- Przepraszam, Ash – wyrzucił z siebie Max, gdy tylko jego sylwetka pojawiła się w polu jego widzenia. Targały nim wyrzuty sumienia. Nie tak chciał spędzić z nim swój pierwszy dzień tutaj, nie planował doprowadzać go do takiego stanu. Żałował, że podjął ten temat, że nie zaczekał na lepszy moment, że nie wziął pod uwagę nie tylko jego uczuć, ale i Eijiego.

- Za co? - odezwał się, zajmując swoje miejsce przy stole.

- Za mój nietakt! Przepraszam – zawołał, wpatrując się w jego twarz, z której jak zwykle trudno było wyczytać skrywane głęboko emocje. A może tylko on miewał z tym problem? Mógłby się założyć, że Eiji czyta z niego jak z otwartej księgi.

- Rozumiem – odparł, kierując na niego swoje chłodne spojrzenie.

- Ash... - zwrócił się do niego raz jeszcze, ale głos Ash'a przerwał dalsze próby naprawienia błędu.

- Możesz się rozluźnić, jest ok.

Max zawahał się z jakąkolwiek reakcją słowną. Niepewny wzrok przeniósł na Eijiego, a gdy jego usta wykrzywił delikatny uśmiech, a głowa nieznacznie poruszyła się na znak, że naprawdę jest ok, pozwolił by wstrzymywany od jakiegoś czasu oddech znalazł swoją drogę do wyjścia.

- Skoro tak, to macie jakieś nowe rewelacje? Cokolwiek? - zapytał wręcz błagalnym tonem. Potrzebował zmiany tematu, natychmiast.

Eiji spojrzał znacząco na Ash'a, samemu nie będąc pewnym czy w tej chwili jest w nastroju by podzielić się tą wielką nowiną, którą zdradził mu zaledwie trzy dni temu, gdy siedzieli w ulewny wieczór na przytulnym tarasie.

- Nie wiem czy rewelacja, ale od przyszłego miesiąca będę tak jakby studentem – powiedział Ash ewidentnie nie czując się komfortowo w związku z mówieniem o sobie – o ile oczywiście zdam egzamin.

- Studentem?! - powtórzył Max, nie dowierzając.

- Znajomy z pracy zaproponował mi bym aplikował. Pracowałbym w niepełnym wymiarze godzin, dopasowanym do planu zajęć.

- To niesamowite, Ash! - ucieszył się, wprowadzając Ash'a w jawne oszołomienie związane z jego żywiołową reakcją. - ...Ale... takie studia muszą być cholernie drogie – zaczął ostrożnie Max, uświadamiając sobie nagle coś tak oczywistego – jaki macie plan by to pogodzić?

- Moja dotychczasowa stawka nie ulegnie zmianie, no i jest szansa na stypendium.

- Może... mimo wszystko najwyższy czas skorzystać z ukrytego konta?

- Nie – rzucił krótko Ash.

- Poradzimy sobie Max, przecież ja również zarabiam – odezwał się Eiji.

- Bez tego również byśmy sobie poradzili – wtrącił Ash, przypominając mu jednocześnie, że jego powrót na uczelnię jest jak najbardziej możliwy.

- Muszą ci w takim razie nieźle płacić albo w dobrej wierze zwyczajnie mnie okłamujesz.

- Tak się składa, że praca w IT jest bardzo dobrze płatna plus jestem całkiem dobry w tym co robię. Dość proste równanie, prawda? - zakończył Ash, unosząc lekko brwi w oczekiwaniu na jego odpowiedź.

- Proste, proste – wymamrotał pod nosem, biorąc do ręki puszkę. - ...Bardzo się cieszę, że doświadczysz czegoś tak normalnego – dodał z lekkim wzruszeniem słyszalnym w jego głosie.

- ...Dzięki – odparł, dostrzegając w oczach Max'a pewną zmianę. Czy właśnie tak ojciec spogląda na syna, gdy rozpiera go duma i szczęście?

- Ash będzie studiował na jednej z najlepszych uczelni w kraju – dopowiedział Eiji, potęgując trafnie odczytane przez Ash'a emocje Max'a.

- Serio? - udało mu się powiedzieć.

- O ile zdam egzamin – powtórzył wyjątkowo cierpliwie Ash.

Bezpieczna rozmowa na temat wizji jakże normalnej, a zarazem wyjątkowej przyszłości chłopaka, który w oczach Max'a zasłużył sobie na nią jak nikt inny, udowadniając że w tym konkretnym przypadku przewrotność jest jedną z najbardziej wskazanych cech niemożliwych do przewidzenia kolei życia.

Szum wiatru i wyraźne odgłosy deszczu, uderzającego z dużą siłą o parapet nie powstrzymały Max'a przed wyjściem na zewnątrz... w wiadomym celu.

- Wychodzisz? - zdziwił się Eiji, słysząc jak Ash krząta się w przedsionku, zakładając buty.

- Na chwilę – uśmiechnął się do niego, pomijając jakże ważny etap jakim było zawiązanie sznurówek. W tylnej kieszeni jego spodni Eiji dostrzegł prostokątne uwypuklenie, ale zanim zdążył się odezwać, postać Ash'a zniknęła za metalowymi drzwiami.

Eiji stał przez chwilę w bezruchu podczas gdy jego umysł całkiem sprawnie i szybko podsunął mu odpowiedź. Uśmiechnąwszy się lekko odwrócił się na pięcie i nucąc coś cicho pod nosem, wrócił do kuchni.

Ash zamknął za sobą drzwi i oparłszy się o nie plecami przez chwilę wpatrywał się w lekko pochyloną sylwetkę Max'a. Jego przedramiona oparte na betonowej, twardej powierzchni barierki jak i reszta ciała chronione były przez korytarz wyższego piętra wzniesiony tuż nad ich głowami. Oderwawszy plecy od przyjemnie chłodnej powierzchni drzwi zrobił krok w jego stronę i stanął obok, przyjmując dokładnie tą samą pozycję.

- Już to mówiłem, ale jest tu tak cholernie... spokojnie.

- Wieczorami jest to jeszcze bardziej odczuwalne, zwłaszcza w takie wieczory jak ten, deszczowe – odezwał się Ash, nie odrywając wzroku od ciemnej tafli wody. Spokojny nurt rzeki widoczny po jego lewej potwierdzał wypowiedziane przed chwilą słowa.

- Żałuję, że nie mogłem zabrać ze sobą Michaela, byłby prze szczęśliwy mogąc cię zobaczyć, na własne oczy przekonać się, że żyjesz.

- Nigdzie się nie wybieram – powiedział, uparcie wpatrując się w bezpieczną scenerię. - Poza tym to nie jest twoja ostatnia wizyta, prawda?

- Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział zaskoczony brzmieniem jego głosu. Był niezwykle spokojny, pozbawiony pośpiechu i strachu. Skrywał w sobie nadzieję.

- Więc zobaczy... na własne oczy przekona się, że żyję – powiedział, spoglądając w lekko rozszerzone oczy stojącego obok mężczyzny.

- Cholera Ash... - zaklął cicho, przecierając ręką oczy, do których niespodziewanie napłynęły łzy.

- Mam coś dla ciebie – oznajmił, sięgając ręką do tylnej kieszeni. Papierowe prostokątne pudełko zaciśnięte wokół jego palców spoczęło na niepewnie wyciągniętej w jego stronę dłoni Max'a. - Wiem, że dość niemoralny prezent, ale... może będzie twoją ostatnią?

- Brzmi sensownie. Pierwszy i ostatni będzie z myślą o tobie.

- ...Choć pewnie za kilka dni będę miał cię już dość, dziękuję, że przyjechałeś – powiedział, patrząc mu prosto w oczy.

- J-jasne, nie ma sprawy – wymamrotał niezdolny by podtrzymywać kontakt wzrokowy.

- Nie stój tu za długo, bo zachorujesz... staruszku – rzucił, kierując się w stronę wejścia do domu i dodał, zaciskając palce na chłodnej klamce - znając Eijiego, nie później niż na dziesiątą zaplanował śniadanie, więc... dobranoc?

- Tak, tak, dobranoc – odparł, wyjmując z paczki kolejnego papierosa.

Gdy tylko Ash zniknął za drzwiami, zwiesił głowę głośno wypuszczając powietrze ze swoich buntujących się na takie traktowanie płuc. Mimo iż dosłownie przed chwilą rozmawiał z nim, słyszał jego głos, widział jego twarz, nie był w stanie powstrzymać negatywnych myśli, że tak naprawdę nie ma go tutaj, że gdy wróci do tego mieszkania nie zastanie nikogo innego prócz Eijiego.

- Co ty ze mną zrobiłeś? - westchnął, spoglądając na paczkę papierosów z napisem Lucky Strike. Uśmiechnął się, chowając ją do przedniej kieszeni spodni i zapalił papierosa, zaciągając się mocno. Zza drzwi dobiegł go radosny śmiech Eijiego i głośny tupot stóp, który po chwili ucichł zastąpiony głośnym śmiechem Ash'a. Zamknąwszy oczy poczuł jak po jego twarzy spływają pierwsze łzy. Nie było sensu ich powstrzymywać, nie było sensu z tym walczyć. Te wspaniałe żywe dźwięki, dochodzące z mieszkania, niszczyły wszelkie wątpliwości, udowadniały, że gdy tam wróci Eiji nie będzie jedyną osobą, którą napotka jego niedowierzające jeszcze spojrzenie.

Cyfry na telefonie, po który Eiji sięgnął jakiś czas temu wskazywały pięć minut po północy. Leżąc w łóżku, przeglądał bez większego zainteresowania zawartość swojego albumu ze zdjęciami. Był zmęczony, a zarazem zniecierpliwiony przedłużającym się pobytem Ash'a w łazience. Dlatego gdy usłyszał charakterystyczne skrzypnięcie drzwi, odłożył urządzenie na nocną szafkę i utkwił wzrok w miejscu, gdzie już za chwilę powinien ujrzeć jego postać.

- Czekałeś na mnie? - odezwał się Ash, napotykając spojrzenie Eijiego gdy tylko otworzył drzwi.

- Zakładałeś, że zasnę bez ciebie?

- Tak – uśmiechnął się, zajmując miejsce tuż obok niego. Twarz zwrócił w jego stronę, a ciepłą dłoń przyłożył do jego policzka. - Zdajesz sobie sprawę, że przegrałeś? - zapytał, wodząc palcami po gładkiej skórze. Max ostatecznie poprosił o widelec. Eiji przegrał, a zadowolony z siebie Ash posyłał mu w tej chwili triumfujące spojrzenie.

- Tak – przyznał niechętnie.

Ash uśmiechnął się szerzej i oparłszy się dłonią o materac podniósł się, kładąc się na swoim zdezorientowanym chłopaku.

- Jeszcze zaczekam ze swoim żądaniem – powiedział, wwiercając się w niego niezwykle intensywnym spojrzeniem. Przez ciało Eijiego przeszedł dreszcz. Dłonie przeniósł na jego plecy i przycisnąwszy go bliżej siebie wyszeptał tuż przy jego ustach:

- Ze względu na Max'a?

- Nie tylko.

- Co jeszcze stoi na przeszkodzie?

- Ja sam jestem przeszkodą – powiedział cicho, coraz zachłanniej wpatrując się w jego ciemne tęczówki.

- Jestem... zaintrygowany, Ash – ciepły oddech Eijiego wdarł się do jego ucha by po chwili poczuć go ponownie na swojej twarzy.

- Cieszę się, że jestem w stanie cię jeszcze zaskoczyć – zmniejszając coraz bardziej dystans jaki ich dzielił, tym razem słowa które wypowiedział padły wprost na usta Eijiego. Ich wyraźny dotyk sprawił, że obydwoje zupełnie niezależnie i instynktownie pogłębili ten subtelny jeszcze do niedawna pocałunek. Wyraźnie odczuwalny ciężar ciała Ash'a wzbudzał w Eijim oczywiste reakcje i potrzeby by znalazł się jeszcze bliżej, by poczuć go jeszcze wyraźniej, mocniej.

- Zaczekaj... Max – odezwał się Eiji, wpatrując się w niego błędnym spojrzeniem gdy na tą krótką chwilę ich usta straciły ze sobą kontakt.

- Mam na imię Ash – powiedział, zabarwiając swój głos udawaną obrazą i szokiem.

- Max jest za ścianą... złaź ze mnie – zebrawszy się w sobie wydał ten ani trochę nie wymuszający posłuszeństwa rozkaz.

- Nie słyszysz? - spytał, nie ruszając się nawet o milimetr. - Już dawno śpi.

- Skąd wiesz? - zapytał, nieufnie mrużąc oczy.

- Wsłuchaj się to usłyszysz jego chrapanie.

Eiji zamknął oczy, starając się nie wydobywać żadnego dźwięku, a gdy zza ściany dotarł do niego cichy charakterystyczny odgłos, uniósł powieki napotykając wpatrzone w niego lśniące tęczówki Ash'a.

- Mówiłem – rzucił, zbliżając swoją twarz do jego.

- Ale... jeżeli chcemy by tak pozostało...

- Eiji – przerwał mu łagodnie – nie obudzimy go, obiecuję – dodał w pełni świadomy swojego zachowania. Zachowania, które jego samego wprawiało w swoistą dezorientację. Nie zamierzał, nie planował przekraczać granicy, z którą obydwoje byli już doskonale zaznajomieni. Chciał zwyczajnie poczuć go, udowodnić swojej przebudzonej niedowierzającej i nieufnej stronie, że to prawda, że Eiji jest tuż obok. Jego obecność, tak bliska, przyjemna i niezbędna pochłaniała jego myśli, niszczyła wszelką niepewność, przypominała że właśnie tak wygląda jego teraźniejszość, przekonywała że właśnie tak będzie wyglądała jego przyszłość.

- Kocham cię – usłyszał cichy głos Eijiego, gdy jego dłonie zacisnęły się na jego policzkach i ruchem oderwały ich na chwilę od siebie. - Zawsze – dodał, powoli ukrywając swoje spojrzenie za delikatną skórą powiek. Jego usta odnalazły te drugie, niezdolne w tej chwili do jakiejkolwiek innej reakcji, na nowo potęgując te cudowne, odradzające się emocje i doznania, które z każdą kolejną wspólnie spędzoną chwilą uświadamiały jak trudno będzie im je zatrzymać.

...

"Dla tak małych stworzeń jak my, bezmiar (wszechświata) jest znośny tylko dzięki miłości."
Carl Sagan

Ruszyłam w drogę.

Daleka droga. Trud pokonać taki!
Najciężej ją samotne czują kroki,
Ale nie sama ja idę tym szlakiem,
Nie sama nim wędruję w świat szeroki.
Samą już dawno szlak by mnie ten strudził,
Lecz po tej drodze tylu kroczy ludzi.

Bo łzy mniej gorzkie są, gdy je podzielać.
A gdy usłyszeć w drodze mi wypadnie
Radosny śpiew wolności i wesela,
Ma dusza echem mu odpowie snadnie
I tając w sercu wszystkie swoje krzywdy,
Wolnego śpiewu nie zatruje nigdy.

Kiedy ku niebu głowę w górę zagnę,
Nie szukam na nim gwiazdozbiorów nowych —
Braterstwo, równość, wolność — ujrzeć pragnę
Skroś ciężkie zwały czarnych chmur gradowych —
Te gwiazdy trzy' złociste i wspaniałe,
Co ludziom świecą w górze wieki całe...

Gdy komuś te trzy gwiazdy zamajaczą
I wolnym hymnem wielkość ich wysłowi,
Choć sama ich na niebie nie zobaczę,
Że jest szaleńcem pieśniarz ten, nie powiem,
Bo nieraz promień lśniący od zarania
Na drodze pył unosząc się zasłania.

Czy na swej drodze spotkam tylko ciernie,
Czy kwiatów wonnych witać będę krasę,
Czy cel osiągnę naprzód dążąc wiernie,
Czy też ma droga urwie się przed czasem –
Marzenia moje niech się ucieleśnią:
Skończyć je pragnę, jak zaczęłam – z pieśnią.

Moja Droga, Łesia Ukrainka