Gdyby kogoś to jeszcze interesowało - to opowiadanie nie zostało porzucone, ale nowe odcinki będą się na razie pojawiać sporadycznie. Poniżej ostatni odcinek II części.
Betowała Pantera.
40.
No dalej, odbierz, powtarza gorączkowo w myślach Lily, miażdżąc w dłoni słuchawkę telefonu. Odbierz, do diabła! Rozbrzmiewający nieustannie od ponad trzydziestu sekund monotonny sygnał doprowadza ją na skraj wytrzymałości. Rzuca przez szybę przelotne spojrzenie na tonącą w potokach deszczu, wypłukaną z kolorów ulicę. Chodnikami suną przed siebie schronieni pod parasolkami mieszkańcy Londynu, raz po raz odskakując w popłochu od krawężników, by nie dosięgły ich kurtyny wody, rozchlapywane na boki przez przejeżdżające samochody. Lily przestępuje niecierpliwie z nogi na nogę, jednak gdy jest już bliska odwieszenia słuchawki, po drugiej stronie rozlega się wreszcie męski, nieco naburmuszony głos:
— Słucham?
— Vernon? Dzięki Bogu! — wzdycha z ulgą Lily, czując, jak powoli zaczyna opuszczać ją napięcie. — Czemu tak długo nie odbieraliście?!
— Wracałem właśnie z garażu i... Kto w ogóle mówi? — reflektuje się z opóźnieniem Dursley. — To ty, Lily?
— Tak, to ja. Nie powinieneś być jeszcze w pracy? Nieważne — ucina Lily, dochodząc do wniosku, że właściwie nie ma ochoty słuchać teraz jego karkołomnych wyjaśnień. — Daj mi Petunię, chcę z nią zamienić parę słów.
— Coś się stało? — pyta podejrzliwie Vernon. — Czemu dzwonisz?
— Czy to naprawdę takie dziwne?
— Zwykle przysyłasz tutaj to cholerne, napastliwe ptactwo.
Słysząc konfrontacyjny ton szwagra, Lily przewraca oczami.
— Vernon, nie mam na to czasu — mówi z naciskiem. — Po prostu zawołaj Petunię.
Już dawno pogodziła się z tym, że jest im ze sobą nie po drodze. Vernon, odkąd tylko żona wtajemniczyła go (choć nie bez oporów) w pilnie strzeżony, rodzinny sekret Evansów, po otrząśnięciu się z ciężkiego szoku przy niemal każdej nadarzającej się okazji dawał Lily do zrozumienia, co sądzi na temat jej „dziwactw", i na wszelkie sposoby próbował sprowadzić ją z powrotem na „właściwą" ścieżkę, zupełnie jakby magia była destrukcyjnym nałogiem, z którym sama nie potrafiła sobie dać rady. Tolerowała jego wygłaszane protekcjonalnym tonem (i mimo wszystko w dobrej wierze) monologi głównie ze względu na siostrę, wielokrotnie zachodząc w głowę, co takiego szczególnego Petunia zobaczyła w tym człowieku. Do tej pory nie zdołała wyrzucić z pamięci pierwszego spotkania Jamesa z Vernonem; przeczuwała, że nie będzie lekko, ale nie spodziewała się aż tak spektakularnej katastrofy. Oczywiście Jim ze swoim zadziornym charakterem jeszcze tylko dołożył do pieca. Pomiędzy nią a Petunią panuje od tamtego dnia ciche porozumienie, by nigdy, pod żadnym pozorem nie wspominać o tych wydarzeniach, a z biegiem lat Lily zadecydowała, że dopóki jej siostra jest szczęśliwa i zadowolona z małżeństwa, ona sama może zagryzać zęby i znosić męczące potyczki ze szwagrem.
— Halo? — w słuchawce rozlega się trochę zaniepokojony głos Petunii.
— Cześć, Tuniu, to ja. — Lily stara się, aby brzmiało to w miarę neutralnie, nie chcąc jej przestraszyć. — Co u was? Wszystko w porządku?
— Skąd dzwonisz? — Petunia wydaje się tak samo zaskoczona jak Vernon. — Chyba nie stamtąd?
— Co? Ach! Nie, nie... Jestem w Londynie. Mam tu do załatwienia jedną, pilną sprawę... Ale powiedz, co u was?
— To, co zawsze. Wszystko po staremu. — Lily wyobraża sobie, jak siostra wzrusza w charakterystyczny sposób ramionami. — Czy coś się stało?
— Nie, nie, nic... Po prostu chciałam usłyszeć twój głos — śpieszy z przygotowanym naprędce wyjaśnieniem.
Przez chwilę w słuchawce panuje cisza, aż w końcu przerywa ją głośne westchnienie.
— Nie jestem głucha, Lily, przecież słyszę, że coś jest nie tak. Jesteś zdenerwowana. Natychmiast mów, co się dzieje.
Lily poniewczasie stwierdza, że telefon do siostry raczej nie był dobrym pomysłem, bo od razu obudził w niej podejrzenia. Nie miała jednak innego wyboru. Musiała jak najszybciej upewnić się, że Dursleyowie są bezpieczni i nic im nie grozi. Przez pół nocy przewracała się z boku na bok, rozmyślając o liście oraz tożsamości i intencjach jego anonimowego nadawcy. Nie miała wątpliwości, że to ostrzeżenie, pokrętnie sformułowana groźba, bezwzględnie uderzająca w jej najczulszy punkt i potwierdzająca wszystkie żywione przez nią obawy — wrogowie nie tylko wiedzą, że ukrywa się z dzieckiem w Hogwarcie, ale też, co gorsza, nadal uporczywie skupiają swoją uwagę na Harrym. Nad ranem znów nawiedziło ją wspomnienie umierającego Bradleya i słów Franka, według którego zabicie Scotta również było „ostrzeżeniem". A potem pomyślała ze zgrozą o Petunii. Dumbledore zapewniał wprawdzie wiele razy, że jej siostra znajduje się pod stałą obserwacją Zakonu, a na dom Dursleyów nałożono nawet jakieś zaklęcia ochronne, lecz po śmierci Jamesa Lily nie wierzy już we wszechmoc dyrektora i nie umie mu ponownie w pełni zaufać. Najchętniej wpadłaby znienacka na Privet Drive i nie zważając na żadne protesty, porwała Petunię, Vernona i Dudleya ze sobą do Hogwartu. Przeraża ją świadomość, że przez sam fakt pokrewieństwa z nią są narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo, a ich do tej pory spokojne i poukładane życie może zostać w każdej chwili wywrócone do góry nogami.
— Sama nie wiem... To... To skomplikowane — mówi Lily, przełykając ciężko ślinę. — Tak dużo się dzieje... Obiecaj mi, że o wszystkich dziwnych rzeczach będziesz natychmiast informować panią Figg. Obiecaj, że będziesz na siebie uważać.
— Lily... — zaczyna protestować Petunia, lecz Lily wchodzi jej stanowczo w słowo:
— Obiecaj, do cholery.
— Dobrze, już dobrze... Uspokój się. Domyślam się, że ma to związek z tymi... kłopotami u was. Wspominałam kiedyś, że Vernon ma pozwolenie na broń?
Lily ma ochotę się rozpłakać. Mimo wszystkich dzielących je różnic zna swoją siostrę i wie, że chociaż w tym momencie wydaje się niewzruszona i opanowana, w głębi serca, tak samo jak ona, na pewno umiera ze strachu. Prawie podskakuje, słysząc za plecami ponaglające stukanie w szybę.
— Muszę kończyć. Kocham cię — dodaje cicho po krótkiej chwili zawahania. — Wiesz, że cię kocham, Tuniu, prawda? — upewnia się.
— O Boże... Tylko mi tu nie rycz.
— Tuniu...
— Wiem — ucina Petunia, a Lily odnosi wrażenie, że w jej chłodnym tonie zabrzmiała przez ułamek sekundy cieplejsza nuta. — Ty też na siebie uważaj.
Odkłada słuchawkę, czując się tylko nieznacznie lepiej niż przed rozmową. Bierze głęboki oddech, po czym opuszcza budkę telefoniczną. Na zewnątrz czeka na nią wytrwale w strugach deszczu Snape. Zanim Lily ma szansę zmoknąć, podchodzi bliżej i osłania ją trzymanym w ręku parasolem. Delikatnie nachyla się w jej stronę.
— Co u twojej siostry? — pyta zniżonym głosem. — Są bezpieczni?
— Nikt teraz nie jest bezpieczny i na tym polega problem — odpowiada przygnębiona Lily.
Ruszają chodnikiem przed siebie, lawirując między przechodniami i kałużami wody.
— To z tego powodu jesteś od rana tak zdenerwowana? Martwisz się o nich?
Lily zerka na niego kątem oka. Postanowiła nie mówić na razie nikomu o anonimowych pogróżkach, bojąc się, że Albus błyskawicznie wykorzysta tę informację, aby zwiększyć środki ostrożności i tym samym jeszcze bardziej ograniczyć jej wolność. I tak już coraz częściej Hogwart przypomina klatkę, a kamienne mury i ciemne, pełne zakrętów korytarze zaczynają ją powoli przytłaczać, jakby tułała się nieprzytomnie po zakamarkach własnego umysłu. Kolejny raz odnosi jednak nieprzyjemne wrażenie, że Severus zna prawdziwą przyczynę jej niepokoju i chce jedynie potwierdzić swoje przypuszczenia.
— Oczywiście, że się martwię! Poza tym stresuje mnie perspektywa kolejnego starcia z Crouchem. Przecież dobrze wiesz, jak wiele od tego zależy.
— Lily. — Snape uśmiecha się krzywo. — Mów prawdę albo popracuj nad kłamstwami. Oboje wiemy, że coś ukrywasz. Zacytować słowa pewnej znanej mi osoby na temat wzajemnego zaufania?
— Nie musisz — przerywa mu prędko Lily, domyślając się, do czego zmierza. — Później... Powiem ci wszystko później, kiedy już będziemy to mieć za sobą, w porządku? Teraz chcę się skupić na tym, co mnie czeka w Ministerstwie.
Severus przygląda się jej przez chwilę w milczeniu, po czym akceptuje tę propozycję krótkim skinieniem głowy. Skręcają w boczną uliczkę, zostawiając za plecami morze parasolek i szum ulicy. Nim docierają do zaniedbanego zaułka, wokół nich nie ma już żywej duszy. Przystają przed witryną zamkniętego na cztery spusty sklepu. Okno wystawowe jest tak brudne, że ledwo widać za nim zarysy jakichś kształtów. Jeden z cieni niepokojąco przypomina stojącego na tylnych łapach niedźwiedzia. Lily unosi wzrok, by spojrzeć na wiszący nad nimi szyld. „Samuel Gordon — wypychacz zwierząt". Kiedy Severus wyciąga różdżkę i dotyka nią drzwi, te natychmiast się otwierają. Odsuwa się na bok, przepuszczając ją przodem.
— Ohyda — mamrocze Lily, gdy przez przypadek zahacza łokciem o siedzącą na ladzie wypchaną sowę. Wzdryga się, napotykając jej martwe spojrzenie. — Musieliśmy korzystać akurat z tego wejścia?
— Dobry sposób na ominięcie kolejek — tłumaczy niewzruszony Snape, wpatrując się z zainteresowaniem w wiszący na ścianie, pokryty pajęczynami łeb jelenia.
— I nocne koszmary...
Za drzwiami na tyłach sklepu znajduje się winda, gdzie wita ich dobrze znany, beznamiętny głos:
— Proszę podać imię, nazwisko i sprawę.
— Severus Snape i Lily... Potter. — Ton Severusa nie zmienia się, ale Lily mimowolnie zwraca uwagę na krótką pauzę przed jej nazwiskiem. — Spotkanie z Igorem Karkarowem na wniosek Albusa Dumbledore'a.
Głos przez kilka sekund milczy, jakby miał problem z przyswojeniem zbyt wielu nazwisk jednocześnie lub obiekcje względem któregoś z gości, aż wreszcie odzywa się ponownie:
— Dziękuję. Proszę wziąć plakietki i przypiąć je sobie na piersi. Przypominamy o konieczności poddania się kontroli osobistej i okazania różdżki do rejestracji przy stanowisku ochrony, które mieści się w końcu Atrium.
— Zauważyłeś, że nie życzyli nam miłego dnia? — pyta odruchowo Lily, walcząc z plakietką.
Snape energicznym ruchem strzepuje z parasola krople deszczu.
— Mają mnie w rejestrze.
— Och — przypomina sobie Lily.
Kiedy zmierzają przez Atrium w kierunku stanowiska ochrony, kilkoro mijanych magów odwraca za nimi głowy, posyłając Snape'owi przeciągłe, bardzo nieprzychylne spojrzenia. Wyraz twarzy przeszukującego ich strażnika jest wręcz wrogi; bada różdżkę Severusa tak długo, jakby jedynie nazwisko dyrektora Hogwartu powstrzymywało go przed próbą wbicia mu jej w szyję.
— Żadnych numerów, Snape — cedzi przez zęby. — Mam cię na oku.
— Skończył pan już? — upewnia się zirytowanym tonem Severus.
Strażnik krzywi się z pogardą, ale wreszcie oddaje mu różdżkę. Lily na wszelki wypadek chwyta Snape'a za ramię i szybko odciąga od stanowiska ochrony, zanim ten ma szansę pogorszyć ich sytuację jakąś ciętą ripostą. Na szczęście winda, do której wsiadają, jest pusta.
— Mam nadzieję, że Crouch będzie u siebie i zechce mnie w ogóle wysłuchać — wzdycha Lily, czując, że ponownie zaczyna się denerwować. — Boję się, że znowu coś pójdzie nie tak i Syriusz...
— Dasz sobie radę — odpowiada spokojnie Snape. Mówi to z tak niezachwianą pewnością, że Lily nie ma wyboru i po prostu musi mu wierzyć.
— Dzięki. — Uśmiecha się z wdzięcznością. W tej samej chwili chłodny głos informuje ich, że dotarli na poziom drugi. — Widzimy się za godzinę pod gabinetem Croucha. — Lily wychodzi na korytarz, ale jeszcze na moment odwraca się do Severusa. Wymieniają spojrzenia przez zasuwającą się z powrotem kratę, jakby dodawali sobie nawzajem otuchy. — Na który poziom jedziesz?
— Na sam dół — mówi Snape, a kiedy winda rusza, odwzajemnia jej uśmiech.
Lily patrzy przez chwilę w miejsce, gdzie przed sekundą była jego twarz, czując w sercu przyjemne ciepło, po czym bierze głęboki oddech, odwraca się i rusza korytarzem w stronę gabinetu Croucha. Nie ma sensu tego odwlekać w nieskończoność. Im szybciej to załatwi, tym prędzej Syriusz wyjdzie na wolność. Świadomość, że jego dalszy los zależy tylko i wyłącznie od jej zdecydowanego działania, na nowo dodaje Lily pewności i sił. Dasz sobie radę. Jasne, że dam, myśli z większym niż wcześniej przekonaniem. Najważniejsze to nie pozwolić się wyrzucić.
Podobnie jak poprzednio, z listów gończych porozwieszanych na ścianach znów spoglądają na nią groźne, wykrzywione nienawiścią twarze śmierciożerów, lecz tym razem Lily idzie śmiało przed siebie, całkowicie niewzruszona, nie poświęcając im większej uwagi. Niektórzy z mijanych na korytarzu magów unoszą głowy i przypatrują się jej z lekkim zdziwieniem, jakby podskórnie wyczuwali bijącą od niej aurę determinacji. Od czasu do czasu Lily przelotnie omiata spojrzeniem ich twarze, nie mogąc opędzić się od myśli, że pośród nich mogą znajdować się tajni słudzy Voldemorta. Albus ostrzegał wszystkich na jednym ze spotkań Zakonu, że Ministerstwo zostało zinfiltrowane przez śmierciożerców, i dlatego muszą zachować szczególną ostrożność. Zaufanie niewłaściwej osobie może ich bardzo dużo kosztować.
Lily odnosi wrażenie, że przejście korytarzem pod drzwi gabinetu Croucha trwa całe wieki, ale wreszcie staje u celu i zanim mają szansę dopaść ją jakiekolwiek wątpliwości, puka. Kiedy nikt nie odpowiada, niezrażona naciska klamkę. Ku jej przerażeniu gabinet okazuje się zamknięty. Ze wszystkich rozpracowywanych przez nią scenariuszy musiał spełnić się akurat ten najgłupszy! Nie zważając na ukradkowe spojrzenia stojących nieopodal urzędników, Lily z zaciętą miną przykłada ucho do drzwi. Może Crouch próbuje pozbyć się jej, udając, że go nie ma? Prosty, ale skuteczny sposób na odpędzenie natrętów. Już po chwili Lily dochodzi jednak do wniosku, że jako szef departamentu prawa Crouch ma przecież ważniejsze sprawy na głowie niż siedzenie przez cały dzień przy biurku i czekanie na niezapowiedzianych gości. Na pewno przewodniczy właśnie jakiejś rozprawie, a jej zwyczajnie nie dopisało szczęście. Lily ciężko wzdycha, odsuwając się powoli od drzwi. Rozgląda się nieco bezradnie po korytarzu, gorączkowo analizując w myślach wszystkie dostępne opcje. Iść poszukać Croucha czy czekać na niego tutaj? Ministerstwo jest ogromne, a on może teraz przebywać praktycznie wszędzie.
Walcząc z coraz większym rozczarowaniem, spogląda jeszcze raz na drugi koniec korytarza i prawie podskakuje z radości. Zza zakrętu wyłonił się właśnie Crouch, pogrążony w ożywionej dyskusji z towarzyszącym mu urzędnikiem. Jest tak zaabsorbowany rozmową, że zauważa czekającą na niego cierpliwie Lily dopiero wtedy, gdy od gabinetu dzieli ich zaledwie kilka kroków. Zamiera na sekundę z otwartymi ustami, jakby nagle stracił wątek i zapomniał, co chciał powiedzieć. Urzędnik dostrzega jego zmieszany wyraz twarzy i przenosi pytające spojrzenie na nią.
— Dzień dobry — wita ich uprzejmym tonem Lily, nie kryjąc nieco złośliwej satysfakcji. Wbija wzrok w szefa departamentu prawa. — Mam nadzieję, że znajdzie pan dla mnie chwilę.
— To ja już w takim razie będę leciał. Dokończymy później, Barty — proponuje pospiesznie urzędnik, widząc niezadowoloną minę swojego kolegi. — Nie chcesz chyba, żeby pani czekała? — dorzuca na wpół żartobliwie i zostawia ich samych.
— Dzień dobry, pani Potter — odpowiada wreszcie chłodno Crouch, jakby dopiero co zdołał otrząsnąć się z odrętwienia. Lily domyśla się, że raczej nie sprawiła mu tą wizytą radości. — Spodziewałem się pani kolejnej wizyty, nie myślałem tylko, że nastąpi ona tak prędko.
— Minął miesiąc — zauważa Lily.
Unikając jej wzroku, Crouch lekko nerwowym gestem poprawia krawat, po czym staje obok niej i otwiera drzwi do swojego gabinetu.
— Nie mam teraz dla pani zbyt wiele czasu — tłumaczy niechętnie, gdy Lily, nie czekając na jego zaproszenie, wchodzi do środka. Nie wykonuje jednak żadnego ruchu, aby ją powstrzymać, jakby dobrze wiedział, że to na nic.
— Wierzę, że załatwimy to bardzo szybko.
— Dokumenty w sprawie Syriusza Blacka, które do tej pory udało mi się przejrzeć... — zaczyna prawie natychmiast Crouch, ale gwałtownie urywa, gdy Lily podchodzi do biurka i z triumfalnym uśmiechem kładzie na nim wyjęty z kieszeni dyktafon. Czarodziej, wyraźnie zdezorientowany, wpatruje się przez kilka sekund w leżące na blacie urządzenie, a następnie kieruje swoją uwagę z powrotem na nią. — Pani Potter...?
— Słyszał pan kiedyś o dyktafonie? Używają go mugole.
Crouch zdaje się przez dłuższy czas obracać jej słowa w umyśle, aż w końcu mówi z wahaniem:
— To niemagiczna myślodsiewnia.
— Nie do końca — poprawia go Lily. — Dyktafon rejestruje głos. W tym przypadku głos bardzo ważnego świadka.
Crouch prostuje się, mrużąc czujnie oczy, a Lily ma wrażenie, że wreszcie udało jej się wzbudzić w nim autentyczne zainteresowanie.
— Co chce pani przez to powiedzieć?
— Pozostawiam odpowiednie wnioski panu — mówi Lily i włącza dyktafon.
Taśma rusza i w pomieszczeniu rozlega się dziwnie zdeformowany, niski głos Richarda Fishera, który już po chwili zostaje zagłuszony przez szumy i trzaski. Uśmiech Lily od razu rzednie. Ze strachem bierze dyktafon do ręki i odruchowo nim potrząsa, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc.
— Nie rozumiem... Jeszcze dzisiaj sprawdzałam, czy działa, i wszystko było w porządku — mamrocze pod nosem, usiłując stłumić narastającą w niej panikę. Wyłącza urządzenie, bojąc się, że jeszcze bardziej uszkodzi taśmę.
Crouch przygląda się jej w milczeniu z nieodgadnioną miną. Lily jest pewna, że zaraz wyrzuci ją z gabinetu, krzycząc coś o marnowaniu jego czasu, lecz czarodziej jedynie cicho wzdycha i mówi:
— Jesteśmy w budynku Ministerstwa Magii. Mugolska technika nie będzie tutaj działać prawidłowo.
Na twarz Lily wypływa rumieniec wstydu. Przez swoje podekscytowanie zapomniała oczywiście o najważniejszym. Ale jak wobec tego ma dopilnować, aby Crouch odsłuchał nagrania? Tak bardzo chciała zobaczyć jego reakcję...
— Czy... hm... mógłby pan wyjść ze mną na zewnątrz? — pyta dość niezręcznie, gdy nie przychodzi jej do głowy żadne lepsze rozwiązanie.
Przełyka ślinę, napotykając ponure spojrzenie szefa departamentu prawa. Teraz już na pewno wyląduję za drzwiami, myśli, jednak czarodziej znów ją zaskakuje.
— Jest pani chyba najbardziej upartym petentem, z jakim miałem do tej pory do czynienia, pani Potter — przyznaje Crouch tonem, w którym dezaprobata miesza się z trochę mniej krytyczną nutą. — Ale w porządku. — Lily ze zdumieniem obserwuje, jak czarodziej podchodzi do ściany i wyjąwszy różdżkę, stuka nią dwukrotnie w wystającą cegłę. Kiedy w murze otwiera się przejście, bardzo podobne do tego prowadzącego na Pokątną, Crouch odwraca się w jej stronę. — Proszę za mną.
— Dokąd idziemy? — pyta z zaniepokojeniem Lily, wślizgując się za nim w nisko sklepiony, ciemny tunel.
— Mam nadzieję, że nie boi się pani ciemności — mówi Crouch, docierając do końca korytarza i otwierając znajdujące się tam drzwi. — Bez obaw, będę tuż obok.
Przekraczając próg, Lily ma wrażenie, jakby wchodziła z jednego mroku w drugi, bardziej zimny i nieskończony. Spogląda w dół, ale nie widzi żadnej podłogi; jej stopy wydają się zawieszone w próżni. Z bijącym szybciej sercem zadziera głowę i daleko w górze dostrzega wąską szczelinę, wyrwę, jak gdyby ktoś rozdarł rozpostarty nad nimi czarny materiał. Przedostaje się przez nią białe, lodowate światło, które oświetla jedynie punkt, w którym stoją.
— Co to za miejsce? — szepcze Lily, nie mając odwagi podnieść głosu. Czuje się pośrodku tej dziwnej przestrzeni bardzo nieswojo.
— Nazywamy je ciemnią — wyjaśnia Crouch nieporuszony. Musiał przebywać tu już wielokrotnie. — Korzystają z niego często pracownicy niektórych departamentów Ministerstwa, na przykład Urzędu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli. To miejsce całkowicie pozbawione magii, nie działają tutaj zaklęcia.
— Ale czy ono nie powstało przypadkiem przy użyciu zaklęć? — dziwi się Lily.
— Nie do końca. — Crouch uśmiecha się lekko, wyraźnie zadowolony, że tym razem to on jest lepiej poinformowany od niej. Wskazuje trzymany przez nią w dłoni dyktafon. — Proszę to jeszcze raz uruchomić.
Włączając ponownie urządzenie, Lily spodziewa się potężnego echa albo innych efektów dźwiękowych, lecz głos Richarda Fishera jest wyraźny i brzmi naturalnie. Słuchają jego opowieści w całkowitej ciszy; założywszy ręce na plecy, Crouch pochyla się lekko do przodu i chłonie w skupieniu utrwalone na taśmie słowa. Lily obserwuje uważnie jego nieznacznie ściągnięte brwi, wypatrując śladów jakichś emocji, ale dopiero gdy Fisher mówi o Peterze rzucającym zaklęcie, dostrzega przemykający przez kamienną twarz czarodzieja cień. Chwilę później nagranie dobiega końca. Crouch stoi z pochyloną głową i wygląda na pogrążonego w głębokim namyśle.
— Będziemy musieli zweryfikować autentyczność tego dowodu — oznajmia wreszcie z oporem. — Nawet wspomnienia w myślodsiewni można sfałszować.
Nie to Lily chciała od niego usłyszeć.
— Oczywiście, rozumiem... Chociaż świadek, jak pan słyszał, jest gotowy zeznawać przed Wizengamotem — przypomina mu z naciskiem, starając się ukryć swoje poirytowanie sugestią, że mogła sfałszować nagranie.
— Składanie zeznań przed Wizengamotem przez niemagicznego obywatela to bardzo złożona operacja. Musimy się upewnić, że rzeczywiście będzie to konieczne.
W tym momencie Lily nachodzi ochota, aby na wieki zamknąć szefa departamentu prawa w ciemni. Ostatkiem sił tłumi w sobie złość i odpowiada tylko:
— Rozumiem. Mam nadzieję, że nie będzie to trwało długo.
Wracają z powrotem do gabinetu.
— Naturalnie będzie musiała pani zostawić ten dowód u mnie — mówi zasadniczym tonem Crouch, stając za biurkiem.
Lily bez słowa wyjmuje kasetę z dyktafonu i kładzie ją na blacie. Powinna przewidzieć, że czarodziej znajdzie sposób, aby zepsuć jej humor, i obieca jeszcze więcej biurokratycznych procedur. Dlaczego nie był taki dokładny, kiedy zamykał Syriusza w więzieniu? — myśli z niechęcią. Przypomina sobie nagle, co mówił o swoim ojcu Barty. Sprawa pani przyjaciela bardzo go gryzie. Nie toleruje niedoskonałości. Zaczyna powoli rozumieć, co oznacza cień utrzymujący się od dłuższego czasu na twarzy Croucha. Plama na honorze. A zarazem brak umiejętności przyznania się do błędu. Brzmi znajomo.
— Jeszcze jedna sprawa, pani Potter. — Lily wydaje się, że wzrok Croucha zrobił się nagle bardziej przenikliwy. — Jak dotarła pani do tego świadka?
Wytrzymuje jego intensywne spojrzenie, zastanawiając się, czy szef departamentu prawa ma jakieś podejrzenia co do tożsamości jej informatora. Jak by zareagował na wieść, że niedawno spotkała się w Hogsmeade z Bartym? Czy wie, że jego własny syn występuje pośrednio przeciwko niemu?
— Wystarczyło małe śledztwo — kłamie bez mrugnięcia okiem Lily. — Świadek był przesłuchiwany przez mugolską policję i gdyby tylko aurorzy się z nią skontaktowali, bez przeszkód sami dotarliby do tej informacji. Liczę na szybki odzew. Miłego dnia.
Na nieco sztywnych nogach oddala się od gabinetu Croucha i dopiero będąc prawie przy windzie, przystaje i głośno wypuszcza powietrze z płuc. Rozmowy z tym człowiekiem zawsze wykańczają ją psychicznie. Czy chociaż raz mogłaby liczyć na jakieś ludzkie odruchy z jego strony? Rozgląda się po korytarzu, po czym opada ciężko na jedno z krzeseł pod ścianą. Severusa nigdzie nie ma, zapewne nadal rozmawia z Karkarowem. Nie uśmiecha jej się zostawać na tym piętrze dłużej, niż to konieczne, ale nie ma wyboru. Bellatriks Lestrange z wiszącego naprzeciwko listu gończego wygląda, jakby chciała wyskoczyć ze zdjęcia i się na nią rzucić. Lily wzdryga się i spuszcza wzrok. Przed spotkaniem z Crouchem starała się blokować w umyśle wspomnienie anonimowego listu, żeby jej nie rozpraszało, lecz teraz powraca ono z podwójną mocą. Przynajmniej Syriuszowi nic nie grozi, myśli ponuro. Co za czasy, że Azkaban wydaje się najbezpieczniejszym miejscem na Ziemi...
— Lily? Co za miła niespodzianka!
Jej spojrzenie odrywa się od podłogi i wędruje do góry, zatrzymując się na twarzy młodego Croucha, który właśnie opuścił wraz z grupą urzędników windę.
— Dobrze cię widzieć, Barty. — Lily wstaje, aby się z nim przywitać.
— Jesteś sama? — Czarodziej rozgląda się z zaciekawieniem po korytarzu.
— Czekam na kogoś.
— Mam nadzieję, że znalazłaś to, czego szukałaś. — Crouch porozumiewawczo zniża głos i uśmiecha się.
Coś w jego słowach i uśmiechu budzi w Lily niespodziewanie dziwne, mgliste uczucie, którego nie potrafi nawet dobrze określić. To bardziej instynkt, przeczucie... dreszcz przebiegający tuż pod skórą. Wpływowy, zamożny, czystokrwisty. Prostuje się gwałtownie, słysząc w głowie ostrzegawczy głos Severusa. Barty musiał zauważyć nagłą zmianę w jej zachowaniu, bo wyraz jego twarzy też nieznacznie się zmienia. Lily odnosi wrażenie, że patrzy teraz na nią z jeszcze większą uwagą niż wcześniej. Przypomina sobie ich pierwsze, przypadkowe spotkanie w Ministerstwie, jego czujny, przenikliwy wzrok — wzrok osoby, która również coś ukrywa. Może Severus ma rację? Może nie powinna tak bardzo polegać na Bartym? W końcu prawie go nie zna, nie wie, jaki naprawdę jest. Na pewno o wielu rzeczach jej nie powiedział. Zdążyła już zaobserwować jego co najmniej chłodne stosunki z ojcem. A jeśli wykorzystuje ją, żeby się na nim odegrać? Prawdopodobnie nie mówi jej całej prawdy o swoich motywacjach, a relacja, która ich łączy, jest raczej niecodzienna i bardzo niejednoznaczna. Barty twierdzi, że po prostu wspiera ją w nierównym starciu z Ministerstwem, ale Lily nie potrafi odgonić od siebie myśli, że czegoś od niej milcząco oczekuje. Powinna być ostrożniejsza. Nie chce jednak rezygnować z jego pomocy... Przynajmniej na razie.
— Tak — odpowiada, wyrzucając na chwilę z pamięci wspomnienie śmiechu Mulcibera i zimnego ostrza tuż przy swoim policzku. — Richard Fisher potwierdził, że Syriusz jest niewinny.
— Czy zgodził się zeznawać przed sądem?
— Jest na to gotowy.
Barty kiwa z zadowoleniem głową.
— Dobrze to słyszeć. Rozumiem, że rozmawiałaś już o tym wszystkim z moim ojcem?
— Tak, właśnie u niego byłam. Martwi mnie tylko to, że wciąż widzi w związku z tym procesem same problemy. Ale chociaż wysłuchał tego, co miałam do powiedzenia.
— Nie bój się — uspokaja ją Barty poważnym i zaskakująco stanowczym tonem. — Proces się odbędzie.
Lily spogląda na niego, niepewna, jak powinna zareagować. Po kilku sekundach milczenia pyta:
— Nie ciekawi cię, co dokładnie powiedział mi Fisher? Czytałeś jego zeznania dla mugolskiej policji?
Na twarzy Croucha pojawia się przelotnie zdziwienie, a następnie zmieszanie.
— Przepraszam, wiem, że nie powinienem... — zaczyna się tłumaczyć, lecz Lily mu przerywa.
— Zeznania oczyszczają Syriusza, ale obciążają Petera Pettigrewa. Najprawdopodobniej był sługą Voldemorta.
Dopiero po chwili uświadamia sobie, że wypowiedziała imię czarnoksiężnika na głos. Większość czarodziejów wpada zazwyczaj w takiej sytuacji w popłoch, jednak Barty przyjmuje to z rzadko spotykanym spokojem, a nawet sprawia wrażenie, jakby mu tym zaimponowała.
— Przykro mi. Słyszałem, że również był twoim przyjacielem.
— Uważałam go za przyjaciela — poprawia gorzko Lily. — Nie pierwszy błąd z mojej strony. Czy nie było żadnych wątpliwości związanych z jego śmiercią?
— Masz na myśli to, czy brano pod uwagę, że mógł przeżyć? — upewnia się Barty. — Nie. Ministerstwo chciało szybko zamknąć tą sprawę, jak zresztą każdą, w którą zamieszani są mugole. Liczba ofiar i użycie magii w biały dzień na środku londyńskiej ulicy przyprawiły Minister o szczególny ból głowy. Poza tym zwyczajnie nic nie wskazywało na to, że Pettigrew mógł ocaleć. Znaleziono tylko jego palec.
— Mógł go sobie odciąć.
— To prawda — mówi z wahaniem Crouch, nieco zdumiony jej sugestią. — Opowieść Fishera i zdemaskowanie Pettigrewa jako śmierciożercy na pewno rzucają nowe światło na tamte wydarzenia. Proces twojego przyjaciela może skłonić aurorów do ponownego przyjrzenia się tej zagadkowej śmierci. — Zerka na nią z mieszaniną zainteresowania i współczucia. — Nie dziwię się, że chcesz mieć pewność. Zdradził ciebie i twoją rodzinę.
— Tu nie chodzi o mnie — ucina natychmiast Lily, czując jak zawsze, gdy myśli o Peterze, gwałtowny przypływ gniewu i chęci zemsty. — Może stanowić zagrożenie dla innych. Jeśli przeżył, musi zostać złapany.
— Rozumiem — odpowiada cicho Barty, po czym dodaje: — Twój przyjaciel będzie potrzebował dobrego obrońcy. Jeśli chcesz, mogę się tym zająć. Znam ludzi, których na pewno zainteresuje twoja sprawa.
— Dziękuję. — Lily ucieka wzrokiem w bok. Nieufność, którą zaczęła odczuwać w stosunku do Barty'ego po rozmowie z Severusem, wzbudza w niej silne poczucie winy. W całej tej sytuacji łatwo popaść w paranoję i skrzywdzić oskarżeniami niewinnego człowieka. Sama już nie wie, co powinna myśleć. — Poczekajmy na decyzję twojego ojca.
— Miejmy nadzieję, że to wszystko nie potrwa długo. Pewnie będą najpierw chcieli skontaktować się z Fisherem. — Barty marszczy lekko brwi i robi krok w jej stronę. — Wszystko w porządku, Lily? Czy coś się stało?
Z trudem wytrzymuje jego przejęte, intensywne spojrzenie.
— Nie, czemu pytasz? — Zmusza się do uśmiechu. Severus ma rację, kłamanie nie idzie jej najlepiej.
— Wydajesz się... — zaczyna po krótkiej pauzie Barty, lecz urywa, gdy niedaleko nich otwiera się nagle krata windy i na korytarz wysypuje się z niej kilka osób. Jedną z nich jest na szczęście Snape.
Lily spostrzega, że gdy tylko obaj mężczyźni wymieniają ze sobą spojrzenia, na ich twarzach od razu pojawia się czujność. Severus powoli podchodzi bliżej, mierząc Croucha od stóp do głów niechętnym wzrokiem, zanim zwraca się bezpośrednio do niej:
— Zdążyłaś już wszystko załatwić? Wybacz, że musiałaś czekać.
— Nie szkodzi, i tak bardzo szybko się uwinąłeś. Severusie... to Barty Crouch. Na pewno pamiętasz go ze szkoły.
— Oczywiście, syn Bartemiusza Croucha — dopowiada niby mimochodem Snape, niespiesznie odwracając się w stronę drugiego czarodzieja i patrząc mu prosto w oczy.
Lily zastanawia się, czy zrobił to specjalnie, aby go sprowokować. Obserwuje uważnie Barty'ego, ale ten w żaden sposób nie reaguje; jedynie bijący od niego chłód przybiera na sile.
— Barty, to Severus Snape — mówi Lily, by przerwać przedłużającą się, ciężką ciszę. — Pewnie też go kojarzysz.
— Tak, kojarzę — potwierdza z zimnym spokojem Crouch, a kiedy wypowiada te słowa, przez jego twarz przemyka nieprzyjemny grymas, przypominający trochę pogardę lub wręcz obrzydzenie.
W głowie Lily zapala się ostrzegawcza lampka. Nie liczyła oczywiście na jakąkolwiek życzliwość ze strony Snape'a, ale tak otwarcie nieprzyjazna reakcja Barty'ego mocno ją zaskakuje. Czuje w sercu ukłucie strachu, gdy naraz uświadamia sobie, że mógł mieć przecież wgląd w akta Severusa albo usłyszeć pewne rzeczy na jego temat od swojego ojca. Nawet nie chce rozmyślać nad tym, czego się o nim dowiedział. To spotkanie było wyjątkowo niefortunne.
— Musimy już iść, Barty — mówi przepraszającym tonem, delikatnie, lecz znacząco popychając niezadowolonego Snape'a w kierunku windy. — Zajęłam ci wystarczająco dużo czasu. Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia!
— Będziemy w kontakcie — obiecuje zdawkowo Crouch i rzuciwszy im ostatnie, wnikliwe spojrzenie, oddala się korytarzem.
Lily naciska z impetem przycisk przywołujący windę.
— „Będziemy w kontakcie"? — powtarza sarkastycznie Severus, zerkając na nią kątem oka. — Dlaczego dalej się wokół ciebie kręci? Czego chciał tym razem?
— Spytać, jak mi poszło. To było przypadkowe spotkanie.
— I mam nadzieję, że ostatnie. Nie potrzebujesz już jego pomocy.
Ton Snape'a staje się coraz bardziej napastliwy. Lily nie odpowiada, nie chcąc wdawać się w kolejną, ostrą wymianę zdań. To ona zadecyduje, kiedy zakończyć znajomość z Bartym. Całe szczęście windą jedzie jeszcze kilku urzędników, więc nie mogą kontynuować tego wątku i Severus ma czas, żeby ochłonąć. Kiedy docierają do Atrium, jest znacznie spokojniejszy.
— Przekazałaś Crouchowi nagranie? Co powiedział?
— To co zwykle. — Lily krzywi się z irytacją. — Że przyjrzy się, zbada, przeanalizuje... Jednak myślę, że tym razem uda się go przekonać. Wydawał się poruszony. Nie może tego po prostu zignorować.
— Obyś się nie zawiodła.
— Ale opowiedz lepiej, jak poszło z Karkarowem. Dowiedziałeś się czegoś ważnego?
— Podzielił się kilkoma interesującymi informacjami — przyznaje Severus. — Dumbledore na pewno będzie za...
— TY SKURWIELU!
Lily podskakuje ze strachu, prawie potykając się o własne nogi, gdy przechodzący niedaleko w asyście dwóch aurorów osobnik o zdecydowanie nieprzyjaznym wyglądzie wydaje z siebie wściekły skowyt i próbuje się rzucić w ich kierunku. Severus dyskretnie przesuwa się i unosi lekko rękę, osłaniając ją przed potencjalnym atakiem, ale na szczęście eskortujący więźnia czarodzieje szybko opanowują sytuację.
— Zabiję cię, Snape! Potnę na kawałki!
— Kto to? — Lily odprowadza wciąż szarpiącego się mężczyznę przerażonym spojrzeniem.
— Znajomy — kwituje krótko Severus, niespecjalnie przejęty incydentem.
— Wypruję wnętrzności i dam na pożarcie psom!
Snape wzdycha.
— Ma trochę nie po kolei w głowie.
Lily patrzy na niego z niedowierzaniem.
— Naprawdę?
— Jak już mówiłem — kontynuuje niezrażonym tonem Severus — niektóre informacje są przełomowe i mogą wywołać spore zamieszanie w Ministerstwie. Karkarow twierdzi na przykład, że jeden ze śmierciożerców pracuje w Departamencie Tajemnic.
— Pracuje? — powtarza zszokowana Lily. — To znaczy, że nadal... Kto to?
— Lepiej nie rozmawiajmy o tym tutaj — ucisza ją szybko Snape, rozglądając się ukradkiem, czy nikt obok nich nie idzie. — Podobno nie był jedynym szpiegiem — dodaje zniżonym głosem.
— Wyobrażasz sobie, jakie rozpęta się piekło, jeśli to okaże się prawdą?
— Cóż... Przygotujmy się więc dobrze na to piekło, bo coś mi mówi, że Karkarow nie kłamie. Wymienił też nazwiska paru osób, które Mulciber kontrolował przez jakiś czas Imperiusem, zanim zszedł do podziemia. Wśród nich był między innymi Peter Joywind.
Lily czuje, jak uginają się pod nią kolana.
— Co...? Joywind?
Przysięgam, że znajdę...
— To by wiele wyjaśniało — stwierdza Snape.
...i zabiję. Lily przejeżdża dłonią po czole, próbując odzyskać spokój, ale cały czas widzi przed sobą białą, ściągniętą niepokojem twarz Alicji. To nie musi być on. Na pewno gdzieś wyjechał, uciekł, myśli rozpaczliwie. Peter Joywind nie był śmierciożercą. Robi jej się słabo.
— Lily, dobrze się czujesz? — Severus delikatnie dotyka jej ręki. — Strasznie zbladłaś.
— Nic mi nie jest — mówi prędko Lily. — Po prostu przypomniałam sobie, jak zginął. A łącznik... Dowiedziałeś się czegoś o łączniku? — dopytuje, częściowo, aby odwrócić jego uwagę.
— Karkarow jest przekonany, że to musiał być jeden z „chłopaków Dołohowa". — Severus marszczy brwi. — To dość problematyczna odpowiedź, biorąc pod uwagę, że Dołohow od jakiegoś czasu siedzi w Azkabanie... o czym zresztą Karkarow najwyraźniej jeszcze nie wie... W każdym razie to by oznaczało, że ktoś korzysta z siatki wspólników Dołohowa, która sięga aż do Związku Radzieckiego.
— Czy Dołohow miał jakichś innych przyjaciół wśród śmierciożerców poza Karkarowem?
— Karkarow nie był jego przyjacielem — poprawia z krzywym uśmiechem Snape. — Czasem razem się upijali, to wszystko.
— To skąd tyle o nim wie? — pyta powątpiewająco Lily.
— Znając Karkarowa, prawdopodobnie starał się jak najwięcej zapamiętywać z pijackiego bełkotu Dołohowa. To sprytny drań, miał swoje sposoby. Gromadził pewnie haki na samego Czarnego Pana.
— Teraz chyba żartujesz. — Lily od początku nie oczekiwała wiele, ale mimo wszystko odczuwa pewne rozczarowanie. — Wygląda na to, że nasze śledztwo definitywnie dobiegło końca. Związek Radziecki? To jak szukanie igły w stogu siana.
— Zleceniodawca, ktokolwiek nim jest, przebywa tutaj, w Anglii. Musiał zostawić po sobie jakieś ślady. Ktoś na Nokturnie na pewno coś wie. W ostateczności mógłbym...
— Co? Wybrać się do Rosji? — dokańcza z niedowierzaniem Lily. — Oszalałeś?
Snape wymusza przerwę w rozmowie, jako pierwszy wchodząc do kominka i tym samym opuszczając budynek Ministerstwa. Po drugiej stronie czeka już jednak na nią z determinacją w oczach i gotową odpowiedzią.
— Jeśli ludzie Dołohowa byli w stanie bez przeszkód przedostawać się do Anglii, ja mogę równie dobrze wykorzystać ich trasy, żeby dotrzeć do źródła. Niezarejestrowane świstokliki, nielegalne punkty aportacyjne, całe organizacje przestępcze zajmujące się przemytem... Sposobów jest mnóstwo.
Lily ciężko wzdycha, kręcąc głową.
— Czemu przez chwilę wydawało mi się, że chcesz to zrobić legalnie? Czy zdajesz sobie w ogóle sprawę, co się z tobą stanie, jak zostaniesz złapany? I nie mówię w tym momencie o śmierciożercach albo ich rosyjskich odpowiednikach...
— Wiem, że to ryzykowne — odpowiada Severus po dłuższym milczeniu, z wyraźną nutą niepewności w głosie. Lily cieszy się w duchu, że zdołała go trochę przyhamować. — Dlatego postaram się zdobyć informacje, nie opuszczając kraju.
W czasie gdy przebywali w Ministerstwie padający od rana deszcz zelżał i zamienił się w mżawkę. Wychodzą z zaułka na chodnik przy głównej ulicy, wtapiając się niepostrzeżenie w tłum. W niewyróżniających się niczym ciemnych płaszczach i z czarną parasolką w dłoni przypominają niemagicznych mieszkańców stolicy spieszących do swoich spraw, nieświadomych ukrytej przed ich spojrzeniami, wciąż trwającej wojny.
Lily zmaga się z narastającym w niej znowu zwątpieniem. Jeśli jej prześladowca ma rzeczywiście duże wpływy w Ministerstwie albo zajmuje ważne stanowisko, to jakie realnie są ich szanse? Czy w ogóle mogą mu coś zrobić? Nawet jeśli jakimś cudem uda im się znaleźć obciążające go dowody, ile będą one znaczyć w rękach świeżo nawróconego śmierciożercy i pogrążonej w żałobie wdowy? Ostatnie miesiące niemal doszczętnie pozbawiły ją złudzeń. Kiedy myśli o sprawiedliwości, przypominają jej się natychmiast bezczelne uśmiechy Lucjusza Malfoya i innych drani, dość przebiegłych i bogatych, aby bez większego problemu wykupić się z więzienia. Ze złością uświadamia też sobie, że sypiący kolegów Karkarow najprawdopodobniej wyjdzie na wolność szybciej od Syriusza. Zaciska zęby, próbując uwolnić się od tych ponurych rozważań. Niech już będzie po wszystkim, proszę... Niech to wszystko się wreszcie skończy.
Z trudem odrywa wzrok od chodnika i zauważa kątem oka twarz mijającego ich właśnie w pośpiechu przechodnia. Z rozpędu stawia jeszcze kilka mechanicznych kroków naprzód, zanim dociera do niej, kogo przed sekundą zobaczyła. Czy to był...? Zatrzymuje się gwałtownie i obraca na pięcie, gorączkowo szukając spojrzeniem oddalającej się w przeciwnym kierunku, znajomej sylwetki. Tytus?!
— Lily? — Słyszy za sobą zaskoczony głos Severusa. — Dokąd idziesz?
Przyspiesza, przeciskając się przez blokującą dalszą drogę grupę ludzi. Wymija poruszających się zdecydowanie zbyt wolno przechodniów, usiłując jednocześnie wypatrzeć w tłumie przed sobą brązową kurtkę, która przykuła wcześniej jej uwagę. Ma wrażenie, że mignęła gdzieś pomiędzy płaszczami w oddali. Przez przypadek potrąca ramieniem kobietę z dziecięcym wózkiem.
— Hej, ostrożnie!
— Przepraszam — mamrocze Lily nie do końca przytomnie, lecz ta chwila dekoncentracji wystarcza, aby całkowicie straciła z oczu mężczyznę przypominającego Tytusa. — A niech to... — Przystaje zagubiona na środku chodnika, zastanawiając się, czy powinna tak szybko odpuścić.
Otaczający ją tłum zdaje się napierać ze wszystkich stron i stopniowo gęstnieć. Wyczuwa na sobie spojrzenia mijających ją ludzi; czuje, jak przestrzeń wokół niej kurczy się, zamyka, odbiera oddech. Lily odruchowo unosi rękę do gardła w rozpaczliwej próbie zaczerpnięcia tchu. O nie, nie, nie... Nie tutaj, cholera, nie... Do jasnej... Obce twarze odwracają się w jej stronę. Ledwo powstrzymuje okrzyk, gdy rozmazują się, a sekundę później zamieniają w białe maski śmierciożerców. Cofa się w panice, chcąc uciec jak najdalej od nich, ale nie ma gdzie się schronić. Wpadając na kogoś, prawie przewraca się na ziemię. Do rzeczywistości sprowadza ją z powrotem ostry dźwięk klaksonu i silne szarpnięcie.
— Co ty, do diabła, wyrabiasz?
Lily z trudem otrząsa się z zamroczenia i ze zdziwieniem dostrzega tuż obok Snape'a, który właśnie odciąga ją od krawędzi chodnika. Wygląda na bardzo zdenerwowanego; przyciska ją do siebie, jakby bał się, że zaraz mu się wyrwie. Nie zważając na jej niemrawe protesty, odprowadza Lily na bok i siłą sadza na schodkach prowadzących do drzwi jednej z kamienic.
— Co się z tobą dzieje? Prawie wpadłaś pod samochód!
Lily wpatruje się w klęczącego przed nią mężczyznę nieco zdezorientowanym wzrokiem, wciąż nie w pełni zdając sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
— Widziałam... Wydawało mi się, że widziałam... — Przełyka głośno ślinę i rozgląda się w nadziei, że na potwierdzenie jej słów w pobliżu pojawi się właściciel brązowej kurtki. — ...Tytusa?
— Tytusa Hope'a? — powtarza sceptycznie Severus, nadal trzymając ją mocno za ramiona. — Co on miałby tutaj robić? Posłuchaj... — Jego twarz przybiera stanowczy, nieugięty wyraz. — Musisz to wreszcie odstawić. Musisz przestać...
— Myślisz, że nie próbuję? — syczy Lily. — To nie jest takie proste! N-Nie mogę... Bez tego czasami nie potrafię... — usiłuje mu tłumaczyć, ale sygnały przejeżdżających niedaleko karetek pogotowia i straży pożarnej skutecznie rozpraszają jej myśli. Przeciągłe zawodzenie syren budzi w niej nagły lęk. — Proszę, wracajmy już do Hogwartu.
— Za moment — ucina Snape. Spogląda na nią badawczo, po czym przypomina rzeczowym tonem: — Po wyjściu z Ministerstwa miałaś mi o czymś powiedzieć, pamiętasz?
Lily znowu przełyka ślinę i zsuwa spojrzenie na swoje dłonie. Czuje się, jakby właśnie oblewała u Severusa jakiś egzamin.
— Dostałam wczoraj list. — Zerka ukradkiem na Snape'a, ale ponieważ ten nie reaguje, dorzuca natychmiast: — Bez nadawcy, wysłany z poczty w Hogsmeade. Nie było żadnej treści, żadnych pogróżek, tylko... tylko ktoś narysował błyskawicę.
— Otworzyłaś sama anonimowy list — mówi powoli Severus, jakby upewniał się, że dobrze zrozumiał.
— Sprawdziłam, czy nie był obłożony żadną klątwą, jeśli o to ci chodzi.
— Kiedy wrócimy do szkoły, chciałbym go zobaczyć.
— To niestety niemożliwe. Spłonął.
— Jak to spłonął? Sam?
— Tak, sam.
Świdrujący wzrok Snape'a trochę ją przeraża.
— Czyli otworzyłaś anonimowy list obłożony klątwą.
Lily rozchyla usta, jednak zaraz je zamyka, bo nie wie, co mu właściwie odpowiedzieć.
— Lily, do jasnej cholery...
— Wiem! Wiem! — Lily unosi ręce do góry w obronnym geście. — Ale nie chcę latać z każdą głupotą do ciebie albo do Albusa! — zaczyna się tłumaczyć, lecz Snape jej przerywa:
— To nie jest żadna „głupota", Lily. To nie zabawa. Ktoś poluje na ciebie i twojego syna. Uważasz pewnie, że powinnaś sama dawać sobie ze wszystkim radę, a jak prosisz kogoś o pomoc, to znaczy, że jesteś za słaba...
— To nieprawda... Wiesz, że to nieprawda! — zaprzecza Lily obruszona.
— Godłem Gryffindoru powinien być osioł.
— Ej! Teraz jesteś po prostu wredny. Nie jestem uparta i naprawdę planowałam wam o tym powiedzieć dzisiaj na spotkaniu Zakonu. Ale najpierw chciałam zamknąć sprawę Syriusza. Wiem, że Albus chce dobrze, ale jego troska potrafi być trochę... obezwładniająca.
Lily wydaje się, że przygana w spojrzeniu Severusa częściowo ustępuje miejsca zrozumieniu. Z pełnym rezygnacji westchnięciem puszcza wreszcie jej ramiona.
— Dzisiaj na spotkaniu Zakonu?
— Tak, obiecuję — zapewnia Lily.
— Jeśli sama tego nie zrobisz, ja im wszystko powiem.
— Obiecuję.
41.
— Merlinie, nawet Augustus Rookwood? — Alicja posyła przerażone spojrzenie swojemu mężowi. — Departament Tajemnic to samo serce Ministerstwa. W jaki sposób...
— Skąd mamy pewność, że Karkarow nie kłamie? — wchodzi jej w słowo Frank, odruchowo ściskając żonę za rękę. Jest zdenerwowany, ale cały czas stara się zachować chłodny spokój. — Może wskazać palcem każdego i powiedzieć, że współpracował ze śmierciożercami. Wielu informacji nie będziemy w stanie zweryfikować.
— Te dotyczące Rookwooda akurat tak — zauważa Moody. — Chociaż do tej pory zastanawiam się, jak skurczybyk obszedł przysięgę niewymowności. Poza tym Karkarow nie jest fanatykiem, to zwykły tchórz. Sprzedałby własną matkę, a co dopiero kumpli od wódki.
— Jeśli padnie tyle znanych nazwisk, w Ministerstwie znowu wybuchnie panika — wzdycha z rezygnacją Alicja.
— Nic nowego, stan paniki trwa tam nieprzerwanie od kilku lat — mruczy Moody niezadowolony. — Ciekawi mnie reakcja starego Croucha. Szlag go chyba trafi. Możliwe, że na wszelki wypadek wpakuje połowę urzędników do Azkabanu. Od zawsze powtarzam, że trzeba dokładniej przyglądać się tym, których przyjmują. Z tymi pożal się Merlinie testami na kandydatów wpuściliby nawet Lestrange'ów na wielosokowym.
Lily przenosi spojrzenie z jednego rozmówcy na drugiego, czując, że ma niewiele do dodania. Informacje, które zdobył od Karkarowa Snape są rzeczywiście szokujące, zwłaszcza jeśli ktoś sądził, że czyszczenie Ministerstwa z popleczników Voldemorta dobiegło już końca, lecz jej umysł zajęty jest teraz czymś zupełnie innym. Korzystając z przerwy w dyskusji, nachyla się w kierunku Alicji i nieśmiało chrząka, aby zwrócić na siebie uwagę.
— Coś nowego w sprawie Joywinda?
— Niewiele, ale to dość ważne. — Aurorka przygryza wargę, usiłując ukryć wkradający się na jej usta posępny grymas. — Z analizy echośladów wynika, że został zabity swoją własną różdżką. Jeśli mordercą jest jakiś śmierciożerca, to bardzo nietypowe zachowanie. Oni zwykle nie skupiają się na tym, żeby w ten sposób zacierać po sobie ślady.
— Ale nie można wykluczyć ich udziału? — naciska Lily, nie chcąc do siebie dopuścić natrętnych myśli o ginącym w tłumie Tytusie.
— Nie, nie można — odpowiada cicho Alicja, obdarzając ją długim i wymownym spojrzeniem, które przyprawia o ciarki na plecach.
— Jak się czuje Mary Macdonald? — odzywa się niespodziewanie milczący dotąd Dumbledore. — Kiedy opuści szpital?
Lily rzuca dyrektorowi szybkie spojrzenie, nie mając odwagi odwrócić się w jego stronę. Nagłe zainteresowanie Albusa akurat tym wątkiem wzbudza w niej silny niepokój. Wyczuwa w siedzącym obok Severusie podobne napięcie. Czy tylko jej się wydawało czy w głosie Dumbledore'a usłyszała ostrzeżenie? Nie, to głupie...
— Niedługo — mówi łagodniejszym tonem Frank. — Chce jak najszybciej wrócić do domu i być ze swoją rodziną. To mugole i ich wizyty w Mungu są dość kłopotliwe. Jej chłopak nawet nie wie, że jest czarownicą.
Chłopak...? Żołądek Lily skręca się w supeł.
— Biuro Aurorów zapewni jej oczywiście odpowiednią ochronę. Została już wstępnie przesłuchana i była w stanie podać wiele obciążających Mulcibera i jego grupę faktów. Zapamiętała też trochę nazwisk, które trzeba będzie sprawdzić.
— Zuch dziewczyna — wtrąca z uznaniem Moody.
— Zanim zakończymy spotkanie, jeszcze jedna ważna sprawa. Większość z was pewnie już o tym słyszała. — Frank na chwilę zawiesza głos, analizując trzymany w ręku dokument. — Dzisiejsza eksplozja w domu towarowym na Oxford Street.
To zdanie natychmiast wywołuje wśród członków Zakonu poruszenie.
— Była jakaś eksplozja w Londynie? — pyta ze zdziwieniem Dedalus Diggle, wyręczając w tym równie zdumioną Lily.
— Tak, po południu — wyjaśnia Alicja. — Zginęło siedem osób, piętnaście jest rannych.
— Nie pisali o tym w wieczornym „Proroku" — wytyka Diggle.
— Na razie oficjalnie traktuje się to jak mugolską sprawę. Ofiary były mugolami, a mugolska policja podejrzewa zamach terrorystyczny. Mówi się o IRA albo...
— A nieoficjalnie Ministerstwo przygotowuje już nadzwyczajne spotkanie z mugolską premier, żeby gasić pożar — uzupełnia z godnym podziwu spokojem Dumbledore.
Frank potwierdza zdawkowym skinieniem głowy.
— Wysłaliśmy tam oczywiście jednego z naszych. Widok jak po wybuchu bomby. Ciała... Mówił, że powietrze aż drżało od magii.
Kto mógł zrobić coś takiego? Po co? — myśli ze zgrozą Lily. W jej pamięci rozlega się znowu odległe, złowrogie zawodzenie syren, które towarzyszyło im, gdy deportowali się z Londynu z powrotem do Hogwartu. Śmierciożercy zabijający i siejący zniszczenie bez żadnego konkretnego powodu, a jedynie dla własnej, chorej satysfakcji zawsze przerażali ją najbardziej. Po zniknięciu Voldemorta część czarnoksiężników przypomina wściekłe psy spuszczone nagle ze smyczy — zachłyśnięci wolnością, bez karzącej i trzymającej ich w ryzach ręki pana czują, że teraz wolno im wszystko. Tacy przeciwnicy są najbardziej niebezpieczni.
— Będziemy was na bieżąco informować o postępach śledztwa, ale konieczność współpracy z mugolską policją nakłada na nas pewne ograniczenia — tłumaczy Frank, podając Dumbledore'owi przyniesiony na zebranie dokument.
Dyrektor przebiega go szybko wzrokiem, zatrzymując się przy jednej linijce i nieznacznie marszcząc czoło. Posyła aurorowi znad okularów przenikliwe spojrzenie. Frank unosi lekko brwi, jakby pytał go o coś bez słów. Lily odnotowuje ledwo dostrzegalny ruch głowy Albusa. Nie. Nie podoba jej się ta dziwna konspiracja i ma właśnie otwarcie zapytać o treść dokumentu, gdy naraz Snape trąca ją delikatnie łokciem. Z początku nie rozumie, o co mu chodzi, jednak po chwili przypomina sobie ich rozmowę przed Ministerstwem. Spoglądając na zasadniczą minę Dumbledore'a, natychmiast zaczyna się denerwować, lecz milcząca presja ze strony Severusa zmusza ją do otwarcia ust.
— Słuchajcie, powinnam wam coś...
Reszta jej wypowiedzi tonie w dźwięku, który nagle rozbrzmiewa pod sufitem komnaty, sprawiając, że niemal wszyscy podrywają się na równe nogi z wyciągniętymi w pogotowiu różdżkami. Z każdą sekundą niespodziewany hałas przypomina coraz bardziej przybliżający się, spotęgowany echem tętent kopyt, aż w końcu przez zamknięte okno wpada na stół uformowany ze srebrnego światła koń. Przystaje i zarzuca głową, obwieszczając swoje przybycie donośnym rżeniem. Frank ze zdezorientowaną miną opuszcza powoli różdżkę.
— Wybaczcie, to... to patronus mojej mamy. Ale co on tutaj...?
Jakby w odpowiedzi, koń otwiera pysk i odzywa się przerażonym, drżącym głosem Augusty Longbottom:
— NATYCHMIAST WRACAJCIE. WŁAMALI SIĘ DO DOMU. ZAATAKOWALI MNIE. ZABRALI NEVILLE'A.
W strasznej ciszy, która zapada po tych słowach, Lily słyszy, jak jej serce szaleńczo przyspiesza. Przenika ją mrożące do szpiku kości zimno. Paraliżuje jej ciało i umysł, błyskawicznie wypełniając każdy skrawek świadomości. Zabrali Neville'a. Wszystkie myśli znikają i pozostaje w niej tylko to jedno uczucie, to potworne, bezlitosne zimno.
Krzesło uderza z łoskotem w podłogę, gdy Alicja przewraca je, osuwając się w ramiona skamieniałego Franka. Lily ledwo rejestruje ten dźwięk i wrzawę, która wybucha w tym momencie w komnacie. Nie może ruszyć się z miejsca. Nie może w żaden sposób zareagować. Zabij innego, dźwięczy jej w uszach. Zabij innego, szepcze szyderczo stojący tuż za nią cień — cień jej samej z Nocy Duchów.
Zabij innego... nie moje dziecko.
