.

Głupcy, którzy kochają

.

Początek był tak naprawdę przypadkiem. Ciągiem niefortunnych zdarzeń, które doprowadziły go do miejsca, w którym wolałby się nigdy nie zjawić.

Nazywa to przypadkiem, bo boi się nazywać tragedią. Tragedie mają ostre krawędzie i gorzki posmak, mają zwyczaj szarpania nerwów i wypruwania żył - nie mają w sobie nic z piękna. Tak więc: nazywa to przypadkiem, bo tak jest bezpieczniej dla każdego z nich.

Jeszcze kilka dni wcześniej stopy Hermiony zanurzały się w trawie, jeszcze kilka dni wcześniej wiatr trzaskał gałęziami drzew, a burza jej włosów wirowała w tańcu, gdy uśmiechała się do niego przez łzy. Zużyty głośnik przenośnego radio trzaskał i syczał (o dzieci, podnieście swój głos, podnieście swój głos), a oni obracali się wokół siebie jak ptaki, podrygiwali i kołysali na wietrze, choć wcale nie umieli tańczyć. Zapach perfum trzymających się jej kasztanowych włosów wciąż szczypie go w oczy.

Powrót Rona palił jak ogień i grzał jak korzenne wino - Harry pamięta duszące macki czarnej jak smoła wody i chłód kłujący jak szpikulec do lodu, piekący ból wrzynającego się w żywą skórę metalu, duszność, ciemność i wodę, wodę, wszędzie tylko wodę, przeciekającą przez zęby, dzwoniącą w uszach - a potem, pośród całej tej ciemności, błysk koloru: pomarańcz wirująca w jego oczach, wyraźna pośród ogarniających go mdłości.

Potem był śnieg i wypluwanie wody z płuc, z ust, wycieranie jej z oczu. I mignięcie czerni znikającej za drzewem, szybkie, błyskawiczne - jak przewidzenie, jak fatamorgana.

Kiedy ich oczy - zielone oczy, czarne oczy - spotykają się nad posadzką w dworze Malfoyów, a szloch Hermiony zagłusza jego myśli, Harry uświadamia sobie, że nigdy nie widział tak wiele strachu w tej ziemistej, pociągłej twarzy.

Tutaj właśnie leży przypadek - bo choć ten kontakt wzrokowy to tylko ulotna, krótka chwila, która mija, gdy Harry mruga powieką, obaj odnoszą wrażenie, że widzą się po raz pierwszy: po raz pierwszy patrzą na siebie: po raz pierwszy nie poprzez siebie.


.

Z lochów Malfoyów Zgredek zabiera wytwórcę różdżek i zmarnowaną, wyczerpaną magicznie Lunę. Zabiera też Rona, choć ten przeklina i złorzeczy na Harry'ego, i rwie sobie włosy z głowy.

A potem Harry wychyla się zza krat i przemyka w stronę salonu z różdżką Glizdogona w ręku.

Krzyki Hermiony odbijają się od ścian jak kauczuk, a Harry, trochę wbrew sobie, rozumie, że wystarczyłoby jedno, szybkie spojrzenie tych czarnych, przenikliwych oczu, aby odkryć wszystkie ich sekrety. Sekrety jednak są pilnie strzeżone - Harry jest tego pewny właśnie dlatego, że Hermiona wciąż krzyczy.


.

Niebezpieczeństwo wywołuje dreszcze - na przemian gorące i zimne, mieszanina dualistycznych przeciwieństw, która powinna mącić mu w głowie, ale zamiast tego jego umysł się wyostrza, klarowny i błyskawicznie kalkulujący jak maszyna - i Harry wnet dzierży już nie jedną, a dwie różdżki w dłoni, potem trzy, porusza się jak w tańcu, instynktownie, płynnie.

Zabłocone po szaleńczej ucieczce w lesie ubrania kleją mu się do ciała, a zaklęcie, które chroni jego tożsamość, spływa z niego jak deszczówka z rynny i przez chwilę Harry się boi. Nie traci jednak rezonu, a wściekły Lucjusz Malfoy przelatuje przez salon przypominający raczej salę bankietową i z głośnym trzaskiem zderza się ze ścianą.

Zagubione światło żyrandola błyska w sztylecie Bellatrix i Harry przez chwilę widzi zbyt wiele czerwieni, która zdaje się zostawać na jego źrenicach jak powidoki.

„Gdy znajdziesz się w sytuacji bez wyjścia, Harry, pójdź drogą, którą wskazuje ci serce" — powtarzał mu zawsze Dumbledore; teraz zastanawia się, jak tego dokonać, kiedy rozdarte jest ono równo na pół.

A potem czuje ból w bliźnie - ostry, gryzący, zwalający z nóg - i już wie, że Voldemort jest blisko, że niebawem zaszczyci go swoją obecnością, że nie wywinie się z tej patowej sytuacji tak gładko, jak żywił na to nadzieję - wie, bo biel błyska mu przed oczami, mrocząca, mrowiąca, drżąca jak ekran odbiornika telewizyjnego, który nie łapie sygnału. I Harry, wpatrując się w upadające na ziemię chude ciało, nie wie, czy powinien je złapać, czy uciekać. To decyzja, której nie można podjąć, jedna z tych patowych - bez względu na to, co się wybierze, zawsze kończy się to fiaskiem - ale Harry nie musi jej podejmować. Nie musi jej podejmować, kiedy czuje dłoń na biodrze, ramię zaplatające się wokół żeber, nie musi jej podejmować, kiedy słyszy trzask tłuczonego szkła i wściekłe, szaleńcze krzyki kobiety, która stara się nie wypuścić z rąk zdobyczy, która - ochoczo, można powiedzieć - sama wpadła jej w ręce. Czuje magię otulającą go jak chłodny jedwab, obłapiającą go jak woda z jeziora te kilka tygodni temu i stopy odrywające się od posadzki.

Harry zamyka oczy i pozwala się porwać jak liść, którego unosi wiatr.


.

To zderzenie dwóch obcych sobie osób, które się znają. Dotyk włosów i ciepło policzka; kołnierzyk pachnący kimś innym. Nogi Harry'ego nie utrzymują ciężaru ciała; chwyta czarną szatę, obcą szatę, którą wiatr zawiewa na jego kolana, jego biodra, jego ramiona i upada na ziemię, gubiąc się w plątaninie kończyn; uderza głową o grunt, źdźbła trawy wkradają mu się do ust. Czuje ciepło, bucha jak para z jego ciała, czuje posmak krwi na języku, pieczenie w miejscu, gdzie przegryzł wargę; okulary się przekrzywiły, widzi niebo nad głową, niebo żółte, jakby byli zamknięci na fotografii w kolorze sepii, rzuca różowo-brązowe refleksy na stary plac zabaw pachnący rdzą.

Czyjeś nogi poruszają się w próbie wyplątania się z jego własnych; Harry słyszy w uszach szum wiatru i dzikie tętnienie własnego serca. Duże, chude dłonie odrywają jego twarz od wymiętego kołnierzyka, a oczy, w których mógłby utonąć, utykają w jego własnych jak drzazga - oczy, które patrzą na niego w szczególny sposób, Harry nigdy nie widział takiego wyrazu w tej nieprzeniknionej czerni (Harry nigdy nie widział takiego wyrazu na niczyjej twarzy), jakby go chłonęły, jakby go pragnęły, jakby się go bały i Harry musi walczyć z gorącą gulą, która utkwiła gdzieś pod jabłkiem Adama. Stara się nie myśleć o silnych ramionach, o długiej szyi, o czarnych oczach, które działają na niego jak magnes.

Harry chwyta jego kołnierzyk, jego szatę na piersi, mnie materiał w palcach, zapalczywie, desperacko, bo musi wiedzieć, bo umrze, jeśli się nie dowie, bo nie myśli racjonalnie, bo tętni mu w czaszce, bo serce mu pęka.

— Wyłowiłbyś mnie z jeziora — pyta, czując drętwienie w palcach, czując, jak drżą mu wargi, jak słowa trzęsą się między zębami — gdyby nie było tam Rona?

Z piersi Snape'a wyrywa się śmiech, gorzki, rozpaczliwy, jego spojrzenie pali policzki Harry'ego.

Wciska nos w długą szyję i na nowo uczy się oddychać.


.

— Nie spodziewałem się spotkać tam ciebie — mówi Harry, słowa ledwo przechodzą przez jego gardło, są płaskie, ciężkie, palące usta, jakby wypuszczał z ust ogień.

Czuje się, jakby utknął pomiędzy światami, on - liść zagubiony na wietrze - jego dłonie są niepewne, zagubione, kiedy wodzi spojrzeniem po jego twarzy, bojąc się, że kiedy go dotknie, Snape rozbije się jak bańka mydlana i zniknie, jakby czar prysnął.

Tajemnice w jego oczach - Harry pragnie ich dotknąć, pochylić się nad nimi jak nad Myślodsiewnią. Wyobraża sobie, jak przeciąga koniuszkami palców po jego twarzy, wyobraża sobie, jak chwyta w palce jego czarne włosy, tak jak chciał to zrobić rok temu, kiedy wybiegł za nim z zamku, zdzierając sobie gardło jego imieniem z dziurą w sercu i rozpaczą w oczach.

Harry myśli o całej gamie absolutnie bezsensownych i niedojrzałych działań, którym mógłby się poddać, patrząc na jego twarz - nieruchomą jak wykuta w marmurze.

Snape nie odpowiada, ale śledzi go spojrzeniem, jak Harry krąży po polanie targanej wiatrem z zamętem w oczach, jakby wiatr przesiąknął przez jego skórę i uwidocznił się w jego wzroku. Harry, czując się obserwowany, czując się bezbronny, metodycznie wykonuje działania, którym poddawał się już tak często, że mógłby robić to w lunatycznym śnie, z zamkniętymi oczami. Przeciera ręce dyptamem, a potem wciera go w zadrapania na ramionach - nie zabrali mu go, nie znaleźli ukrytego w mankiecie spodni - jak zrzuca poszarpaną gałęziami bluzkę i zaklęciami zaszywa rozcięcia w materiale, jak przeczesuje palcami skołtunione włosy, jak ściera krew z piekącego czoła; Harry wie, że jego blina krwawi, że czerwień rozmazuje się nad jego brwiami; chlapie twarz strugą wody, zaklęcie Aguamenti pojawia się w jego umyśle jak powtarzający się refren zapętlonej na replayu piosenki.

Harry myśli o Hermionie i płacze - bezgłośnie, skrycie, z oczami utkwionymi w nierównej linii horyzontu. Łzy kapią mu z brody, a Harry nie próbuje ich wycierać.

Słońce przyodziało ich twarze w pomarańcz.

— Ale szczerze, wiedz, że cieszę się, że tam byłeś — wyrywa się z jego ust jak urwana w połowie myśl, jak nieskładny zlepek słów; Harry wypuszcza z ust powietrze, przysiada na trawie, odchyla głowę do tyłu i patrzy w niebo pomarańczowe, jakby płonęło.

Szelest kroków jest miękki na bujnej trawie, są ciche, niemal kocie, czarna szata muska jego policzek, kiedy Snape przysiada na ziemi za jego plecami; Harry się nie porusza.

— Co teraz zrobisz? — pyta cicho Harry, sam nie wiedząc, czy na myśli ma to, co Snape zrobi, teraz gdy ujawnił się z własnymi intencjami przed czarną stroną, czy co zrobi teraz, w tej chwili, tutaj, z nim.

Snape milczy; oddycha w jego szyję, miarowo, lekko, a Harry przechyla głowę, przymykając oczy, gdy sieć dreszczy wspina się w górę jego karku, drażniąc jak małe igiełki wbijane w skórę. Huśtawki skrzypią poruszane wiatrem.

— Myślisz, że to syndrom sztokholmski? — oddycha Harry - wdech, wydech, wdech - myśli o rozkoszy, niemal czuje jej słodki posmak w ustach, ale coś mu mówi, że powinien się jej oprzeć.

— Nie mam wobec ciebie złych intencji — szepcze Snape; jego słowa przesuwają się jak pierze po skórze Harry'ego.

Harry oblizuje usta.

— Wiem o tym.

Słyszy nad uchem cichy dźwięk rozbawienia - to nie śmiech, raczej prychnięcie, ale Harry i tak nie potrafi powstrzymać drżenia.

— Nie mam wobec ciebie złych intencji — powtarza Snape; jego słowa rozdmuchują włosy na karku Harry'ego — więc to nie może być syndrom sztokholmski.

I Harry jest zazdrosny o jego niejednoznaczność, o zawiłości jego charakteru, o jego głos, tak głęboki, jakby zanurzał w nim Harry'ego, jego ramiona, jego pewność siebie, jego serce.

Przechyla głowę, odsłania szyję, wiatr tańczy w zagięciu nad jego ramieniem, mówi: „Nie boję się ciebie" i ma słodycz w głosie, jakby kusił, choć sam nie wie, co robi, bo jego umysł pływa, faluje, rozwiewa się na wietrze.

Wiatr wysusza łzy na jego twarzy.

— To pożądanie — szepcze mu Snape do ucha, jakby coś klarował, ale jego wargi nie przyjmują ofiarowanej szyi. — Zastanawia mnie, od jak dawna tam tkwi.


.

Być może to jest już w nim od roku, zwinięte w kłębek w jego piersi jak kot, być może było już tam na szumnej, zakrapianej szampanem imprezie u Slughorna w połowie szóstego roku, kiedy Harry, otumaniony alkoholem, obserwował wirowanie tej czarnej, zwiewnej szaty, gdy jej właściciel przemieszczał się pomiędzy tłumem jak konik szachowy; godzina po godzinie mógłby podpierać ścianę i przyglądać mu się z cienia, jego krokom miękkim, jakby niósł go wiatr, jego twarzy bladej, jakby była twarzą greckiego boga, noszącego się na czarno. Nic nie jadł i nic nie pił, poruszając się pośród lasu kieliszków, jakby chodził po wodzie, z radia leciały Fatalne Jędze (kiedy wszystko jest ciemne i nie ma światła zagubionego w najgłębszej gwieździe nocy, widzę ciebie), a Harry zapamiętywał każde załamanie światła na jego kościach policzkowych.

Wtedy jeszcze nie znalazł na to określenia - nie szukał go, ale coś przyciągało jego wzrok jak magnes, jakby byli dwoma oddziałującymi na siebie grawitacyjne ciałami. Wyraz jego twarzy był gładki, jak do zdjęcia, a oczy błyszczały w przygaszonych światłach jak latarnie w ciemnościach, jak oczy kota, od których odbija się światło.

I kiedy tańczył z Luną pośród wirujących par, wyobrażał sobie, że jej ramiona są szersze, a oczy ciemniejsze.


.

Snape prowadzi go wąską ścieżką nad rzekę, Harry stąpa kilka kroków za nim, czując się tak, jakby chodził po ruchomych piaskach.

Snape zawsze mu powtarzał, że jest zbyt impulsywny, zbyt nieokiełznany, ale teraz tego nie mówi, teraz: kiedy Harry nagłym ruchem, bez krztyny rozmysłu, chwyta go za ramię i wrzuca ich obu do rzeki. Rozlega się plusk, woda bryzga wokół nich, Snape ma rzęsy sklejone kroplami kapiącymi mu na policzki, mruga, żeby złapać ostrość widzenia, porusza rękami pod powierzchnią, zrzuca buty, jego stopy muskają nogi Harry'ego.

Ból w zmęczonych mięśniach powstrzymuje Harry'ego od trzymania się go zbyt mocno. Ma palce pełne włosów, czuje smak słonej skóry na języku, grdyka Snape'a - usta Harry'ego, nie potrafi oddzielić tych dwóch rzeczy od siebie, jakby byli jednym ciałem.

Czuje dłoń, która wsuwa się w jego włosy, dłoń, która odrywa jego język od szybkiego pulsu migającego w zagłębieniu gardła, wąskie usta mokre od wody majaczą przy jego uchu.

— Nie musisz być zakochany — poruszają się na jego skórze, łaskoczą, wywołują dreszcze w kontakcie ze schłodzoną skórą — żeby się ze mną kochać.

Przed oczami Harry'ego błyska biel.


.

Początek był tak naprawdę przypadkiem. Twarzą w twarz, oczy przy oczach, pod gołym niebem, z wodą chłodzącą rozpalone ciała, rozpaczliwie, w poszukiwaniu ukojenia - odpłynęli.


.

— Muszę zmierzać dalej — mówi Harry z oczami utkwionymi w linii horyzontu, a Snape przekręca się na trawie; jego wzrok przeciąga się powoli po jego twarzy jak materialny ciężar. Harry zerka w jego stronę. — Mam sprawy do zamknięcia.

Zachodzące słońce barwi jego blade ciało na żywe, pomarańczowe odcienie, a Harry uśmiecha się i przeciąga palcem po odsłoniętym obojczyku ostrym jak brzytwa pod jego opuszkami.

— Rachunki do wyregulowania — kiwa głową Harry; a Snape nie odpowiada i przez chwilę wygląda, jakby się bał — ale wrócę — uśmiecha się miękko Harry, choć sam nie do końca w to wierzy, bo nie sądzi, że jest wystarczająco silny, by przeżyć tą wojnę, bo tylu silniejszych niż on już w niej poległo.

Snape obserwuje go, jak zbiera porozrzucane wokół ubrania, jak powoli zapina guziki, zawiązuje sznurówki, naciąga rękawy. Harry mówi, że wróci, ale kiedy odchodzi, nie ogląda się za siebie. Boi się, że gdyby to zrobił, nie zdobyłby się na stawianie kolejnych kroków.


.

Początek był tak naprawdę przypadkiem, ale następny rozdział był jak najbardziej zamierzony.

Harry nie pamiętał wiele z nocy, w której zabił Voldemorta, nie pamiętał wiele z kamiennego snu, który naszedł go po tym, kiedy już każdy przeklęty czarodziej poza tym jednym, który utkwił w jego myślach, poklepał go po plecach, nie pamiętał wiele z wielkiej gali w Ministerstwie Magii, która nadeszła tydzień później, nie pamiętał, komu uścisnął dłoń, z kim się przywitał, do kogo się uśmiechnął. Posłał w tłumy tak wiele mechanicznych pozdrowień, że drętwiało mu od tego ramię, pocałował tak wiele policzków, że cierpły mu usta.

A potem wyłowił z tłumu roziskrzonych spojrzeń stateczny, czarnooki wzrok, który go zaczarował, od którego nie potrafił się uwolnić przez długie, bezsenne noce, który go przyciągał. Jego nogi same podjęły wędrówkę, zanim tak naprawdę zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje; przemieszczał się tego dnia jak w majaku, jak lunatyk poruszający się w niespokojnym śnie.

Chuda, duża dłoń była tak samo szorstka pod jego palcami, jak zapamiętał. Czarne oczy były duże, przyciągające, czaiło się w nich pytanie, na które Harry postanowił dać odpowiedź.

— Zabierz mnie ze sobą do domu.


.

Z radia w ciasnym, pełnym książek salonie leci ta sama piosenka, do której żywił tak wielki sentyment (wybaczcie nam teraz to, co uczyniliśmy, to rozpoczęło się jako odrobina zabawy), a Harry i Snape znikają w gęstych, kłębiących się oparach prysznicowych.

— Napisałem do ciebie tony listów, które potem paliłem, licząc na to, że dni będą dzięki temu trochę mniej zimne — przyznaje Snape, dusząc się oparami wody i językiem Harry'ego, a Harry mruczy w odpowiedzi; ten dźwięk ginie w gardle Snape'a, niknie w małej łazience. — Myślałem, że… — słowa potykają się Snape'owi o zęby. — Nie sądziłem, że przeżyjesz — głos wypala dziury w ciele Harry'ego, sprawia, że Harry nie jest w stanie pohamować rąk, rąk, które wreszcie nie muszą się spieszyć, które odkrywają każde zagłębienie w żebrach Snape'a, nierówność bioder, rąk, pod którymi czuje drżenie mięśni ciała, które nie jest już tak bardzo obce, jak kiedyś, ciała, które jego dotyk pamięta.

— Jestem tutaj — mówi Harry, przyciskając Snape'a do zaparowanej szyby prysznica, myśląc o tych wszystkich samotnych, chłodnych nocach, w których marzył o tym, żeby ogrzało go ciepło kogoś innego.

Światło księżyca przecieka przez żaluzje w oknie, a Snape jest jak cud - cud, który oddycha mu w twarz, coraz szybciej i płycej, kiedy dłonie Harry'ego przesuwają się kawałek po kawałku coraz niżej po jego ciele.

— Chciałem uniknąć tej niemożliwej, głupiej miłości, którą dla ciebie zachowałem — mówi Snape, język mu się plącze, słowa skaczą, drżą, niepewne, nieopanowane — ale teraz wiem, że to ona przytrzymała mnie przy życiu podczas tej niekończącej się wojny.

Oddech ucieka z klatki piersiowej Harry'ego, a serce na moment staje w miejscu - bo Harry wie, że to wyznanie, o którym śnił tysiące razy, którego nie spodziewał się doczekać, którego po Snape'ie nie oczekiwał.

— Jestem tutaj — powtarza, mocniej przyciskając dłonie do wystających żeber — i nigdzie się nie wybieram.

Snape mruczy w odpowiedzi, a Harry atakuje ustami linię jego żuchwy.

— Pozwolisz mi zostać? — pyta Harry, bo musi wiedzieć, a Snape wgryza się w jego szyję; Harry jęczy, jęczy i nie może przestać.

— Nigdzie cię nie wyganiam — mruczy mu do ucha Snape, jakby przypieczętowywał jakąś ważną umowę, a Harry się śmieje i chlapie im obu wodą w oczy.


.

— Czy jesteś prawdziwy? — pyta Harry poprzez opary prysznicowe, a Snape uśmiecha się, krzywo, pięknie, i wplata palce w jego włosy.

Harry próbuje utrzymać oczy otwarte, kiedy Snape go całuje.

— Dla ciebie będę — oddycha w jego wargi, a Harry opuszcza powieki i pozwala jego dłoniom pozbawić się tchu.