Dobiegająca z oddali wibracja telefonu stawała się coraz głośniejsza. Ash leniwie otworzył oczy i wybitnie niezadowolony zwrócił wzrok w kierunku źródła dźwięku. Wyciągnął rękę, sięgając po telefon i spojrzał na wyświetlacz - na ekranie widniało imię Sing. Mimowolnie zerknął na śpiącego obok Eijiego i powróciwszy spojrzeniem do natrętnego intruza przejechał palcem po ekranie i przyłożył telefon do ucha.

- Eiji? W końcu odebrałeś, wszystko w porządku? – usłyszał zdenerwowany głos po drugiej stronie.

- Eiji śpi... czego w zasadzie mu zazdroszczę – odezwał się lekko zachrypniętym głosem, przecierając oczy.

- ...Ash?

- Witaj Sing, zdajesz sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak różnica czasu, prawda?

- ...Nie sądziłem, że zdecydujeszsię do niego przyjechać – odezwał się po chwili, ignorując jego kąśliwą uwagę.

- Nie mogłem pozwolić by zlekceważył twoją prośbę i przyleciał do Nowego Jorku, narażając się tylko po to by odwiedzić mój pusty grób.

- Powiedziałeś mu o wszystkim? Wyjaśniłeś dlaczego?

- Tylko niezbędne informacje... Chcę by jak najszybciej o tym zapomniał i w miarę możliwości zaczął od nowa.

-Skoro tak, to rozumiem, że zostajesz, że nie wracasz.

- ...Nie mam po co wracać, wszystko czego potrzebuję jest tutaj – powiedział, przenosząc wzrok na Eijiego, który przebudziwszy się przyglądał mu się niewyraźnie zza wpół uniesionych powiek. - Przekażę, że dzwoniłeś i... dzięki za wszystko, jestem twoim dłużnikiem.

Odłożył telefon na szafkę i odrobinę niepewnie zwrócił twarz ku Eijiemu.

- Dzień dobry, Ash – przywitał się, unosząc dłoń by odgarnąć mu włosy, które przysłoniły jego cudowne oczy. - Z kim rozmawiałeś? Z Singiem, a może z Maxem?

- Dzień dobry, Eiji – powiedział, mrużąc oczy gdy palce Eijiego musnęły wrażliwą skórę za uchem. - Z Singiem.

- Czyli wszyscy wiedzieli oprócz mnie? Od jak dawna? - zapytał, nie kryjąc jak bardzo zdenerwował go fakt, że po raz kolejny „dla jego dobra" ukrywano przed nim prawdę.

- Nie wszyscy, tylko Sing. Max, a nawet nikt z chłopaków nadal o niczym nie wiedzą.

- Od jak dawna? - ponowił swoje pytanie.

- Skontaktowałem się z nim w zeszłym miesiącu, czyli jakieś dwa tygodnie temu i to tylko po to by przekonał cię byś nie przyjeżdżał.

- Nie wierzę, że nic mi nie powiedział – wydusił i uciekłszy od niego spojrzeniem położył się na plecach.

- To moja wina, zabroniłem mówić mu komukolwiek, nawet tobie... Przepraszam.

- Naprawdę uważasz mnie za tak bezbronnego i słabego, że nie zasługuję nawet by… - zaczął głosem pełnym frustracji, spoglądając na niego z wyrzutem, ale Ash przerwał mu, nie mogąc znieść widoku jego smutnych oczu.

- Nie, wręcz przeciwnie… Gdy odepchnąłeś mnie, przyjmując na siebie pocisk wycelowany we mnie… myśl, że może cię zabraknąć była torturą… modliłem się byś nie musiał to być ty, byś z nas dwojga nie był tym, który poświęcił swoje życie. Jesteś zbyt dobry by umierać za kogoś takiego jak ja – jego lekko drżący głos zdradzał jak bardzo tamte wydarzenia wpłynęły na jego życie, na decyzje podyktowane tylko i wyłącznie bezpieczeństwem tej jednej, najbliższej mu osoby.

- ...Ash – Eiji wypowiedział bardzo cicho jego imię i podniósłszy się objął go, z całej siły tuląc do siebie - nigdy nie żałowałem tego co zrobiłem i gdybym miał wybór postąpiłbym dokładnie tak samo. Zaakceptuj wreszcie, że jeżeli wymagałaby tego sytuacja, bez zastanowienia oddałbym za ciebie życie – Ash poruszył się niespokojnie, chcąc zaprotestować, ale Eiji powstrzymał go wzmacniając uścisk – nie możesz oczekiwać bym postąpił inaczej skoro wiem, że ty zrobiłbyś dla mnie dokładnie to samo.

- Nie chcę cię stracić, nigdy nie bałem się niczego tak bardzo jak tego – wydusił, trzymając go mocno jakby bał się, że w każdej chwili może to nastąpić, że ktoś mu go odbierze. Eiji doskonale znał to uczucie, wiedział również co znaczy być już po tej drugiej stronie, doświadczać największy ból jaki tylko można sobie wyobrazić. - Dlatego nie chcę byś po raz kolejny z mojej winy...

- W porządku – odezwał się, wyczuwając jak dużą trudność sprawia mu ta rozmowa. W oczach Eijiego, Ash był słaby, kruchy i podatny na zranienie jak nikt inny. Zawsze czuł, że to on powinien się nim opiekować, dbać o niego i nie pozwolić by ktokolwiek go skrzywdził, by nigdy więcej nie musiał cierpieć. - Już zawsze będziemy razem, nigdy cię nie zostawię, obiecuję – powiedział łagodnym głosem, głaszcząc go czule po głowie.

- ...Przepraszam, Eiji... przepraszam, że tak długo kazałem ci na siebie czekać, że tak dużo czasu mi to zajęło.

Eiji przestał już walczyć z własnym ciałem i pozwolił by czające się od dłuższego czasu łzy, ostatecznie spłynęły po jego twarzy. Jego koszulka stawała się coraz bardziej wilgotna, łzy Ash'a zostawiały na niej ciemne ślady, a jego palce zaciskały się mocno na cienkim materiale.

- Wierzę, że było to konieczne, że musiałeś tak postąpić, nie dopuścić by cokolwiek zostawiłeś za sobą zagroziło naszemu przyszłemu życiu, mojemu życiu i… dziękuję ci za to, za to, że zawsze o mnie myślisz. Kocham cię, Ash.

- Kawa gotowa! - zawołał Eiji, gdy tylko Ash otworzył drzwi łazienki.

- A co z resztą śniadania? - zdziwił się, z wahaniem spoglądając na pusty stół.

- Już już, trzymaj – odparł, przysuwając w jego stronę kubek z gorącą kawą. - Specjalność dzisiejszego dnia to…

- Nie! - skrzywił się, gdy dotarł do niego specyficzny zapach jego „ulubionego" dania.

- Właśnie, że tak. Przyzwyczajaj się, od dzisiaj będzie to nieodłączny element twojej codzienności.

- Nie zamierzam tego jeść – burknął pod nosem, zgarniając kubek i zbliżył go do twarzy, wdychając intensywnie przyjemny aromat kawy.

- Dla ciebie przygotowałem coś innego, proszę – uśmiechnąwszy się podał mu miseczkę z sałatką, którą zwykł przygotowywać za czasów jego pobytu w Nowym Jorku.

- ...Dziękuję, Eiji – odezwał się po chwili. Znajoma zawartość naczynia uświadomiła mu nagle, że właściwie może być większym beksą niż Eiji. Pospiesznie odwrócił wzrok, mrugając intensywnie.

- Chodźmy jeść, padam z głodu – rzucił ułożywszy na drewnianej tacy miseczki z miso i ryżem (gdzie w jednej z nich, Ash dostrzegł natto!) oraz talerzyk z pokrojonym w paski ogórkiem posypanym prażonym sezamem i drugi nieco większy z filetem z łososia.

Idąc za jego przykładem, Ash usiadł na jednej z kwadratowych poduszek i sięgnął po pałeczki.

- Nie wyszedłeś z wprawy – odezwał się Eiji, obserwując jak Ash zgrabnie chwyta awokado.

- Tego się raczej nie zapomina – powiedział, sięgając kolejne. Znajomy smak i aromat przypraw przypomniały mu chwile spędzone w kuchni ich nowojorskiego mieszkania. Lubił myśleć o tamtym miejscu jako ich wspólnym domu. Choć trwało to tylko chwilę, podobała mu się świadomość, że ktoś na niego czeka, że Eiji będzie pierwszą osobą, którą zobaczy gdy rano otworzy oczy i ostatnią gdy je zamknie. Tak jak wtedy cały świat zdawał się kręcić wokół Eijiego, tak teraz czuł, że jest to coś czego nic ani nikt nie jest w stanie zmienić, że jego dobro i szczęście zawsze będą dla niego priorytetem.

- Może masz rację – uśmiechnął się Eiji, podając mu miseczkę z ryżem i nieco większą z parującą zupą. - Itadakimasu! - powiedział, składając dłonie i zabrał się ochoczo za jedzenie.

- ...Itadakimas – powtórzył nieumiejętnie ze wzrokiem utkwionym w kopcu ryżu.

Eiji znieruchomiał z miseczką wypełnioną miso przy ustach i zerknął bokiem na Ash'a. Tak wiele czasu minęło, tak wiele się wydarzyło odkąd ostatni raz słyszał jego próby posługiwania się jego ojczystym językiem.

- Zawsze żałowałem, że nauczyłem cię tego słowa – odezwał się cicho Eiji – nie powinienem był cię go uczyć.

- Jakiego słowa? - zapytał zaskoczony.

Eiji pokręcił głową, odstawiając naczynie na stolik.

- Nie usłyszysz go już ode mnie… nigdy.

- ...W takim razie naucz mnie innych – powiedział, gdy zrozumiał które i dlaczego miał na myśli.

- Chciałbyś?

- Oczywiście, że tak. Skoro od teraz ma to być mój nowy… - zawahał się, nie będąc pewnym czy użycie słowa „dom" nie będzie nadużyciem i przejawem pewnego rodzaju arogancji. Nadal podświadomie czuł, że nie zasługuje na kogoś takiego jak Eiji, że nie jest godzien nazywać się jego… no właśnie kim? Tego również nie był pewien.

- Dom? - zakończył za niego, szturchając go lekko w bok.

- ...Tak, jeżeli to dla ciebie w porządku.

Eiji westchnął głośno i przysunąwszy się bliżej przyłożył dłoń do jego policzka.

- Mówi się, że dom jest tam gdzie osoba, którą się kocha.

- ...W takim razie... gdzie jest twój dom Eiji? - zapytał cicho, wpatrując się w niego zaciekle.

- Tam gdzie ty – odpowiedział od razu, pochylając się by go pocałować, ale dźwięk otwieranego zamka w drzwiach powstrzymał go przed ostatecznym ruchem. - To Jamie, mój współlokator – wyjaśnił, dostrzegając zdezorientowanie w oczach Ash'a.

Jamie przemknął szybko krótki korytarz i zatrzymał się raptownie w szerokim przejściu łączącym przedpokój z kuchnio-salonem, gdy jego wzrok zarejestrował scenę, która nie miała prawa mieć miejsca, a przynajmniej nie w tym wszechświecie.

- Eiji...? - odezwał się zdezorientowany, a wyrażające najwyższe zdumienie spojrzenie przeniósł na znajomą mu jedynie ze zdjęć twarz jasnowłosego chłopaka. Nie było ku temu żadnych wątpliwości, w jego mieszkaniu, przy jego stole i na jego poduszce siedział nie kto inny jak Ash Lynx, osoba której zdecydowanie nie powinien zastać w towarzystwie swojego najlepszego przyjaciela.

- Jamie – zaczął cicho Eiji, wpatrując się w niego błagalnie jakby szukał potwierdzenia swoich kolejnych słów – ...widzisz go, prawda? Widzisz Ash'a…?

Ash gwałtownie spojrzał na Eijiego, powoli rozumiejąc znaczenie jego słów

- ...Tak, widzę. Nie wiem tylko jak to możliwe, skoro… - zawahał się, dostrzegając w oczach przyjaciela ślady łez.

- Dzięki bogu – powiedział cicho, spuszczając głowę. Pojedyncze łzy uderzyły o jego zaciśnięte na udach dłonie. - ...Bałem się, że już całkowicie straciłem kontakt z rzeczywistością.

Mimo bólu jaki odczuwał, przyglądając się najbliższej mu osobie, skulonej i płaczącej jak dziecko, Ash nie był w stanie odwrócić wzroku. Nie potrafił stwierdzić czy jakiekolwiek jego działania w przeszłości sprawiły, że Eiji choć raz poczuł się szczęśliwy. Jedyne co wniósł w jego życie to śmierć i irracjonalny ból wywołany utratą niezasługującej na tęsknotę i łzy osoby. Eiji uniósł delikatnie głowę, a jego pełne nadziei, wyjątkowo ciepłe mimo błądzących w nim łez spojrzenie, przeszyło Ash'a przyprawiając o dreszcz.

- Ash… - odezwał się cicho, biorąc go za rękę - poznaj proszę Jamiego – uśmiechnął się, ukazując na swojej twarzy wszystkie emocje, które mu towarzyszyły, od niemierzalnej radości po niebywałą ulgę, że nie musi już dłużej wątpić czy ma prawo do tej pierwszej.

Jak wyrwany z transu, Jamie rozluźnił zaciśnięte dłonie i zbliżył się niepewnie nadal oszołomiony sceną, której jest świadkiem. Nieufność Ash'a i swoiste uczucie niepewności spowodowane pojawieniem się obcej osoby, również nie pomagały mu w odnalezieniu się w tej sytuacji.

- Jestem Jamie, współlokator Eijiego - odezwał się lekko zachrypniętym głosem i wyciągnąwszy rękę podszedł jeszcze bliżej.

Ash chwycił jego dłoń i lekko skinąwszy głową szybko cofnął rękę, opierając ją o drewniane panele. Z jakiegoś niezrozumiałego mu jeszcze powodu, chciał zachować między nimi dystans, nakreślić granice, których nie życzył sobie by ktokolwiek za wyjątkiem Eijiego przekraczał.

- Ash… - powiedział, chcąc użyć jakiegoś określenia charakteryzującego jego związek z Eijim, ale po raz kolejny zawahał się nie wiedząc jakiego słowa użyć. Jego analizujące wszystko i wszystkich spojrzenie wwiercało się w niebieskie oczy wysokiego blondyna, zdradzające najgłębszy szok i osłupienie.

- Pewnie zastanawiasz się jak to możliwe – zaczął Eiji, dostrzegając dziwną atmosferę między nimi, a zwłaszcza Ash'a, którego napięte ciało zdawało się być gotowe by w każdej chwili odeprzeć atak. - Przepraszam, ale raczej nie powinienem zdradzać wszystkich szczegółów, szczerze mówiąc nawet nie ustalałem jeszcze tego z Ash'em – dodał, zerkając w jego stronę. - Poza tym chyba nie trzeba za wiele wyjaśniać. Jak widzisz Ash żyje i… - jego głos załamał się, a lśniące od łez oczy wpatrywały się w niego z niewiarygodną ulgą, wdzięcznością i niezaprzeczalnym poczuciem szczęścia.

- Rozumiem… chyba - wydusił przez zaciśnięte gardło, przenosząc na niego zagubione spojrzenie. - Przepraszam, ale nie wiem co powiedzieć.

- No tak, w zasadzie… nie tego się spodziewałeś, wracając do domu – uśmiechnął się lekko, ponownie biorąc Ash'a za rękę, która ściśnięta w pięść spoczywała na drewnianych panelach. Ciepła dłoń Eijiego zadziałała rozluźniająco i przez chwilę poczuł, że nic nie jest w stanie zniszczyć więzi jaka ich łączy. Czy właśnie to było powodem jego niepokoju? Czuł się zagrożony? Podświadomie bał się, że osoba, która jest bezsprzecznie bliska Eijiemu, mieszka z nim i z pewnością nigdy nie sprowadziła na niego niebezpieczeństwa, nie postawiła go w sytuacji, z której jedynym wyjściem jest śmierć jednej ze stron, może mu go odebrać, pozbawić go prawa do życia u jego boku?

Jamie uśmiechnął się łagodnie i czując na sobie przenikliwe spojrzenie Ash'a, powiedział:

- Widzę, że przeszkodziłem wam w śniadaniu... pójdę wziąć prysznic, nie przejmujcie się mną.

- Ok, zostało trochę miso i ryżu, możesz sobie nałożyć jeśli masz ochotę – odparł Eiji, sięgając wolną ręką pałeczki.

- Dzięki, ale jedzenie jest ostatnią rzeczą na jaką mam teraz ochotę. Wezmę prysznic i pójdę się położyć – oznajmił z lekkim uśmiechem na ustach, wycofując się powoli.

Ash odprowadził go czujnym wzrokiem, a gdy zniknął z pola widzenia, usłyszał zatroskany głos Eijiego:

- Przepraszam, że nie wspomniałem, że nie mieszkam sam. Wiem, że nie lubisz tego typu niespodzianek.

- Nie przepraszaj, nie masz za co – odpowiedział zdziwiony i dodał od razu – poza tym wiedziałem, że masz współlokatora. Chyba nie myślałeś, że przyleciałem tutaj zupełnie nieprzygotowany?

Eiji uśmiechnął się z wyraźną ulgą i chwycił pałeczkami sporą ilość natto. Ash skrzywił się mimowolnie i sięgnął po kubek z kawą.

- Może po śniadaniu pójdziemy na spacer po okolicy, a w międzyczasie odwiedzę fryzjera? - zaproponował Eiji, popijając zupę.

- ...Brzmi świetnie.

Podążając za beztrosko nucącym jakąś nieznaną mu melodię Eijim, przez głowę przemknęła mu myśl, że nie pamięta kiedy ostatnio wyszedł z domu bez konieczności narażania swojego życia. Perspektywa normalności, której główną składową był Eiji zdawała się być nierealna, jej dotychczasowa nieosiągalność wryła się w jego umysł, nie pozwalając na zmianę, na odwrócenie z góry ukierunkowanego na porażkę przeznaczenia.

Wyjątkowo puste ulice, którymi prowadził go Eiji miały zupełnie inny charakter niż te, które mijał wczoraj jadąc tutaj z lotniska. Oderwane od zgiełku, niezwykle spokojne i wzbudzające poczucie bezpieczeństwa osiedle w ogóle nie przypominało miejsc, w których przyszło mu żyć i walczyć o każdy dzień, nie mając pewności czy dzisiaj również będzie mu dane wrócić do swojej kryjówki.

- Ash – odezwał się Eiji, zwalniając kroku – co myślisz o tym miejscu? Podoba ci się?

- Masz na myśli okolicę?

- Tak.

- Bardzo mi się podoba, jest niezwykle spokojnie. Zupełnie nie do tego zostałem przyzwyczajony.

- To znaczy, że nie miałbyś nic przeciwko by tutaj zamieszkać, ze mną?

Ash zatrzymał się i spojrzał z charakterystycznym błyskiem w oczach na Eijiego. Jak w ogóle może pytać o takie rzeczy, wątpić? Poszedłby za nim wszędzie, nieważne dokąd, ważne że z nim.

- W najmniejszym stopniu.

- W takim razie – zaczął, zaciskając palce na jego długiej, granatowej parce – dzisiaj porozmawiam z Jamiem o wyprowadzce, myślę, że będzie mu to nawet na rękę. Nigdy nie powiedział mi tego wprost, ale wiem, że gdyby nie ja już od dawna mieszkałby z Mayumi.

- Mayumi?

- To jego dziewczyna, w styczniu minie rok odkąd są razem – wyjaśnił, delikatnie ciągnąc bawełniany materiał i uśmiechnąwszy się dodał – w zasadzie za kilka dni święta, więc będzie to poniekąd prezent dla ich obojga.

Oczy Eijiego zaszkliły się, co nie umknęło uwadze Ash'a.

- Nigdy nie rozumiałem dlaczego tak mu na mnie zależy, musiałem być okropnym współlokatorem i jeszcze gorszym przyjacielem. Zawsze czułem, że nic tak naprawdę nie ofiarowałem mu w zamian, a prawda jest taka, że gdyby nie on… - urwał, spuszczając głowę i oparłszy ją na ramieniu Ash'a podjął kolejną próbę – gdyby nie on, nie wiem czy miałbym w ogóle możliwość być tu teraz z tobą.

- ...Przepraszam Eiji, to wszystko moja wina. Zawsze tak było, wszystko złe co cię spotkało…

- To nieprawda! - przerwał mu, gwałtownie spoglądając na niego. Kolejne łzy spłynęły po jego policzkach. - To ty sprawiłeś, że przestałem myśleć o przeszłości, o niespełnionym marzeniu, niemożliwym do zrealizowania celu. Dzięki tobie odnalazłem nowy cel, przekonałem się co oznacza kochać, kochać bez względu na wszystko, bezwarunkowo.

- ...Nawet jeśli… nawet jeśli w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób przyczyniłem się do zmiany twojego życia na lepsze, to… nie potrafię zapomnieć, że wniosłem w nie również strach i cierpienie.

- To zupełnie nieistotne, nigdy nie postrzegałem tego w ten sposób... Gdy dowiedziałem się, że… gdy Sing powiedział mi, że… - Eiji na powrót spuścił głowę i wziąwszy głęboki wdech wyrzucił z siebie – przez cały ten czas czułem się winny, gdyby nie ja, gdyby nie ten głupi list…

- Winny? - powtórzył z niedowierzaniem. Eij czuł się winny? - Nie ma w tym żadnej twojej winy, Eiji. Jak mogłeś w ogóle tak pomyśleć?

- Jak to jak?! Mój głupi list osłabił twoją czujność, gdybyś go nie dostał, nie doszłoby do tego.

Ash wpatrywał się w niego bez słowa, czując jak jego własne poczucie winy rośnie w siłę, przytłaczając go swoim rozmiarem. Jego najcenniejszy skarb, będący dowodem na istnienie osoby, która bezinteresownie trwała u jego boku, nigdy nie żądając niczego w zamian, dla Eijiego okazał się być źródłem bólu i niepojętego cierpienia.

- ...To właśnie słowa, które skierowałeś do mnie w tamtym liście pomogły mi przetrwać. Po raz pierwszy poczułem, że naprawdę chcę walczyć o swoje życie, że skoro uważasz, że zasługuję na drugą szansę, to musi być w tym choć cząstka prawdy i że mam do tego prawo jak każdy inny człowiek. Eiji… twój list mnie uratował, spełnił swoje przeznaczenie, sprowadził mnie do ciebie. - Wraz z ostatnim słowem sięgnął do kieszeni jeansów i wyjął z niej podniszczoną kartkę papieru. Rozłożył ją ostrożnie, starając się nie przedrzeć cienkiego w miejscach zgięć papieru i podał ją Eijiemu.

- ...Dlaczego? - zapytał cicho ze łzami w oczach. Postrzępione brzegi, widoczne w niektórych miejscach blade, czerwone ślady krwi i nierówna powierzchnia naznaczona prawdopodobnie przez łzy, których niezliczoną ilość przelał, czytając jego starannie dobrane słowa, uderzyły go kryjącym się za nimi przekazem.

- Mówiłem ci... twój list był dla mnie drogowskazem. Gdy nachodziło mnie poczucie bezsilności, gdy zaczynałem wątpić, wracałem do niego i jak pewnie domyślasz się widząc w jakim jest stanie, zdarzało się to nadzwyczaj często – powiedział, posyłając mu lekki uśmiech. - Nie obwiniaj się o to co się stało, nie było w tym żadnej twojej winy. Nigdy nie zrobiłeś nic złego, nigdy nie poczułem się przez ciebie skrzywdzony, nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, że mógłbyś mnie w jakikolwiek sposób zranić.

- Tak bardzo mi ufasz, że nie dopuszczasz nawet myśli o zdradzie?

- Jeżeli chodzi o ciebie... tak, jestem całkowicie zaślepiony.

Eiji zacisnął drżące usta, podczas gdy jego pełne miłości spojrzenie wwiercało się w stojącego przed nim wyjątkowego chłopaka, którego wypowiedziane przed chwilą słowa poruszyły go dogłębnie.

- Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś tutaj... ze mną. Przez te wszystkie lata wiele razy wyobrażałem sobie moment, w którym nagle pojawiasz się w moim życiu i fakt, że moje z pozoru skazane na niepowodzenie marzenie urzeczywistniło się i… - nie dokończył, jego drżący głos przybrał na sile, utrudniając dalsze mówienie.

Ash ścisnął dłoń w pięść, próbując utrzymać targające nim emocje na wodzy i powoli uniósł rękę, delikatnie kładąc ją na pochylonej głowie Eijiego.

- Czuję to samo. To, że jesteś tak blisko i to, że... chcesz być ze mną… mi również trudno w to wszystko uwierzyć.

Eiji wydał z siebie niewyraźny pomruk i uniósł głowę, spoglądając na Ash'a.

- ...Ash, jesteś wszystkim czego potrzebuję – wyznał, dotykając jego ciepłego policzka.

- To chyba nie jest najlepsze miejsce na tego typu wyznania, nie sądzisz? - zapytał odrobinę zmieszany, jego policzki przybrały kolor ciemnego różu.

- Nie przypuszczałem, że będziesz przejmował się takimi rzeczami – zaśmiał się cicho, opuszczając rękę i nieśmiało chwycił jego dłoń.

- Widzę zaś, że ty nie dbasz o nie w najmniejszym stopniu – zauważył Ash, czując jak palce Eijiego splatają się z jego.

- Nie do końca… ale jesteś moim chłopakiem, więc… - Eiji zawahał się, dostrzegając nagłą zmianę na twarzy Ash'a. - Chyba, że źle coś zrozumiałem i nie chcesz bym tak cię nazywał – powiedział, ściszając głos.

Sposób w jaki Eiji określił jego rolę w swoim życiu był naturalny i zupełnie niewymuszony. W przeciwieństwie do niego dla Eijiego było to oczywiste i niezwykle proste, nie wymagało dogłębnych analiz i przemyśleń.

- Jesteś wspaniały, Eiji – odezwał się Ash, mocniej ściskając jego dłoń – dzisiaj podczas śniadania zastanawiałem się jak powinienem się przedstawić, jakim słowem opisać to kim dla ciebie jestem, a ty tak po prostu użyłeś najbardziej oczywistego… Czuję się teraz strasznie głupio.

Oczy Eijiego rozszerzyły się i po raz kolejny silnie odczuwając skutki jego ujmujących i pełnych ciepła słów, zarzucił mu ręce za szyję przywierając do niego mocno.

- Tak się cieszę, Ash! W takim razie od dzisiaj będę przedstawiał cię jako mój chłopak.

- ...Jeżeli ci to odpowiada – odpowiedział, ale widząc zmieszanie na jego twarzy, dodał – mówię to ponieważ, nie wiem jak postrzegacie tutaj pary tej samej płci, nie chciałbym żebyś doświadczył z tego powodu nieprzyjemności.

- ...Nie zamierzam rozpowiadać tego przypadkowym osobom, miałem na myśli bliskie otoczenie. Zdaję sobie sprawę, że nie unikniemy dziwnych spojrzeń i niezrozumienia, ale wierzę, że najbliższe osoby zrekompensują nam to wsparciem i życzliwością.

- Jeżeli są choć w niewielkim stopniu tak dobrzy i wyrozumiali jak ty, to myślę, że nie mamy się czym martwić – uśmiechnął się, obserwując jak Eiji odgarnia swoje długie włosy, które przysłoniły mu twarz zaatakowane przez silniejszy podmuch wiatru. - Swoją drogą gdzie ten fryzjer, o którym wspominałeś?

- W tamtą stronę, kilka minut wolnego marszu. Dodatkową zaletą tej dzielnicy jest bliskość różnych punktów… - zaczął Eiji, przeskakując na inny temat.

Wysłuchawszy długiego monologu zachwalającego miejsce, które już niedługo będzie mógł nazywać domem nie potrafił pozbyć się wrażenia, że poniekąd już teraz czuje niewątpliwą więź ze wszystkim co go otacza. Był pewien, że powodem tego jest Eiji, jego emitująca dobrem i miłością aura, jego oddanie i brak jakiegokolwiek zwątpienia w podjętą pod wpływem chwili decyzję o wspólnym życiu.

- Konnichiwa! - zawołał Eiji, przekraczając próg salonu fryzjerskiego, do którego dotarli w mniej niż 10 minut.

Ash zaledwie skinął głową do drobnej dziewczyny, stojącej za czarną, lśniącą ladą i umknął w bok, chowając się za Eijim. Jej krótkie spojrzenie, którym go obrzuciła wystarczyło by wiedział jaką reakcję wywołało jego pojawienie się. Wszystko w nim było inne, jasna skóra, włosy i oczy, których kolor zarazem fascynował i onieśmielał.

- Ash? Możesz usiąść, to nie potrwa długo – zwrócił się do niego Eiji, wskazując rząd drewnianych krzeseł wzdłuż jednej ze ścian.

- Ok – rzucił, kierując się tam niezwłocznie.

Drobna dziewczyna nadal stała przy ladzie i zerkając na niego zaciekawiona, pospiesznie odwracała wzrok, gdy tylko została na tym przyłapana. Eiji zaś zająwszy miejsce po przeciwnej stronie na jednym z foteli mrugnął do niego wesoło, dostrzegając jego poważne odbicie w lustrze. Ash uśmiechnął się, rozluźniając odrobinę i sięgnąwszy do zamka rozpiął kurtkę, gdy ciepłe powietrze od skierowanej w jego stronę klimatyzacji owiało jego twarz. Pomieszczenie było bardzo niewielkich rozmiarów, dwa z trzech dostępnych stanowisk były zajęte, gdzie przy jednym z nich młody, średniego wzrostu mężczyzna sprawnie uwijał się z nożyczkami dookoła Eijiego, doprowadzając do ładu jego bujną czuprynę. Niespełna dwadzieścia minut później, gdy ostatnie poprawki zostały zakończone Eiji wstał i z szerokim uśmiechem na ustach ruszył w stronę Ash'a. Jego wygląd w połączeniu z tak dobrze znanym mu spojrzeniem przypomniał mu o dawnym Eijim, tym który nigdy nawet w najdrobniejszych gestach nie zdradził żadnych przejawów strachu czy braku zaufania. Poczuł nagłą suchość w ustach i pragnienie by nie dopuścić by kiedykolwiek ujrzał w jego oczach niepewność i zwątpienie.

- I jak ci się podobam? - zapytał wesoło Eiji.

- W końcu wyglądasz jak człowiek – droczył się z nim, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

- Pff, pożałujesz tych słów.

- Mam nadzieję – przyznał, nie przestając się uśmiechać.

Eiji zaczerwienił się straszliwie i wymamrotawszy coś niezrozumiałego pod nosem podał dziewczynie papierowy banknot. Wymieniwszy uprzejmości, których Ash zarejestrował znaczną ilość, biorąc pod uwagę wyjątkowo krótki odcinek czasu, Eiji chwycił Ash'a za rękaw kurtki i ruszył w stronę wyjścia. Czerwień jego policzków rozlała się, docierając do uszu, a zaciśnięte palce wzmocniły uścisk, nie zamierzając poddać się jakże oczywistej reakcji własnego organizmu na ten śmiały gest. Dostrzegając jego zmieszanie, Ash spuścił wzrok i czując mrowienie w miejscu, gdzie skóra Eijiego stykała się z jego mimowolnie skierował tam swoje zaciekawione spojrzenie.

- To tylko moje wrażenie czy zrobiło się jakoś cieplej? - odezwał się Eiji, gdy wyszli na zewnątrz. Jego ręka nie zmieniła swojego położenia nawet o milimetr, a rumieniec na jego twarzy ani trochę nie stracił na wyrazistości.

- Myślę, że warunki atmosferyczne nie mają z tym nic wspólnego – zauważył Ash, uważnie przyglądając się jego twarzy. Na jego ustach błądził delikatny uśmiech, którego nie starał się nawet ukryć przed Eijim.

- ...Wracamy do domu? - zapytał po chwili, w żaden sposób nie komentując jego jakże trafnego spostrzeżenia.

- Co tylko zechcesz.

- ...Ash – wydusił, zaciskając usta w wąską linię.

- Tak, Eiji?

- Zamierzam iść w ten sposób całą drogę.

- Ciągnąc mnie za rękaw?

- …Tak.

- W porządku, nie mam nic przeciwko… ale czy nie lepiej w takim razie chwycić się po prostu za ręce?

Ash nie podejrzewał, że organizm człowieka jest zdolny do wygenerowania takiej głębi koloru. Najwidoczniej Eijiego nie obowiązywały żadne limity i ograniczenia. Skoro w ten sposób reaguje na coś tak niewinnego, jak zachowa się gdy dojdzie między nimi do czegoś więcej? - pomyślał Ash, zachłannie rejestrując każdą najdrobniejszą zmianę na jego twarzy.

- Dobrze, czemu nie – odpowiedział w końcu, siląc się na spokój i przesunąwszy rękę pewnie chwycił dłoń Ash'a.

Przez chwilę szli w niezręcznej ciszy, którą Eiji przerwał, wyrzucając z siebie nerwowo:

- Dla twojej wiadomości, wcale tego nie planowałem i… i jeżeli masz coś w tym temacie do powiedzenia to łaskawie wyduś to z siebie.

Ash zatrzymał się nagle, szczerze zdziwiony reakcją Eijiego.

- ...Poza tym, że jestem na dobrej drodze by uzależnić się od dotyku twojej dłoni, nie mam nic więcej do powiedzenia – wyznał, po raz pierwszy doświadczając tak silnego uczucia zażenowania, które w dodatku sam, własnymi słowami na siebie sprowadził.

Eiji nie był w stanie nic powiedzieć, uciekłszy od niego spojrzeniem westchnął głośno, podchodząc bliżej. Ash napiął się lekko, gdy włosy Eijiego dotknęły jego twarzy, a cichy głos dotarł do jego uszu:

- To niesprawiedliwe, Ash... Skoro kilka twoich... ckliwych słów doprowadza mnie do takiego stanu… Zaczynam na poważnie obawiać się o swoje zdrowie.

Ash roześmiał się, spoglądając z ukosa na starającego się utrzymać fason Eijiego i dostrzegłszy jak kąciki jego ust zaczynają drżeć całkowicie przestał się powstrzymywać. Eiji widząc roześmianą twarz Ash'a mimowolnie dołączył do niego.

- Brakowało mi tego – powiedział Eiji, przecierając oczy – brakowało mi twojego śmiechu.

- ...W takim razie zachowuj się jak dotychczas, a będzie ci dane słyszeć go nadzwyczaj często – droczył się z nim, próbując ukryć swoje prawdziwe emocje za kiepskim żartem.

Eiji napompował swoje policzki koloru dorodnego pomidora i śmiało ruszył przed siebie, ciągnąc go za sobą. Ash przyspieszył kroku, zrównując się z Eijim i poczuł jak skóra jego dłoni robi się coraz bardziej wilgotna. Nie potrafił stwierdzić czy to jego czy Eijiego „wina". Zerknął bokiem na wyjątkowo milczącego towarzysza i dostrzegając jego zakłopotaną minę, mocniej zacisnął palce wokół jego dłoni. Eiji napiął się, prostując jak struna i głośno wypuściwszy powietrze z płuc zwrócił twarz w jego stronę.

- Co jest Eiji? Co tak wzdychasz?

- Bez powodu, a co?

- Hmm… musi być jakiś powód, nic nie dzieje się bez przyczyny. Denerwujesz się? Jeżeli to dla ciebie zbyt wiele jak na pierwszy raz…

- To, że jestem zdenerwowany wcale nie oznacza, że tego nie chcę – przerwał mu, wpatrując się w niego uparcie. - Nie zamierzam tak łatwo się poddać.

- ...Ja również nie zamierzam.

Reszta drogi mimo wewnętrznego roztrzęsienia i ekscytacji, upłynęła im nadzwyczaj spokojnie. Niewielki ruch uliczny i sporadycznie mijani przechodnie bez wątpienia ułatwiły im pierwszy krok w stronę wspólnie dzielonej przyszłości.

...

"Czasem jest tak, że to, co się liczy, nie da się policzyć, a to, co daje się policzyć – nie liczy się."
Albert Einstein