1957
– Szach. – czarna królowa zaatakowała króla o błękitno-białym odcieniu. Minerwa uniosła kąciki ust – ta partia, jak każda rozegrana z tym dzieckiem w ciągu ostatnich czterech lat, należała do niej.
– Wieża na D3. – piętnastoletnia Luiza Potwald jeszcze nie wiedziała, że los tej rozgrywki jest przesądzony – a może to zakładała za każdym razem, siadając za szachownicą? Dlaczego jednak grała, skoro każde ich starcie kończyło się jej porażką?
– Pani profesor, może jednak dwieście razy wystarczy? – z odległego końca klasy dobiegł błagalnie brzmiący głos.
– Nie, panie Prewett, nie wystarczy. Proszę pisać dalej. – odpowiedziała Minerwa, tylko pobieżnie rzucając okiem na bliźniaków, siedzących w ostatniej ławce. Zupełnie nie przejęła się faktem, że jednemu brakowało brwi, a uszy drugiego miały zielony kolor. Bliźniacy Prewett nie mogli jej zadziwić.
– Pani profesor! Udało się! – ze środka klasy do Minerwy podbiegła trzynastoletnia Molly Prewett, mocno ściskając w dłoni zwykły, czarny guzik, który jeszcze przed chwilą był żukiem. Minerwa obejrzała guzik, a potem obdzieliła uśmiechem zarówno Molly, jak i Arthura Weasley'a.
– Znakomicie, panno Prewett. Myślę, że podziękowania należą się panu Weasley'owi – wykazał się zaskakującą cierpliwością w pomocy przy opanowaniu tego zaklęcia. Pięć punktów dla Gryffindoru. – powiedziała Minerwa, gdy rudowłosy chłopiec podszedł do niej.
– Tak, Arthur ma cierpliwość, jak bez niej wytrzymałby z naszą Molly?! – zawołał z głębi klasy głos Fabiana Prewetta. Molly zrobiła się zupełnie czerwona.
– Zaraz przegrasz, Luizo. – stwierdził Arthur, nic sobie nie robiąc z komentarza Fabiana.
Złotowłosa dziewczyna wzruszyła ramionami. Bezmyślnie przesunęła jeden z pionków. Minerwa finalnym gestem zmiotła z szachownicy jej gońca i rzekła:
– Szach mat. – nauczycielkę transmutacji zawsze zastanawiało, jak to możliwe, że Luiza przyjmowała kolejne porażki z taką godnością. Nie mogła tego nauczyć się od matki. O nie.
– Zawsze byłam pewna, że Luiza ma dodatkowe lekcje z transmutacji. – wymamrotała Molly, z nieufnością obserwując jak blade figury kłaniają się czarnym.
– Bo tak jest. – odpowiedziała Luiza i machnęła różdżką – blade figury zamieniły się w niebieskie motyle, które okrążyły klasę i przysiadły na pierwszej ławce, by zamienić się w perłowe guziki.
– Ale od profesor McGonagall można nauczyć się znacznie więcej, niż takiej prostej transmutacji. – z chwilą, gdy Luiza to wypowiedziała, Minerwa miała ochotę się wzdrygnąć – bo ten ton wyjątkowo przypominał jej Grindelwalda. Mimowolnie potarła wierzch dłoni, na której znajdowała się jedna z gwieździstych blizn.
– Louie ma rację, nie myślała może pani, by udzielać dodatkowych lekcji… taktyki, pojedynkowania się, trenowania refleksu… podobno miała pani okazję współpracować z samym generałem MacArthurem… znalazłoby się mnóstwo zainteresowanych! – Gideon Prewett wręczył jej plik pergaminów zapisanych jego niedbałym pismem.
– Wątpię, panie Prewett. – odpowiedziała Minerwa oschle, chociaż widziała jak wszystkim obecnym dzieciom świecą się oczy.
– Pani profesor… przecież to byłoby niesamowicie przydatne, szczególnie w dobie coraz śmielszych ataków śmierciożerców! – zawtórował bratu Fabian.
– Podobno ona… wróciła. Ta, Której Imienia Nie Poznano. – wyszeptała Molly, a w jej oczach zalśniły łzy.
Minerwa wolno zdjęła z nosa okulary i spojrzała w oczy kolejno każdego Prewetta. Nie pierwszy raz zastanawiała się, czy fakt, że jest w stanie to zrobić, czynił już z niej bestię. Tym dzieciom zamordowała i matkę, i ojca. Bo przecież nie mogła wiecznie udawać, że lady Voldemort i profesor McGonagall to dwa osobne byty. Tym bardziej, że ostatnie jej działania miały chronić jedną przed drugą.
To ona bestialsko zabiła Agretę Scrimgeour. Zresztą, wszyscy wiedzieli, że to ona. Korona trzech gwiazd lady Voldemort lśniła nad Mrocznym Znakiem. Jako sygnał dla magicznej społeczności, iż ona jest gotowa uderzyć zawsze, w najmniej spodziewanym momencie. Jako czytelny znak dla śmierciożerców, że chociaż nie widzieli jej od lat, ona wciąż jest pierwszą damą mroku. Jako ostrzeżenie dla Toma, iż nie uwolni się od niej, nigdy. Jako zagadkę dla Albusa, który wciąż był gotów podejrzewać o to Athenę.
– Jaką mam gwarancję, że nie dam broni do ręki przyszłym śmierciożercom? – spytała Minerwa, przenosząc wzrok na Luizę. Jaką miała pewność, że nie stworzy tej, która będzie jej upadkiem?
– Nie będziemy wpuszczać nikogo ze Slytherinu? – spytał Gideon, ale zamarł, gdy Arthur posłał mu wściekłe spojrzenie, jednocześnie kładąc dłoń na ramieniu Luizy.
– Gryffindor traci punkt, Prewett. – Minerwa spokojnie usiadła za swoim biurkiem, przed którym teraz ustawiła się grupka uczniów.
– Przepraszam, pani profesor. – wymamrotał Gryfon, spuszczając głowę.
– Przecież pani wie, kto ma dobre intencje, czyj kręgosłup moralny jest na tyle mocny, by nie dać się zwieść czarnej magii. Pani ma intuicję, a poza tym, jeśli pani nas poprowadzi, to nasza lojalność wobec pani nie pozwoli nam nigdy zbłądzić. – Arthur mówił wolno, ale dobitnie. Minerwę zdumiało, że nigdy wcześniej nie doceniała tego chłopca – bo nie wyróżniał się niczym, może poza dziwnym zainteresowaniem wszystkim, co mugolskie. A jednak teraz potrafił wykazać się czymś, co należało pochwalić – co szczególnie spodobałoby się Albusowi.
– Nawet, jeśli słowa Weasley'a byłyby prawdziwe, to ministerstwo nigdy się na to nie zgodzi. Dla nich to będzie jak tworzenie regularnej armii poza jurysdykcją ministra. – Minerwa nie dodała, że to byłaby jej osobista armia, odpowiadająca tylko przed nią, jej wierna, w relacji opartej nie tylko na strachu, nie tylko na podziwie – raczej na relacji wasalów i suzerena…
– Nie dowiedzieliby się. Oficjalnie, to byłoby kółko szachów albo coś w tym stylu. – odezwał się Fabian.
– Profesor Dumbledore by się na to nie zgodził. – Minerwa skrzyżowała ręce, w duchu chichocząc – och, jak łatwo oni wpadali w jej pułapkę…
– Pani profesor Dumbledore nie odmówi. – Luiza uniosła kąciki ust. Minerwa twardo spojrzała dziewczynie w oczy.
– Będę wymagać bezwzględnego posłuszeństwa. Wiedza, którą możecie ode mnie uzyskać, jest cenniejsza, niż złoto, tytuły, zaszczyty i koneksje. To będzie dla was coś więcej niż nauka, doświadczenie, więcej nawet niż narzędzie, które uratuje wam nieraz skórę. Poziom magii, na który niektórzy z was się wzniosą, arkana czarodziejstwa, w które zostaniecie wtajemniczeni, na zawsze zmienią wasze postrzeganie rzeczywistości. – Minerwa czarowała już swoim głosem, chociaż oni nie mogli być tego świadomi.
– Mamy rozsyłać wici, pani profesor? – spytał uroczyście Arthur.
– Potrzebna nam jakaś nazwa. – zauważyła Minerwa, obracając w dłoniach figurę hetmana.
– Gildia Szachów. – powiedziała Luiza.
Minerwa przyjrzała się dokładniej dziewczynce. Gdyby to zaproponował ktokolwiek inny, zaśmiałaby się, uznając tę propozycję za beznadziejną. Ale Luiza… umiała najzwyklejszy przedmiot uczynić fascynującym artefaktem. To czyniło ją najlepszą w transmutacji, ale też najlepszą w ustawianiu ludzi według swoich wzorów.
– Niech będzie. – zarządziła Minerwa. Może ta nazwa, usłyszana po raz pierwszy, brzmiała śmiesznie, ale nie była pozbawiona ukrytego sensu. Gildia – cech, grupa ludzi powiązana handlem lub rzemiosłem. Ich rzemiosłem miała być magia, ich walutą miała być wiedza. Szach – w Persji władca, od czego wzięła się nazwa najszlachetniejszej gry.
– Ale nie zawiesi pani z tego powodu naszych szachowych pojedynków? – i znów, ten kontrast, po słowach głębokiej mądrości, pytanie idealnie pasujące do czternastolatki.
– Nie, panno Potwald. Za bardzo lubię wygrywać. – odpowiedziała Minerwa.
Luiza udała urazę, ale potem uśmiechnęła się szeroko. Bliźniacy zasalutowali i wyszli, Arthur delikatnie sterował Molly do wyjścia, a Luiza wyszła jako ostatnia, szybko witając Franka Longbottoma, który czekał na swoich przyjaciół pod drzwiami.
Minerwa siedziała jeszcze długo za swoim biurkiem, przed pustą klasą, rozmyślając. Luiza wciąż stanowiła zagadkę, której Minerwa nie rozgryzła. Dziewczynka zaskakująco dobrze zaadaptowała się w Hogwarcie. Z dzieciństwa nie pamiętała nic. Uzdrowiciele przebadali ją, ale zdołali jedynie orzec, że tak silnego zaklęcia zapomnienia jeszcze nie widzieli. Albus pobrał od dziecka nieco krwi – oczywiście, miała merlinowe wzory. Odkryli również bardzo potężne zaklęcie tożsamości, zdolne oszukać księgę Hogwartu i ministerialne, zaklęte archiwa. Lecz nie mieli pojęcia, dlaczego Luiza została porzucona.
Jeśli kwestia pochodzenia interesowała dziewczynę, nie okazywała tego. Przeciwnie, z godną podziwu determinacją rozpoczęła długą kampanię mającą na celu zbliżenie się do Minerwy. W Slytherinie była persona non grata, wyrzutkiem, którego się ignorowało, obgadywało za plecami, ale jednocześnie ostrożnie omijało szerokim łukiem. Slughorn nie zapraszał jej na spotkania Klubu Ślimaka, a wszyscy bardzo szybko założyli, że dziewczynka jest sierotą mugolskiego pochodzenia, niesprawiedliwie obdarzoną przez los. Bo też choć Luiza bardzo się starała nie wyróżniać, nie można było ignorować jej mocy oraz znakomitego opanowania zaklęć, które przecież ,,powinna" słyszeć na lekcjach pierwszy raz. Przedmiotami, które sprawiały jej przyjemność były starożytne runy i opieka nad magicznymi stworzeniami, a także zielarstwo. Nie lubiła obrony przed czarną magią i z niej miała najgorsze oceny. Transmutacja… przychodziła jej stosunkowo łatwo, ale to był przedmiot, wobec którego postawa Luizy była najbardziej paradoksalna – bo dziewczynka starała się ze wszystkich sił, ale widać było, że robi to z przymusu, nie z ochotą. Minerwa zakładała, że przymus ten wynika z celu dziewczynki, jakim było uśpienie czujności nauczycielki transmutacji.
I nie było łatwo, lawirować między trzema czynnikami – swoim rozsądkiem, odradzającym wszelkie kontakty z córką Atheny, między wyzwaniem Albusa, by traktowała to dziecko jak każde inne, wreszcie między swoją dziwną słabością – przekonaniem, że są bardzo podobne. Minerwa była więc wobec Luizy bardziej surowa, bardziej oschła, momentami złośliwa. Ale jednocześnie nie odpychała od siebie dziewczynki, do tego stopnia, iż teraz sama nie wyobrażała sobie tygodnia bez szachowego zwycięstwa nad panną Potwald, nawet jeśli podczas tej godziny gry niewiele rozmawiały.
Co jeszcze bardziej znamienne, Luiza zaprzyjaźniła się tylko z kilkoma Gryfonami. Z braćmi Prewett prowadziła grę sprytu i żartów. Arthur Weasley często przesiadywał z nią w bibliotece – pomagali sobie, ich przyjaźń była piękna tym bardziej, że Luiza szybko wzięła pod swoje skrzydła Molly Prewett – młodszą od nich o rok, ale żywiołową i wyraźnie zauroczoną Arthurem. Ale najlepszym przyjacielem panny Potwald był Frank Longbottom. Uzupełniali się – sama Minerwa przyznawała, że tworzyli uroczą parę ,,ulubieńców dyrektora", ponieważ Albus był gotowy obdzielać ich punktami za samo oddychanie.
Albus dał się poznać jako dyrektor ekscentryczny, z nowatorską wizją i brakiem umiejętności organizacyjnych pozwalających wprowadzić ją w życie. Żywo interesował się wszystkim, co działo się w szkole, pojawiał się na lekcjach, a czasami nawet sam dzielił się swoją wiedzą z dziećmi, które do niego lgnęły. Minerwa bardzo się pilnowała, by przez vinculum nie wyczuwał jej żalu, gdy obserwowała jego interakcje z uczniami. Byłby wyśmienitym ojcem.
Ich relacja była wypadkową walki rozsądku z sercem. Ale mimo okazjonalnych nocy pełnych pasji, będących triumfem wzajemnego przyciągania, podstawy nigdy nie zostały podmyte – ich przyjaźń była nienaruszona. Przynajmniej Minerwa nazywała to przyjaźnią, z braku lepszego słowa. Ktoś mógłby powiedzieć, że zachowywali się jak małżeństwo – zdawali się czytać w swoich myślach, droczyli się, wspierali, nieustannie czerpali magię z każdej swojej interakcji, ba nawet sypiali ze sobą – lecz brakowało im zaufania. Każde gromadziło swoje sekrety, strzegąc ich zazdrośnie, podobnie jak swoich osobistych przestrzeni – Minerwa ukrywała swoją tożsamość lady Voldemort, romans z Tomem i fakt istnienia Therseusa, a Albus milczał o wszystkim, co dotyczyło Atheny.
– Skąd wiem, że myślisz o mnie? – jego łagodny głos przeciął ciszę.
– Bo marszczę czoło i zaciskam usta? – odpowiedziała, wcale niezdziwiona jego obecnością w swojej klasie. Zerknęła na drzwi – zamknął je za sobą, dobrze.
– Bo mruczysz. – sięgnął dłonią ku jej twarzy, ale odsunęła się. Ile czasu minęło? Miesiąc? Dwa tygodnie temu zamordowała Agretę Scrimgeour – to było za wcześnie.
– Mamy coś do omówienia w związku ze szkołą, dyrektorze? – wstała, ignorując ciepło, jakim promieniował.
– Tak. Za tydzień chciałbym przeprowadzić rozmowy kwalifikacyjne na posadę nauczyciela obrony przed czarną magią. – Albus kompletnie nie dał się zniechęcić. Z uprzejmym uśmiechem podążył za nią do jej gabinetu, mieszczącego się obok klasy.
Kiedy pół roku temu Slughorn uznał, że ma dosyć obowiązków zastępcy dyrektora, nikt nie protestował, gdy Albus na to stanowisko zaproponował Minerwę. Wręcz przeciwnie, Rada Nadzorcza odetchnęła z ulgą. Minerwa z determinacją budowała swoją reputację surowej, ale świetnie zorganizowanej nauczycielki transmutacji i opiekunki Gryffindoru, obowiązki zastępczyni dyrektora nie były ponad jej możliwości. Wszyscy byli zadowoleni, bo Minerwa szybko i efektywnie uporała się z chaosem pozostawionym przez Slughrona.
– Czego się napijesz? – spytała, chociaż wiedziała, że poprosi o gorącą czekoladę.
Gdy już usiedli na dwóch fotelach przy kominku, on z kubkiem gorącej czekolady, ona z filiżanką mięty, na moment zapadła cisza.
Gdy w 1952 roku Galatea Merrythought odeszła na emeryturę, Dippet odmówił jej posady Tomowi, a potem został zamordowany przez bliźniaczki i Albus nie miał za wiele czasu, by zorganizować porządnego nauczyciela obrony przed czarną magią. Biedny profesor Beery na przemian z samym Albusem podjął się tego zadania, ale minęło pięć lat i wyniki egzaminów z tego przedmiotu były coraz gorsze. Coś trzeba było zrobić.
– Wiesz, że byłabym w stanie nauczać też obrony? – rzuciła swobodnie, chociaż przewidywała reakcję:
– Z twoimi obecnymi zobowiązaniami to byłoby zbyt wiele. A mnie posłaliby z torbami za zamęczanie mojej zastępczyni. – choć jego ton był równie lekki, krył się tam stalowy podtekst. To nie był temat, w którym Albus byłby gotowy na kompromis.
– Kto zatem się zgłosił? Nie sądzę, żeby było dużo chętnych, w tych czasach. – uderzyła w dość czuły punkt – Albus martwił się bardziej atakami śmierciożerców, niż przyznawał.
– Tom Riddle. – studiował ją dokładnie, żadna z emocji nie mogłaby mu umknąć. Gdyby pozwoliła sobie na emocje w tym momencie.
Zdziwienie? Nie, Tom bez niej podejmował wiele nierozsądnych, wręcz głupich decyzji. Niepokój? Jak, skoro miała pewność, że Albus go nie zatrudni? Poczucie winy? Dlaczego, przecież nie była tak głupia, by się zdradzić z powodu samego imienia.
– Zaprosiłeś go na rozmowę? – spytała, z rozmysłem zakładając za ucho kosmyk włosów, który wymknął się z koka. Zastanawiała się, jak najlepiej upewnić Albusa, że nie ma o co jej podejrzewać.
– Tak. Nie zatrudnię go, ale chcę się z nim spotkać, poznać jego motywacje. I chciałbym, żebyś była obecna przy tej rozmowie, jako moja zastępczyni, poza tym wierzę, że może wyłapiesz coś, co mi mogłoby umknąć. – zmrużył swoje migoczące oczy. Czy wiedział, że teraz przeklinała go, bezczelnego manipulatora? Musiał być świadomy, że ona doskonale wie, iż to jest posunięcie na miarę szachu.
Bo Tom przybędzie tu, nie tylko by zostać upokorzonym odmową. Przybędzie, by ujrzeć ją u boku swego największego wroga. Jak trofeum, odebrane mu. Nie podobało jej się to, ale czuła, że będzie musiała się zgodzić. Była też jakaś mała część jej, która chciała być świadkiem tej rozmowy. Z ciekawości.
– Oczywiście, kiedy ta rozmowa ma się odbyć? – na ten moment sporo straciłaby, gdyby dała się wyprowadzić z równowagi.
– Za tydzień. Jeśli nie chcesz…
– Dlaczego miałabym nie chcieć ci pomóc? – to pytanie równało się zabraniu mu jednej z wież – jego twarz pobladła.
– Bo Riddle kiedyś bardzo cię pożądał? – Albus wciąż nie nauczył się, że choć taktyka bezpośredniego wyciągania najcięższych dział działała na większość jego rozmówców, nie na nią.
– Jak wielu mężczyzn i co najmniej kilka kobiet. – Minerwa ostentacyjnie oparła się wygodniej o oparcie fotela. Na jej ustach zatańczył zmysłowy uśmiech. Albus westchnął, potwierdzając swoją porażkę.
– Nadchodzą mroczne czasy, Minerwo. Wierzę, że Riddle ma w tym swój udział. Chciałbym trzymać cię od tego z daleka… ale chodzi o Hogwart, musimy być podwójnie czujni. – wyjaśnił Albus z szczerością, która mogłaby zaskakiwać. Nie ją.
– Sądzisz, że Riddle jest jednym ze śmierciożerców? To byłoby logiczne, w końcu on zawsze trzymał się blisko bliźniaczek, a to jedyne do tej pory zidentyfikowane śmierciożerczynie. – Minerwa stąpała po kruchym lodzie, Albus mógł ją przejrzeć w ułamku sekundy. I był blisko:
– To bliźniaczki ślepo podążały za nim. On może być tym, który stoi za całym terrorem. On może być lordem Voldemortem. By się jednak przekonać, musimy go sprawdzić. – Albus splótł swoje długie palce. Minerwa udała zamyślenie, kontemplację.
– Riddle był słaby, wierzysz, że on mógł rozwinąć się w potwora, który jest bliski całkowitego zastraszenia naszej społeczności? A nawet jeśli masz rację, to po co pragnie się dostać do Hogwartu? Ktoś, kto chce przejąć władzę nad nami na pewno ma większe ambicje niż posada nauczyciela, szczególnie z tobą jako dyrektorem. – to był marny wybieg, mający ją chwilowo chronić, jak postawienie bezbronnego pionka przed żądnym krwi hetmanem.
– Ty tutaj jesteś. – gdy to mówił, Minerwa bez żalu wyobrażała sobie zmiecionego mieczem pionka. Tak, to było zdanie, które mogła odczytać na kilka sposób. Była tu, dlatego Tom też chciał się tu dostać. Była tu, chociaż jej ambicje mogłyby być większe.
– Przeceniasz mnie. – przekrzywiła głowę. Pomyślała, że tak naprawdę to wszyscy popełniają ten sam, inny błąd – nie doceniają jej.
– Żałuję, że nie poświęcałem Riddle'owi więcej uwagi, gdy był tutaj uczniem. – Albus zmienił temat, pewnie dlatego, że przypuszczał, iż podążanie tą ścieżką doprowadzi go do kwestionowania ich więzi, ich relacji, ich… miłości. Dla Minerwy to był sygnał, że zdołała uchronić swojego króla. Teraz należało zaatakować.
– Pomiędzy mną a Atheną, jak mógłbyś znaleźć czas i siły na baczne obserwowanie Riddle'a? – uniosła filiżankę z herbatą do ust, by udać, że nie widzi urazy na jego twarzy.
– Wiem jedno – albo Riddle jest lordem Voldemortem, albo Athena jest lady Voldemort. Przymierze ich dwojga nie ma sensu – nie znosiła go, to zdołałem zauważyć. – Albus skrzyżował defensywnie ręce na piersi. Minerwa miała ochotę zachichotać – właśnie wpadł prosto w jej pułapkę.
– A masz całkowitą pewność? Bo przymierze Atheny z Grindelwaldem też wydawało się niemożliwe. – w duchu mówiła szach–mat. To był koniec tej rozgrywki.
Albus jakby skurczył się w sobie, zupełnie jak dziecko, przyłapane na nieudanej próbie przejęcia kontroli nad lalkowym teatrzykiem. Uważał się za samolubnego manipulatora, ale przecież to było łatwo przyznać. To, co go naprawdę gnębiło to fakt, iż przy całym swoim geniuszu i zdolnościach do przewidywania ludzkich zachowań, nigdy nie odkrył, że jego żona zdradza go z największym wrogiem. Minerwa zaś czuła się w pełni usprawiedliwiona, sięgając po tę słabość – po tym, co utraciła, wierzyła, że ma do tego prawo. Poza tym, przecież nawet raniła go w jego najlepszym interesie – Albus nie mógł podejrzewać Toma, nie kiedy wciąż nie ufał w pełni jej. Bo gdyby odkrył romans Minerwy, gdyby poznał prawdziwą tożsamość lady Voldemort – to zniszczyłoby go już na zawsze.
– Przepraszam. To dla ciebie bolesne, nie powinnam tego przywoływać. Wiem, że Voldemort martwi cię bardziej, niż przyznajesz i jestem wściekła na siebie, że chociaż jestem jedną z tych niewielu osób, które go widziały i przeżyły, nie potrafię go rozpoznać. – Minerwa pochyliła się, by położyć dłoń na jego kolanie w uspokajającym geście.
– Za tydzień się przekonamy. I nie przepraszaj, to wiele dla mnie znaczy, że jesteś tu teraz, ze mną. – dłonią wykonał ruch w kierunku serca, często to robił, gdy myślał o vinculum. Podkreślał, że nie myślał o niej w kategoriach swojej własności. Doceniała to.
– Gdzie indziej miałabym być? Tu jest moje miejsce. Nauczanie jest moim powołaniem. Właściwie, to dzisiaj zaczęłam nowy projekt prowadzenia dodatkowych lekcji dla chętnych uczniów. Luiza wymyśliła nazwę – Gildia Szachów. – czarownica obserwowała jak najpierw jego oczy migoczą szybciej, jak potem mruży je z lekką konsternacją, aż wreszcie jak rozbłyskują prędko, gdy tylko wspomniała imię dziewczynki.
– Nie boisz się, że nauczysz ją zbyt wiele? – wyszeptał, ale nie z oskarżeniem, raczej z ciekawością. Ciekawiło go, czy jej fascynacja tym dzieckiem ma takie same podstawy jak jego.
– Tylko ktoś kto manipuluje, boi się, że zostanie zmanipulowany. Tylko ktoś kto rozumie zdradę, boi się, że będzie zdradzony. Nie mam wrogich intencji wobec Ludwiki. Wierzę, że dzieci nie powinny odpowiadać za grzechy rodziców. – i ta wiara była prawdziwa. Minerwa nigdy nie była czegoś tak pewna jak tego.
– Niewielu by się na to zdobyło. Jesteś naprawdę wyjątkowa, unikatowa i niezwykła, kotku. – Albus wstał, ona również się podniosła. Pieszczotliwe określenie jej nie umknęło. Może Albus na początku tej rozmowy nie ufał jej, ale teraz zaczynał. To był dobry znak. Minerwa nie rozumiała dlaczego, ale pragnęła mieć nie tylko jego serce, ale i jego zaufanie.
– Lecz czuję się taka tylko przy tobie. Proszę, nie wątp we mnie. – złapała go za ręce i w jakiś sposób to był gest bardziej intymny niż jakikolwiek pocałunek, który wymienili. Minerwa czuła się obnażona, prawie bezbronna, prosząc go o to. On czuł się winny, że śmiał ją kwestionować, że zauważyła jego zwątpienie.
– Nigdy. – ściskając jej dłonie, nachylił się i delikatnie pocałował ją w policzek.
Z tym, była pewna, że i z batalii z Tomem Riddle wyjdzie zwycięsko.
Tydzień później, Minerwa krytycznie przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze ponad misą myślodsiewni, w której pływało wspomnienie twarzy dziesięcioletniego Toma Riddle, pewnie pozostawione tu rano przez Albusa.
Dyrektor jeszcze nie wrócił z ministerstwa, a Minerwa chciała być w jego gabinecie wcześniej, choćby po to, by móc przygotować się na to, co bardzo szybko mogło się przerodzić w katastrofę, jeśli którykolwiek z obecnych, czy to Tom, czy Albus, nie zatańczy dokładnie tak, jak ona im zagra.
W lustrze widziała spokojną, prawie eteryczną twarz kobiety pewnej siebie i swoich umiejętności. Wcale nie wyglądała na swoje trzydzieści pięć lat, chociaż naturalnie, perfekcyjny kok ponad karkiem dodawał jej surowości, podobnie jak konserwatywne, nauczycielskie szaty w żałobnym odcieniu czerni. Nie miała na nosie okularów – dzisiaj potrzebowała całej głębi swojego spojrzenia. Jedynym elementem, który nie pasował do jej codziennego wizerunku, były wiszące kolczyki z ogromnymi perłami – ostatni prezent od May. Minerwa miała nadzieję, że Tom zrozumie przekaz.
– Będzie tu za parę minut. – Albus nie powitał jej, po wejściu prędko zdejmując płaszcz i kapelusz oraz wyczarowując drugie krzesło za biurkiem. Minerwa uśmiechnęła się – krzesło było identyczną kopią dyrektorskiego tronu – Albus bardzo rozsądnie upewnił ją, że ma absolutnie równorzędne miejsce po jego prawicy. Rozumiała też jego potrzebę odbycia tego spotkania ponad biurkiem – stanowiło idealną zaporę, a poza tym, Riddle będzie zmuszony zająć miejsce, które zazwyczaj przeznaczone było dla uczniów wzywanych do tego gabinetu po znaczniejszych wybrykach.
Usiedli. Minerwa na moment położyła swoją dłoń na jego ręce. Nie musiała na niego patrzeć, by wyczuć wdzięczność. Zamiast tego zerknęła na Fawkesa – ptak, zupełnie nieporuszony już napiętą atmosferą panującą w pomieszczeniu, grzebał szponami w górce ładnie objedzonych ości.
Riddle był punktualny. Zjawił się dokładnie o ustalonym czasie.
Minerwa i Albus podnieśli się z krzeseł, wpatrując się w mężczyznę, który sprężystym krokiem przemierzył gabinet i stanął przed biurkiem.
Tom wyglądał inaczej. Minerwa studiowała czarną magię na tyle długo i dogłębnie, że szybko powiązała dziwnie woskową strukturę jego rysów z pewnym czarnomagicznym rytuałem. Lord Voldemort pewnie spodziewał się, że Dumbledore będzie chciał potwierdzić, czy Tom Riddle i kreatura, o której wężowym nosie i szkarłatnych oczach już krążyły opowieści, to ta sama osoba. Pozwolił więc, by ktoś na krótki czas (to zależało od rzucającego i przyjmującego czar) wziął na siebie jego okaleczone rysy, zastępując je tym, co miał wcześniej. Minerwa zastanawiała się, czy Dumbledore też wie o czarnej magii tyle, by rozpoznać ten rytuał.
Dylis Derwent westchnęła cicho. Riddle'a można nadal było uznać za przystojnego mężczyznę, może tylko nieco odrobinę zaniedbanego – jego szaty nie były najwyższej jakości, ciemne włosy wyglądały jakby dopiero potargał je wiatr, pod oczami rezydowały cienie, świadczące o nieprzespanych nocach. Był też chudy, ale nie chorobliwie. Ostatecznie jednak promieniował potęgą i pewnością siebie, która mogła sprawić, że kobietom miękły kolana. Jeśli jednak dzisiaj celem Toma było rozbrojenie Minerwy, nie mógł liczyć na powodzenie. Mimo wszystko podziwiała jego opanowanie – nawet nie drgnął na jej widok, zupełnie jakby się jej tutaj spodziewał.
– Dzień dobry, profesorze… albo raczej dyrektorze Dumbledore. – Tom wyciągnął dłoń do Albusa. Błękitnooki czarodziej potrząsnął nią, ale krótko, bo zaraz wskazał na Minerwę:
– Witaj, Tom. Na pewno poznajesz profesor McGonagall.
– Milady. – mężczyzna ujął jej dłoń i złożył na niej zimny pocałunek. Nie czuła nic. Może poza mocniejszą świadomością vinculum.
– Usiądźmy. Napijesz się czegoś, Tom? – Albus musiał wiedzieć, że dawnego Ślizgona irytuje używanie jego imienia, pamiątki po mugolskim ojcu.
– Nie, dziękuję, profesorze. – Riddle siedział na krześle prosto, ale jednocześnie nonszalancko. Jakby był pewien, że tą posadę ma w kieszeni.
– Czemu zatem zawdzięczamy tą przyjemność, Tom? – Albus splótł palce wokół swojej różdżki.
– Wróciłem po to, co kiedyś zostało mi odmówione przez dyrektora Dippeta. Po posadę nauczyciela obrony przed czarną magią. – odpowiedział spokojnie Tom – wpatrywał się w Albusa, póki co Minerwę traktując jak powietrze.
– I dlaczego mielibyśmy powierzyć ci to stanowisko? – Albus idealnie udawał szczere zaciekawienie.
– Odkąd opuściłem szkołę, wiele widziałem i wiele dokonałem. Mógłbym pokazać uczniom rzeczy, jakich nie pokazałby im żaden inny nauczyciel. Eksperymentowałem. Poszerzyłem granice magii bardziej niż ktokolwiek. – Tom tylko trochę uniósł kąciki ust – pewnie przypuszczał jak Minerwę irytuje jego przechwalanie się. Bo doprawdy, czym były jego osiągnięcia w porównaniu z wiedzą i doświadczeniem, jakie ona zgromadziła?
– Niektórych rodzajów magii, Tom. W kwestii innych wciąż pozostajesz ignorantem. – siła jaka promieniowała teraz z vinculum, sprawiła, że Minerwa prawie wstrzymała oddech.
– Usiłowałem znaleźć dowód na poparcie pańskiej tezy, profesorze, że miłość jest najpotężniejszą z magii, ale nie udało mi się. Może jednak mógłbym przekonać się o tym tutaj, w Hogwarcie? – Riddle wysunął podbródek w stronę Minerwy może o centymetr, ale żadnej osobie w gabinecie nie umknęło wyzwanie w jego tonie.
– Wątpię, Tom. Widzisz, do niektórych rodzajów magii trzeba mieć predyspozycje. Podobnie jak do nauczania. Ty jednak jesteś tego świadomy, prawda? Musiałeś się spodziewać, że nie powierzę ci tej posady, a jednak tu przyszedłeś. Dlaczego? – taktyka, która kompletnie nie działała na Minerwę, na Toma podziałała nadzwyczaj dobrze – Riddle nie potrafił opanować odruchu zerknięcia na czarownicę, co nie mogło umknąć Albusowi. I nawet następne słowa dawnego Ślizgona nie mogły zatrzeć strategicznego błędu:
– Zawsze uważałem Hogwart za mój dom, profesorze. Nie mogłem przepuścić okazji, by sprawdzić jak miewa się szkoła. – Riddle rozejrzał się po portretach, kiwając głową Armando i Phineasowi Nigellusowi.
– Cóż, mam nadzieję, iż upewniłeś się, że Hogwart jest w bardzo dobrych rękach, Tom. Ja ze swojej strony nie mam nic do dodania. – Albus rozłożył ręce, ale w jego wykonaniu to nie był gest poddania, czy bezradności, to było podkreślenie swojej wyższości wynikającej z lepszego opanowania magii bez różdżki, ponieważ pomiędzy palcami pojawiły się miniaturowe błękitne iskierki.
– Upewniłem się, że Hogwart jest zarządzany silną ręką, profesorze. Dziękuję za poświęcenie mi czasu. – Tom wstał, zatem i oni się podnieśli. Minerwa postanowiła, że to jest moment, w którym musi utwierdzić swoje zwycięstwo w tym starciu.
– Drogę do bram pan zna, panie Riddle? – aż delektowała się chłodem w swoim głosie.
Źrenice Toma tylko na moment zapłonęły czerwienią. Minerwa przekrzywiła głowę – kolczyki u jej uszu zatrzęsły się. I lord Voldemort zrozumiał. Pewne rzeczy były niewybaczalne.
– Tak. Do widzenia, profesor McGonagall, profesorze Dumbledore. – Tom zdołał się uśmiechnąć, co wyglądało zaiste przerażająco na jego woskowej twarzy.
Drzwi zamknęły się za nim tak delikatnie, że całą tą wizytę można by uznać za wymyśloną. Oni wciąż stali, na moment każde pogrążone w swoich myślach. A potem Albus spojrzał na Minerwę. Tylko nieznacznie wskazała ręką na schody za nimi, pokiwał głową. W milczeniu udali się do prywatnego salonu dyrektora.
Nie zdziwiło jej, gdy wsunął ręce pod jej ramiona, gdy przyciągnął ją do siebie w mocnym uścisku. Objęła go, chowając głowę w zagłębieniu jego ramienia, oferując mu komfort i pociechę, których najwyraźniej potrzebował. Częściowo to rozumiała. Chciał się upewnić, że ona jest tu, że jej serce należy do niego. I wciąż nie był przekonany, czy Tom Riddle to lord Voldemort.
– Dobrze, że to już za nami. – powiedziała, odsuwając się nieco. Poprowadził ją do sofy przed kominkiem. Usiadła mu na kolanach, obejmując prawą ręką jego szyję, lewą zanurzając w jego coraz dłuższej brodzie. Lubiła czuć jego kasztanowe włosy pomiędzy swoimi palcami, na swojej skórze. Znajome pożądanie przywołało rumieniec na jej policzki – to było zdradliwe, ale on uwielbiał, gdy porzucała na moment surową maskę profesor McGonagall.
– Co o nim sądzisz? – nawet gdyby bardzo się postarała, przecież nie mogłaby unikać odpowiedzi na to pytanie w nieskończoność.
– Nie potrafię stwierdzić, czy Riddle jest lordem Voldemortem. Niewątpliwie jednak należy być wobec niego czujnym i nieufnym. Cieszę się, że dałeś mu do zrozumienia, iż nie jest tu mile widziany. – odpowiedziała, a potem nieco spuściła głowę – dla efektu, ale też by nie widział dobrze jej oczu. Mimo wszystko, okłamywanie go było trudne.
– Zostań dzisiaj. Albo pozwól się odprowadzić do swoich komnat. On przybył tu dziś tylko po to, żeby cię zobaczyć. – czarodziej westchnął, sięgając do jej koka, ale potrząsnęła głową – jego palce tylko musnęły jeden z kolczyków.
– I zobaczył, że jestem twoja. – spojrzała w te migoczące błękitne oczy. Widziała, jak unosi brew:
– Ty, Minerwo McGonagall, nie należysz do nikogo, poza sobą. – powiedział to tak, jakby wiedział, że właśnie tych słów potrzebowała. Bo była niezależną panią swojego losu. I prawdopodobnie losu ludzi wokół siebie. Nie była marionetką w dawno spisanym planie przeznaczenia.
– Zatem zostanę dziś. O ile przywołasz kolację. Jestem głodna. – pocałowała go w usta, szybko, tak by pragnął więcej, i zeskoczyła z jego kolan. Podeszła do okna, gdy klasnął w dłonie, przywołując skrzata domowego i informując go, że chcieliby zjeść kolację tutaj.
Pojedyncza, ciemna postać zmierzała ku głównej bramie. Nie obejrzał się. Dokładnie tak jak się spodziewała. Nie musiał. W końcu zostawił tu część siebie.
– Wino? – na to pytanie odwróciła się od okna.
– Masz szkocką? – oblizała wargi, gdy zachichotał.
Kolacja była cudowna. Minerwa rozkoszowała się jedzeniem, palącym smakiem alkoholu i towarzystwem czarodzieja, który poprawiał jej humor samą swoją obecnością. Opowiedziała mu o pierwszym spotkaniu Gildii Szachów – nie czego dokładnie tam uczyła, ale ile osób przyszło, ze wszystkich domów. Nie był zdziwiony – pewnie zakładał, że dodatkowe lekcje prowadzone przez nią będą cieszyć się popularnością. On z kolei poinformował ją o pomyśle, jaki przyszedł mu do głowy, w inspiracji projektem Gildii:
– Chciałbym utworzyć grupę ludzi lojalnych i godnych zaufania, która będzie walczyć z śmierciożercami. Na ministerstwo nie można liczyć, ale ja nie mogę siedzieć z założonymi rękami i patrzeć jak lord Voldemort podbija naszą społeczność. – powiedział Albus. Minerwa uniosła lekko brwi:
– Uważasz, że to będzie aż tak poważny konflikt? Że potrzebna ci będzie osobista armia? – w szachach nie było trzeciej strony. Minerwa nie była pewna, na ile będzie w stanie działać po obu stronach, jednocześnie prowadząc swój własny batalion.
– To nie będzie wojna w starym stylu, w rozumieniu taktycznego rzemiosła prezentowanego przez MacArthura, Minerwo. Prędzej ciągnąca się latami rozgrywka, w której atakuje się znienacka, ale dużo gwałtowniej i boleśniej. Stworzenie dużej armii jest niemożliwością. Nie, myślałem raczej o kilkunastu osobach, z różnych środowisk, gotowych do działania, do przeciwstawienia się terrorowi. – wyjaśnił. Był spostrzegawczy, już zorientował się, że to nie będą otwarte bitwy, jedna za drugą, ale raczej cichy i sukcesywny przewrót.
– Niewiele będzie takich osób. Całkowicie pewnych, prawych, wiernych. I nie chodzi mi o to, że nie byłbyś inspirującym przywódcą, bo jestem pewna, że wielu zaprzedałoby ci duszę bez pytania, ale ile z nich byłoby gotowych znieść maksymalne cierpienie, wszechpotężny ból, narazić swoje rodziny i życie dla czegoś, co często będzie jawić się jako walka z wiatrakami? – zapytała Minerwa.
– Sądzisz, że nie mamy szans tego wygrać? – zaniepokoił się. Ona też – nie przypuszczała, że on tak z góry założy, iż będzie go w tym wspierać.
– Sam powiedziałeś, że ta wojna może trwać latami. – odparowała, ze smutkiem.
– Wojna z Grindelwaldem też trwała lata. I wygraliśmy ją. – sięgnął po jej dłoń, ale zabrała ją ze stołu.
– Tak? Czujesz tą słodycz zwycięstwa, Albusie? Można uznać, że tamtą wojnę wygraliśmy, ale jakim kosztem? – to znów wróciło. Minerwa dawno nie pozwalała temu wypłynąć – już dawno poddała się z negowaniem, że to nie istnieje – bo czuła, że miało zostać z nią już na zawsze. Pustka. Ona wygrywała nawet z ciemnością duszy jej i jasnością duszy Albusa. Ona była rdzą, która przeżerała nawet vinculum.
Nieczęsto pozwalała sobie na taką słabość. Rzadko nie kontrolowała się na tyle, by przestać blokować tą pustkę. A nie pozwoliła mu jej odczuć od tamtych dni po bitwie. I teraz, gdy echo do niego dotarło, widziała jak otwiera szeroko oczy, jak odstawia szklankę drżącą dłonią, jak podnosi się i podchodzi do niej. Machnął ręką, obracając jej krzesło. Siedziała prosto, nieruchomo. Z całej siły powstrzymywała odruch otoczenia dłońmi brzucha w obronnym geście. Patrzyła mu w oczy, bo tę odwagę jeszcze miała.
– Och, kotku. – pochylił się i podniósł ją bez wysiłku, jak zagubione dziecko.
Zaniósł ją do łóżka, rozebrał z szat i ubrał w koszulę nocną. Tak jak wtedy, jakby była porcelanową lalką. Ułożył się obok niej, promieniując ciepłem, które jednak nie mogło jej rozgrzać. Otoczył ją ramionami, w których powinna czuć się szczęśliwa i bezpieczna. Ale nie mogła czuć się kompletna. Szeptał do niej słowa pełne miłości, jakby one mogły załatać rany na jej duszy.
– Kocham cię. Jesteś dla mnie wszystkim. Zawsze będę tu dla ciebie.
Po jej policzku spłynęła łza. Czego miała być wyrazem, Minerwa sama nie wiedziała.
Zmusiła się do odepchnięcia pustki na jej miejsce. Z Albusem chyba było łatwiej to zrobić. Oferował jej wszystko, hojnie i bezinteresownie. I chociaż czerpała z niego od lat te wszystkie pozytywne emocje, w pragnieniu odpędzenia od siebie ciemności, odkąd wróciła do Hogwartu by nauczać, nigdy nie pobierała od niego tego tak wprost. Czuła się źle z tego powodu – bezbronna, odsłonięta. Z Tomem nigdy się tak nie czuła. Ale z Tomem miała wrażenie, że okłamuje samą siebie, że buduje postać, która w środku wcale nie jest taka, jaka wydawała się być lady Voldemort. Z Albusem mogła wierzyć, że jest prawdziwie sobą – Minerwą, kobietą skomplikowaną w każdej możliwej płaszczyźnie.
– Nazwiemy go Zakon Feniksa. – wyszeptała, wiedząc, że on też nie może zasnąć.
– Tak. Podoba mi się. – odgarnął kilka kosmyków włosów z jej twarzy.
– Musi pozostać jednak absolutnie niezależny i niepowiązany z Gildią. – zastrzegła, przysuwając się bardziej do niego.
– Oczywiście. Gildia to twoja domena, nie zamierzam się wtrącać. – mówiąc to, pewnie nie wiedział, jaką ulgę przyniosły jej te słowa.
– Dziękuję, Albusie. Naprawdę. – przekręciła się, by wtulić twarz w jego pierś, by stabilne bicie jego serca pomogło jej zasnąć.
– Wiesz, dla ciebie zrobiłbym wszystko. Wszystko, kotku. – odpowiedział, całując ją delikatnie w czoło.
I zasnęli, wtuleni w siebie, czerpiąc z siebie, wzmacniając się nawzajem, będąc wsparciem, którego przecież potrzebowali.
Kiedy Minerwa obudziła się rano, Albus wciąż spał. Nie było łatwo wyślizgnąć się z jego ramion. Nie chodziło o ryzyko obudzenia go – nie, zawsze gdy zasypiali razem, on spał wyjątkowo mocnym snem. Chodziło raczej o nią samą, o to pragnienie pozostania w jego ramionach na zawsze, o brak konieczności budzenia się wcześnie, by przemknąć w kociej formie przez zamek lub przejść przez kominki połączone wewnętrzną siecią Fiuu.
Dzisiaj była niedziela, nie miała żadnych lekcji, jedynie spotkanie Gildii popołudniu. Było wcześnie. Albus obudzi się za jakąś godzinę, za półtorej zapuka do jej komnat, by odeskortować ją na śniadanie. Miała więc mnóstwo czasu.
Wyszła z sypialni do jego salonu. Nie mogła wrócić do gabinetu, nie o tej porze. Bardzo się starali, by portrety wierzyły w wersję, że ,,to tylko bliska przyjaźń". Jednak tu, w salonie, nawet gdyby się obudził, nie zobaczyłby jak Minerwa otwiera okno, siada na parapecie i zmienia się w majestatycznego jastrzębia.
Lot był satysfakcjonujący. Było coś cudownego w formach animagicznych posiadających zdolność lotu. Machanie własnymi skrzydłami, gdzie to jej własne ciało w pełni kontrolowało szybowanie, stanowiło nawet wspanialsze przeżycie niż latanie na miotle. Wielu mogłoby się kłócić, że miotła to niepodważalny atrybut wiedźmy, ale czy było coś bardziej magicznego niż przemiana animagiczna, nawet ta czarnomagiczna, wymagająca pielęgnowania wewnętrznej chimery?
Wleciała z powrotem do zamku przez dziedziniec transmutacji. Zamieniła się z powrotem w cieniu jednej ze zbroi, z dala od wścibskich olejnych oczu portretów. A potem szybko podbiegła do drzwi, które nagle pojawiły się w ścianie. Z różdżką w ręce, weszła do Pokoju Życzeń.
Odkąd wróciła do Hogwartu jako nauczycielka, prawie tu nie zaglądała – właściwie przychodziła tu tylko gdy potrzebowała którejś z czarnomagicznych ksiąg, zgromadzonych na regałach. To miejsce kojarzyło jej się z Tomem, więc naturalnie kojarzyło jej się z gniewem.
Tak, z furią. W życiu, w którym śmierć kroczyła z Minerwą ramię w ramię, niewiele było osób, których odejście poruszało w niej coś głębszego, coś zakorzenionego w jej duszy. Ale tak było w przypadku May. Bo obie miały świadomość, że gdyby nie bezlitosne morderstwo syna starej monarchini, ta kobieta może pożyłaby dłużej, doczekałaby koronacji swojej wnuczki. Tej, która ma wszelkie narzędzia by kontynuować dziedzictwo Windsorów. Ale też było coś innego. Wraz z odejściem May zabrakło tej jednej, jedynej osoby, która znała wszystkie sekrety Minerwy, która umiała spojrzeć na nią i wiedzieć wszystko – jej strach, jej ból, jej pustkę i prawdę. Zabrakło mugolki, która czytała magię w duszach spotykanych czarodziejów i czarownic. Tom zdradził Minerwę w najgorszym momencie, w najgorszy możliwy sposób, trafiając w punkt, który był więcej niż wrażliwy. Minerwa była pewna, że nigdy mu tego nie wybaczy.
Dokładnie tak, jak przewidziała, Tom nie mógł odwiedzić Hogwartu nie zaglądając tutaj. Dowodem był przedmiot, który zostawił na stoliku. Zostawił dla niej, jako prośbę o wybaczenie.
Diadem Roweny Ravenclaw błyszczał pięknie. Minerwa nie była jednak tak głupia, by go dotknąć, albo, o zgrozo, założyć. Bez względu na to, jak ten potężny artefakt ją fascynował, Minerwa wiedziała, iż to nie jest moment, w którym powinna po niego sięgnąć. Tom powierzył jej swoją duszę. Nie tak po prostu, bezpośrednio, jakby tego pragnął. To go nie wzmacniało, to go osłabiało. Bo gdyby pewnego dnia pojawiła się potrzeba zniszczenia go, jedno konieczne narzędzie już miała.
– To nie jest ten dzień. – powiedziała na głos. Mimo wszystko, była zadowolona. Miała pewność, iż Tom byłby gotów powitać ją z otwartymi ramionami, mimo jej deklaracji lojalności wobec Albusa. I przekazała mu, iż jego działania były niewybaczalne, oraz że na obecnym etapie ich wyścigu, ona już jest o tyle przed nim, że nigdy jej nie dogoni.
Minerwa McGonagall roześmiała się, ale Pokój Życzeń tłumił echo. Jej triumf był podobnie stłumiony. Zagłuszony przez pustkę, nic nie warty z punktu widzenia walki o jej duszę. Może istotny strategicznie – bo Tom nie został w Hogwarcie, tylko jego horkruks. Ale emocjonalnie? Wszystko, co czuła względem Toma było płytkie, sztuczne. Wszystko co czuła względem Albusa było bolesne, zakłamane. Jedyne, co czuła względem siebie, to obojętność.
