnąć, że to nie pani Pomfrey. Drzwi uchylają się i do środka zagląda Severus. Nie dziwi go jej obecność, ale unosi lekko brew, widząc, jak trzymają się z Lupinem za ręce.
— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? — pyta sarkastycznym tonem.
Lily odruchowo puszcza dłoń Remusa, odczuwając nagłe skrępowanie.
— Przyniosłem wywar z tojadu. — Snape wyjmuje z kieszeni małą buteleczkę. — Pomfrey gdzieś zniknęła, więc zostawię go tutaj. — Podchodzi do szafki przy łóżku i stawia na niej eliksir. Kiedy ma zamiar skierować się z powrotem ku drzwiom, zatrzymuje go w pół kroku głos Lupina:
— Dziękuję.
Severus spogląda na niego z mieszaniną wyższości i politowania.
— Naprawdę nie ma za co. Receptura wywaru tojadowego jest ciągle ulepszana i w obecnej, niedoskonałej formie eliksir uchodzi za niestabilny. Każdy, kto go zażywa, jest w istocie królikiem doświadczalnym. Chętnie przyjrzę się potencjalnym efektom ubocznym.
Lily, u której podziękowanie padające z ust Lupina wzbudziło nieopisaną radość i roznieciło iskierkę nadziei, ma teraz ochotę przewrócić oczami i uderzyć się dłonią w czoło. Ogranicza się jednak do rzucenia Snape'owi ponurego spojrzenia. Sytuację na szczęście ratuje Remus.
— Eliksir swoją drogą... Dziękuję za to, co zrobiłeś... w sprawie Syriusza.
Lily mogłaby przysiąc, że Severus na ułamek sekundy dosłownie skamieniał, jakby ktoś trafił go zaklęciem Petrificus Totalus. W następnej chwili czuje na sobie jego zirytowany wzrok.
— Co jeszcze kompromitującego na mój temat mu powiedziałaś?
— Kompromitującego...? — powtarza Lily trochę oburzona, a trochę rozbawiona jego reakcją, lecz Severus wchodzi jej w słowo, zwracając się znów do Lupina i z naciskiem zaznaczając:
— Nie zrobiłem tego dla Blacka.
— Wiem — odpowiada po prostu Remus, po czym po krótkim zawahaniu i widocznej wewnętrznej walce wyciąga do niego rękę.
Lily jest tak samo zaskoczona jak Severus, ale zarazem dumna z tego, że Lunatyk postanowił odsunąć na bok pielęgnowaną latami niechęć i podjąć próbę zakopania starych podziałów. Domyśla się, jak dużo go ta decyzja kosztowała i jak rozdarty musi się czuć, wspominając stosunek swoich najbliższych przyjaciół do stojącego przed nim człowieka. Tym bardziej jest mu za to wdzięczna. Spogląda z niepokojem na Snape'a. Przez jego zdumioną twarz przemyka cień zgrozy, a sekundę później pojawia się na niej złość.
— Daruj sobie te puste gesty, Lupin — cedzi, odtrącając gniewnym ruchem wyciągniętą na znak zgody rękę. Jego wzrok znów robi się twardy, nieprzebaczający, jakby na każdą, nawet najmniejszą wzmiankę o Huncwotach wstępował w niego jakiś demon.
Z łopotem peleryny odwraca się, chcąc wyjść z pomieszczenia, ale Lily w tym samym momencie podrywa się z krzesła.
— Severusie! — woła za nim. Nie umie stwierdzić, czy zabrzmiało to bardziej błagalnie czy raczej jak zawoalowana groźba.
Tak czy inaczej, jej interwencja przynosi pożądany skutek. Snape raptownie się zatrzymuje, a do uszu Lily dociera pełne rezygnacji westchnięcie. Mężczyzna wygląda, jakby bił się z własnymi myślami; świadczą o tym jego uniesione lekko ramiona i pochylona głowa. Wreszcie, z ogromną niechęcią i prawie namacalnym cierpieniem, podchodzi z powrotem do łóżka. Kiedy ściska przelotnie dłoń Lupina, na jego ustach gości grymas wstrętu. Ledwo powstrzymuje odruch wytarcia ręki o szatę. Lily powoli wypuszcza powietrze z płuc, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że do tej pory wstrzymywała oddech.
— Cóż, to było... Nieważne. — Na wszelki wypadek rezygnuje z komentarza, choć ma ochotę spytać Snape'a z przekąsem, czy jego ręka jest nadal sprawna. — Chciałabym z tobą porozmawiać, Severusie.
Wychodzą we dwoje na korytarz. Lily nie ma zamiaru ukrywać swoich dalszych planów przed Remusem, ale rozmawiając przy nim ze Snape'em, czułaby się trochę nieswojo i podejrzewa, że odczucia Severusa byłyby pod tym względem podobne.
— Znowu potrzebuję twojej pomocy — zaczyna bez ogródek.
— O co chodzi? — pyta wciąż jeszcze poirytowanym tonem Severus. — Mam nadzieję, że nie ma to żadnego związku z Lupinem. — W jego oczach pojawia się błysk niepokoju. — Chyba... Chyba nie chcesz, żebym go pilnował?
Lily ma ochotę parsknąć śmiechem, ale dalsze drażnienie Snape'a byłoby bardzo złym pomysłem.
— Nie, nie... Chodzi mi o Richarda Fishera.
— Co z nim?
— Załatwiłabym to sama, ale z uwagi na obecną sytuację...
— Do rzeczy — niecierpliwie ucina jej wyjaśnienia Snape.
— Chciałabym, żebyś sprawdził, czy u niego wszystko w porządku. Czy dobrze się czuje po tym wszystkim, co zaszło. Co pamięta, a czego nie.
— Jak ty sobie wyobrażasz tego typu rozmowę? — prycha Severus. — Mam wpaść do niego na podwieczorek?
— Wierzę w twoją pomysłowość. Jak dotąd przerastała moje najśmielsze oczekiwania.
Snape krzywi się, wyłapując w jej tonie nutę ironii. Lily rzuca mu znaczące spojrzenie.
— Dobrze, pójdę do niego — kapituluje Severus, wyraźnie niezadowolony. — Nawet dzisiaj, czemu nie? Coś jeszcze?
— Tak, jedna rzecz — odpowiada od razu Lily, starając się zignorować jego pełen niedowierzania wzrok. — Muszę jak najprędzej zanieść nagranie zeznań Fishera Crouchowi. Najlepiej jutro.
— Rano mam zajęcia. Ale po południu mógłbym ci towarzyszyć. Dumbledore ustawił mi spotkanie z Karkarowem, który ma jutro zostać wezwany na przesłuchanie w Ministerstwie.
— Naprawdę? — Lily jest zaskoczona tak szybkim rozwojem sytuacji. — Jak wytłumaczyłeś Albusowi swoją chęć widzenia się ze śmierciożercą?
— Byliśmy z Karkarowem dość bliskimi znajomymi… jeśli można tak to ująć — odpowiada zdawkowo Snape z trudną do rozszyfrowania miną. — Karkarow podobno zaczyna się łamać i rozważa sypnięcie innych. Dumbledore uważa, że powinienem go jeszcze bardziej rozmiękczyć i dyskretnie utwierdzić w przekonaniu, że to najlepsza droga.
Słysząc to, Lily kręci z zakłopotaniem głową. Metody Albusa nigdy nie przestaną jej zadziwiać.
— To już wszystko? — upewnia się Snape.
— Jeszcze tylko ogranicz niepotrzebne złośliwości i będzie idealnie.
— Nie chciałem być złośliwy — mówi Severus po długim i pełnym urazy milczeniu. — Ani teraz, ani… wcześniej.
Lily wzrusza bezradnie ramionami.
— No nie wyszło. Ale poradzisz sobie z tym. Dzięki za wszystko i do zobaczenia później! — Macha mu na pożegnanie ręką, wracając do pokoju.
Severus jeszcze przez chwilę stoi na korytarzu z kwaśną miną, zanim obraca się na pięcie i kieruje do wyjścia ze skrzydła szpitalnego.
Lily spędza resztę popołudnia, dzieląc czas między opiekę nad Remusem a zajmowanie się Harrym. Śmieszka, co prawda, z entuzjazmem zaoferowała, że chętnie popilnuje „słodkiego, małego człowieka" dłużej, ale sumienie podpowiada Lily, że ostatnio nadmiernie wykorzystuje dobre serce skrzatki, zaniedbując przy tym na domiar złego własnego syna. Dlatego teraz siedzi razem z nim na dywanie w przyjemnie ciepłym salonie, przyglądając się z rozbawieniem, jak maluch z namysłem godnym największych mędrców w historii magii duma nad układanką.
— Popatrz, słoneczko, sówce brakuje jeszcze skrzydełka i nóżki — podpowiada, gdy Harry rzuca jej zagubione spojrzenie. — Gdzie jest skrzydełko?
Dziecko po chwilowym zawahaniu wybiera właściwy klocek i kładzie go w odpowiednim miejscu. Z triumfalną miną robi to samo z ostatnim, kończąc układanie obrazka. Sowa na drewnianych sześcianach natychmiast budzi się do życia, strosząc pióra i mrugając oczami.
— Uhuuu! Uhuuu! — cieszy się Harry, klaszcząc w rączki.
Lily przygarnia chłopczyka do siebie i całuje w główkę, mimowolnie zahaczając wzrokiem o bliznę na jego czole. Nie wiedzieć czemu, przypomina jej się nagle Peter. Ogarnia ją równocześnie złość i lęk. A jeśli Syriusz mówił prawdę? A co, jeśli Peter rzeczywiście żyje? Do tej pory traktowała to, co Łapa powiedział jej w Azkabanie, jak wyznania udręczonego bólem i poczuciem winy człowieka, ale teraz, gdy na przekór wszystkiemu okazał się niewinny... Będzie was szukał, ciebie i Harry'ego... Niedorzeczna jeszcze do niedawna myśl, że Peter może się gdzieś ukrywać, planując nawet w tej sekundzie zemstę za wszystkie urojone krzywdy i upadek swojego mistrza, Voldemorta, przyprawia ją o dreszcze. Dla ciebie dałbym się pokroić, dźwięczy jej w uszach zwodniczo słodki głos Glizdogona, by już za moment zmienić się w nienawistny warkot Mulcibera:Spróbuj to zrobić jeszcze raz, a potnę cię na kawałki. Przenika ją przeraźliwie zimno, więc wstaje i podchodzi do kominka, wyciągając ku płomieniom lekko drżące dłonie.
— Proszę! — woła, słysząc pukanie do drzwi.
Kiedy do środka wchodzi Snape, Lily odnosi wrażenie, że ma dokładnie tak samo kwaśną minę jak kilka godzin wcześniej w skrzydle szpitalnym.
— Jakie wieści? — pyta go od razu, nie potrafiąc ukryć podenerwowania. — Jak się czuje Fisher?
— Powiedziałbym, że nie najgorzej — odpowiada beznamiętnie Severus. — W każdym razie pamiętał mnie i był... rozczarowany tym, że nie ma ciebie. Nie mógł sobie tylko przypomnieć, kiedy właściwie wyszliśmy. Upewniłem się, że jest gotowy zeznawać w sądzie. Wygląda na to, że zaklęcie Mulcibera zadziałało tak, jak powinno, i nie naruszyło reszty wspomnień.
— Całe szczęście. — Lily wzdycha z ulgą. — Jak w ogóle uzasadniłeś swoje przyjście?
— Zgubieniem ulubionego długopisu. — Snape uśmiecha się krzywo.
— Jak na ciebie, to dość... przyziemne — stwierdza Lily ze zdziwieniem. — I co, nie nabrał żadnych podejrzeń?
— Jeśli miał jakieś wątpliwości, to najwyraźniej nie czuł potrzeby, żeby się nimi ze mną podzielić.
Lily myśli, że Fisher był prawdopodobnie w stanie zaakceptować każde wytłumaczenie, byle tylko Snape jak najszybciej opuścił jego dom.
— Zanim poszedłem, obserwowałem go jeszcze chwilę przez okno. Zachowywał się moim zdaniem normalnie.
— Normalnie, czyli jak?
Severus unosi brew.
— Dopił herbatę. Poczytał książkę. Pobawił się z kotem. Znowu poczytał.
— Jak długo go właściwie obserwowałeś? — pyta sceptycznie Lily, przerywając tę wyliczankę.
— Możliwe, że była to dłuższa chwila.
Lily przygryza wargę, tłumiąc śmiech. Wyobraża sobie mimo woli czającego się pół dnia za drzewem Snape'a. Szybko przywołuje się do porządku.
— Może więc napijesz się ze mną czegoś gorącego? Earl Greya?
— Ciągle pamiętasz — mówi cicho Severus, a w jego głosie pobrzmiewa nadzwyczaj ciepła nuta.
— Trudno zapomnieć — żartuje Lily. — Jak raz się pomyliłam i nalałam ci owocowej, miałeś podły nastrój do końca dnia.
— Tylko do końca uczty. — Snape czuje się w obowiązku sprostować. — Poza tym... malinowa?
— A jednak dzielnie ją wypiłeś. — Lily nawet nie próbuje powstrzymać uśmiechu. Zauważa, że twarz mężczyzny również łagodnieje. — Nie mogła być aż tak zła.
— Kusząca propozycja, ale dzisiaj muszę niestety odmówić. Został mi jeszcze stos klasówek do sprawdzenia na jutro. Zapowiada się wspaniały wieczór — tłumaczy z niechęcią Snape. Nieoczekiwanie spogląda w dół, a na jego twarzy pojawia się przerażenie.
Lily dopiero po chwili orientuje się, co jest tego przyczyną. Harry, najwyraźniej straciwszy zainteresowanie klockami, niepostrzeżenie podpełzł bliżej gościa i teraz z rozbawieniem ciągnie go za pelerynę. Severus wygląda, jakby był przekonany, że jeśli nie wykona żadnego ruchu, ma szansę wyjść z tej konfrontacji bez szwanku. Jej synek nie zamierza mu jednak niczego ułatwiać.
— Harry, bądź grzeczny — lituje się wreszcie nad Snape'em Lily. Podchodzi do dziecka, aby odczepić je od szaty mężczyzny i podnieść z podłogi. — Nawiasem mówiąc, mój mały nie gryzie, Severusie.
— Lepiej już pójdę — stwierdza asekuracyjnie Snape.
— Zanim uciekniesz... Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie nurtuje — mówi Lily, zatrzymując go.
— Tak? — Severus patrzy na nią pytająco.
— To właściwie bez znaczenia, ale zastanawiałam się nad tym... Skąd wiedziałeś, że Peter potrafił zamieniać się w szczura? Wiesz... Wiesz też o Jamesie i Syriuszu?
Na usta Snape'a wypływa powoli enigmatyczny, trochę niepokojący uśmiech.
— Niespecjalnie się z tym kryli. A w każdym razie niewystarczająco.
Szpieg od kołyski. No tak, co za naiwne pytanie. Chodzi jej po głowie kolejne, o wiele ważniejsze, i postanawia je zadać.
— Czy myślisz, że Peter żyje?
Uśmiech Snape'a znika, zastąpiony przez dziwny grymas.
— Mało prawdopodobne — odpowiada jej po krótkim zastanowieniu. — Ale wykluczenie tej możliwości byłoby dużym błędem.
39.
Lily poprawia leżącą na kolanach książkę, po raz kolejny usiłując się skupić na czytanej od niemal godziny recepturze eliksiru. Jej myśli co i rusz rozpierzchają się jednak we wszystkich kierunkach i nie jest w stanie nad nimi zapanować. Miała nadzieję, że po dniu pełnym (w większości negatywnych) wrażeń i połowie nocy spędzonej na czuwaniu przy zmożonym gorączką Lupinie organizm wymusi na niej upragniony odpoczynek, ale umysł Lily wciąż zdaje się pracować na najwyższych obrotach, uparcie odganiając sen. Położyła Harry'ego spać już jakiś czas temu; ciszę panującą w salonie zakłóca jedynie trzask płonących w kominku polan. Choć stara się nie roztrząsać nadmiernie w pamięci minionych wydarzeń, nieustannie powracają do niej wyryte głęboko w podświadomości, niechcące odejść obrazy: twarze Fishera, Mulcibera, Mary, białe maski śmierciożerców, korytarze opuszczonej rezydencji, które w jej wyobraźni nie mają końca...
Wzdryga się, gdy naraz coś uderza w szybę, wyrywając ją z zadumy. Natychmiast odwraca głowę w stronę okna, wytężając wzrok, aby dostrzec cokolwiek w pochłaniającej świat na zewnątrz ciemności. Wydaje jej się, że widzi na parapecie rozmyty, nieduży kształt — jaśniejszą plamę na czarnym tle. Zarzewie lęku, które pojawiło się w jej sercu, stopniowo znika. To musi być sowa. Podchodzi do okna i wpuszcza ją do środka. Kiedy podsuwa zmarzniętemu ptakowi miseczkę z wodą, włochatka upuszcza na parapet przyniesiony list i z wdzięcznością zanurza dziób w naczyniu. Lily spostrzega na jej nóżce obrączkę charakterystyczną dla sów wypożyczanych na poczcie w Hogsmeade. Marszczy czoło, obracając lekką, cienką kopertę w dłoniach. Spodziewa się ujrzeć znajome, schludne pismo Barty'ego Croucha, ale tym razem jej nazwisko i miejsce pobytu wypisano pozbawionymi charakteru drukowanymi literami. Brakuje danych nadawcy. Czuje w tyle głowy słabe, lecz trudne do zlekceważenia ukłucie niepokoju. Waha się. Anonimowy list wysłany późnym wieczorem z ogólnodostępnej sowiej poczty powinien zapalić w jej umyśle wszystkie lampki ostrzegawcze. Sięga po odłożoną na stolik różdżkę i na wszelki wypadek rzuca kilka zaklęć ujawniających ukryte klątwy i trucizny, jednak nic się nie dzieje. Rozważa przez moment pójście po pomoc do Severusa lub Albusa, ale po namyśle uznaje swoje obawy za przesadzone. Powoli rozrywa kopertę.
W środku jest tylko jeden, złożony na pół arkusz pergaminu. Lily rozkłada go i przesuwa wzrokiem po treści listu. Kiedy w pełni dociera do niej to, co widzi, serce podchodzi jej do gardła, a przed oczami wyskakują ciemne plamy. Wydaje zduszony okrzyk, gdy zaledwie sekundę później pergamin samoczynnie zajmuje się ogniem, i upuszcza list na ziemię. Nim dolatuje do podłogi, jest już tylko garstką czarnego popiołu. Lily zaciska powieki, próbując opanować napad paniki i wyrównać oddech.
Wiadomość nie zawierała żadnego słowa. Pośrodku strony widniała jedynie duża, narysowana piórem błyskawica.
