A/n
Bardzo się cieszę, że jest jednak ktoś, kto czyta po polsku. Mike, nie masz pojęcia jaką radość sprawiły mi Twoje komentarze. Świadomość, że ktoś gdzieś czyta i być może przeżywa to co ja podczas pisania, jest jednym z powodów dla których piszę.
Jestem wdzięczna każdemu, komu chce się zostawić pod tą moją pisaniną ślad obecności. Mam nadzieję, że osób, które odnajdują w tej lekturze przyjemność jest więcej. :)
W ciągu następnych tygodni, bieg wydarzeń wymazał z moich myśli historię kota Morgany. Obserwowałem Artura, z każdym dniem poznawałem coraz lepiej i choć zdarzało mi się niekiedy rozglądać za mrowiskiem, dostrzegałem w nim niezaprzeczalne dobro, zdecydowanie warte ochrony. Wcześniejsze podejrzenia wydały mi się absurdalne i nie odczuwałem najmniejszej potrzeby, by wracać do tej sprawy. Powróciła sama, w pewne duszne, sierpniowe popołudnie, w czasie, gdy Artur nieformalnie przejął już wszystkie królewskie obowiązki.
Korzystając z wolnej chwili, wybrałem się do znajdującego się za polami treningowymi, niewielkiego zagajnika. Latem często ukrywały się tam dziewczęta (głównie służące), żeby podziwiać trenujących rycerzy i przy okazji objadać się jabłkami z trzech, najwidoczniej z jakiegoś powodu spisanych na straty jabłoni. Nigdy nie zauważyłem, by ogrodnik je pielęgnował, owoców też nikt nie zbierał w żaden zorganizowany sposób. Gwen twierdziła, że to dlatego, że są kwaśne i robaczywe, lecz nie mogłem się z tym zgodzić. Były jednymi z najsłodszych i najbardziej soczystych, jakie kiedykolwiek jadłem. Opinii Gwen nie podzielały również służące z kuchni, które napychały sobie nimi kieszenie fartuchów i bardzo niedyskretnie przekradały się obok rycerzy, zapewne licząc na to, że Gwaine którąś przyłapie i zażąda opłaty za przejście, co, ku powszechnej radości czasami robił.
Teraz jednak nie było ani rycerzy, ani dziewcząt - męcząca pogoda zagoniła wszystkich do przyjemnie chłodnego zamku. Za to nie brakowało jabłek. Zebrałem z ziemi chyba z tuzin i zamierzałem odejść, gdy nagle coś kapnęło mi na głowę. Spojrzałem w górę z nadzieją, że nareszcie zaczyna padać. Choć posiadam zdolność wpływania na pogodę, czekałem na deszcz wraz z innymi, ćwicząc się w cierpliwości i pokorze, w poskramianiu pokusy, by używać swojego daru wszędzie tam, gdzie mogę go użyć i przemocą naginać rzeczywistość do własnej woli. Początkowo, po odkryciu tej umiejętności, zabawiałem się w najlepsze, bezmyślnie igrając z potężnymi siłami. Najczęściej wywoływałem ulewę, gdy Artur wybierał się na polowanie. Na szczęście Gajusz w końcu wbił mi rozum z powrotem na swoje miejsce i to całkiem dosłownie, bo kiedy się w tym połapał, zdzielił mnie książką traktującą o żywiołach, a potem codziennie kazał czytać jeden rozdział, który wieczorem musiałem mu streszczać. Szybko pojąłem, że przesunięcie najmniejszej chmurki może mieć daleko idące konsekwencje i odtąd bardzo rzadko pozwalam sobie na drobne manipulacje w tym zakresie.
Niebo się zachmurzyło, lecz to nie z nieba spadło kilka kolejnych kropli. Wysoko, na gałęzi jednej z jabłoni wisiał martwy kot. Z jego pyszczka sączyła się krew. Przez chwilę stałem jak sparaliżowany, gapiąc się na ten makabryczny widok. Widywałem w życiu straszne rzeczy, robiłem straszne rzeczy, lecz śmierć, bez przerwy łomocząca kosą w bramy Camelotu, nigdy nie stała się dla mnie towarzyszką, do której obecności mógłbym w pełni przywyknąć, którą mógłbym zacząć ignorować. Nawet jeśli chodziło o zwykłego kota.
Powiał nieprzyjemnie ciepły wiatr, drzewa wokół zaszumiały, jakby z niepokojem, a rozświergotane stado szpaków zupełnie umilkło. Uświadomiłem sobie, że wstrzymuję oddech. Zrobiłem dwa kroki do przodu, wyciągnąłem rękę i ostrożnie dotknąłem omszałego pnia. Jabłoń była stara, trochę pochylona, wysoka na około czterdzieści stóp. Dwie pozostałe wyglądały przy niej jak córki. Zresztą może tak było.
Przesunąłem opuszkami palców po długiej bliźnie, pozostawionej przez uderzenie pioruna. Coś złowrogiego przepłynęło przeze mnie, aż wstrząsnął mną dreszcz. Nie potrafiłem określić, czy to jakiś subtelny rodzaj mrocznej magii, czy cień niedawnej, okrutnej śmierci, ale cokolwiek to było, uznałem, że powinienem się temu przyjrzeć. Poza tym trzeba zdjąć tego biednego zwierzaka, żeby ktoś się nie przestraszył, jak kiedyś Gwen. Podobieństwo sytuacji do tej opisanej przez Artura, było wstrząsające. Nawet kolor kota się zgadzał. I czerwony pasek materiału, który zahaczając o gałąź, utworzył na jego szyi zabójczą pętlę.
Położyłem torbę z jabłkami na trawie i zacząłem się wspinać; zręcznie, bez obawy, niemal jakbym wchodził po drabinie. Stopy stawiałem pewnie, bez trudności odnajdując odpowiednio mocne gałęzie. Ciało kota kołysało się nade mną, niczym jakaś potworna zabawka nad dziecięcym łóżeczkiem. Zaciśnięta na jego szyi chustka kłuła w oczy czerwienią. Chciałem zerwać ją jak najszybciej, zabrać stąd tę biedną istotę. Nie może tak wisieć. Gwen znów się przerazi, a Morgana sprawi, że Uther ukaże Artura, choć Artur nie ma z tym nic wspólnego. Morgana nienawidzi Artura. Pragnie go zabić. Trzeba natychmiast zdjąć kota. Ale nie można użyć do tego magii. Nie, absolutnie żadnej magii. Nie ma dróg na skróty. Czy to tylko liście szeleszczą, czy ktoś szepcze moje imię? To jabłoń szepcze. Ponagla.
- Merlinie! - Dobiegający z oddali głos Artura wywołał falę irytacji. Nie teraz. Cholera, nie teraz. - Merlinie! Co ty wyprawiasz!? Zejdź stamtąd!
Sięgnąłem po kota, lecz ledwie musnąłem czubkami palców białą łapkę. Wciąż znajdowałem się trochę za nisko, by móc go swobodnie zdjąć, ale nie byłem pewien wytrzymałości gałęzi, na której musiałbym stanąć. Była dość cienka, a poza tym wyglądała na uschniętą, podobnie jak wiele innych. Z tej perspektywy korona drzewa nie prezentowała się zbyt okazale, ewidentnie toczona przez jakąś chorobę. Co ciekawe, nieliczne zdrowe gałęzie uginały się od dorodnych owoców.
- Merlinie! To rozkaz!
Niechętnie odwróciłem głowę. Artur z zawrotną prędkością przeciął pola treningowe i wpadł pomiędzy drzewa.
- Ogłuchłeś!? Masz w tej chwili stamtąd zejść! - wrzasnął.
- Chcesz, żeby Gwen się na to natknęła? - warknąłem. Kurczowo ściskając lewą dłonią gałąź, stanąłem na palcach, uchwyciłem zimną łapkę kota i pociągnąłem, licząc na to, że gwałtowne szarpnięcie załatwi sprawę. Oczywiście nie załatwiło. Materiał zaczepił się zaskakująco mocno. Albo został przez kogoś zaczepiony - przemknęło mi przez myśl.
- Merlinie! - ryknął Artur. - Rozkazuję ci zejść! Teraz!
- Zdejmę kota i zejdę. Nie ma sensu, żebym go tu zostawił, skoro już wszedłem, prawda?
- Jeśli natychmiast nie zejdziesz, spędzisz tydzień w lochu!
Dotarło do mnie, że Artur nie żartuje. Był autentycznie wściekły. W następnej chwili serce podskoczyło mi do gardła, a kolana ugięły się pode mną i gdybym z całej siły nie przywarł do gałęzi, niechybnie runąłbym na ziemię. Zamrugałem kilkakrotnie, lecz to niczego nie zmieniło. Na miejscu kota wisiało duże, czerwone jabłko. Spojrzałem w dół, by sprawdzić, czy po prostu nie spadł. Pod drzewem leżała tylko moja torba.
Kompletnie oszołomiony, zacząłem powoli schodzić, co okazało się dużo trudniejsze, niż wspinaczka. Pot spływał mi po twarzy, dłonie się ślizgały, a ponad to miałem lekkie zawroty głowy. Artur praktycznie oderwał mnie od drzewa, gdy znalazłem się w zasięgu jego rąk, a kiedy stanąłem na ziemi, obrócił w swoją stronę i mocno potrząsnął.
- Nauczysz się wreszcie robić, co ci każę? - wycedził przez zaciśnięte zęby. Kipiał z furii, lecz jego oczy wyrażały przede wszystkim strach.
- Arturze, co się... - zacząłem, ale urwałem, zdając sobie sprawę, że sam jestem przerażony. Serce łomotało mi w piersi, czułem drżenie każdego, najmniejszego nerwu w ciele. Właśnie wlazłem na drzewo po nieistniejącego, martwego kota. Widziałem go, dotykałem go, a jednak teraz go nie było. To zdecydowana przesada, nawet jak na moje standardy.
- Nie chcę cię tu więcej widzieć! Jeśli dowiem się, że się tu plączesz, poniesiesz konsekwencje! - Zacisnął dłonie na moich ramionach tak mocno, że zabolało. - Czy to jest jasne?
- Arturze... Dlaczego? O co chodzi? - wykrztusiłem w końcu.
- Nie twoja rzecz. Zrozumiałeś, co powiedziałem? Masz się trzymać z dala od tego drzewa!
- Nie wiedziałem, że nie wolno tam wchodzić - odparłem cicho.
- Zamknij się - rzucił gniewnie Artur i ciągnąc mnie za sobą, ruszył w stronę zamku. Musiałem biec, by dotrzymać mu kroku, a kiedy poprosiłem, żeby mnie puścił i pozwolił wrócić po torbę, znów kazał mi się zamknąć.
Dzwon alarmowy w mojej głowie rozbrzmiewał donośnie, niczym w rześkim powietrzu zaraz po deszczu. Artur zachowywał się w tak przykry sposób, gdy działo się coś niedobrego, z czym - jak sądził - musiał mierzyć się samotnie. Przez większość czasu odnosił się do mnie z tą swoją szorstką serdecznością, w niepozornych gestach wyrażając szczerą sympatię i przywiązanie. Doskonale wiedziałem, choć nie zawsze chciałem zauważać, że uznaje mnie za przyjaciela, co z powodu narzuconej nam przez społeczne normy różnicy statusu, było niezmiernie trudne. Żeby być zupełnie uczciwym, Artur rzadko realnie demonstrował wobec mnie swą uprzywilejowaną pozycję. Na zwyczajowe docinki i obelgi wolno mi było odpowiadać, miałem prawo mówić i robić rzeczy, o których szlachta bałaby się śnić. Szybko zorientowałem się, że Artur przyjmuje źle rozumianą, królewską postawę w chwilach największej bezbronności, że odtrącanie, pozorne przywracanie dystansu jest widocznym przejawem lęku. Nauki ojca tkwiły w nim głęboko i nie potrafił postępować inaczej. Nie odwracanie się od niego i nie pozostawianie go na pastwę własnych, pogmatwanych uczuć, choć nie łatwe w obliczu gwałtownego, niekiedy przybierającego brutalne formy oporu, ostatecznie przynosiło pozytywne rezultaty.
Artur puścił mnie dopiero w zamku. Uspokoił się wyraźnie, wyglądał na wręcz zamyślonego.
- Zajmij się czymś pożytecznym - powiedział surowym tonem i odszedł szybko, jakby nagle przypomniał sobie o jakiejś pilnej sprawie.
Następną godzinę spędziłem na przygotowywaniu dwóch dość złożonych lekarstw. Gajusz wyjechał na parę dni do pobliskiej wioski, której mieszkańcy zmagali się z trudną do opanowania chorobą żołądka, więc przejąłem część jego obowiązków. Jedną recepturę znałem na pamięć, z drugą miałem do czynienia pierwszy raz. Odczytywanie zapisków Gajusza wymagało nie lada wysiłku, bo posługiwał się skrótami pochodzącymi z trzech języków, za co go teraz bez skrępowania skląłem. Ogarniało mnie przygnębienie przemieszane z gryzącym niepokojem. Raz po raz analizowałem całe zajście, powracałem myślą do opowiedzianej przed laty przez Artura historii. Związek pomiędzy jednym, a drugim był oczywisty, lecz zrozumienie sensu obu zdarzeń pozostawało poza zasięgiem. Czy Artur widział to co ja? Czy zna naturę owego dziwacznego zjawiska? Narastało we mnie przekonanie, że to właśnie na tym drzewie Gwen znalazła kota. Pragnąłem porozmawiać z Gajuszem. Miałem nadzieję, że przyczyną choroby w wiosce okaże się być jakaś błahostka i będzie mógł jutro wrócić.
Lekko uchylone drzwi otworzyły się na całą szerokość z głośnym skrzypnięciem i pojawiła się w nich olbrzymia postać.
- Ooo, jesteś - ucieszył się Percival.
- Chodź - mruknąłem, umieszczając kociołek nad ogniem. Percival wszedł, zamknął drzwi i rozejrzał się po komnacie.
- Jak masz dużo roboty, możemy sobie dziś odpuścić - powiedział.
- Nie będziemy sobie niczego odpuszczać - odparłem, przywołując uśmiech. Ucieszyło mnie jego przyjście. Uczyłem go czytania i pisania i te lekcje sprawiały mi sporą radość. Trzeba przyznać, że Percival był bardzo sympatycznym i pojętnym uczniem. Rzędy liter, które go początkowo przerażały, szybko zaczął składać w słowa i zdania płynniej, niż niejeden szlachetnie urodzony. Nie byłem w stanie nic poradzić na to, że czułem złośliwą satysfakcję, gdy podczas posiedzeń rady Agravaine czytał coś na głos. Pisanie nastręczało Percivalowi większych trudności, ale i w tym powoli robił postępy.
Umyłem ręce, przetarłem stół i nie spuszczając oka z kociołka, zacząłem przygotowywać potrzebne przybory. Niespokojne myśli przycichły nieco, wewnętrzne rozdygotanie ustępowało.
- Ciekawą rzecz widziałem - odezwał się Percival. - Wycinają tę największą jabłoń... Wiesz... z tych za polami treningowymi. Sam Artur tam stoi, ludzi pilnuje... Taki jakiś podenerwowany mi się wydawał.
- Pewnie przez pogodę - odpowiedziałem szybko.
- Może i tak. Ale tej jabłonki trochę szkoda. Dobre owoce z niej były.
- Wcale nie szkoda - powiedziałem. Zaskoczył mnie własny, napastliwy ton i fala odrazy, jaka zalała mnie na samo wspomnienie nieszczęsnego drzewa. - Jakaś choroba ją zżera. Lepiej wyciąć, żeby nie zaraziła pozostałych - dodałem, już spokojniej. W mojej wyobraźni martwy, czarny kot przeistoczył się w dorodne, czerwone jabłko. W duchu byłem wdzięczny samemu sobie za to, że nie chciało mi się przygotować sobie obiadu.
