I: Baśń o mieczach i wężach

Harry pokonał bazyliszka, a przed chwilą duch Toma Riddle'a zniknął z tego świata, gdy chłopak wbił kieł gada w dziennik. Dokonał tego, nie bez pomocy Dumbledroe'a, Godryka Gryffindora oraz tego pociesznego ptaszka, który tak pięknie śpiewa – Fawkesa.

Ginny leżała bez życia przy posągu Salazara, ale Harry czuł potrzebę, żeby głaskać Fawkesa, dziewczyna przecież nie wykituje tak od razu, może poczekać. Ten ptak był piękny, lepszy od Ginny, gdyby tak... gdyby tak można było ożenić się z ptakiem. Ich ślub byłby wspaniały, wystawny, bogaty w barwy jak upierzenie feniksa. On i jego ptak, razem na wieczność.

Ginny poruszyła się lekko i coś tam miauknęła słabym głosikiem.

– Cicho, szmato – syknął Potter. – Fawkes, byłeś świetny – zwrócił się do swego pomagiera, w którym, bądź co bądź, zadurzył się.

Harry podniósł się z mokrej posadzki, zbroczonej krwią króla węży. Uznał, że warto wyciągnąć miecz z podniebienia ogromnego węża.

Złapał za rękojeść, uch, ciężko szło, wszedł mocno. Majtnął łokciem w bok i nadział się na kieł bazyliszka.

– Achś! – syknął. Wyszarpał ramię z paszczy potwora, razem z kłem. – Fawkes... – zapiał, czując, jak jad znów rozchodzi się po ciele. – Fawkes, pomocy...

Ptak posłusznie podleciał i skropił łzami ranę chłopca, który przeżył (przeżył już nie raz).

Gdy już został wyleczony i ciarki ulgi przeszywały jego ciało, ponowił próbę wyciągnięcia, nadział się jednak znów.

– Fawkes... – wysapał. – Pomocy!

Został uleczony.

Dobra, do trzech razy sztuka. Jest! Miecz, wyciągnięty i wzmocniony krwią monstrum, tkwił w dłoni Pottera. Ale... o nie! Brakowało w nim diamentu, jeden z nich, tkwiący pierwotnie w rękojeści, musiał wypaść.

Chłopak rozejrzał się. Błyskotka leżała w paszczy bazyliszka. Podszedł do gęby stwora, kucnął i wyciągnął po nią ramię.

– Achś! – nadział się na kieł. Z impetem wyciągnął ramię, ponownie razem z kłem. – Fawkes! – padł wycieńczony na posadzkę. – Pomocy!

Feniks tym razem stał blisko, gotowy na udzielenie pierwszej, i jakże skutecznej, pomocy.

Harry jeszcze wyciągnął trzy kły bazyliszka, nim udało mu się bez obrażeń wydostać diament. Jeden wyciągnął okolicami łokcia, drugi wewnętrzną stroną przedramienia, a trzeci bicepsem. Fawkes nie oddalał się od zachłannego chłopaka, nauczony doświadczeniem.

Gdy diament wylądował z powrotem w rękojeści i przyssał się magicznie, coś zaintrygowało Harry'ego. W paszczy bazyliszka tkwiła jakaś dziwna... skamielina.

Zanurzył dłoń, lecz tym razem, nauczony doświadczeniem, bardzo uważał, starannie wymijając zęby potwora. Nadział się na kieł. Pisnął jak panienka, klapnął pośladkami na posadzkę.

– Pomocy, Fawkes! – pisnął, sapiąc niepomiernie.

Jeszcze dwa razy się nadział, za każdym usuwając kieł z ust węża. I wyszło na to, że niewarte zachodu było to działanie. Skamielina okazała się czymś w rodzaju zaschniętej wydzieliny, chyba śliny.

– Dobra, idziemy stąd! – zarządził chłopak.

Wziął Ginny za rękę i ciągnął za sobą jak małe dziecko nie raz ciągnie po podłodze szmacianą lalkę. Miauknęła coś, ale uciszył ją, strzelając z liścia w policzek. U wylotu komnaty, czekali na nich Ron z Lockhartem, który stracił pamięć.

Harry, choć grymasił, trafił do skrzydła szpitalnego – nie lubił tamtejszych łóżek.

Odwiedzili go przyjaciele, Ron i Hermiona, a także Ginny, Fred, George, Lee Jordan, cała drużyna Quidditcha oraz Dean Thomas i Seamus Finnigan. Pytali, jak pokonał bazyliszka i Voldemorta – to, co działo się w Komnacie Tajemnic, Dumbledore osobiście otoczył ścisłą tajemnicą, więc oczywiście wszyscy znali każdy szczegół podziemnych zajść.

– Harry, to jak w końcu zabiłeś bazyliszka?! – podniecał się Neville, który właśnie przyłączył się do odwiedzających.

– Ubiłem go mieczem Godryka! – pochwalił się i wypiął klatkę, którą opinała obecnie piżamka.

Zapadła niezręczna cisza. Wzrok Hermiony gdzieś uciekał. Ron odchrząknął.

– To... to zabrzmiało... – odchrząknął, spąsowiały mu końcówki uszu – trochę dwuznacznie.

Harry wzruszył ramionami, ale czuł się urażony. Nikt nie klaskał, nikt nie chwalił, nikt nie klepał z werwą po plecach, nie skandowali: Potter wymiata! Potter wymiata!

– A bazyliszek?! Jaki był?! – Seamus wrócił do drążenia historii.

– Ooo, straszny! – Harry machnął ramieniem.

– Drasnął cię?! Drasnął?! – Finnigan złapał się ramy łóżka przy nogach Pottera-bohatera.

– No, ta... – rzekł, czując narastającą satysfakcję.

– Ponoć jad jest śmiertelny! Jak go wytrzymałeś? – Neville trzeźwo dopytał.

– Pomógł mi ptak Dumbledore'a – wyjaśnił, zapadła cisza. – Tak, wiem, to brzmi dwuznacznie... – warknął, niezadowolony z przestoju w opowiadaniu swych dokonań.

– Harry, a... – zaczęła Hermiona – dlaczego ty nie masz żadnego zęba w ustach?

Harry wyszczerzył się bezzębnym uśmiechem, oczekiwał tego pytania.

– Powiem wam, że po zajściach w komnacie tak mi jakoś zbrzydły zęby – wyseplenił – że wszystkie sobie wybiłem!

Wszyscy uroczo się zaśmiali. Ryknęli śmiechem. Nareszcie. Tak wspaniałego śmiechu Potter dawno nie zaznał, obserwował roześmiane, sympatyczne oblicza znajomych. Jak pięknie. Boże, jak niektóre chwile są piękne.