Betowała Pantera.

6.

Odsuń się, głupia… Odsuń się, i to już…

Nie Harry, błagam, weź mnie, zabij mnie zamiast niego…

To musi być sen... Boże, niech to będzie sen... Zawalona ściana, ciemne, zimowe niebo, które zdaje się wlewać do środka domu, rozrzucone po podłodze, rozprute zabawki, łóżeczko Harry'ego... Omiatając pomieszczenie wzrokiem, Lily ma silne poczucie nierzeczywistości (Wszystko wygląda dokładnie tak, jak tamtej nocy... Jakby to było wczoraj... Ile czasu minęło?), a jednocześnie rozumie, że tym razem to nie koszmar. Przypomina jej o tym jej własne ciało — napięte do granic możliwości mięśnie, zjeżone na karku włosy, strużka potu spływająca pomiędzy łopatkami. Jest zmuszona walczyć sama ze sobą, aby nie rzucić się natychmiast do ucieczki.

— „Chłopiec, który przeżył" — mówi cicho i niemal łagodnie Bellatriks. Dyskretnym ruchem dłoni posyła wiszącą w powietrzu, wyczarowaną kulę światła wyżej, pod sufit. Cienie na jej twarzy przesuwają się, wyostrzając rysy i wydobywając z nich na wierzch coś bardzo złowieszczego. — Tak nazywają twojego syna, wiesz? „Dziecko, które pokonało Czarnego Pana".

Te słowa wywołują u Lily lodowaty dreszcz. Nie! — chce gorączkowo zaprzeczyć i za wszelką cenę odciągnąć uwagę wiedźmy od Harry'ego, ale jej gardło ściska strach i nie może wydobyć z niego żadnego dźwięku. Bellatriks powraca do kołysania w swoich ramionach zawiniątka. Neville jest przerażająco spokojny i nie rusza się. Lily wie, że opanowanie śmierciożerczyni i igrający na jej wargach uśmiech to tylko przewrotna zabawa, fasada, za którą kryją się szaleństwo i skłonność do niewyobrażalnego okrucieństwa. Zapowiedź tego, co czeka przeciwników Czarnego Pana z ręki jego najwierniejszych sług. W tym momencie Lily uderza jeszcza inna myśl — potworna myśl, że syn Longbottomów już nie żyje, że to wszystko na nic. Znów stają jej przed oczami zdruzgotane twarze aurorów i przypomina sobie, co sama czuła, widząc, jak Voldemort celuje różdżką w Harry'ego. Ledwo odrywając stopy od ziemi i zadziwiając samą siebie, robi dwa kroki w kierunku przyglądającej jej się ze złowrogim zainteresowaniem Bellatriks. Zawieszona pod sufitem kula światła musi również wydzielać ciepło i ogrzewać pokój, bo ulatujący z ust Lily obłoczek pary znika. Unosi ostrożnie rękę, jakby chciała uspokoić szykujące się do ataku zwierzę.

— Przyszłam, tak jak chcieliście. To o mnie wam chodziło. Nie... nie krzywdźcie Neville'a. — Prawie nie poznaje swojego zmienionego ze strachu głosu. Ma wrażenie, że te słowa wypowiedział za nią ktoś inny. — Oddajcie go rodzicom.

Bellatriks przewraca oczami i kręci głową z wyraźnym politowaniem.

— Jesteś tak bardzo przewidywalna, Lily — odpowiada znudzonym tonem. — Ty i cały ten pożałowania godny Zakon szlam, zdrajców i tchórzy. Nawet Dumbledore. Żadnych niespodzianek. Żadnego wyzwania.

Po raz pierwszy Lily zaczyna odczuwać oprócz strachu złość. Gdyby nie Neville, chwyciłaby teraz za różdżkę. Nie łudzi się, że miałaby jakiekolwiek szanse w starciu z Lestrange'ami, ale przynajmniej zginęłaby w walce. Może nawet udałoby się jej zostawić na obrzydliwie rozbawionym obliczu wiedźmy pamiątkę. Bierze głęboki oddech i rozluźnia pięści.

— Zostaw dziecko... Proszę — cedzi przez zaciśnięte zęby.

— Masz rację — przyznaje po krótkim namyśle Bellatriks. — Jesteś tutaj, więc mały Neville nie jest nam już potrzebny. — To powiedziawszy, rozkłada ramiona i upuszcza zawiniątko na ziemię.

Lily prawie zachłystuje się własnym oddechem. Czuje przeszywający ją na wskroś szpikulec przerażenia, ale nie ma czasu na reakcję. Bezwładne ciałko zatrzymuje się dwa cale od podłogi. Nogi Lily trzęsą się tak bardzo, że ledwo jest w stanie zachować pozycję stojącą. Boże, Boże... Z dudniącym w uszach sercem patrzy, jak chłopiec ponownie się unosi i powraca w ramiona śmierciożerczyni.

— Ups... — Bellatriks robi przesadnie przestraszoną minę, po czym chichocze. — Mało brakowało!

Ta kobieta jest obłąkana, myśli ze zgrozą Lily. Kompletnie obłąkana.

— Chcesz zabić czystokrwiste dziecko z powodu zwykłej szlamy? — pyta powoli, próbując kontrolować swój drżący głos.

Krzywi się lekko, używając tej znienawidzonej obelgi. To tylko słowo, powtarza sobie w umyśle, chociaż doskonale pamięta, jak bardzo słowa potrafią zranić i jak wiele mogą zniszczyć.

Bellatriks mruży oczy, jakby na nowo dostrzegła w niej coś interesującego, po czym szeroko się uśmiecha.

— Przynajmniej znasz swoje miejsce. To dobrze. — Kiwa z zadowoleniem głową. — Czysta krew małego Neville'a za twój szlam. Wydaje mi się, że to korzystna zamiana, nie sądzisz? — Odwraca się do stojącego obok niej brodatego mężczyzny. — Może jak już się pozbędziemy jego rodziców, to go sobie weźmiemy? Co ty na to, Rudolfie? Chcesz zostać tatusiem?

Stojący nieco dalej z tyłu drugi mężczyzna parska śmiechem. Lily rozpoznaje w nim Rabastana Lestrange'a, którego kojarzy mgliście z listów gończych w Ministerstwie. Czarnoksiężnik co jakiś czas wygląda przez dziurę w ścianie na zewnątrz, najprawdopodobniej sprawdzając, czy do budynku nie zbliża się nikt niepowołany. Słowa Bellatriks i widok bezbronnego chłopczyka w jej ramionach, ta pokrętna parodia matki, okrutne szyderstwo z macierzyństwa wywołują u Lily mdłości. To, z jaką łatwością wiedźma mówi o zabiciu dziecka i zniszczeniu całej rodziny... Przelotna, potworna wizja Neville'a wychowywanego przez śmierciożerców... Może mieć tylko nadzieję, że gdy już z nią skończą, stracą zainteresowanie dzieckiem, a Zakon je prędko odnajdzie. Kiedy Albus i reszta zorientują się rano, że zniknęła, powinni w miarę szybko namierzyć jej wisiorek.

Rudolf Lestrange posyła żonie zniecierpliwione spojrzenie.

— Powinniśmy się śpieszyć. Nie mamy całej nocy.

— Ale z ciebie nudziarz — wzdycha z rezygnacją Bellatriks, po czym bezceremonialnie wciska mu Neville'a na ręce. — Masz, pobaw się z dzieciakiem. Ja pobawię się ze szlamą. — Leniwie podwija rękawy i wyciąga z kieszeni różdżkę. — Nie wyciągniesz swojej? — Spogląda z udawanym zdziwieniem na Lily, wykonując zapraszający gest. — Śmiało, poczekam.

Lily oblewa zimny pot. Kątem oka obserwuje, jak Rudolf Lestrange z ponurą miną podchodzi do starego łóżeczka Harry'ego (Odsuń się, głupia…), a następnie kładzie w nim wciąż nieruchomego, przypominającego lalkę Neville'a. Co te bydlaki mu zrobiły? Musieli rzucić na niego jakieś zaklęcie... Ale przynajmniej żyje, to jest najważniejsze. Musi żyć.

— Żałosne — komentuje Bellatriks. — Jak mówiłam... Żadnych niespodzianek.

Lily spodziewała się ataku, odkąd tylko przekroczyła próg tego pomieszczenia, lecz gdy uderza w nią klątwa, z jej ust i tak wyrywa się krzyk. Upada ciężko na kolana, zgięta w pasie, łykając w panice powietrze. Jej płuca zdają się płonąć żywym ogniem i odnosi wrażenie, że zaraz eksplodują jej wnętrzności. Kiedy ból wreszcie przygasa, zauważa, że leży skulona na podłodze i dyszy jak po szybkim biegu. Po dłuższej chwili odnajduje w sobie dość siły, aby na drżących rękach unieść się i oderwać twarz od podłogi. Zanim jednak ma szansę wstać, czuje, jak wokół jej szyi zaciska się niewidzialna obręcz, a nieznana moc podrywa ją brutalnie do góry. Rozpaczliwie kopie nogami w powietrzu, próbując sięgnąć palcami ziemi i znaleźć oparcie dla stóp, ale klątwa gwałtownym szarpnięciem posyła ją jeszcze wyżej. Lily instynktownie sięga dłońmi do szyi, choć wie, że w ten sposób nie uwolni się z magicznego uścisku. Kiedy zaczyna się dusić, czuje nagle kolejne szarpnięcie, tym razem w dół i do przodu, po czym uderza z impetem w podłogę tuż pod stopami Bellatriks.

— Mam nadzieję, że nie odgryzłaś sobie języka — słyszy nad sobą jej przepełniony fałszywą troską głos. — To byłoby niefortunne.

Oślepiona bólem, cicho jęcząc, przekręca głowę w bok. Przez ulotny moment Lily wydaje się, że ktoś leży koło niej. Rozbity umysł podsuwa jej obraz umierającego Bradleya Scotta. Musieli go dopaść nad ranem w jego własnym domu... Usta Brada poruszają się, jakby usiłował coś powiedzieć. Lily powoli wyciąga rękę, ale Scott znika i okazuje się, że to tylko cień.

— Opowiedz mi o Nocy Duchów. — Głos Bellatriks zmienia się; pojawia się w nim zimna determinacja. — Opowiedz mi, co się wtedy stało. W jaki sposób twój syn przeżył. W jaki sposób przeżyłaś ty.

— Twój pan... postanowił mnie... wspaniałomyślnie oszczędzić — wykrztusza Lily zgodnie z prawdą.

Nie widzi powodu, żeby kłamać. Syczy z bólu, gdy Bellatriks chwyta ją za włosy i zmusza do przyklęknięcia.

— Nie drwij sobie ze mnie! — Twarz wiedźmy wykrzywia grymas złości. Dopiero będąc tak blisko, Lily dostrzega w rysach śmierciożerczyni podobieństwo do Syriusza i natychmiast robi jej się niedobrze. — Dlaczego Czarny Pan miałby darować życie bezwartościowej szlamie? Co mu obiecałaś? Lojalność? — Z ust Bellatriks wyrywa się krótki, przyprawiający o dreszcze śmiech. — Nie jesteś godna mu służyć i dobrze o tym wiesz! Co się z nim stało? Gdzie on jest? Odpowiadaj!

Z każdą sekundą Lily coraz bardziej przyzwyczaja się do myśli o śmierci. Słowa Albusa o tym, że Voldemort wciąż żyje, przeplatają się w jej umyśle z melodią, która wypłynęła z głębin pamięci, jak dawno utracony w morzu przedmiot wyrzucony po latach na brzeg. Próbuje sobie przypomnieć, gdzie ją słyszała, i nagle już wie. Piosenka, w rytm której tańczyli z Jimem w Noc Duchów. Ostatnia piosenka, której razem słuchali. Przynajmniej Harry jest bezpieczny.

— Nie wiem — mówi, obserwując, jak oczy Bellatriks ciemnieją. — Po prostu zniknął. Nie szukaliście go?

Ledwo dokańcza pytanie, uderza w nią kolejna klątwa. W ułamku sekundy jej ciało ogarnia ogień. Płonie... Płonie żywcem! Gdyby nie nadal trzymająca ją bezlitośnie za włosy wiedźma, Lily upadłaby, wijąc się w agonii, z powrotem na podłogę. Wygina plecy i unosząc dłonie do twarzy, krzyczy, krzyczy, krzyczy do utraty tchu. Na pewno obudzi całą wioskę. Ktoś musi to usłyszeć, ktoś musi tu przyjść i jej pomóc, ktokolwiek... Jim... Jim... Dość, błagam, DOŚĆ! Wyje dalej nawet wtedy, gdy ból niespodziewanie ustępuje. Jej policzki są mokre od potu i łez. Czuje na wargach metaliczny posmak i uświadamia sobie, że z nosa leci jej krew.

— Krzycz do woli. Zadbałam o to, żeby nikt cię nie słyszał — cedzi Bellatriks i puszczając w końcu jej włosy, prostuje się.

Lily od razu osuwa się na podłogę, w ostatnim momencie amortyzując upadek ramionami. Wpatruje się w szoku w swoje dłonie, podświadomie oczekując widoku poparzonej, pokrytej pęcherzami skóry.

— Kończmy już — dobiega ją gdzieś z oddali ponaglający głos Rudolfa Lestrange'a. — Za długo to trwa.

— Nie mów mi, co mam robić — odpowiada mu warknięciem Bellatriks. — Ta szmata zasługuje na cierpienie! Wybuch, blizna na czole twojego bachora... Jakiej klątwy użyłaś, szlamo?! A może to był twój mąż? Gdzie jest Czarny Pan?!

— Nie... — zaczyna Lily ochrypłym od krzyku głosem. — Nie wiem... Przysięgam... Dumbledore... Dumbledore powiedział, że... powiedział, że on żyje...

— Wiem, że on żyje, mugolska dziwko! Czarny Pan jest nieśmiertelny! Pytałam, gdzie on jest! Ten stary głupiec musi coś wiedzieć! Zapytam ostatni raz, a jak nie zaczniesz mówić, wywrócę Longbottoma na drugą stronę.

Nie! Żołądek podchodzi Lily do gardła. Pulsujący ból prawie rozsadza jej czaszkę. Co ma odpowiedzieć tej wariatce?!

— Skup się, szlamo. Gdzie. On... — Powietrze przecina nagle dziwny świst i Bellatriks urywa, jakby zachłysnęła się własnymi słowami.

Podpierając się łokciem, Lily dźwiga się z trudem na kolana i spogląda w górę. Wiedźma stoi skamieniała w miejscu z nienaturalnie wyprężonymi plecami i pobladłą, wykrzywioną w szoku twarzą. Patrzy wytrzeszczonymi, nieruchomymi oczami w kierunku drzwi, poruszając bezgłośnie wargami. Lily wzdryga się, gdy wypływa spomiędzy nich krew. Rzuca spojrzenie na lewą dłoń Bellatriks, którą ta przyciska sobie spazmatycznie do piersi. Na szacie śmierciożerczyni wykwitają powoli ciemne plamy. Lily wydaje zduszony okrzyk i przetacza się w bok, gdy wiedźma osuwa się koło niej na kolana, charcząc:

— Skur...wy...syn...

— Co do...? Bel... — Rudolf Lestrange zaczyna odwracać się z wyciągniętą różdżką w stronę drzwi, ale rozlega się kolejny świst i mężczyzna upada z łoskotem na podłogę, trzymając się za szyję.

Lily nie ma pojęcia, co się dzieje; jej serce łomocze jak oszalałe. Słyszy przepełniony wściekłością krzyk Rabastana Lestrange'a. Czarnoksiężnik posyła trzy śmiercionośne klątwy ku nieznanemu przeciwnikowi, po czym z grymasem dzikiej furii odwraca się w kierunku leżącego w łóżeczku Neville'a. Ciało Lily reaguje szybciej niż jej umysł. Nie zważając na rozszarpujący ją od środka ból, zrywa się z podłogi i rzuca na śmierciożercę. Jest tak zaskoczony jej atakiem, że nawet nie próbuje się bronić. Nacierając całym ciężarem ciała, uderza go ramieniem i odpycha od łóżeczka. Usiłując odzyskać równowagę, mężczyzna robi kilka chwiejnych kroków do tyłu i potyka się o zalegające na ziemi fragmenty ściany. Lily jeszcze przez sekundę widzi jego przestraszoną twarz, zanim Rabastan Lestrange z krótkim okrzykiem wypada przez dziurę po wybuchu na zewnątrz i znika z jej pola widzenia, jakby połknęła go ciemność. Jego krzyk urywa się.

Słaniając się na nogach, Lily uwiesza się prętów łóżeczka. Jak przez gęstą mgłę, widzi zalewający cały pokój czerwony rozbłysk. Dociera do niej czyjś stłumiony jęk, głuche uderzenie i dudnienie kroków na schodach. Kiedy wreszcie dochodzi do siebie, wokół panuje już cisza.

Łapiąc głębokimi haustami powietrze, prostuje się i zerka w dół, na leżącego w łożeczku Neville'a. Natychmiast sprawdza, czy chłopiec oddycha, a upewniwszy się, że tak, bierze go na ręce i mocno przytula. Z jej ust wyrywa się dźwięk przypominający trochę szloch a trochę westchnienie ulgi. Czuje to samo szczęście, co wtedy, gdy okazało się, że Harry przeżył atak Voldemorta. Ostrożnie przekładając malca na jedną rękę, na wszelki wypadek wyciąga różdżkę, aby dodać sobie otuchy. Odwraca się, bojąc się tego, co zobaczy.

Rudolf Lestrange leży pod ścianą twarzą do ziemi i nie rusza się. Widząc wypływającą spod niego krew, Lily nie ma wątpliwości, że jest martwy. Z bijącym szybko sercem podchodzi do spoczywającego na plecach ciała Bellatriks, przyciskając do piersi uśpionego Neville'a. Uważając, aby nie wdepnąć w obecną również tutaj kałużę krwi, przystaje obok wiedźmy i przypatruje się jej z góry. Kiedy do tej pory nieruchome i puste spojrzenie śmierciożerczyni nagle przesuwa się na nią, Lily z ukłuciem strachu uświadamia sobie, że Bellatriks wciąż żyje. Zauważa, że kobieta na oślep szuka dłonią swojej różdżki, która leży nieco dalej, poza jej zasięgiem. Drugą dłoń nadal kurczowo przyciska do klatki piersiowej, w bezsilnej próbie zatrzymania krwawienia. Rana wydaje się głęboka i wygląda tak, jakby ktoś próbował rozpłatać Bellatriks mieczem. Przód jej szaty jest całkowicie przesiąknięty krwią. Lily nigdy nie widziała klątwy pozostawiającej takie obrażenia.

Wiedźma nie odrywa od niej wzroku. Lily przypomina się niespodziewanie formuła zaklęcia zasklepiającego rany, którego niedawno uczyła się z podręcznika dla uzdrowicieli, pożyczonego od pani Pomfrey. Zapamiętała nawet stronę i znajdujące się na niej ryciny. Ściska mocno różdżkę. W tej samej chwili umysł podsuwa jej również inne wspomnienie: obraz duszącego się krwią Bradleya, jego rozpaczliwej walki o życie, powolnego i nieubłagalnego osuwania się w śmierć. Nie o niego im chodziło. Rozluźnia chwyt i chowa różdżkę do kieszeni. Oczy Bellatriks na ułamek sekundy rozjaśnia przelotny błysk zrozumienia, a następnie aprobaty, zanim ostatecznie gasną.

Patrząc na jej nieruchome ciało, Lily odczuwa całkowity spokój. Na dole rozlegają się znajome trzaski aportacji. Wsłuchuje się w odgłos śpieszących na górę po schodach kroków, unosząc wzrok akurat w momencie, gdy do pokoju wbiegają z wyciągniętymi różdżkami Longbottomowie i Moody.

— Lily...? — wykrztusza z niedowierzaniem Alicja, omiatając ją i zwłoki na podłodze przerażonym spojrzeniem. Robi niepewny krok ku niej, natychmiast opuszczając różdżkę. — Lily?!

Lily wyciera wierzchem dłoni zasychającą pod nosem krew i uśmiecha się, ignorując ciągle przypominające jej o bólu i wyczerpaniu ciało. Bez słowa spuszcza wzrok na trzymanego w ramionach Neville'a, zwracając na niego uwagę aurorki.

— O Boże... — szepcze Alicja, podchodząc bliżej. — O Boże... Lily... — powtarza łamiącym się głosem.

Lily nigdy nie widziała, jak Alicja płacze, jednak teraz, obserwując spływające po jej policzkach łzy, sama czuje wilgoć pod powiekami i dławiące ją wzruszenie. Przekazuje Neville'a w drżące ramiona jego matki, której zszokowana mina świadczy o tym, że nie do końca wierzy w to, co widzi. Obok nich staje Frank i delikatnie gładzi syna po główce, jakby obawiał się, że to tylko złudzenie. Przez długą chwilę małżonkowie wpatrują się w swojego syna jak zahipnotyzowani, a ich zmęczone, szare twarze stopniowo nabierają blasku.

— Lily... — Frank mruga szybko oczami, kładąc jej rękę na ramieniu. Wygląda tak, jak gdyby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zabrakło mu nagle słów. Zamiast tego lekko nią potrząsa.

— Nie chcę przeszkadzać — wtrąca się nieoczekiwanie Moody, pochylając się nad ciałem Bellatriks — ale bardzo chciałbym wiedzieć, co tu się, do diabła, wydarzyło. — Rzuca Lily sceptyczne spojrzenie. — To ty wypatroszyłaś Lestrange'ów? Bez urazy, ale nie wydaje mi się.

Lily powraca do rzeczywistości i natychmiast przypomina sobie, gdzie są i jak wygląda ich otoczenie.

— Nie... Ja... — Urywa, próbując zebrać myśli.

No właśnie... Co się stało? Nie miała wcześniej dość czasu, by głębiej się nad tym zastanowić.

— Sytuacja przedstawia się tak. Mamy ciebie i dwa... — Moody wychyla się lekko przez dziurę w ścianie i zerka w dół, do ogrodu. — ...trzy trupy. Przydałoby się jakieś wyjaśnienie.

— Jak się czujesz? Nie jesteś ranna? — pyta z przejęciem Frank, odzyskując w końcu głos. — W korytarzu jest pełno krwi... A na schodach znaleźliśmy to.

Lily patrzy bez zrozumienia na wyciągnięty przez niego z kieszeni zakrwawiony wisiorek w kształcie feniksa. Przecież...

— Na schodach...? — powtarza cicho. — Zostawiłam go przed domem...

— Ale to ty go użyłaś, prawda? — upewnia się Frank. — W ten sposób cię znaleźliśmy. Niedługo powinna tu dotrzeć reszta.

— To też zostawiłaś przed domem? — dorzuca Moody, wskazując trzymany w ręku srebrny, zwiewny materiał. — Leżało niedaleko wisiorka.

Dopiero teraz Lily rozpoznaje pelerynę-niewidkę Jamesa. Jej serce przyspiesza, gdy wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce. O nie... O nie, o nie, o nie... Wymija Longbottomów i podchodzi prędkim krokiem do drzwi. Prawie od razu zauważa na framudze rozmazany odcisk zakrwawionej dłoni. Boże, nie...

— Lily? — słyszy za sobą niepewny, drżący od płaczu głos Alicji. — Co się dzieje?

— Czy był tutaj ktoś jeszcze? — pyta szorstko Moody.

Lily odwraca się w stronę aurorów, czując narastającą panikę.

— Musimy wracać do Hogwartu — mówi z rozpaczą przez ściśnięte gardło. — Natychmiast.

Po czym nie czekając na ich reakcję, deportuje się.