Betowała Pantera.
7.
Szybciej! Szybciej! Szybciej! Lily nie pierwszy raz przeklina w duchu brak możliwości teleportowania się na terenie Hogwartu. Zazwyczaj ten zakaz jest tylko uciążliwą niedogodnością, ale w tej sytuacji zamienia się w koszmar. Z każdą chwilą odczuwa coraz ostrzejszy ból w boku, a wyczerpane ciało próbuje ją zmusić do przystanięcia i zaczerpnięcia tchu. Jednak nie wolno jej teraz zwlekać. Liczy się każda sekunda.
Schody do lochów przypominają zejście do grobowca; od dołu ciągnie przeraźliwym, wilgotnym zimnem. Kiedy Lily, słaniając się ze zmęczenia na nogach, wpada na korytarz prowadzący do sal lekcyjnych, panująca wokół cisza świdruje jej w uszach. Nawet w słabym świetle pochodni od razu dostrzega na ziemi układające się w złowieszczy wzór ciemne plamy i natychmiast podąża ich śladem. Tak jak przeczuwała, prowadzą do lekko uchylonych drzwi gabinetu Snape'a. Wbiegając do środka, popycha je z takim impetem, że uderzają z hukiem w ścianę. W pomieszczeniu nikogo nie ma i w pierwszym momencie wzbiera w niej paniczny strach, ale zaraz kieruje uwagę na przewróconą aparaturę na stole i otwarty magazyn w głębi komnaty. Gdy rusza w tamtą stronę, pod jej butami chrzęści potłuczone szkło.
Na widok leżącego nieruchomo na podłodze Severusa z ust Lily wyrywa się cichy szloch. Nie, nie, nie, o Boże, nie... To wszystko jej wina... To wszystko jej... Nie taką cenę miała zapłacić dzisiejszej nocy! Weź się w garść albo on umrze, odzywa się w jej głowie bezlitosny, bardziej racjonalny głos. Otrząsa się z szoku i upada na kolana tuż obok Snape'a. Z wysiłkiem obraca jego bezwładne ciało na plecy i wstrzymuje oddech, widząc szatę mokrą od krwi.
— Nie, nie, nie... — powtarza jak w gorączce, gdy jej umysł nawiedza znowu widmo martwego Jamesa. — Boże, tylko nie to...
Z trudem odgania od siebie paraliżujące wspomnienie i usilnie ignorując upiornie bladą twarz Severusa, sprawdza drżącą ręką jego puls. Jest ledwo wyczuwalny, ale mężczyzna wciąż żyje, co na nowo napełnia ją nadzieją. Stanowczym ruchem różdżki rozcina przód jego szaty, aby odsłonić ranę. Krzywi się, odnotowując, jak bardzo jest duża i głęboka. Przygotowuje się do zainicjowania standardowego zaklęcia hamującego upływ krwi, lecz w ostatniej sekundzie powstrzymuje ją przed tym jakieś niejasne przeczucie. Dlaczego Severus sam go na siebie nie rzucił? Jeśli zachował przytomność i miał jeszcze siłę uciekać, to byłaby przecież naturalna, odruchowa reakcja... Spanikował? Nie, niemożliwe, to do niego niepodobne... Dlaczego więc biegł aż tutaj, po drodze się wykrwawiając? Dlaczego? Chyba że...
Po plecach Lily przebiega lodowaty dreszcz, gdy nagle uświadamia sobie z całą mocą powód nietypowego zachowania Snape'a. Boże... Klątwa Długiej Śmierci... Bellatriks Lestrange musiała rzucić na niego Klątwę Długiej Śmierci! Oblewa ją pot na myśl, jak bliska była skazania Severusa na los Bradleya. Upuszcza różdżkę na podłogę, jakby drewno sparzyło jej dłoń. Bez wahania ściąga kurtkę, a następnie sweter. Pośpiesznie go składa i przyciska do rany Snape'a, jednocześnie wodząc zdesperowanym spojrzeniem po półkach z eliksirami i trzęsąc się z zimna w samym podkoszulku.
— Po co tutaj przybiegłeś? — szepcze, jakby podświadomie oczekując, że ocknie się i odpowie na jej pytanie. Przenosi wzrok z poustawianych w równych rzędach buteleczek o różnych kształtach i rozmiarach na jego twarz. — Czego szukałeś?
Przychodzi jej do głowy kilka nazw eliksirów leczących poważne obrażenia, które na pewno znalazłaby w tym magazynie, jednak wie, że rana wciąż będzie się otwierać, dopóki klątwa nie zostanie zdjęta. Ale w jaki sposób ma ją cofnąć bez użycia różdżki?! Technicznie rzecz biorąc, eliksiry nie są zaklęciami, przypominają jej się niespodziewanie słowa Severusa, które wypowiedział niedawno podczas jednej z ich rozmów. Chociaż efekty ich działania bywają takie same jak w przypadku czarów. Lily pamięta, że tamtego dnia dał się wciągnąć w dyskusję na temat artykułu, który właśnie przeczytała w „Praktycznym Warzycielu". Swój wywód zaczął oczywiście od wyrafinowanej i przesadnie ostrej krytyki autorów, po kilku minutach przechodząc płynnie do jego zdaniem prawidłowych wniosków. Lily potrząsa niecierpliwie głową. Nie ma czasu! Nie ma czasu! Dlaczego akurat teraz o tym myśli? Jaki to ma związek... Musi się skupić... Musi...
Podrywa się gwałtownie z podłogi i jednym susem pokonuje odległość dzielącą ją od regału. Niemal obsesyjna pedanteria Severusa po raz kolejny okazuje się zbawienna — eliksiry są poustawiane alfabetycznie. Próbując okiełznać drżenie rąk, chwyta wypełnioną do połowy płynem buteleczkę z etykietą „Antymagiczny", po czym z powrotem przypada do boku Snape'a.
Błagam, działaj, powtarza w myślach, wyjmując korek, a następnie wylewa całą zawartość prosto na ranę. W pierwszej sekundzie nic się nie dzieje i Lily zamiera w oczekiwaniu, przerażona tym, że mogła się pomylić. Po chwili jednak od rany zaczynają się odrywać czerwone i niebieskie drobiny magii, rozpływając się z sykiem w powietrzu. Dzięki Bogu... Z westchnieniem ulgi przeciera dłonią spocone czoło i sięga po różdżkę.
— Przyprowadź tu Albusa i panią Pomfrey! Natychmiast! — ponagla wyczarowanego przez siebie patronusa, a kiedy widmowy jeleń znika, aby wykonać rozkaz, Lily nachyla się ponownie nad Severusem, obserwując z niepokojem działanie eliksiru. Odnosi wrażenie, że spowolnił krwawienie, a ulatującej z rany magii jest coraz mniej. — Wszystko będzie dobrze, Sev — szepcze, delikatnie dotykając jego policzka. — Wyjdziesz z tego, obiecuję.
Nie dopuszcza nawet innej możliwości. Kiedy wygląda na to, że eliksir całkowicie oczyścił już szramę z magii, Lily bez namysłu przystępuje do inkantacji zaklęcia uzdrawiającego. Rzucony przez nią czar okazuje się jednak za słaby — nigdy nie leczyła tak dużych obrażeń — i zasklepiona rana na nowo się otwiera. Kurwa! Lily bezsilnie zaciska palce wokół różdżki, czując, jak po twarzy spływa jej powoli pot wymieszany z łzami. Dlaczego nie ćwiczyłaś tego częściej?! Dławiąc się własną złością i desperacją, przymierza się do ponownego rzucenia zaklęcia, lecz w tym momencie od tyłu chwytają ją czyjeś ręce, odciągając od Snape'a.
— Już dobrze, Lily, wszystko w porządku... — Słysząc koło swojego ucha uspokajający głos Franka, przestaje się opierać. — Jesteśmy tutaj.
— Proszę, pomóżcie mu... Błagam... — mamrocze przez łzy Lily, pozwalając wyprowadzić się z magazynu i przekazać w ramiona czekającej w gabinecie Minerwy. — Nie dajcie mu umrzeć...
— Wszystko będzie dobrze, zajmiemy się nim — zapewnia łagodnym tonem McGonagall, zmierzając z nią w stronę wyjścia. — Musisz odpocząć.
Wykręcając szyję, Lily widzi jeszcze, jak do magazynu wchodzą szybkim krokiem Albus i pani Pomfrey, zanim Minerwa prawie siłą wyciąga ją na korytarz i zamyka drzwi gabinetu.
8.
Podobnie jak Noc Duchów, ta noc również wydaje się nie mieć końca. Tuląc do siebie Harry'ego, nie może uwierzyć, że powróciła z Doliny Godryka żywa. Ma wrażenie, że salon, fotel i kominek zaraz znikną, a ona ocknie się na podłodze chaty otoczona przez Lestrange'ów i wszystko okaże się tylko halucynacją umierającego umysłu. A jednak to prawda, jej mały synek jest tutaj, tuż przy niej, i znów są razem, choć miała już go nie zobaczyć. Ciska w ogień kopertę z napisanym wcześniej listem, którego nikt nie przeczytał, i patrzy, jak płonie — złowrogi cień niespełnionej przyszłości. Prześladujące ją od śmierci Jamesa widmo świata, w którym zabrakło dla niej miejsca. Harry nigdy się o nim nie dowie.
Minerwa na szczęście taktownie nie zadaje żadnych pytań i nie mówi zbyt wiele. Wcześniej zajęła się jej otarciami, siniakami i stłuczeniami; podała również miksturę regenerującą, która stłumiła nieco ból utrzymujący się po zaklęciach Bellatriks. Kiedy ich spojrzenia co jakiś czas się spotykają, Lily mimowolnie zastanawia się, czy czarownica również wspomina rozmowę, którą kiedyś toczyły na temat Lestrange'ów. Jeśli tak, to naprawdę dobrze to ukrywa.
Ciągle wraca myślami do Severusa. Dręczy ją przeczucie, że coś poszło nie tak, że popełniła jakiś błąd i nie zdołali go uratować. Nie wie, co by zrobiła, gdyby on umarł, nie chce sobie tego wyobrażać. Nie może go stracić tak jak Jima. Czy tylko po to po raz kolejny przeżyła? Żeby znowu patrzeć, jak ktoś inny, tak bardzo dla niej ważny ginie za nią? Przecież właśnie tego chciała uniknąć... Przecież dlatego tam, do cholery, poszła! Jednak los ponownie zaśmiał jej się w twarz. Severus za Neville'a, Lily. Co ty na to? Severus za ciebie.
Czekanie jest najgorsze, ale Lily czuje, że przez ostatnie miesiące zdążyła się już w nim wyspecjalizować. Co jej teraz pozostaje, jak nie czekać? Chociaż nie ma siły i ochoty rozmawiać, w miarę upływu czasu coraz bardziej docenia towarzystwo drugiej czarownicy. Obecność Minerwy, jej opanowanie, ciche wsparcie i niezachwiana wiara w Dumbledore'a, która normalnie wzbudziłaby zapewne w Lily irytację, podnoszą ją nieco na duchu, nie pozwalając całkowicie pogrążyć się w rozpaczy. Przykłada policzek do główki Harry'ego i stopniowo uspokaja oddech.
Kiedy wreszcie przychodzi do nich Albus, za oknem zaczyna już świtać.
9.
Lily wydaje się, że tylko na moment przymknęła oczy, lecz gdy otwiera je z powrotem, czuje, jak od drzemania w niewygodnej pozycji zesztywniał jej kark. Natychmiast prostuje się w krześle, z poczuciem winy rozmasowując obolałą szyję. Unosi głowę i prawie podskakuje, gdy od razu napotyka spojrzenie Severusa. Sprawia wrażenie, jakby wpatrywał się w nią już od jakiegoś czasu. Lily na krótką chwilę zamiera w bezruchu, zastanawiając się, czy może jednak wciąż śni, ale zdezorientowanie błyskawicznie ustępuje miejsca bezgranicznej radości.
— Dzień dobry — mówi cicho, uśmiechając się i nachylając w jego stronę.
Oglądanie Snape'a w takim stanie napełnia ją trudnym do opanowania wzruszeniem. Nigdy wcześniej nie widziała go przykutego do łóżka w skrzydle szpitalnym, tak strasznie osłabionego i bladego z wycieńczenia; aż do tej nocy w pamięci przechowywała obraz Severusa, który zawsze był w pełni sił i nie potrzebował pomocy. Nie miała pojęcia, jak łatwo mogła go stracić.
Twarz Snape'a łagodnieje, kiedy powoli odwzajemnia jej uśmiech. Jego wzrok jest całkowicie przytomny i tak spokojny, jakby zupełnie nie przejmował się tym, że zaledwie kilka godzin temu znajdował się na skraju śmierci. Bijące z oczu Severusa ciepło niemal odbiera Lily mowę.
— Przepraszam, Sev — wyrzuca w końcu przez ściśnięte gardło. Nie potrafi znaleźć odpowiednich słów, więc szybko wypełnia ciszę informacjami, które akurat przychodzą jej do głowy. — Pani Pomfrey mówi, że przez parę dni możesz mieć problemy z rzucaniem czarów... To moja wina, wylałam na ciebie pół eliksiru antymagicznego. — Chichocze nerwowo, widząc, jak brwi Severusa nieznacznie się unoszą. — Wiem, to było okropnie głupie... Poza tym będziesz miał niestety bliznę, na szczęście nie aż taką dużą... To znaczy... — Przełyka ślinę. — To też moja wina. Źle rzuciłam zaklęcie uzdrawiające i nie zdążyłam...
Urywa, gdy niespodziewanie Severus bierze ją za rękę. Posyła mu zaskoczone spojrzenie.
— Jak... jak się czujesz? — pyta słabym, zachrypniętym głosem Snape.
Oczy Lily lekko wilgotnieją. Otacza zimną dłoń Severusa swoimi i mocno ściska.
— Nic mi nie jest.
— Longbottom...?
— Wszyscy są bezpieczni, Sev. Później o tym wszystkim porozmawiamy. Teraz musisz odpoczywać.
Powieki Snape'a opadają, a na jego twarzy pojawia się ulga.
— Brakowało mi tego — mówi po chwili z lekką przekorą.
— Odpoczynku?
— „Seva".
Lily uśmiecha się, spuszczając wzrok na ich złączone dłonie. Zawsze podejrzewała, że Severus nie znosił tego zdrobnienia, a ona była prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, której pozwalał się tak nazywać. W jej pamięci odżywa wspomnienie pewnego miejsca... pewnego odległego popołudnia, gdy pomimo wciąż wysokiej temperatury w powietrzu czuć już było schyłek lata i zapowiedź nadchodzącej jesieni — aurę, którą Lily jako dziecko powiązała w swojej podświadomości z Hogwartem.
Mruży oczy przed promieniami sierpniowego słońca przebijającymi się przez korony drzew. W bose pięty łaskoczą ją źdźbła trawy, a na policzkach czuje podmuchy ciepłego wiatru, który porywa z jej rąk liście i płatki kwiatów. Przekręca głowę w bok, aby spojrzeć na leżącego tuż obok przyjaciela. Severus wpatruje się w nią zamyślony, przyciskając do piersi, jakby był to najcenniejszy skarb, podniszczoną, zupełnie niemagiczną książkę, którą mu podarowała. Choć wcześniej zwierzył się Lily, że ojciec znów na niego krzyczał, w tym momencie na jego twarzy maluje się niezmącony niczym spokój. Są razem. Nic im nie grozi.
