The King of Kings
Narodziny legendy
1 Rozdział
Narodziny zbawcy
" Mój ojciec był wielkim człowiekiem dla którego liczyły się trzy wartości wiara, honor i rodzina. Wybrany przez Stwórcę na prawowitego króla Thedas, (Króla królów)." Właśnie on zjednoczył wszystkie rasy przeciw wielkiemu złu."
- Keran o swoim ojcu.
W zachodnim Fereldenie wyżynną drogą, między Górami Mroźnego Grzbietu, a jeziorem Calenhad jechał orszak. Na czele orszaku jechał żołnierzy, trzymający chorągiew rodu Cousland odziany w stalową zbroję kolczą, uzbrojony w stalowy długi miecz. Sztandar przedstawiał koronę z laurów na błękitnym tle, był to od ponad pięciuset lat symbol tej rodziny, której rodowa siedzibą było Wysokoże. Natomiast za chorążym jechali inni żołnierze oraz rycerze. Żołnierze byli odziani w pancerze kolcze z stali oraz uzbrojeni w rochity, długie fereldeńskie miecze z podwójnym szerokim zbroczem okrągłym jelcem, jasno niebieską rękojeścią (była to standardowa fereldeńska rękojeść) i mieli też trójkątną tarczę z cisu obszyta skórą, a na ich symbol Couslandów. Zaś rycerze wyposażeni byli w płytowe stalowe zbroje, natomiast orężem ich długie ciężkie lance, długie fereldeńskie miecze z jelcem przedstawiający trzy liście jeden po prawej drugi po lewej a trzeci pośrodku, rękojeścią z owijką, która była przeplatana na przemian i głowicą w kształcie tulipanu, razem tworzyły newarrską rękojeść. Dodatkowo jako osłonę mieli małe stalowe tarcze z laurami seniora a pośrodku herb swoich rodów. Cała drużyna liczyła trzydziestu dwóch ludzi, czyli pięciu rycerz plus ich dowódca i piętnastu zbrojnych każdy z nich dosiadał fereldeńskiego konia tylko jednak rumaki herbowych miały opancerzenie wszyscy reprezentowali się bardzo dostojnie pokazując majestat rodu Cousland. Orszak był podzielony na dwie części na przedzie jechał chorąży z piętnastoma zbrojnymi i ternem, druga część chroniła karety było to pięciu rycerzy i dziesięciu zbrojonych. Panem ich był Tern Bryce Aedan Cousland był szesnastym ternem Wysokoża, miał 36 lat, był on wysokim dobrze zbudowanym mężczyzną o brązowych oczach i czarnych gęstych krótko ściętych włosach starannie ułożonych. Lord był odziany w ciężką kolczą zbroję z srebrytu, płaszczy ze znakiem swego rodu, orężem zaś długi rodowy miecz z veridium i stalowa tarcza z herbem Wysokoża przypięta do pięknego białego konia fereldeńskiego. Piękną a zarazem skromna karetą z wymalowanymi laurami po obu stronach zaprzęgnięty w cztery białe konie jechała rodzina terna. W środku karety znajdowała się Terna Eleonora miała ona ciemne blond włosy zaplecione w warkocze i ułożone w dwa dole koki jasno złote oczy oraz jej sylwetka, była zazwyczaj smukła i zgrabna, ale jej brzuch był nieco wypukły, ponieważ spodziewała się narodzin dziecka. We wnętrzu znajdowała się jeszcze dwójka dzieci Terna i Terny Fergus i Marion. Fergus miał siedem lat, po ojcu odziedziczył wyglądu i brązowe oczy włosy zaś odziedziczył po matce, jego rodzice mówili, że jest bardzo psotnym dzieckiem. Marion natomiast była spokojna zawsze starająca się zachować w towarzystwie była inteligentna jak na swój wiek, a liczyła tylko 5 wiosen wyglądem przypominała swoją matkę ciemno jasne włosy ta sama mimika twarzy tylko oczy miała po ojcu. Cała trójka odziana była w proste, ale zarazem dostoje stroje. Eleonora miała na sobie piękną niebieską sukienkę z wyhaftowanymi na rękawach liśćmi laurów biała nicią, suknia podkreślała jej stan jak i jej piersi, na nogach miała szare buty z płaskim obcasem. Fergus był ubrany w błękitny dublet z wyszytym srebrną nicią herbem rodu Cousland, zaś buty były praktyczne typowe dla fereldena z czarnej skóry i obszyte w środku wełna chroniąc przed zimnem. Marion nosiła czarno czerwona suknię z złotym haftem na rękach przedstawiający podobny wzór jak u jej matki, nogi miała odziane w piękne ciemno żółte buty z na krótkim obcasie. W karecie jechał a też położna a zarazem dwórka terny była około wieku 45 lat smukła z spokojnym wyrazem twarzy, miała na swoich brązowych włosach już oznaki siwienia, a jej oczy były koloru zielonego miała na imię Eowina. Ubrana w żółto-szara suknie z lnu. Orszak jechał szlakiem imperialnym trzymając formację dwu linii, czyli każdy wojownik miał po swojej bądź lewej stronie. Wzdłuż obu stron drogi rozciągał się las pokryty lekkim śnieżnym puchem. Sosny wyglądały pięknie o zimowej porze roku terna wraz z dziećmi obserwowała z okna karety ten krajobraz. Jeśli dobrze, by się przejrzeć można, było dostrzec Jezioro Calenhad. Marion przybliżyła się do swojej matki przytuliła się, a Eleonora objęła ja jedną ręką i spytała - Co się stało kochanie?
- Nic tylko zastanawiam się czy będę miała braciszka czy siostrzyczkę? - spytała z lekkim zawstydzeniem, po czym dodała - Ponieważ wolałabym siostrzyczkę.
- Lepiej żeby to był chłopiec, - ciągnął Fergus - gdyż nasz ojciec potrzebuje więcej męskich potomków.
Marion patrzyła na matkę z smutnymi oczami.
- Poza tym chłopcy są silniejsi i stworzeni do rządzenia.
- Niekoniecznie Fergusie kobiety też mogą być silne np. Terna Elethea, która walczyła z Calenhadem Wielkim, a potem stała się jego najwierniejszym wasalem. - odezwał się głos, który podjechał do prawej strony karocy.
Terna spojrzała przez okno i ujrzała swojego męża Bryca. Uśmiechnęła się i podała mu czule prawą rękę na powitanie. Bardzo kochała męża i wiedziała, że on ją też mimo ich zaaranżowanego małżeństwa. Dała mu w końcu dwójkę wspaniałych dzieci, a trzecie już było w drodze.
- Jak się czujesz ukochana czy nasz maluch nadal daje ci się w znaki? - tern zapytał z troską w oczach.
Eleonora pogładziła brzuch i odpowiedziała z serdecznym uśmiechem - Obecnie nie. - ciągnęła - Jestem raczej przyznać Fergusowi rację, ponieważ ma ok ich mocno kopię i czuję, że to może być syn.
- Skoro tak mówisz to musi, być prawda. - powiedział z uśmiechem i dodał - W końcu byłaś pewna, co do tej dwójki i oczywiście miałaś rację.
- Właśnie i widać nauczyłeś się, że nie należy kwestionować intuicji matki, po tym jak przegrałeś zakład związanego z Marion. - Eleonora powiedziała to złośliwym uśmiechem.
Bryce skrzywił się chcąc coś odpowiedzieć ale pomyślał "Lepiej nie ryzykować, ponieważ ona jest mistrzynią retoryki, więc przegram z kretesem." potem spojrzał w niebo "Stwórco w co ja się wpakowałem.". Następnie podniósł wzrok na ternę i ich dzieci "Ale myślę że było warto." pomyślał.
- O zachodzie słońca powinniśmy dotrzeć do powinniśmy dotrzeć do wioski zwanej Dracohille. - oznajmił Bryce poważnym tonem.
- Rozumiem kochany, ale wyczuwam że coś cię trapi. - powiedziała Eleonora z troską w głosie.
- Spokojnie to tylko ostrożność jeszcze z czasów wojny która mi została. - tern uspokoił swojom żonę. Terna spojrzała, poczym skinęła głowę. Tern jednak wyczuwał jakieś niebezpieczeństwo, które może wkrótce się pojawić, a jego instynkt rzadko go zawodził. Spioł więc konia, po czym pojechał w przud i dołączył do żołnierzy na początku orszaku. Jechali tak spokojnie jeszcze przez godzinę, tuż przed mostem nagle tern Cousland stanął i wydał rozkaz - Wszyscy staaać! - rozglądał się po swojej lewej, potem po prawej stronie.
- Co się stało mój panie? - zapytał żołnierz za ternem.
Bryce pokazał wszystkim, że mają być cicho, chwilę odczekał by wysłuchać w odgłosy lasu, było cicho aż za cicho, wtedy krzyknął - Wszyscy na pozycję! - ciągnął - Utworzyć podwójny kordon wokół karety! Już, już!
Wojowie terna posłuszni wykonali rozkaz, zaczeli otaczać karocę tworząc podwójny owalny okrąg. Dwa drzewa przed mostem runęły na ziemię i tak sama na tyłach orszaku blokują tym samym obie drogi. Powoli za drzew zaczęło się wyłaniać dziwne stwory o szarej skórze zdeformowanej twarzy ostrych kłach i czarnych jak noc oczach. Odziane były w czarne na pierwszy rzut oka niechlujne zbroje, hełmy, które u niektórych z tych potworów zasłaniały ich obliczę, na rękach mieli żelazne rękawice i nogi ich były okute pancernymi butami. Uzbrojenie tych potworów wyglądało dość groźnie, włócznie był pofalowane stworzone do zadawania ran kłutych lub zakrzywione przeznaczone do rąbania. Miecze ich idealnie nadawały się do rąbania gdyż miały zakrzywiony na tasakowaty kształt tak samo topory tyle, że u tych ostrza wyglądały na dość zniekształcone. Buzdygan i maczugi natomiast były proste tylko, że u pierwszych zakończenie było w kształcie kuli nabitej kolcami, a maczugi wyposażone w haki oraz ostrza. Tarcze miały kształt wypukłego krzyża, niechlujnego okręgu lub wyżłobionego półksiężyca. Każdy z tych stworzeń wydawało przeraźliwy ryk, szczerząc swoje ostre kły i wymachując orężem nad głową. Następnie potwory sformowały szyk zdając sobie sprawę, że zasadzka się nie udała, ruszając do wściekłego ataku z obu stron. Tymczasem widząc co się dzieje Bryce rozkazał - Ser Rolandzie obejmiesz dowodzenie na lewej stronie karety.
- Zgodnie z rozkazem mój ternie. - odpowiedział rycerz. Potem pojechał na lewą flankę karety.
- Pierwszy szereg gotować się szarży - rozkazał władca Wysokaża. Pierwszą linię stanowili zbrojni żołnierze a zaniki pięciu dobrze wyszkolonych rycerzy. Lewą stroną karety, którą dowodził ser Roland ustawiła się w trzech liniach. Pierwszy szereg liczył pięciu żołnierzy, za nimi stało czterech zbrojnych, a na końcu sześciu wojowników. Kiedy wróg żądza nacierać tern Bryce uniósł swój miecz ku niebu i krzyknął - Bez litości! Do szarży!
Wtedy pierwsza linia prawej z strony utworzyła szyk klinowy
- Pierwsza linia! Wyciąć wroga - dla sygnał dowodzący druga stroną obrońców Roland.
Zaczęła się potyczka, po prawej tern prowadził swoich ludzi do ataku, zaś na lewej flance Roland stał i obserwował gotowy posłać kolejnych ludzi do wsparcia. Obie linie utworzyły szyk klinowy, wpadając na wroga z potężnym impetem przynajmniej na pozycjach Terna. Strona Rolanda miała lekkie kłopoty z powodu przewagi terenu, którą miał przeciwnik, awangarda nie była tak silna i wywiązała się wkrótce walka wręcz.
- Drugi szereg dwójkami na lewą i prawą flankę wroga i szarża! - rozkazał rycerz dowódca i dodał - jeśli straty będą dyrze przegrupować się z ocalałymi i atak na oba skrzydła wroga.
Czwórka rycerzy wykonała rozkaz wzorowo tymczasem w centrum były straty jeden z żołnierzy został stracony z konia i brutalnie zaszlachtowany, drugiemu wliczania przebiła gardło a trzeciego ściągnięto z wierzchowca i porąbano na części. Wtedy ocalała trójka wykonała taktyczny odwrót, Roland w tym czasie obmyślał kolejne działanie.
- Jeźdźcy z konia i formować ścianę tarcz! - krzyknął i dodał - czterech do przodu, dwóch z tyłu i gotówce łuki oraz strzały.
Żołnierze posłusznie wykonali rozkaz miło przerażenia uformowali szyk gotowi bronić na śmierć dostępu do karety. Potwory się zbliżały i były żądne krwi wtedy Roland krzyknął - Teraz! - i obrzucili wroga włóczniami a łucznicy z tyłu szyli nieprzerwanie z łuku. Stwory dotarły do tarczowników i wywiązała się walka. Przeciwnik napierał mocno próbując złamać obrońców, Roland walczył najmerzniej swoim dworecznym mieczem fereldeńskim zbijał jednego stwora po drugim. Zrobił potężny zamach i trzy potwory zostały pozbawione głowy. Spostrzegł się i wykonał szybki blok z boku, po czym
Przeszedł z obrony do pchnięcia zanurzając ostrze w lewej piersi wroga. Kolejny potwór wykonał cięcie z góry, które na nieszczęście potwora zostało sparowane że ostrze się ześlizgnęło i rycerz wykonał cięcie z nad głowy przepoławiając stwora na pół. Jednak wrogów było zbyt wielu, a piechota była coraz bardziej przytłoczona, ale nagle za skrzydłach pojawili się ocalali jeźdźcy i uderzyli na potwory. Jazda atakowała i uciekała po czym znowu nacierała, zadając przeciwnikom duże straty. Piechota natomiast oddychała skutecznie wroga, uderzając tarczami oraz buławami, tnąc, kując mieczami i sztyletami, rąbiąc potwory toporami. Stwory widząc że ich atak nic nie daje odstąpiły jednak dowódca rycerzy tylko na to czekał i krzyknął - Naprzód bracia! Wyciąć ich w pień!
Żołnierze zaatakowali ze zdwojoną siłą zabijając jednego potwora za drugim, spychając wrogie siły z powrotem w góry. Tymczasem n na prawej stronie karety sprawy wyglądały trochę podobnie. Na początku walki awangarda przyniosła zamierzony skutek, tern Bryce cioł wrogów jednego po drugim. Pierwszego zabił płynnym ciosem w głowę, drugiego pokonał cię ciem z dołu, trzeciemu wbił klingę w kark gdy umykał czwartego ciosem z młynka a zarazem piątego cięciem skośnym. Impet szarży zaczął słabnąć i powstawały teraz luki, potwory korzystały z okazji, by przedrzeć się w stronę karety. Kiedy pierwsza linia szarżowała rycerze, którzy zostali zabijali te stwory przegapione przez zbrojnych konnych i nacierające na ich pozycje. Herbowni zsiedli ze swoich wierzchowców dobyli broni białej i ruszyli wolnym krokiem w stronę potworów. Zabijali ich szybko nie oddalając się od karety. Tern widząc że jego rycerze skutecznie bronią jego rodzinę mógł w pełni się skupić na wrogu przed nim. Jednak nie wyglądała za dobrze, zauważył że stracił czterech wojów w tym chorążego, jeden z żołnierzy uchronił sztandar przed upadkiem. Tern zdając sobie sprawę z tego, że atak zaczyna grzęznąć w liczbie wrogów.
- Jazda! Wycofać się na pozycję! Już, już! - krzyknął Bryce do swoich ludzi, po czym zaczął ruszać w stronę karety tak samo konni żołnierze. Wróciwszy na swoje pozycje tworząc szyk liniowy czekając na dalsze rozkazy. Bryce widząc że siły wroga sowy idą do natarciem zwrócił się do swoich wojowników - Przygotujmy bracia czas wysłać te plugawe bestie w otchłań.
Rozbrzmiały okrzyki potem tern wydał rozkaz - Z koni! Formować mur tarcz.
Żołnierze i rycerze posłusznie sformowali mur składający się z dwóch linii. Pierwszy szereg klęknął i zastawił się tarczami a drugi szereg stał za zasłoną swoich tarcz na flankach stali rycerze by nie pozwoli potworom przejść. Potwory uderzyli szybko lecz ich atak się rozbił o tarcze ludzi jak fala o skałę. Tern zachęcał swoich wojowników - Dalej dzielni moi wojowie! Pokażcie tym paskudnym bękartom że nie tak łatwo pokonać Couslandów i ich rycerzy.
Żołnierze i rycerze zmotywowani słowami Terna zaczęli urządzać potworom intna rzeźnię. Bestie widząc że nie mają szans cofnęły się lecz kilka zdołało się prześlizgnąć na ich nieszczęście pan Wysokoża spostrzegł ich. Dwóch się zastawili, Bryce nie marnował czasu, jednemu rozpłatał łeb a drugiego przebił mieczem na wylot. Pozostali próbowali dostać się do karety, ale kiedy otworzyli drzwi młody Fergus wypadł na jednego z sztyletem wbijając go w głowę napastnika drugi został wyeliminowany przez jego ojca który odrąbał bestii głowę.
- Zuch chłopak. - pochwalił syna z dumą w oczach i dodał - Wracaj teraz do środka i strzeż matki, siostry i reszty.
Fergus posłusznie wykonał polecenie ojca i wszedł do karety zamykając drzwi. Bryce skierował się w stronę gdzie toczyła się walka i zauważył że siły wroga się przegrupowują, tak samo było za stronie ser Rolanda. Kiedy obie strony karety szykowały się do odparcia kolejnego ataku, wtedy wszędzie rozbrzmiał potężny ryk. Bryce spojrzał w niebo i ujrzał wielkiego smoka. Smok był naprawdę duży, tak niczym dwie długie stodoły postawione na sobie. Miał złote łuski, szpony wielkie, że mógłby złapać cztery woły. Kolce na głowie latającego gada były ułożone jak korona, długi pysk z ostrymi jak brzytwa zębami, a skrzydła wyglądały jak u ptaka. Tern myśląc, że to już koniec pochylił głowę i zmawiał cicho modlitwę, ale wtedy ogień smoka zaczął spopielać potwory które salwowaly się ucieczką lecz na próżno. Smoczy ogień zabił wszystkie bestie zmieniając je w kupkę popiołu poczym smok odleciał w stronę gór. Widząc to Bryce i Roland jak i reszta orszaku nie mogli pojąć co właśnie się stało, wtedy nagle rozbrzmiał kobiecy krzyk. Bryce spojrzał w kierunku karety, po czym natychmiast tam pobiegł w tą stronę, ze strachem w oczach, by zobaczyć co się stało. Kiedy otworzył drzwi powozu i wszedł do środka zobaczył, że Eleonora zaczyna rodzić. Położna spojrzała na Terna i powiedziała - Musimy przenieść Terne nad jezioro by mieć dostęp do wody.
Bryce wziął swoją żonę delikatnie na ręce i wyszedł z karety i zawołał - Rolandzie zbierz wszystkich rycerzy, idziecie ze mną. - ciągnął - Sierżancie Calum zabierz żołnierzy i odblokujcie drogę oraz strzeżcie moich dzieci.
Obaj skinęła głowami i przystąpili do wykonywania rozkazów. Tern wraz z Terną oraz rycerzami, a także ze akuszerką ruszyli w stronę jeziora. Słychać było krążki Eleonory, ale mimo to widzieli jak smok spalił te dziwne stwory, że zostały jedynie lekko roztopione pancerze, a gdzie nie gdzie było widać dalej lekko płonący ogień. Minęli jeszcze kilka drzew i dotarli nad brzeg jeziora Calenhad.
- Dobrze połóż Terne na tych kocach które właśnie rozkładam. - powiedziała stanowczo położna rozkładając koce. Tern wykonał polecenie i ostrożnie położył żonę na posłaniu.
- Ser Rolandzie nabierz wody w hełm i podgrzej ją na tamtym ogniu potem przynieś ją do mnie. - powiedziała Eowina z spokojem. Rycerz wykonał polecenie zdjąć hełm zaczerpnął wody i ruszył w stronę ognia. Reszta herbowych stała na straży w gotowości chronić dwójkę Couslandów.
- Aaaaaa! Hu, hi, hi, hu. Aaaaaa! - krzyczała Eleonora próbując oddychać.
Bryce klęczał obok niej trzymając ją za rękę i mówiąc - Jeszcze trochę kochana. Poradzisz sobie.
Eleonora spojrzała groźnie na męża, przez co on sam lekko odchylił głowę, a na czole pojawiły się krople potu z lekkiego strachu. Eowina spojrzała na małżeństwo z lekkim rozbawieniem, wtedy znów Terna zaczęła krzyczeć, położna spojrzała jej między nogi i powiedziała - Naprawdę jeszcze trochę moja pani. - ciągnęła - Widać już główkę dziecka.
Eleonora zebrała wszystkie siły i krzyknęła - Aaaaaa! Hi, hi, huu. Aaaaaa! - wtedy dwórka wzięła dziecko w ramiona, ale coś było nie tak. Dziecko nie krzyczało ani się nie ruszało.
- Co się stało Eowino? Czemu nie słyszę mojego dziecka? - spytała terna z strachem.
- Przykro mi wasze lordowskie mości, ale dziecko jest martwe. Powiedziała położna z łzami w oczach i dodała - To chłopiec.
Bryce wziął niemowlę w ręce wtedy zjawił się Roland gorącą wodę i ujrzał że jego suwerenni są w rozpaczy. Rycerz podszedł do swego terna i ujżał martwe niemowlę "Stwórco dlaczego odebrałeś nam tę chwilę radości portal ciężkiej i wyczerpującej walce?" pomyślał. Wtedy w jego głowie zabrzmiał głos "Zdejmij swoją peleryne, poczym zamocz ją w wodzie z hełmu, a następnie owiń niemowlę w płaszcz na końcu zanurz dziecko dalej owinięte w jeziorze. " głos ciągnął "Kiedy to zrobisz oddasz dziecko rodzicom, a potem powiesz jego ojcu by stanik na klifie z dzieckiem.". Roland nie wiedział czyj to głos, ale postanowił mu zaufać. Zdioł swój rycerski płaszczu zanurzył go w hełmie, podszedł do swego pana i pani i poprosił - Mój lordzie proszę, daj mi to dziecko wierzę że można je uratować.
- O czym ty mówisz nie widzisz jest martwe nic już niemożna zrobić. - mówił to płacząc. Wtedy Eleonora słysząc co powiedział rycerz chwyciła męża za ramię i powiedziała - Proszę podaj nasze dziecko Rolandowi, - ciągnęła z łzami w oczach - jeśli istnieje choć cień szansy niech to zrobi.
Bryce choć niechętnie dał swego syna swojemu rycerzowi. Roland wzioł niemowlę położył płaszcz na ziemię odwinol dziecko z szaty i zawinął je w swój płaszcz. Powiedział cicho - Stwórco niech to pomoże. - potem wstał i zaczął iść w kierunku jeziora. Sama nad przebiegiem wzioł wdech poczym wszedł do wody, zamknął oczy i wznusł ku niebu, prawą rękę położył na maleńkiej główce dziecka, następnie powoli zaniżył niemowlę w jeziorze. Stał tak kilka minut, nagle poczuł ruch wyją dziecię z wody odsłonił twarz chłopczyka i wtedy rozbrzmiał płacz. Eleonora spojrzała pokazała z niedowierzaniem tak samo jej mąż "Dziękuję ci Stwórco" pomyśleli oboje. Roland wyszedł z wody delikatnie oddając niemowlę w ręce terny.
- Dziękuję ci ser Rolandzie. - powiedziała z łzami w oczach i radosnym uśmiechem.
- I ja ci dziękuję mój przyjacielu - powiedział z szacunkiem i radością tern Bryce.
- Mój panie proszę byś wziął dziecko i stanął z nim na tamtym klifie - powiedział wskazując kliw na prawo od nich, poczym dodał - oraz wzniusł niemowlę ku niebu prosząc Stwórcę by twego syna pobogosławił.
Tern zszokowany zastanawiał się nad słowami swojego rycerza, ale postanowił mu zaufać. Wziął syna w ramiona i poszedł nad klif . Stanął nad jeziorem i wzniusł swoje dziecko ku niebu.
- Stwórco proszę pobogosław mego syna, chroń go od złego, stań się jego opoką. - prosił z pokorą i dodał - Jeśli jest to twoją wolą uczyń tego chłopca swym narzędziem, by wypełniał twoje polecenia.
Wtedy chmury na niebie zaczęły wirować i tworząc jasny wir światła. Z światła wydobył się głos potężny, a zarazem ciepły - Słyszę twoją prośbę Bryce Adenie Couslandzie. - głos ciągnął - To ja powiedziałem twemu rycerzowi co ma zrobić bo dzięki temu obmył się z grzechu przodków jak niegdyś czynili to twoi przodkowie.
Bryce nie wiedział czy śni tak samo było z jego żoną oraz rycerzami.
- Uczynię z tego chłopca swoje narzędzie którym pokonam sługi mrocznego Stworzyciela Malgoroka. - powiedział Stwórca i dodał - Uczynię go władcą Alamarii, to od niego wyjdą nowi królowie Thedas. W ręce jego wydam wrogów jego królestwa. Tak się stanie a jego potomkowie będą panować do dnia ostatecznego.
Wszyscy byli oszołomieni słowami Boga.
- Dam mu moc zjednywania sobie serc wszystkich ras na Thedas oraz przywróce mu zdolności jego przodków. - skończywszy to zdanie z gór nadleciał smok. Był to ten sam który ocalił ich przed potworami kiedy jechali szlakiem imperialnym.
Smok wylądował przyjrzał się ternowi trzymającego swego syna, a następnie polorzylcos na ziemi, poczym głos Stwórcy zabrzmiał - Nie bój się Bryce, podejdź do tego stworzenia z dzieckiem.
Tern z lekkim zawachaniem wypełnił polecenie Stwórcy. Podszedł powoli stawiając ostrożnie kroki i nie tracąc czujności. Eleonora przyglądała się temu z strachem jak jej mąż podchodzi do złotego latającego gada, podobnie Roland gotowy ruszyć swemu panu z pomocą. Smok spojrzał na Bryca, kiedy ten stanął przed nim. Zmierzył wzrokiem, poczym przeniósł wzrok na niemowlę. Majestatyczne stworzenie zamknęło oczy i ukłoniło się, a następnie odwróciło i odleciało. Bryce był zszokowany, tym co właśnie zobaczył po chwili się otrząsną i ujżał białe jajo. Nie było jednak to takie jajo jakie widział w księgach wyglądało jak owalny kamień pokryty nieskazitelnymi białymi łuskami.
- Podnieś to jajo mój Ternie bo jest ono przeznaczone dla twego najmłodszego syna którego wybrałem. - powiedział Stwórca i dodał - Smok wykluje się dopiero kiedy chłopak będzie gotowy.
Bryce podniósł jajo wtedy wszystko się uspokoiło i było tak jakby nic się nie wydarzyło. Wtedy tern poczuł podmuch wiatru i usłyszał "Będę z nim". Tern wrócił do swojej żony, swego przyjaciela i rycerzy.
- To co się tu stało musi pozostać między nami, inaczej król Maric będzie chciał zgładzić mojego syna - powiedział Bryce poważnym tonem.
- Rozkaz panie, przysięgam, że zachowam tą tajemnice, do puty nie nadejdzie czas tego chłopca - powiedział dumnie Roland.
- My też przysięgamy na nasze życie i w imię Stwórcy. - oznajmili rycerze.
- Zabiorę tę tajemnice do grobu jeśli będzie trzeba. - przysięgła Eowina.
Eleonora patrzyła na męża trzymając ich syna w ramionach kiedy usłyszała jej. Spojrzała na swojego małego chłopca i uśmiechnęła, po czym zwróciła się Bryca - Pozostaje widać tylko jedną rzecz. - ciągnęła - Jak nazwiemy naszego syna.
- Już wybrałem imiona dla naszego małego chłopca. - powiedział tern.
- Więc jakie to imiona? - spytała terna z zaciekawieniem.
- Zwać się będzie Arthur Ronald Cousland - powiedział Bryce spoglądając na przyjaciela który był zaszczycony i pochylił głowę z szacunkiem.
Grupa ruszyła w stronę reszty orszaku którzy właśnie kończyli odblokowywać drogę. Tern trzymał niemowlę, ponieważ jego żona była jeszcze wyczerpana po porodzie do tego stopnia, że dwóch rycerzy pomagało jej iść. Fergus i Marion pobiegli szybko w kierunku rodziców z powodu tęsknoty i by ujrzeć swoje najmłodsze rodzeństwo. Bryce i Eleonora przytuli swoje dzieci, następnie pokazali im ich małego braciszka. Najbardziej z braciszka co dziwne ucieszyła się Marion, która nie mogła oderwać wzroku od Arthura. Fergus natomiast, był zainteresowany dziwnym kamieniem, które niósł ser Roland. Eleonora wraz z dziećmi i jej dwórką wsiedli do karocy, Roland włożył jajo do skrzyni ternów, po czym dosiadał swego konia, Bryce wsiadł na swego wierzchowca i kiedy jego przyjaciel a potem ruszyli w dalszą drogę.
Gdzie indziej na dalekim południu za Głuszą Korkarii i południowymi górami Awarów. W sercu mrocznego terytorium, gdzie ziemia była pokryta czarnymi kamieniami, a powietrze było stęchłe i gdzie nie gdzie trujące, w potężnej mrocznej fortecy rozbrzmiał groźny ryk. Twierdza miała kamienne mury wzmocnione czarną stałą. Po cztery baszty rozmieszczone, były z każdej strony pięciokątnego mury który otaczał potężną wieże. Wierzą wykonana była z podobnego materiału co o mury tylko była obłożona potężnymi zaklęciami, przez co widać było czarną manę unosząca się w górę monumentalnej budowli. Cała forteca była otoczona szeroką rzeka lawy, do środka prowadził tylko jeden most zbudowany z metalu. Nagle gdy rozbrzmiał ryk szczyt wieży rozświetlił się złowrogim ogniem, ogień był czarny jak najciemniejsza jaskinia.
- Nieeeeeee! - krzyknęła postać w mrocznej zbrojni. Postać odziana była w czarny płytowy pancerz, a na niej wygrywany siedmiogłowy smok. Naramienniki płytowe wyglądały niczym wielkie łuski i szły, aż za łokcie, rękawice były czarne z ostrymi zakończeniami na palcach dłoni. Nagolenniki i nakolanników miały zwyczajny wyżłobiony kształt, natomiast buty były pancerne chodzby z łusek. Na głowie założony był zakrywający twarz hełm, który wyglądał jak korona połączony z maską.
- Co się stało mój panie? - spytała inna zamaskowana osoba która weszła do sali tronowej.
- Od lat mogłem przygotować moje plany, a teraz wyczułem Stwórcę który pobłogosławił Króla Alamarii. - oznajmił z wściekłością.
- Więc znajdziemy go i zabijemy kończąc dynastie Pierwszych Królów ludzi. - powiedział głos sługi mrocznego pana.
Mroczna postać wstała i podeszła do swego rzecznika - Zamilcz! Gdyby to byłoby takie proste już bym się pozbył ostatnich potomków królewskiego rodu Draconii. - ciągnęła postać z spokojem - Poczekam aż się ujawnią i wtedy zniszczę ich wszystkich i dokończę to co zacząłem 4000 lat temu.
- Będzie jak każesz Wielki Magistrze Moriuszu. - powiedział jego sługa.
Chorąży - żołnierz odpowiedzialny za sztandar Królestwa, hrabstwa, króla, seniora lub rodu.
Szyk klinowy - żołnierze formują szyk w kształcie trójka.
Ściana tarcz - szyk tworzący skuteczna zaporę obronną z pierwszej linii żołnierzy
Herbowni - rycerze, szlachcice
Dobyć - wyciągnąć, wysunąć, podnieść
Broń biała - miecze, sztylety, topory, buławy.
Szyk liniowy - stosowany przeważnie na morzu polegający na utworzenie równej linii
Tarczowy mur - formacja podobna do ściany tarcz tylko że była tworzona przez dwa lub więcej szeregów.
Karoca - kareta lub inny środek transportu na cztery koła używany przez szlachtę w średniowieczu.
