- Dlaczego tak się spinasz, Eiji? To nie musi być zrobione dzisiaj – westchnął Ash, wyjmując mu z rąk końcówkę odkurzacza, której przeznaczenia nijak nie mógł dopasować.
- Nie było nas prawie tydzień, spójrz na tą warstwę kurzu – nie odpuszczał, próbując dosięgnąć plastikowy element, który Ash trzymał tuż nad swoją głową.
Dźwięk wibracji, dzwoniącego telefonu rozległ się w pokoju i w tym samym momencie Eiji całkowicie odpuścił wcześniejsze starania by jak najszybciej znaleźć się przy hałasującym urządzeniu. Oszołomienie Ash'a wzrosło jeszcze bardziej, gdy Eiji zniknął za drzwiami łazienki, zostawiając go samego z plastikowym, niezidentyfikowanym elementem w dłoni. Dziwne zachowanie Eijiego przykuło jego uwagę już wcześniej, kiedy to zaraz po śniadaniu rozpoczął prace porządkowe całego mieszkania. Spojrzał na telefon, gdzie cyfry wskazywały równo południe i odrobinę zaniepokojony ruszył w kierunku kryjówki Eijiego. Za drzwiami usłyszał jego przytłumiony, ale z pewnością zabarwiony radosną nutą głos. Oparłszy się o ścianę ze zdziwieniem wychwycił, że rozmowa przebiega w języku angielskim, więc grono potencjalnych osób znacznie się zawęża. Po niespełna chwili Eiji opuścił swoją kryjówkę i całkowicie ignorując stojącego tuż przy drzwiach swojego chłopaka, wyminął go bez słowa.
- Eiji?
- Tak? - odparł, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
- Kto dzwonił?
- ...Nie mogę powiedzieć.
Oczy Ash'a rozszerzyły się podkreślając stan szoku, w który popadł usłyszawszy jakże niespodziewane słowa Eijiego.
- Dlaczego? Co się dzieje, Eiji? Zaczynam na poważnie świrować.
- Nic się nie dzieje, nic złego - powiedział tym razem nie odrywając od niego oczu i uśmiechnąwszy się dodał - cierpliwości, ok?
- Prosisz mnie o cierpliwość? - mruknął wybitnie niezadowolony.
- Tak – powiedział, biorąc go za rękę – odpuść, proszę. Niedługo wszystkiego się dowiesz.
Wiedząc, że nie ma najmniejszych szans by dowiedzieć się co takiego skrywa umysł jego upartego chłopaka, potulnie poddał się jego woli. Dwie godziny, które upłynęły mu nadzwyczaj bezprodukcyjnie pożegnał z jawną ulgą, słysząc że Eiji w końcu zaprzestał tych wszystkich prac i szykuje się do zapowiedzianej godziny zero. Zamknąwszy laptop odłożył go na dolną półkę stolika i ruszył w stronę sypialni. Zrzucił z siebie domowe ciuchy i wciągnąwszy jeansy i granatową koszulkę na krótki rękaw usłyszał za sobą:
- Dziękuję, Ash.
- ...Za co? - zdziwił się, odwracając się w jego stronę.
- Że powstrzymałeś się.
- Zdajesz sobie sprawę, że to już drugi w ciągu dwóch dni zamach na moją cierpliwość?
- Wiem – odparł, zaciskając usta w delikatnym uśmiechu.
Dźwięk dzwonka do drzwi, który głośnym echem rozległ się w mieszkaniu, docierając do niespodziewających się tego uszu Ash'a wywołał na twarzy Eijiego jeszcze szerszy uśmiech.
- Otworzysz? - zapytał, wyciągając do niego rękę.
- ...Ok – powiedział ostrożnie, mrużąc podejrzliwie oczy.
Jego palce delikatnie musnęły te drugie, gdy minąwszy go zatrzymał się w wąskim korytarzu i zacisnął je na zimnej, metalowej klamce. Czując tuż za sobą wyraźną obecność Eijiego, pojął że tuż za drzwiami znajdzie odpowiedź na nurtujące go całe przedpołudnie zachowanie Eijiego. Wziąwszy głęboki wdech otworzył drzwi i znieruchomiał, gdy jego wzrok napotkał znajome rysy niebieskookiego mężczyzny. Do jego lśniących oczu napłynęły łzy, a silne ramiona objęły szczupłą sylwetkę stojącego w bezruchu jasnowłosego chłopaka. Ash nie potrafił opanować poruszenia, który zawładnął jego nie radzącym sobie z tą sytuacją umysłem.
- Ty naprawdę żyjesz – dotarł do niego znajomy, tak dawno niesłyszany głos. Jednak jego brzmienie nigdy wcześniej nie było tak emocjonalnie zabarwione, tak łamiące się i wzbudzające niekontrolowane reakcje w nadal walczącym umyśle Ash'a. Drżące dłonie zacisnął w pięści, a jego lekko pochylona głowa opadła swobodnie na ramię tulącego go do siebie mężczyzny.
Eiji przemknął cicho tuż obok i zamknąwszy drzwi delikatnie dotknął zdradzającej napięcie dłoni Ash'a. Ślady łez na jego policzkach torowały sobie coraz to nowe ścieżki, gdy ten wyczekiwany widok wyraźnie rejestrowały jego lśniące oczy. Wiedział, że dla Ash'a ta chwila jest na swój sposób trudna, zmuszająca do zmiany myślenia, zaakceptowania prawdy, zaakceptowania stojącej tuż przed nim osoby jako kogoś bliskiego.
- Dlaczego przyjechałeś? - zapytał cicho, w dalszym ciągu przyciskając twarz do jego ramienia.
- Obiecałeś, że nie kiwniesz palcem, więc... - zaśmiał się cicho.
- Naiwniak – rzucił unosząc ręce, które po chwili zacisnęły się na bawełnianej koszulce mężczyzny. Pozwalając by kotłujące się w kącikach oczu łzy spłynęły po jego twarzy, całkowicie poddał się przejmującym kontrolę emocjom.
- Ash... - wypowiedział cicho jego imię i delikatnie odsunąwszy go od siebie uważnie przyjrzał się jego naznaczonej podobnie jak jego własna śladami łez twarzy. - Zapuściłeś się – zauważył z uśmiechem, ciągnąc go delikatnie za włosy.
- Celowo – rzucił krótko, obawiając się że kolejne słowa jeszcze bardziej zdradzą stan jego nadszarpniętych emocji.
- Skoro Eijiemu się podoba... - powiedział, nie potrafiąc zatrzymać napływających do oczu łez.
Ash zaciekle walcząc z jakże oczywistą reakcją własnego organizmu, pozwolił by jego głowa ponownie opadła na ramię mężczyzny, a jego ramiona raz jeszcze objęły jego ciało. Ta dziwna, nieznana mu wcześniej potrzeba bliskości z kimś innym poza Eijim odbierała mu resztki kontroli, które tak bardzo starał się zachować. Bliskości, która rządziła się całkiem innymi prawami, pochodzącymi z innego spektrum, ale jednocześnie posiadająca elementy wspólne i niosąca ze sobą zrozumienie, że jest czymś równie niezbędnym, równie ważnym.
Nie chcąc przeszkadzać im w tej wyjątkowej chwili, Eiji odszedł kawałek i oparłszy się o ścianę utkwił wzrok w lekko zgarbionej sylwetce Ash'a. Sprawiał wrażenie kruchego przez co pragnienie Eijiego by znaleźć się jak najbliżej już dawno nie było tak silne jak teraz. Stłumiwszy błędne odczucia przetarł koszulką mokrą od łez twarz i powróciwszy do nich spojrzeniem natrafił na wpatrujące się w niego niebieskie tęczówki. Szeroki uśmiech zagościł na ich twarzach, a kolejne łzy naznaczyły ich zdradzające wzruszenie twarze.
Ash poruszył się, unosząc głowę i odsunąwszy się nieznacznie podciągnął koszulkę, przecierając nią twarz. Dłoń mężczyzny dotknęła jego ramienia, a zmęczone podróżą nogi ruszyły przed siebie, dając przykład tym drugim, młodszym, stojącym do niedawna w chwilowym bezruchu. Ash zatrzymał go, uniemożliwiając mu dalszą wędrówkę i znacząco spojrzał na jego obuwie.
- To nie Ameryka staruszku, tutaj ściągamy buty – odezwał się z przekąsem, powtarzając słowa Eijiego, które skierował do niego drugiego dnia.
Chwilowe zdezorientowanie zawładnęło jego umysłem, gdy wpatrując się tępo w utkwione w nim oczy Ash'a, próbował zrozumieć jakże prosty i oczywisty komunikat.
- Ash... - westchnął Eiji, zatrzymując się tuż obok. Dalsze słowa pominął, gdy silne ramiona mężczyzny oplotły jego ciało.
- Dobrze cię widzieć, Eiji – odezwał się, ściskając go mocno.
- Ciebie również... Max.
- Dobrze wyglądasz – stwierdził, lustrując spojrzeniem jego sylwetkę – jak dawniej.
- Ash wciskał we mnie jedzenie, zaprzestał gdy uznał, że osiągnąłem odpowiednie kształty – odparł ze śmiechem, zerkając na przyglądającego się im Ash'a.
- Wyobrażam sobie – przyznał, odnajdując spojrzenie jego lśniących, niedowierzających jeszcze oczu.
- ...Nie stójmy tak w przejściu. Pewnie jesteś wyczerpany, co życzyłbyś sobie w pierwszej kolejności – kąpiel czy obiad? - zapytał Eiji gotowy spełnić każdą prośbę gościa zza oceanu.
- Obiad – odpowiedział od razu, ściągając buty – żarcie w samolocie nie było jadalne.
- Tak jest – rzucił wesoło Eiji, ruszając przez korytarz w stronę kuchni.
- To wszystko czy jest coś jeszcze za co grozi mi potencjalny opieprz od Eijiego? - zapytał cicho Max, wchodząc w samych skarpetkach na podwyższenie.
- Zdecydowanie nie wszystko – powiedział Ash, zerkając na niego z uśmiechem.

~*~

- Czuję się jak nowo narodzony! – zawołał Max, gdy spędziwszy dobre pół godziny w łazience w końcu dołączył do czekających na niego Ash'a i Eijiego. Zatrzymawszy się raptownie, gdy jego wzrok zarejestrował ten jakże abstrakcyjny dla jego jeszcze niedowierzającego umysłu widok z trudem powstrzymał się przed okazaniem wzruszenia z towarzyszącym mu bardzo cichym szlochem (jak to miało miejsce chwilę temu podczas kąpieli).
- Ryzykowałeś, Max – odezwał się Ash. Mimo iż komunikat nie należał do najprzyjemniejszych, ton jego głosu nie zdradzał najmniejszych oznak gniewu czy niezadowolenia.
- Zapominasz, że masz w Nowym Jorku osobę, która zrobi wszystko by prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego – odparł, ruszając przez pokój.
- Nawet Blanca może popełnić błąd lub zwyczajnie nie przewidzieć wszystkich potencjalnych zagrożeń.
- Nie jeżeli chodzi o ciebie, Ash – powiedział łagodnie, siadając na fotelu i oparłszy łokcie na kolanach pochylił się w jego stronę. - Straciłem rachubę ile razy przekładaliśmy mój wylot. Dopóki nie upewnił się, że mój przyjazd nie stanowi dla ciebie zagrożenia, zabronił mi zbliżać się do lotniska.
Ash nic nie odpowiedział, nie potrafił, nie chciał szukać żadnych kontrargumentów. Pragnął zaakceptować i ostatecznie przestać walczyć z faktem, że oprócz Eijiego istnieją osoby, którym zależy na jego bezpieczeństwie... na jego szczęściu.
- Plus zapominasz jeszcze o jednej osobie, o Sing'u – wznowił, rozumiejąc że Ash nijak skomentuje jego słowa. - Odnoszę wrażenie, że w tym mieście nic nie dzieje się bez jego wiedzy. Gdybyś został, miałbyś godnego rywala. Myślę też, że sięgałbyś mu teraz mniej więcej do brody – zakończył z wrednym uśmieszkiem na ustach.
- Aż tak?! - zdziwił się Eiji. - Gdy ostatnio go widziałem, był mniej więcej twojego wzrostu, Ash. Dobrze pamiętam, bo... gdy zobaczyłem go takiego po raz pierwszy, przed oczami stanęła mi twoja postać.
Ash bez wahania chwycił go za rękę i dostrzegając na jego twarzy niezaprzeczalną radość, jego własną również wykrzywił szczery, delikatny uśmiech. Naznaczona cierpieniem przeszłość nie miała już na nich wpływu, ich walka zakończyła się sukcesem.
- Ok! A teraz opowiadajcie co nowego – rzucił Max, odchylając się na oparcie. Nie chciał im przeszkadzać, ale nie chciał również tkwić w tym ciasnym fotelu, nie mając pojęcia co ze sobą począć, gdzie zawiesić swoje wszystko widzące, odrobinę skrępowane spojrzenie.
- Przecież jesteś na bieżąco, kontaktujemy się co najmniej raz w tygodniu – przypomniał Ash, sięgając po kubek z kawą.
- Ale nie wie jak było na wyciecze – zauważył Eiji. - Miasteczko zrobiło na nas ogromne wrażenie, a ryokan przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Mieliśmy do dyspozycji trzy ogromne pokoje, z okien rozciągał się widok na ogród...
Słuchając opowieści Eijiego, Max nie mógł nie zauważyć, że siedzący obok niego Ash wpasował się w ten sielankowy obrazek zaskakująco dobrze, tak jakby jego miejsce zawsze było u boku Eijiego. Sprawiał wrażenie spokojnego i pogodzonego ze wszystkim co go spotkało. Jego niebywała wola walki, wewnętrzna siła i niezaprzeczalne uczucie jakim darzył go Eiji z pewnością były głównym bodźcem do tej jakże diametralnej zmiany.
- Max...? - odezwał się wahaniem Eiji, dostrzegając na jego twarzy pojedyncze ślady łez.
- ...Ugh, to przez to, że wyglądacie na szczęśliwych – odparł, przecierając ręką mokre policzki.
- Jesteśmy szczęśliwi – potwierdził Eiji, zerkając bokiem na swojego chłopaka – prawda, Ash?
- ...Tak... jesteśmy.
Niespodziewana cisza, która zawładnęła tym pomieszczeniem nie była czymś nieprzyjemnym, niechcianym, była idealnym podsumowaniem niewypowiedzianych na głos słów, słów uwięzionych w ich zaciśniętych przez targające nimi emocje gardłach.
- Nie podejrzewałem, że w Tokio może być tak cicho i spokojnie – odezwał się Max. Krocząc z wolna środkiem pustej ulicy podążał za idącym kilka kroków przed nim Ash'em. Wszedłszy po schodach, prowadzących na niewielkie wzniesienie skąd rozciągał się widok na rzekę, zatrzymał się na jego szczycie i spojrzał na w dalszym ciągu milczącego Ash'a.
- Gapisz się – rzucił krótko, zezując na niego jednym okiem.
- Dziwisz się? Czuję się trochę jakbym obcował z duchem. Jesteś prawdziwy, tak? Pozwól, że sprawdzę raz jeszcze – uniósłszy rękę, wbił palec w lewy bok Ash'a i mocno nacisnął.
Nieodgadnione spojrzenie zielonych oczu napotkało niebieskie tęczówki mężczyzny, które mimo upływającego czasu nadal zdradzały niedowierzanie i nie dające za wygraną oszołomienie.
- Usiądźmy – powiedział, ruszając w stronę pobliskiej ławki.
- Griffin byłby szczęśliwy, widząc cię takim – odezwał się Max, zajmując miejsce obok niego na drewnianej ławce.
- ...Odwiedzasz go czasami?
- Jasne... choć tym razem wizyta pewnie się przeciągnie, bo będę miał znacznie więcej do opowiadania.
- Rozmawiasz z nim? - zapytał, śmiejąc się cicho.
- A ty nie?
Ash nie odpowiedział. Uciekłszy od niego spojrzeniem splótł dłonie i pochyliwszy się do przodu utkwił nieruchomy wzrok w spokojnym nurcie rzeki.
- Pamiętam jak na kilka tygodni przed wyjazdem zabrał mnie nad jezioro. Wmawiał mi, że to idealna pogoda na tego typu wycieczkę, ale obydwoje wiedzieliśmy, że była to poniekąd ucieczka, próba zapomnienia, wyrwania się choć na chwilę ze szpon toksycznej atmosfery naszego domu, pokazania, że podczas jego nieobecności nadal istnieje świat, w którym mogę zaznać szczęścia.
- Griffin był dobrym bratem – wtrącił cicho Max.
- Czasami zastanawiam się jakby potoczyło się nasze życie, gdyby został, gdyby nie wyjechał. Czy uchroniłby mnie przed tym co zdarzyło się zaledwie rok później, czy to on chwyciłby za broń ojca i wymierzyłby sprawiedliwość... Czy miałby szansę wieść pozbawione obłędu i pustki życie.
- Wiesz, że nie miał wyboru.
- Wiem – odparł, odnajdując jego spojrzenie. - Pogodziłem się z tym, zaakceptowałem swoją przeszłość. Zrozumiałem, że bez niej moje życie tu i teraz nie byłoby możliwe.
- Nie sądziłem, że... że możesz stać się jeszcze silniejszy, Ash – powiedział poruszony jego wyznaniem.
- Jakiś czas temu zacząłem chodzić na terapię.
- O, to świetnie. Czemu nie powiedziałeś wcześniej?
- Jakoś nie złożyło się – odpowiedział wymijająco, spuszczając wzrok.
Max zawahał się na moment i zapytał po chwili:
- Co cię skłoniło do podjęcia tak trudnej decyzji?
- Eiji – odpowiedział od razu.
- Tak podejrzewałem – rzucił z uśmiechem – w końcu tylko on ma taką siłę sprawczą.
- Zrobiłem to... dla nas obojga. Nie chcę pozbawiać go normalnego życia... normalnego związku – zakończył, spoglądając na niego posępnie.
- ...Och, no tak, to... to zrozumiałe – wyrzucił z siebie, nie do końca wiedząc jak zareagować. - I... i jak wam idzie? - dopytał całkiem bezmyślnie na fali szoku.
Ash przyjrzał mu się uważniej, całkowicie rozumiejąc co w tej chwili dzieje się w jego na wpół zamroczonym umyśle.
- Czy to normalne, że ojcowie pytają o takie rzeczy dorosłe już dzieci? - zapytał rozbawiony jego zdradzającym niezręczność i zmieszanie stanem.
- ...Przestań nabijać się ze swojego nadzwyczaj wyrozumiałego i postępowego staruszka – mruknął, sięgając do kieszeni spodni po paczkę papierosów.
- ...Dobrze – odezwał się, obserwując jak zapala jednego i zaciąga się z cichym westchnieniem – idzie nam całkiem dobrze.
Papieros w dłoni dodał mu najwyraźniej odwagi, gdyż po niespełna chwili Ash usłyszał:
- Cieszę się, że dałeś sobie szansę, że nie boisz się próbować. Musiało być ci trudno na początku.
- Nie... to znaczy... tak, ale Eiji jest wspaniały, rozumie wszystko i akceptuje moje słabości, pomaga mi je przezwyciężyć. Ufam mu i wiem, że...
- Nigdy cię nie skrzywdzi – dokończył za niego, wpatrując się w niego z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Tak – przyznał, czując że rozmowa schodzi na niebezpiecznie emocjonalną strefę. - Wracajmy. To, że Eiji pozbył się nas podstępem z domu byśmy mogli porozmawiać na osobności w bardziej neutralnych warunkach, nie oznacza wcale, że nie snuje się teraz po mieszkaniu niecierpliwie wyczekując naszego powrotu – powiedział, podnosząc się z miejsca.
- Od razu wydało mi się to podejrzane – przyznał ze śmiechem, gasząc papierosa i wstał, dołączając do czekającego na niego Ash'a.

...

"Zmierz, co jest mierzalne, i uczyń mierzalnym to, co takim nie jest."
Galileusz