Betowała Pantera.
III
1.
Zapadł już zmierzch i na zewnątrz wzmaga się zamieć. Wiatr stacza się z rykiem z gór, ciskając w Hogsmeade i Hogwart tumany śniegu.
Lily przygląda się przez dłuższą chwilę wirującym w ciemności za oknem białym płatkom, przecierając odruchowo oczy. Zmęczenie znowu daje o sobie znać; w ciepłym, pogrążonym w półmroku salonie coraz ciężej zwalczyć pokusę snu. Niespełna godzinę wcześniej udało jej się uśpić wreszcie Harry'ego, który przez prawie cały dzień bardzo grymasił i ciągle popłakiwał, jakby udzielało mu się wiszące w powietrzu napięcie. Lily wie, że to przez nią, i odczuwa z tego powodu jeszcze większe wyrzuty sumienia. Ilekroć spogląda na swojego synka, ledwo powstrzymuje chęć odwrócenia wzroku, bo zamiast niego widzi małego Neville'a i natychmiast robi jej się słabo. Patrząc na błyskawicę na czole chłopca, przypomina sobie od razu tamten okropny wieczór i zamarłe w przerażeniu, śmiertelnie blade twarze Longbottomów. Gdyby szybciej poinformowała Albusa o tym anonimowym liście... Gdyby wtedy powiedziała Jamesowi o nieznajomym przychodzącym pod ich dom... Nie chce... Nie może teraz tego roztrząsać. To w żaden sposób nie pomaga. Skup się. Myśl.
Wraca do wertowania trzymanego w ręku „Proroka". Nie jest w stanie usiedzieć w miejscu, więc krąży po komnacie, z rosnącą desperacją przerzucając kolejne strony. Dywan zaściełają wydania gazety z ostatnich kilku tygodni, otwarte na różnych artykułach dotyczących ataków śmierciożerców. Czego właściwie szuka? Nie ma praktycznie dnia, żeby zwolennicy Voldemorta nie dawali o sobie w jakiś sposób znać, i prasa jest pełna informacji o niewyjaśnionych zaginięciach, napadach i morderstwach. Lily próbuje odnaleźć w tych wszystkich wydarzeniach jakąś prawidłowość, wskazówkę, która mogłaby naprowadzić Zakon na tożsamość i miejsce pobytu porywaczy Neville'a, ale wie, że to bez sensu. Nie ma żadnego wzoru — jest chaos, nad którym, wbrew propagandzie głoszonej w „Proroku", Ministerstwo zupełnie nie panuje. Niekończące się oskarżenia, podejrzenia, demaskacje... Jak w tym zamieszaniu wpaść na właściwy trop?
Czuje się tak bezużyteczna i bezsilna jak wtedy, gdy była uwięziona w Dolinie Godryka. Chciałaby przydać się na coś Alicji i Frankowi, pomóc im jakoś w poszukiwaniach, lecz rozmowa na ten temat z Albusem skończyła się tylko ostrą wymianą zdań. Dumbledore z denerwującym spokojem wysłuchał tego, co miała mu do powiedzenia, po czym stwierdził, że najbardziej pomoże Zakonowi, jeśli nie będzie opuszczać zamku. Gdyby nie Severus, który w odpowiednim momencie wkroczył do akcji i odciągnął ją od dyrektora, finał ich konfrontacji mógłby okazać się znacznie bardziej gwałtowny. Wykluczone, Lily, to zbyt niebezpieczne. Harry cię potrzebuje. Ma wrażenie, że te słowa, prześladujące ją nieustannie od Nocy Duchów, stały się jej przekleństwem. Musi coś robić, cokolwiek, inaczej oszaleje. Czy Albus i reszta naprawdę tego nie rozumieją?
Przewraca nerwowo stronę „Proroka" i krzywi się, gdy jej spojrzenie pada na czarno-białą fotografię Mulcibera. Artykuł informuje o jego ujęciu i aresztowaniu (zasługi przypisało sobie oczywiście Ministerstwo), ale śmierciożerca na zdjęciu uśmiecha się w leniwy, kpiący sposób, jakby niespecjalnie się tym faktem przejmował. Lily bezwiednie unosi dłoń do szyi i przesuwa palcami po skórze. Trudno uwierzyć w to, że zaledwie kilka lat temu mijała się z tym człowiekiem na szkolnych korytarzach. Ze wstrętem przypomina sobie, jak wiele jej koleżanek się w nim podkochiwało — kiedy było trzeba, potrafił ukrywać swój prawdziwy charakter pod czarującym uśmiechem. Zostaw ją! Natychmiast przestań albo zawołam Slughorna! Nie unoś się tak, Evans. To nic takiego... Taki żart, nic więcej. Prawda, Mary?
Rzuca gazetę na podłogę, zanim zwycięża w niej chęć ciśnięcia jej do kominka. Przyklęka i sięga po numer „Proroka" sprzed dwóch dni. Przeglądała go już wiele razy, ale ciągle wraca myślami do zamieszczonej tam informacji o eksplozji w domu towarowym na Oxford Street. Redakcja gazety poświęciła temu tragicznemu wydarzeniu zaledwie trzy zdawkowe zdania na samym dole strony, prawdopodobnie dlatego, że wśród ofiar nie było żadnych czarodziejów. Jednak coś w tym ataku nie daje Lily spokoju. W jej pamięć głęboko wrył się przeszywający odgłos syren pędzących ulicami Londynu karetek; nie może też wyrzucić z głowy spojrzenia, które na tamtym feralnym spotkaniu Zakonu wymienili między sobą Frank i Albus. Im dłużej się nad tym zastanawia, tym bardziej jest przekonana, że nie powiedzieli reszcie zgromadzonych wszystkiego. Próby ciągnięcia za język dyrektora są z góry skazane na niepowodzenie, natomiast Frank...
Myśl o przyjacielu sprawia, że natychmiast ogarnia ją smutek. Nie potrafi sobie wyobrazić, co muszą teraz czuć Longbottomowie. Być może to samo, co ona, gdy bezradnie patrzyła, jak Voldemort celuje różdżką w Harry'ego — ale to trwało przecież tylko kilka sekund. Pierwszą noc po porwaniu Neville'a przepłakała, przyciskając twarz do poduszki. Drugą przesiedziała już nad stosami map i gazet, aby zająć czymś umysł i mieć poczucie, że działa. Docierały do niej wygłaszane szeptem uwagi, że Alicja i Frank oszaleli z rozpaczy, że kompletnie postradali zmysły. Podobno wciąż bez chwili wytchnienia krążą po całym kraju, na własną rękę poszukując swojego dziecka, i już od dłuższego czasu nie ma z nimi żadnego kontaktu. W ich szaleńczej determinacji jest rzeczywiście coś przerażającego, ale Lily doskonale ją rozumie. Wszyscy trzymają się nadziei, nie chcąc myśleć o najgorszym.
Rozlega się pukanie. Lily błyskawicznie zrywa się z podłogi i biegnie, aby otworzyć drzwi.
— I co? — pyta od razu, widząc stojącego na korytarzu Remusa. — Dowiedzieliście się czegoś?
Lupin powoli kręci głową, a jego zrezygnowana mina wystarcza za całą odpowiedź. Wchodzi do środka, wnosząc ze sobą podmuch zimna i zostawiając na podłodze mokre ślady oraz grudki topniejącego śniegu. Po odwieszeniu płaszcza automatycznie kieruje kroki w stronę kominka, gdzie przystaje, pociągając nosem.
— Dzięki — mówi cicho, gdy Lily podaje mu kubek z eliksirem rozgrzewającym.
Żadne z nich nie wie, jak kontynuować rozmowę, i na minutę zapada ponura cisza. Remus jest wyraźnie przybity, tak bardzo, że nawet nie próbuje jej w żaden sposób pocieszać, jak to ma w zwyczaju. Popijając eliksir, wpatruje się nieruchomym wzrokiem w ogień i wydaje się błądzić myślami daleko od Hogwartu, jakby wciąż przedzierał się przez śnieżną zawieruchę. Lily wzdycha i siada na kanapie, opierając czoło na dłoniach.
— Nie wytrzymam tego dłużej, Remusie. Po prostu nie mogę już tego znieść.
Stara się powstrzymać napływające do oczu łzy frustracji, ale zdradza ją lekko drżący głos. Lupin natychmiast odwraca głowę w jej stronę.
— Dlaczego właśnie Neville? Czemu porwali małe dziecko? Czemu?! Nie mogę tego zrozumieć...
Remus milczy, jednak w jego oczach pojawia się na sekundę błysk bólu.
— A co jeśli... A jeśli oni go...?
— Hej — przerywa jej w końcu Lupin, odstawiając kubek na gzyms kominka. Siada obok niej i obejmuje ją ramieniem, przygarniając do siebie. — Wszystko będzie dobrze. Dorwiemy ich.
— Jak? Jak?! — Lily omiata rozpaczliwym spojrzeniem zalegające na dywanie stosy gazet. — Nie mamy żadnych tropów, nie mamy nic! W jaki sposób ich złapiemy?!
— Oprócz Zakonu szuka ich prawie połowa aurorów. Alicja i Frank mają w Biurze wielu przyjaciół. Złapiemy tych drani, zobaczysz. Znajdziemy Neville'a, całego i zdrowego.
— A jeśli będzie za późno? — szepcze Lily, bojąc się własnych słów.
Dłoń Remusa mocniej zaciska się na jej ramieniu.
— Gdyby... Gdyby zamierzali go skrzywdzić, już by to zrobili — odpowiada Lupin zduszonym głosem. — Od chwili porwania nie pojawiły się żadne nowe informacje, ale wydaje mi się... Czuję, że niedługo wpadniemy na ich ślad.
— Czego oni chcą? Czy to jakaś zemsta? — Lily mimo woli wspomina dzień, w którym znaleźli umierającego Bradleya Scotta. — A może kolejne „ostrzeżenie"?
Patrzy wyczekująco na zmęczoną twarz przyjaciela, ale Remus jedynie spuszcza wzrok i nie odzywa się.
— Ten anonim, który dostałam... Musi mieć z tym wszystkim jakiś związek. To nie mógł być po prostu zbieg okoliczności. To nie może być przypadek, że akurat wtedy go dostałam.
— Co mówił na ten temat Dumbledore? — pyta ostrożnie Lupin.
— Że doszukuję się powiązań, które nie istnieją. — Lily wzdycha z irytacją, po czym wzrusza bezradnie ramionami. — Nie wiem, po prostu... Dlaczego porywacze do tej pory nie przedstawili swoich żądań? Uprowadzają dziecko aurorów i zarazem członków Zakonu z ich domu... i nic? Czy naprawdę nie wydaje ci się to dziwne?
— Nie wiem, czego oczekujesz, Lily — odpowiada trochę zdezorientowany Remus. — To śmierciożercy i prawdopodobnie psychopaci. Być może nie powinniśmy doszukiwać się tu żadnej logiki. Być może tu nie ma logiki.
— Sam powiedziałeś, że gdyby chcieli zabić Neville'a, to już by nie żył! — Lily wstaje gwałtownie z kanapy, zaskakując tym Lunatyka, a następnie zakłada ręce na piersi i spogląda w dół, na gazety leżące na dywanie. — Może macie z Albusem rację i szukam sensu tam, gdzie go nie ma. — Znów zahacza wzrokiem o notatkę prasową informującą o eksplozji w domu towarowym. Do głowy przychodzi jej nagle pewien pomysł. — A może zwyczajnie coś nam umyka...
2.
Idąc oświetlonym blaskiem pochodni korytarzem, już z daleka słyszy stłumione dźwięki Let It Snow! w wykonaniu Sinatry. Ma szczęście — to znaczy, że profesor Heaton jest wciąż w swoim gabinecie. Puka głośno do drzwi i po usłyszeniu raźnego „Proszę!" wślizguje się do środka. Nauczycielka mugoloznawstwa siedzi przy biurku, nucąc pod nosem i sprawdzając piętrzące się na blacie prace uczniów. Gdy Lily podchodzi bliżej, czarownica odrywa wzrok od pokreślonego czerwonym atramentem pergaminu i z życzliwym uśmiechem spogląda na nią znad okrągłych okularów.
— Dobry wieczór, kochanie. Jak mogę ci pomóc?
Lily zawsze lubiła profesor Heaton. Na mugoloznawstwo zapisała się właściwie z tęsknoty i czystego sentymentu, bo pośród poustawianych na półkach w sali znajomych przedmiotów czuła się bliżej domu, rodziców i siostry; szybko jednak zapałała sympatią do samej nauczycielki, która potrafiła opowiadać o niemagicznym świecie w naprawdę magiczny sposób. Ani James, ani Syriusz nie uczęszczali nigdy na te zajęcia, lecz na ostatnim roku nauki Lily czasem przychodziła tutaj z nimi, aby za zgodą profesor Heaton słuchać na jej gramofonie płyt z mugolską muzyką. Jim i Łapa nie orientowali się zbytnio w świecie mugoli (kiedy pierwszy raz zobaczyli piłkę do nogi, z początku podawali ją sobie jak kafla, a próba jej kopnięcia zakończyła się zdewastowaniem szkolnej szklarni), ale mieli prawdziwą obsesję na punkcie rocka, którą starsza czarownica traktowała z niezwykłą wyrozumiałością.
— Dobry wieczór, pani profesor. Zastanawiałam się, czy ma pani może mugolskie dzienniki z kilku ostatnich tygodni. Pamiętam, że kiedyś je pani kupowała.
— Mój mąż kupował i po przeczytaniu przesyłał mi tutaj — uściśla nauczycielka, nie przestając się uśmiechać. — Wciąż to zresztą robi. Z tyłu mam już prawdziwe archiwum. Sama zobacz. — Wskazuje głową drzwi na końcu sali. — Najnowsze wydania powinny leżeć zaraz przy wejściu.
— Dziękuję — odpowiada z wdzięcznością Lily, ruszając w tamtym kierunku.
— Nie będzie ci przeszkadzała muzyka? Mogę trochę ściszyć...
— Nie, nie... Proszę się mną nie przejmować! Zresztą, też uwielbiam te piosenki.
Profesor Heaton nie przesadzała, twierdząc, że magazyn zamienił się w małe archiwum. Lily przymyka drzwi, patrząc z lekkim niedowierzaniem i przerażeniem na tworzące swoisty labirynt stosy gazet. Na szczęście faktycznie odnajduje interesujące ją wydania w pobliżu drzwi i koszmarna wizja spędzenia w tym pomieszczeniu całej nocy oddala się. Bierze do ręki kilka dzienników z wierzchu. Jak można się było tego spodziewać, tragedia na Oxford Street zajmuje w „Timesie" czy „Guardianie" o wiele więcej miejsca niż w „Proroku". O wiele, wiele więcej. Lily siada po turecku na podłodze i marszcząc brwi, zagłębia się w treść artykułów, przepełnionych spekulacjami i dramatycznymi relacjami świadków. Większość autorów i cytowanych ekspertów wyraźnie skłania się ku teorii, że za serię niewyjaśnionych do tej pory ataków odpowiada dobrze zorganizowana siatka terrorystyczna, wobec której rząd pozostaje całkowicie bezradny. Lily myśli ponuro, że wcale tak bardzo się nie mylą. Zastanawia się, czy kiedykolwiek dojdzie do zniesienia Międzynarodowego Kodeksu Tajności Czarodziejów. Często dyskutowała na ten temat z Jamesem i Syriuszem, argumentując, że od palenia na stosach minęły wieki i Ministerstwo powinno wreszcie usiąść do rozmów z brytyjskim rządem, ale oni nie do końca rozumieli jej rozterki, uważając to prawo za coś oczywistego. Tylko Remus wydawał się zawsze przy okazji takich rozmów rozdarty. Natomiast Peter... Cóż, Peter głównie słuchał.
Zza drzwi dolatuje głos Deana Martina śpiewającego Winter Wonderland. Lily z ciekawości zatrzymuje wzrok na artykule poświęconym nadzwyczaj silnym opadom śniegu i najniższej od ponad stu lat temperaturze. Jeszcze trochę i zasypie Hogwart, ale przynajmniej dzieciaki będą zachwycone. Odkłada gazetę na bok i zamiera, gdy jej spojrzenie pada na pierwszą stronę leżącego pod spodem tabloidu. Drżącymi rękami prostuje go i unosi powoli do oczu.
EKSKLUZYWNE ZDJĘCIE! TERRORYŚCI CZY SEKTA? TAJEMNICZY ZNAK — głosi nagłówek, pod którym zamieszczono dużą, lekko niewyraźną fotografię. Nie ma wątpliwości, że zrobiono ją w środku domu towarowego. Wszędzie widoczne są ślady eksplozji. Na sfotografowanej ścianie sprawcy ataku pozostawili po sobie wiadomość: olbrzymią, narysowaną krwią błyskawicę.
3.
Lily pochyla się i ostrożnie wyciera wilgotną chusteczką mokre od potu czoło Remusa. Kiedy z jego ust wyrywa się niezrozumiałe słowo, gładzi go uspokajająco po rozpalonym gorączką policzku. Twarz pogrążonego w głębokim śnie mężczyzny nieznacznie się rozluźnia. Lily przysuwa krzesło bliżej łóżka i siada, delikatnie ujmując jego dłoń. Zbliża się kolejna pełnia, a Lupin bardzo źle znosi podany mu wywar tojadowy. Widząc, jak zwijał się z bólu, pani Pomfrey postanowiła podać mu silny eliksir usypiający.
Dlaczego mi nie powiedziałeś, Remusie? — myśli Lily, wsłuchując się w jego urywany, świszczący oddech. Dlaczego nikt z was mi niczego nie powiedział?
Wiesz dlaczego, odpowiada jej natychmiast w głowie znajomy głos. Wiesz doskonale. Bradley Scott, ofiary z Oxford Street, Neville... Już rozumie, ale ta wiedza nie przynosi żadnej ulgi, wręcz przeciwnie — jej ciężar jedynie przygniata ją do ziemi. Decyzja Albusa, aby zachować to przed nią w tajemnicy (Lily nie ma najmniejszych wątpliwości, że to on podjął tę decyzję), była aktem miłosierdzia. Nie potrafi jednak odczuwać z tego powodu wdzięczności.
— Ciekawe... Ostatnim razem nie było tak gwałtownej reakcji. — Snape nachyla się lekko nad Lupinem i studiuje w skupieniu jego twarz. — Być może stężenie któregoś ze składników jest zbyt wysokie.
Lily prawie zapomniała, że też niedawno tu przyszedł. Ich spojrzenia krzyżują się nad mamroczącym coś przez sen Remusem. Oboje przez długą chwilę milczą, aż wreszcie odzywa się Severus.
— Ostrzegałem Dumbledore'a, że to zły pomysł.
Lily marszczy brwi, nie spuszczając z niego wzroku. Czeka, aż Snape dokończy swoją myśl.
— Ukrywanie przed tobą prawdy.
Przechyla głowę i przywołuje na twarz fałszywy wyraz zdziwienia. Snape cicho wzdycha.
— Z jakiego innego powodu unikałabyś spotkań Zakonu? Zwłaszcza... teraz?
Oczywiście, Severus wie. Nie jest już w stanie dłużej wytrzymać jego spojrzenia. Ściska mocniej dłoń Lupina, czując budzące się w niej zimną złość i żal. Próbuje zachować spokój. Tłumiła w sobie wybuch gniewu, odkąd tylko opuściła gabinet profesor Heaton, nie chcąc ujawniać się ze swoim odkryciem. Tajemnica za tajemnicę, przysługa za przysługę. Wyobraża sobie, ile wysiłku musiał włożyć Albus w podtrzymywanie przez tak długi czas tej misternej iluzji. To ostrzeżenie. Nie o Bradleya im chodziło. Bezpośrednia konfrontacja byłaby zbyt okrutną zemstą.
— Wiem, że czujesz się zdradzona, ale... — podejmuje Snape, jednak zaraz urywa.
— To dla mojego dobra? — podsuwa cicho Lily, zmuszając się do uniesienia wzroku.
Zauważa wyraźne drgnięcie ramion, błysk rozpaczy w jego oczach.
— Przepraszam — mówi Severus, zwieszając głowę.
4.
Kiedy Lily opuszcza skrzydło szpitalne i kieruje się ku swoim komnatom, za oknami jest już ciemno, a korytarze zamku oświetla blask pochodni. Mija po drodze zabłąkaną grupę uczniów spieszących do dormitorium; znikają zaraz za zakrętem, ale ich beztroski śmiech jeszcze przez chwilę niesie się echem pomiędzy murami. Przez moment wspomina z tęsknotą swoje własne wieczorne eskapady ze znajomymi podczas pierwszych lat nauki w Hogwarcie. Potrafili się wtedy cieszyć każdym głupstwem, choć żyli w cieniu nieuchronnie nadciągającego konfliktu. Jednak dzień po dniu nagłówki gazet robiły się coraz bardziej złowieszcze, a szepty coraz głośniejsze, aż w końcu z trudem przychodziło odetchnąć pełną piersią, jakby nieustannie przytłaczał ich jakiś ciężar. Zastanawiali się często z Jamesem, jak to będzie po wojnie — czy jej cień kiedykolwiek zniknie czy zostanie z nimi na zawsze. Teraz już znała odpowiedź.
Zbliżając się do drzwi swoich komnat, zwalnia i wsuwa dłoń do kieszeni w poszukiwaniu kluczy. Nie chce pukaniem odrywać Śmieszki od Harry'ego. Nagle przystaje, a jej ciało drętwieje ze strachu. Wyraźnie usłyszała za plecami jakiś szmer. Odwraca się powoli.
Kilka kroków za nią stoi drugo-, może trzecioroczna uczennica. Naszywka na szacie dziewczynki wskazuje, że należy ona do Domu Borsuka, ale poza tym Lily wydaje się, że nigdy się nie spotkały. Uśmiecha się niepewnie, próbując zamaskować zdenerwowanie.
— Czy mogę ci jakoś pomóc? Zgubiłaś się?
Puchonka nie odpowiada, stojąc nieruchomo w miejscu. Lily wytęża wzrok, aby w skąpym świetle lepiej dostrzec jej twarz. Oczy dziewczynki błyszczą, odbijając chybotliwy płomień pochodni, lecz wydają się dziwnie puste i nieobecne.
— Wszystko w porządku? — pyta Lily, robiąc krok w jej stronę. Czuje strach ściskający ją za gardło.
— Wiesz, gdzie nas znaleźć — mówi nagle uczennica poważnym, wypranym z emocji głosem. — Jutro o północy. Przyjdź sama albo dziecko umrze.
Lily cofa się jak oparzona i natychmiast oblewa ją zimny pot. Sparaliżowana, wpatruje się w Puchonkę szeroko otwartymi oczami, słysząc w uszach paniczne uderzenia swojego serca. W końcu zmusza się do położenia drżącej dłoni na jej ramieniu, a drugą ręką sięga po różdżkę.
— F-Finite Incantatem.
Dziewczynka mruga i potrząsa głową. Rozgląda się, po czym spogląda ze zdziwieniem na Lily.
— Gdzie ja jestem? Kim... kim pani jest? Walczyliśmy z przyjaciółmi na śnieżki, a później wracałam do zamku i...
— Wszystko w porządku — mówi Lily, starając się, aby jej głos brzmiał spokojnie. — Zgubiłaś się.
Na twarzy uczennicy pojawia się wyraz zwątpienia, a następnie zadumy.
— Tak... Chyba tak — przytakuje z wahaniem.
— Możesz już wracać do dormitorium.
— Dziękuję... Dobranoc.
Dziewczynka rzuca jej ostatnie, niepewne spojrzenie, po czym pospiesznie oddala się w kierunku schodów. Lily patrzy za nią, a kiedy tylko znika za zakrętem, opiera się ciężko o ścianę i chowa twarz w dłoniach.
Wiesz, gdzie nas znaleźć. Oczywiście, że tak.
5.
Mam nadzieję, że zrozumiesz moją decyzję i kiedyś mi wybaczysz. Zawsze pamiętaj, że bardzo, bardzo Cię kochałam. Mama
Stawianie ostatnich liter przychodzi jej z ogromnym trudem, jakby pióro, którym pisze, z każdym słowem robiło się coraz cięższe. Kiedy wreszcie kończy, przesuwa wzrokiem po pergaminie. Chociaż próbowała zwalczyć drżenie rąk, jej pismo jest prawie nieczytelne, a list krótszy, niż planowała, i znacznie bardziej suchy w treści. Powstrzymując grymas bólu, pospiesznie składa pergamin i wsuwa do koperty, zanim wygra w niej chęć wrzucenia go do ognia. Harry zasługuje na wyjaśnienie... Musi wiedzieć, dlaczego to zrobiłaś... Dlaczego go opuściłaś.
Powoli wstaje od biurka i na zdrętwiałych nogach idzie do dziecięcego pokoju. Nie może się pozbyć wrażenia, że jej ciało funkcjonuje w niemal całkowitym oderwaniu od umysłu, jakby to ono wzięło na siebie ciężar zrealizowania podjętej przez nią decyzji. Czuje się jak obserwator, bezsilnie przyglądający się z oddali biegowi wydarzeń. Przyklęka koło łóżeczka i przyciska czoło do prętów, wpatrując się z rozpaczliwą tęsknotą w twarzyczkę jej śpiącego spokojnie synka. Wyobraża go sobie przelotnie jako dorosłego mężczyznę uderzająco podobnego do Jamesa, o odważnym i dobrym sercu, i natychmiast ogarnia ją wzruszenie. Im dłużej zwlekasz, tym ciężej będzie ci odejść. Jeśli zostaniesz i Neville zginie, nigdy sobie tego nie wybaczysz.
Tłumiąc narastający w piersi szloch, kładzie kopertę na posłaniu koło Harry'ego, po czym delikatnie ściska jego maleńką rączkę. Ma nadzieję, że dziecko w jakiś magiczny sposób zapamięta ten dotyk, obecność mamy, ich ostatnią wspólną chwilę. Chce zachować wspomnienie tej bliskości, pragnie, aby towarzyszyło jej ono do samego końca. Przepraszam, Harry. Przepraszam. Proszę, bądź zdrowy. Bądź szczęśliwy.
Wstaje i nie patrząc za siebie, odchodzi. Zakłada pelerynę-niewidkę i zamyka za sobą drzwi do swoich komnat. Za kilka godzin stanie pod nimi Śmieszka, ale Lily już tutaj nie będzie. Stara się nie myśleć o reakcji jej przyjaciół, gdy znajdą napisane przez nią listy. Błagam, nie obwiniajcie się za to. Nie mogłam postąpić inaczej. Natychmiast wygania z umysłu wizję ich zdruzgotanych twarzy. Nie odwracaj się. Nie zwalniaj.
Nie dam rady, myśli Lily, drżąc z zimna i strachu. Boże, nie dam rady.
Musisz. Nie masz wyboru. Idź!
Odnosi wrażenie, że wędrówka sekretnym tunelem prowadzącym poza błonia Hogwartu trwa całą, upiorną wieczność. Ciasny korytarz zdaje się nie mieć końca, a jej nogi są tak ciężkie, że kilka razy potyka się i zatacza na ścianę.
— Boję się, Jim — szepcze półprzytomnie w ciemności, zaciskając palce na jego różdżce. — Nie chcę być sama.
Lily wydaje się, że słyszy za sobą odległy płacz dziecka, rozdzierający jej serce na kawałki, przywołujący ją z powrotem. Przepraszam, skarbie, przepraszam, nie mogę wrócić.
Noc jest jasna, rozświetlona widmowym blaskiem okrągłej tarczy księżyca. Lily zostawia pelerynę-niewidkę na końcu tunelu i zamyka przejście. Bierze dwa drżące oddechy, patrząc, jak ulatują białą mgiełką ku niebu, po czym teleportuje się do Doliny Godryka.
Wszystko wygląda niemal tak samo, jak to zapamiętała. O tej godzinie wioska sprawia wrażenie wymarłej, ale Lily od razu rozpoznaje znajomą, majaczącą w oddali wieżyczkę kościoła i drzemiące pod śniegiem, ciasno stłoczone domki po obu stronach wąskiej drogi. Na środku placu, koło pomnika, dzieci ulepiły bałwana. W panującej wokół ciszy Lily słyszy swój głośny, przyspieszony oddech. Zaciska na chwilę powieki, marząc o tym, aby to wszystko okazało się tylko kolejnym koszmarem. Tak bardzo chciałaby obudzić się teraz w swoim łóżku, pod ciepłą pościelą, wiedząc, że za ścianą śpi Harry i oboje są bezpieczni. Niechętnie otwiera oczy i odwraca się. Ulica prowadząca do ich starego domu jest pogrążona w mroku, lecz na samym jej końcu Lily dostrzega samotny punkt światła, jedną świecącą się latarnię, na której koncentruje wzrok, z trudem odrywając stopy od ziemi.
Każdy krok przypomina torturę. Stara się po prostu iść przed siebie, nie dopuszczając do umysłu żadnych myśli, ale czuje, że stopniowo traci determinację i znów powracają przyczajone gdzieś z tyłu głowy wątpliwości. A co, jeśli Neville'a tutaj nie ma? A co, jeśli już go zabili? Umrzesz na darmo, i tak nie pozwolą mu żyć. Wracaj do Harry'ego, póki jeszcze nie jest za późno. Lily zaciska dłonie w pięści. Nie, nie mogę. Podświadomie oczekuje, że w pobliżu latarni ujrzy znajomą sylwetkę, stojącą tak jak wtedy, na skraju światła, ale ulica okazuje się pusta.
Lily unosi powoli głowę i patrzy na ich dom. Uświadamia sobie z przestrachem, że zapamiętała dokładnie każdy szczegół. Od frontu wydaje się nienaruszony; nie potrafi zliczyć, ile razy odwiedzała go w swoich snach. Za oknem salonu na parterze wciąż stoi lampion z dyni. Wycięty w niej groteskowy uśmiech sprawia, że pod Lily znów uginają się kolana. Bierz Harry'ego i uciekaj! Czuje, jak otaczająca to miejsce ciężka, opresyjna aura opada jej na ramiona i obezwładnia ją; jak mrok w głębi domu gęstnieje i napiera na szyby, próbując rozsadzić je od środka i runąć czarną falą na ulicę. Powietrze zdaje się pulsować złą energią, zatrzymywać oddech, jakby tragedia, która się tutaj wydarzyła, pozostawiła po sobie w przestrzeni niemożliwą do zasklepienia ranę. Bierz Harry'ego i uciekaj! Uciekaj, Lily! UCIEKAJ!
W głębi duszy od początku wiedziała, że właśnie tak miało się to skończyć. Każdy krok, każdy wybór prowadził ją z powrotem tutaj, do tej chaty, do Jamesa. Nigdy nie powinna była opuścić tego domu żywa — dla dobra Harry'ego i innych.
Ta myśl napełnia ją dziwnym, podszytym rezygnacją spokojem. Sięga do kieszeni płaszcza i wyciąga wisiorek w kształcie feniksa. Przygląda mu się przez chwilę w zadumie, po czym pozwala prześlizgnąć się pomiędzy palcami i upaść na ziemię. Zbliża się do drzwi i kładzie dłoń na klamce. Przepraszam, Jim, myśli i wchodzi do środka.
Wewnątrz domu czas stanął w miejscu. We wszystkich kątach czają się wspomnienia i echa, przeszłość tak długo czekająca na jej powrót. Na widok tego korytarza żołądek Lily skręca się w supeł. Tutaj zginął James. Ma wrażenie, że podłoga pod jej stopami zaczyna się kołysać, a ściany przysuwają się bliżej. Zatrzymuje się, dając sobie sekundę na złapanie tchu. Dom wydaje się opuszczony, ale Lily wyraźnie wyczuwa w tym zwodniczym bezruchu czyjąś obecność. Naraz ciszę przerywa niespodziewany dźwięk. Lily podskakuje ze strachu i błyskawicznie przekręca głowę w stronę schodów, w napięciu nasłuchując.
Z góry dobiega kobiecy głos nucący jakąś melodię. Lily od razu rozpoznaje popularną w czarodziejskim świecie kołysankę, którą sama często nuciła Harry'emu do snu. Ogarnia ją okropne, wywołujące mdłości uczucie, a powietrze w budynku staje się nagle jeszcze zimniejsze niż przed chwilą. Kiedy wspina się po schodach na piętro, zdaje sobie sprawę, że nie ma już odwrotu; trzask starego drewna zdradza jej nadejście. Gdzieś z zakamarków pamięci nadpływa echo innych, odległych kroków — panicznej ucieczki przed Voldemortem w Noc Duchów. Lily potyka się i upada na kolano. Przygryza wargę i wstaje, przytrzymując się poręczy. Uszy wypełnia jej nucona cały czas kołysanka. Już blisko.
Pokonuje krótki korytarz na piętrze i wreszcie, wyczerpana, staje na progu dawnej sypialni Harry'ego. W zniszczonym wybuchem pomieszczeniu czekają na nią trzy osoby: dwaj mężczyźni i kołysząca w ramionach zawiniątko kobieta. Mają na sobie czarne płaszcze śmierciożerców, ale ich twarze nie są skryte za maskami. Kobieta przestaje nucić i odrywa wzrok od zawiniątka.
— Witaj w domu, Lily Potter.
Patrząc na uśmiechnięte oblicze Bellatriks Lestrange, Lily błaga w myślach o szybką śmierć.
