Witajcie!

Przed Wami trzecia część Trylogii Podziwianych Przodków i Przeklętych Potomków. ,,Jutrzejsze przebudzenie" jest tworem ciasno splecionym z ,,Wczorajszym Snem" oraz ,,Dzisiejszym Koszmarem", dlatego zachęcam najpierw do przeczytania części pierwszej i drugiej. Cała trylogia z kolei jest nieco powiązana z moją poprzednią serią: ,,Minerwa. Kim była?", którą naturalnie również polecam Waszej lekturze.

,,Jutrzejsze Przebudzenie " to ostatni tom, liczący sobie 24 rozdziały plus epilog, z fabułą obejmującą lata 1965 - 1981.

Będę bardzo wdzięczna za każdy komentarz i review, cokolwiek sądzicie o tej historii, dajcie znać.

Emeraldina

1965 a

– Powiedz mi prawdę. – Był spokojny, bo chociaż odziedziczył po matce sporą dozę szkockiego temperamentu, gdy odczuwał rzeczywisty gniew oddawał się zimnej furii, a nie krzykom i gwałtownym słowom. Wypracował to w sobie sam.

Mogła go wychowywać, ale on i tak zawsze okazywał się taki jak oni.

Athena wiedziała, że ten dzień kiedyś nadejdzie. Dzień, w którym miała gorzko żałować, że i jemu nie wyczyściła pamięci. Kiedy podejmowała tą decyzję, wmawiała sobie, że nie można jednocześnie kochać go i krzywdzić zaklęciem zapomnienia. Dzisiaj, gdy stał przed nią, dwudziestodwuletni i oczekujący odpowiedzi, Athena zastanawiała się, dlaczego przez te wszystkie lata nie wymyśliła żadnej.

– Louie umarła – skłamała, patrząc prosto w jego szmaragdowe oczy. Wierzyła, że to kłamstwo jest jej jedynym wyjściem. Gdyby powiedziała mu prawdę, bolesną prawdę, nie odpuściłby, wybrałby się na poszukiwania dziewczyny, która jak ufał, była jego siostrą.

– Jak? – spytał cicho. Na jego twarzy malował się autentyczny smutek, ale można było dostrzec, że to była jedna z opcji, które spodziewał się usłyszeć.

– Była obłożona klątwą. Nie byłam w stanie jej uratować. – Tamte wspomnienia wciąż wywoływały łzy w oczach Atheny. Tak było i tym razem.

– Czy to Nagini rzuciła tą klątwę? – Mężczyzna powstrzymywał odruch objęcia jej – był wyraźnie zdeterminowany uzyskać odpowiedzi na swoje pytania. Zaskoczyło ją, że pamiętał Nagini.

– Nie. Nagini zgodziła się oddać w ręce złej wiedźmy, która rzuciła klątwę na Louie. – W tej kwestii Athena nie zmierzała kłamać – poza tym, przypuszczała, że Nagini nie mogła przeżyć w niewoli Morrigan zbyt długo.

– Imię tej wiedźmy i powód, dla którego rzuciła klątwę na Louie? – Ton tych pytań coraz bardziej przywoływał na myśl Wizengamot przesłuchujący przestępcę.

– Morrigan. To potężna wiedźma, zdradzam ci jej imię tylko dlatego, byś wiedział, kogo należy się obawiać. – Athena skrzyżowała dłonie na piersi. Nie planowała mówić mu wszystkiego. Nie mogła pozwolić, by szukał zemsty za Louie.

– Odpowiedziałaś na połowę pytania – stwierdził chłodnym tonem.

– Alberwanie, nie powiem ci nic więcej w tej materii. Nie mogę stracić i ciebie. – Znów to robiła. Znów bezlitośnie odwoływała się do jego uczuć i sumienia. Miała tylko nadzieję, że to wystarczy.

– Czy to przed Morrigan nieustannie uciekamy? – Nawet nie drgnął, tylko inteligentnie drążył dalej.

– Uciekamy? Zgodziłeś się opuścić Ilvermorny i Stany Zjednoczone po ukończeniu szkoły. – Rozpaczliwie chwyciła się tego argumentu.

– Matko. Do Ilvermorny byliśmy w ciągłej drodze, nigdzie nie mieszkaliśmy dłużej niż kilka miesięcy, nieustannie zmienialiśmy wygląd i tożsamość. W Ilvermorny przyjęłaś posadę skromnej bibliotekarki, chociaż magicznie jesteś potężniejsza od dyrektorki, a ja przez te siedem lat byłem zmuszony ukrywać rozmiary swojej mocy i zdobytą dzięki tobie wiedzę. Kryliśmy się w cieniu jak szczury, a gdy tylko uzyskałem dyplom, zaproponowałaś wyjazd, nie dając mi za wiele czasu do namysłu ani wyjaśnień. Od czterech lat podróżujemy po Ameryce Południowej, za żałosne pieniądze najmując się do pomocy tutejszym czarodziejom w bardziej skomplikowanych transmutacjach. Prawda jest taka, że ja nawet nie wiem, które z twoich imion jest prawdziwe! – Tym razem podniósł głos.

Miał rację. Zawsze była dla niego matką, nigdy nie zwracał się do niej po imieniu, a we wszystkich miejscach, w których się zatrzymywali, Athena zmieniała swoje imię, nigdy nie używając tego prawdziwego. Wiedziała, że jej zła sława dotarła do USA, że Athena Dumbledore, kochanka Grindelwalda, nie była złą wiedźmą, której bały się dzieci tylko w Wielkiej Brytanii.

– Artemizja. – Jeśli w jakiekolwiek imię miał uwierzyć, to w to. Athena używała go przez cały ich pobyt w Ilvermorny – najbardziej niebezpiecznym okresie ich wspólnego życia. Nie mogła zatrudnić się tam jako nauczycielka – ktoś odkryłby rozmiary jej mocy. Kierowanie biblioteką było ryzykowne – w końcu od tego zaczynała w Hogwarcie. Lecz Amerykanie byli bardziej ufni, a ona bardzo się starała, by ani przez chwilę nie przyszło im na myśl, że cicha bibliotekarka Artemizja może być przerażającą wiedźmą Atheną.

– A więc, Artemizjo, to przed Morrigan ciągle uciekamy? – Alberwan nie dał po sobie poznać, czy uwierzył w to imię – dla niego, epizod Ilvermorny był najszczęśliwszym okresem życia – albo byłby, gdyby nie musiał się nieustannie pilnować. Rezerwa, jaką budował wokół siebie w sposób podobny jak robiła to jego matka, sprawiła, że choć dowiedział się wiele o magii i przebywał wśród rówieśników, nie znalazł ani przyjaźni, ani miłości… znalazł jedynie to okropne podejrzenie, że tak naprawdę nie ma pojęcia, kim jest.

Owszem, nie kwestionował swojego imienia. Athena wielokrotnie zmieniała im nazwiska, ale jego imię pozostawało takie samo. Nie umiałaby nazywać go innym – ono było koniecznym przypomnieniem, ono definiowało pochodzenie czarodzieja. Jeśli ktoś miałby wyśledzić ich za pomocą tego imienia, trudno. Athena już na samym początku pozbawiła tego człowieka setek możliwości – nie zamierzała za każdym razem odbierać mu też imienia.

– Nie tylko Louie została obłożona klątwą. – Chociaż Athena chciała za wszelką cenę chronić Alberwana, była mu winna chociaż prawdę o tym, dlaczego przez te wszystkie lata tak usilnie trzymała go przy sobie.

– Ja również? – Alberwan spojrzał na swoje dłonie, jakby spodziewał się zobaczyć jakiś fizyczny wymiar klątwy.

– Nie. Ja. – Athena uniosła szaty, by zobaczył srebrzysty magiczny okrąg wokół jej kostki. Alberwan był tuż obok, dlatego mogła patrzeć na manifestację klątwy Minerwy i nie widzieć swojego bogina. Lecz jak miała to wyjaśnić?

– Też umrzesz, jak Louie? – Po raz pierwszy nie brzmiał jak dorosły, potężny mag, lecz jak zagubione dziecko.

– Nie. Ta klątwa uaktywnia się tylko, kiedy ciebie nie ma. Jesteśmy nią związani. Kiedy jesteś daleko ode mnie, przed moimi oczami po jakimś czasie pojawia się widmo bogina. Zazwyczaj ty i Louie, martwi – powiedziała to tak spokojnie, jak tylko potrafiła. Ignorując łzy, zbierające się w kącikach oczu.

– Na ogon Pierzastego Węża – wyszeptał Alberwan, blady jak nigdy.

– Widzisz, jestem samolubna. Chronię nas, ale też trzymałam cię przy sobie, bo odpędzasz moje koszmary. – Athena usiłowała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego tylko grymas.

– Nie ma żadnego sposobu, by zdjąć tą klątwę? Albo sprawić, by odpędzało ją coś innego? – Umysł Alberwana już pracował na wysokich obrotach – nie był przyzwyczajony do problemów nierozwiązywalnych.

– Na pewno jest, ale ja go nie odkryłam. – Athena wzruszyła ramionami. Podejrzewała, że ta klątwa została wymyślona przez Gellerta i musiała być rzucona na Minerwę podczas bitwy, w której rzekomo Szkotka zginęła. Athena skłaniała się ku teorii, że miłość warunkowała zaleczanie klątwy – zastanawiała się, czy Minerwa mogła z tym dalej żyć, bez Alberwana. Pewnie mogła, w końcu miała Albusa. Żyli oboje, tak samo jak Gellert. Choć Athena odcinała się od wszystkiego co było związane z Wielką Brytanią, pewne wiadomości musiały do niej dotrzeć – w większości w Ilvermorny.

– Co planowałaś z tym zrobić? Przecież wiesz, że nie moglibyśmy żyć wiecznie tak, jak żyjemy teraz. – Po raz pierwszy ta myśl, której Athena tak się bała, została wypowiedziana głośno.

– Nie planowałam. Jestem tchórzem, karmiłam się nadzieją, że ta chwila nigdy nie nadejdzie – odpowiedziała impulsywnie, wyzywająco wysuwając podbródek.

– Ta chwila? W której poproszę cię o całą prawdę? – Przekrzywił głowę, a potem niecierpliwie odgarnął z twarzy lok kasztanowych włosów. Był bezpośredni – to miał po Albusie, to było też typową cechą cenioną w domu Wampusa w Ilvermorny. W Hogwarcie trafiłby do Gryffindoru, Athena nie miała wątpliwości.

– Tak, a ja odpowiem ci, że nie jestem w stanie ci dać prawdy.– Athena otarła łzę, uparcie płynącą przez policzek. Potem zebrała się w sobie i rzekła:

– Przyjmiesz taką odpowiedź? Powiesz mi, jak widziałbyś swoją przyszłość, czy będziesz usiłował odkryć moją przeszłość? – Musiała mieć jasną odpowiedź. Widziała, jak jej przybrany syn zaciska mocniej palce na różdżce z rdzeniem z wąsów jego kuguchara, Aragondy.

– Liczyłem, że jeśli powiesz mi, skąd naprawdę jesteśmy, będę mógł tam wrócić, że znajdę miejsce, do którego pasuję i do którego należę – rzekł, mrużąc zielone oczy.

– Skąd założenie, że społeczność, z której pochodzimy, nie będzie tą, która będzie chciała się nas pozbyć? – spytała cynicznie Athena. Wciąż nie wiedziała, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa i co ona sama chciała z niej uzyskać. Zatrzymać Alberwana za wszelką cenę? Wyczyścić mu pamięć, związać ze sobą jeszcze bardziej? Dać mu wybór, wolną rękę? Pozwolić mu odejść, by odnalazł Minerwę i Albusa?

– Nie będę się bać. Nie obchodzi mnie, co zrobiłaś, czy co zrobił mój ojciec albo społeczność, w której żyłaś. Dzieci nie powinny cierpieć za grzechy rodziców. Jestem niezapisaną kartą. Jestem Alberwanem, definiuje mnie to, jakimi wartościami się kieruję. Nie znam swego nazwiska, ale nie ma ono dla mnie znaczenia. Chcę znaleźć swoje miejsce, rozwijać się i nie musieć ukrywać swojej mocy – odparł szczerze. Athena westchnęła.

– Tak, synku, jesteś niezapisaną kartą. Ale ja nie. Muszę się ukrywać, muszę odciąć się od wszystkiego, co za mną. Kocham cię, dlatego nie mogę żądać, byś pozostał ze mną. Masz prawo do szukania spełnienia, a wyszkoliłam cię najlepiej jak umiałam – jesteś najpotężniejszym czarodziejem jakiego poznałam i wiem, że zadbasz o siebie. Nie proś mnie tylko, bym ci towarzyszyła. – Wraz z tymi słowami, do Atheny dotarła cała bolesna prawda.

Alberwan był czysty, nieskażony całym szlamem przeszłości, bagnem w jakie sama Athena zamieniła tą chronologię. Był bytem niezależnym, a tłumienie jego wolności byłoby już ostatecznym dowodem na to, że Athena upadła na same dno. Zła do szpiku kości, powtarzano dzieciom straszne historie o kochance Grindelwalda. Mieli rację. Odważyła się zakochać w swoim przodku, by potem zdradzić go z jego największym wrogiem. Nie uratowała swojej córki przed klątwą, odebrała dziecko swojej rywalce. Porzuciła Louie na pastwę klątwy, wykorzystywała Alberwana, by leczyć się za słusznie nadaną zemstą karę. Byłaby bestią, potworem z najgłębszych czeluści mugolskiego piekła, gdyby teraz odebrała Alberwanowi szansę na odnalezienie szczęścia.

Zagrożenie? Będzie istniało zawsze. Bez niej, Alberwan był nawet bezpieczniejszy. Oczywiście, z jego mocą, z jego wiedzą, z tym, co on już umiał, a co zostanie dopiero odkryte w przyszłych pokoleniach, nie musiał się obawiać praktycznie nikogo. Być może nawet on był tym, który zgładzi Morrigan, który uratuje Louie, o ile ta jeszcze żyła…

Louie żyć musiała. Minerwa nie była do końca przeżarta złem, nie pozwoliłaby jej zabić…

– Miałbym tak po prostu odejść? Zostawić cię, moją jedyną rodzinę, matkę, ciebie, która nauczyłaś mnie wszystkiego? Przecież cię kocham, do diabła! – Alberwan podszedł do niej i położył jej dłonie na ramionach. Był dużo wyższy – musiała unieść głowę, by widzieć chmurne spojrzenie jego szmaragdowych oczu.

– Nadal? Kochasz mnie nadal, chociaż trzymałam cię i wciąż trzymam w niewiedzy? – Uniosła brwi, tłumiąc odruch przytulenia się do niego.

– Matkę kocha się bezwarunkowo – odpowiedział z niezachwianą pewnością. Athena miała ochotę rozpłakać się do reszty – największym kłamstwem było właśnie to, że on wierzył, że Athena jest jego matką.

– I co teraz? – odważyła się zapytać. Czy byli bliżej jakiegokolwiek rozwiązania?

– Spójrz na mnie i powiedz, czego chcesz. – Uniósł lekko jej podbródek. Patrzył na nią z czułością… w tym momencie wyglądał dokładnie jak Albus w dniu ich ślubu. Athena przymknęła oczy.

– Chcę odejść, kochanie. Chcę, by nękające mnie sumienie wreszcie zamilkło. Czekam na moment, w którym zniknę, jako ten paradoks – jako ta, która sprawiła, że nie mam szans się narodzić. – Po raz pierwszy Athena ubrała w werbalne słowa targające nią szaleństwo. Alberwan otworzył szeroko oczy. Usiłował ocierać łzy spływające po jej policzkach, kompletnie zszokowany.

– Chcesz umrzeć? Mamo? – Strach, zupełnie niepasujący ani do jego twarzy, ani do jego głosu.

– Ja nie zasługuję nawet na luksus śmierci, Alberwanie. – Z tymi słowami Athena rozpłakała się na dobre i pozwoliła, by objął ją, mocno i kojąco, kreśląc uspokajające spirale na jej plecach.

Trwali tak długo, aż wreszcie Alberwan zaprowadził ją do kanapy i usiedli, ona kompletnie wtulona w niego. Łzy płynęły nieustannie, bo nie umiała się uspokoić. Kochała go tak mocno! Miałaby go zostawić, porzucić? Miała mierzyć się ze swoimi koszmarami?

Przecież już porzucenie Louie było nie do zniesienia! Louie… jej kochana córeczka… jej prawdziwa córeczka… czy ona mogłaby tłumić klątwę tak jak Alberwan? Czy teraz… gdy klątwa Morrigan musiała już się dopełnić, jeśli Louie żyła, chroniona przez Minerwę… to Athena miała szansę… odzyskania swojej córki?!

Trudno było stwierdzić, ile czasu zajęło jej wpadnięcie na ten genialny pomysł. Alberwan zasnął – jego głowa opadła na oparcie kanapy, oddychał miarowo. We śnie był dokładną kopią Albusa, lecz bez złamanego nosa. I jego rysy były może troszeczkę ostrzejsze, takie jak rysy Theresy.

Athena, wciąż w fazie swego szaleństwa, podjęła decyzję.

Zostawi Alberwana, by mógł znaleźć własną drogę. Nie ważne, czy to zaprowadzi go do jego biologicznych rodziców, czy znienawidzi ją za to, co zrobiła – tylko bez niej miał szanse na odnalezienie szczęścia. Kochała go, nie mogła być balastem, ciągnącym go w dół.

A Louie… przyda jej się wszelka ochrona, nawet jeśli spróbuje ją odrzucić. Alberwan miał moc i szkołę. Louie miała tylko tyle, ile Minerwa ją nauczyła. Co znaczyło, że była uzbrojona proporcjonalnie do miłości Minerwy, do tej sztucznej, łączącej je klątwą więzi. Athena musiała sprawdzić czy jej córka żyje. Jeśli Ludwika już zginęła, wtedy … będzie odpowiedni czas, by na zawsze opuścić wszystkie chronologie.

Oszołomiła Alberwana, bez użycia różdżki, po prostu przykładając dłoń do jego piersi. Będzie zdezorientowany i wściekły, gdy odkryje, jak haniebnie i tchórzliwie go porzuciła. Może nigdy jej nie wybaczy kłamstw, na fundamentach których go wychowała. Westchnęła. Nawet gdyby chciała mu wyjaśnić, napisać list, nie znalazłaby słów. Nie miała nic na swoje usprawiedliwienie.

Rozejrzała się po namiocie, rozstawionym w środku amazońskiej głuszy. Jeśli Alberwan spotka swoich rodziców, ci z pewnością rozpoznają w jego tajemniczej matce Athenę. Ale co ją to obchodziło? Gdyby chcieli ją znaleźć, zrobiliby to już dawno. Chronić Louie Athena mogła z dystansu. Tak.

Przeszła do swojej części namiotu, otworzyła kuferek stojący na toaletce. Zamrugała intensywnie, widząc znajomą piersiówkę – swoją jedyną pamiątkę po Gellercie. Obok niej, na niebieskiej wstążce był pierścionek zaręczynowy i obrączka. Athena zabrała piersiówkę i obrączkę, zostawiając pierścionek.

Alberwan powinien mieć coś należącego do ojca, rozumowała. Piersiówkę zamierzała zachować dla Ludwiki. A jeśli jej córka nie żyła, to Athena z tego naczynia zamierzała wypić którąś z śmiertelnych trucizn. Co do obrączki… rozstanie się z nią było dziwnie trudne. Naturalnie wielokrotnie Athena zastanawiała się, czy Albus unieważnił ich małżeństwo, czy uzyskał rozwód. Podejrzewała, że tak, bo wtedy już nic nie stałoby na drodze jego związku z Minerwą. I pomyśleć, że sześćdziesiąt dwa lata temu Athena wierzyła, że u boku Albusa znajdzie szczęście – kolejna łza popłynęła po jej policzku – otarła ją niecierpliwie i wróciła do części dziennej namiotu, gdzie Alberwan wciąż leżał oszołomiony na kanapie.

Delikatnie poprawiła jego kasztanowe włosy. Ile razy delektowała się takim prostym gestem, jednocześnie myśląc o ironii losu. Jakim cudem udało jej się tak mocno pokochać dziecko swego męża i największej rywalki? Alberwan był jej bliższy niż Ludwika, w której Athena zawsze widziała najgorsze cechy swoje i Gellerta. Athena kochała Alberwana nawet bardziej, niż gdyby sama nosiła go pod sercem dziewięć miesięcy i wykarmiła swoim mlekiem. Był jej dzieckiem, jej kochanym chłopcem, był… jej celem. Wychowała go, wyszkoliła – stał się mężczyzną, lepszym niż Athena odważyła się wymarzyć. Nie powinno jej to dziwić – wziął po rodzicach to co najlepsze.

Tak, był częścią chaosu, bałaganu, jaki Athena wprowadziła w tej chronologii, ale tą, której Athena nie żałowała. Wychowywanie go przydało jej celu. Teraz, gdy to zadanie wypełniła, nadszedł czas, by jeszcze naprawić ostatnią rzecz – upewnić się że Louie jest bezpieczna i będzie mogła odejść, ostatecznie i bez możliwości powrotu.

– Kocham cię, Alberwanie. Zawsze będę. Bądź zdrowy i bądź szczęśliwy – wyszeptała Athena i ucałowała czarodzieja.

Nie obejrzała się ani razu, z determinacją wyszła przed namiot. Jej ostatnią myślą przed teleportacją było, że powinna znaleźć Louie szybko albo zakończyć to wszystko – nie miała pojęcia, ile zostało jej sił, by walczyć z mściwą klątwą Minerwy.

Za mało.

Trzy miesiące później, Athena wrzeszczała ile sił w płucach, wijąc się w magicznych pętach łóżka czarodziejskiego oddziału szpitala Pitie–Salpetriere w Paryżu.

– Pani Artemizjo, proszę się uspokoić! – krzyczał jeden z uzdrowicieli, usiłując rzucić na nią skuteczny czar uciszający. Lecz Athena wciąż się darła, wpatrując się w bladą pielęgniarkę, która usiłowała ignorować jej spojrzenie, ale naczynia z miksturami brzęczące na tacy, którą niosła, sugerowały zdenerwowanie.

– TO TYYYYY! AAAAA ILE JESZCZE PIEKIELNYCH KAR?! – krzyczała Athena po angielsku, z amerykańskim akcentem.

Oni wszyscy byli martwi. Alberwan, zabity przez Morrigan, Louie, zamardowana przez Gellerta… ich ciała przed jej oczami, potem ich ciała w grocie i koszmar, powtarzający się koszmar, a teraz jeszcze ta kobieta, dokładnie ta sama, którą Athena skrzywdziła tak okrutnie, wtedy na tamtym statku.

– Zupełnie oszalała – powiedział uzdrowiciel do bladej pielęgniarki.

– Chyba mi też się to udziela. Mam wrażenie, że gdzieś już ją widziałam. – Kobieta odstawiła tacę na parapet i strzepnęła fartuch na brzuchu. Na widok tego prostego gestu Athena zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej, ale już nieskładnie.

Niepłodna od czasów wojny pielęgniarka nie rozpoznała w szalonej czarownicy Atheny. Athena Dumbledore, którą zapamiętała z tamtego feralnego dnia, była potężna, okrutna, bezlitosna, ale zdeterminowana w swoich działaniach, jakby doskonale świadoma celowości swoich straszliwych czarów. Była też na swój sposób atrakcyjna – blondynka o nijakich oczach, ale o odpowiedniej sylwetce i niepozbawiona świadomości swojej intrygującej seksualności.

A teraz? Wycieńczona kobieta o siwych, nierówno obciętych włosach. Rozbiegane, wytrzeszczone i przekrwione oczy w kolorze burzowych chmur. Zapadnięte policzki, dziwnie czerwone, jakby ktoś szczypał je od dłuższego oczu. Pozagryzane usta i widoczne między nimi, lekko żółte zęby. Żałosny przykład kobiety, która cierpiała na umyśle, która stoczyła się na samo dno.

– Jej stan się pogarsza. Jej organizm nie regeneruje się podczas snu. Nie wiemy, kogo powiadomić. Wątpliwe, by naprawdę miała na imię Artemizja. – Uzdrowiciel wzruszył ramionami.

– LOUIE! – załkała Athena, zamykając oczy, z których już nawet nie płynęły łzy.

Wielka Brytania, do której Athena posłała swoją córkę, była już zupełnie innym krajem, niż w czasie, w którym obie ją opuszczały. Gdy więc Athena tam trafiła i zorientowała się w sytuacji politycznej na tyle, by wiedzieć, że Albus i Minerwa przegrywają wojnę z lordem i lady Voldemort, dotarło do niej, że znalezienie Ludwiki może być utrudnione. Po pierwsze, Athena ustaliła, że jej córka opuściła Hogwart przed zdaniem OWUTEMÓW, a tylko pół roku po tym, jak Minerwa zrezygnowała z nauczania transmutacji. Od tamtej pory obie miały chronić się w rezydencji – jedynym poza Hogwartem miejscu niezdobytym przez śmierciożerców.

Athena nie miała możliwości dostania się do środka i sprawdzenia, czy to jest prawdą. Nie miała pomysłu na ostrzeżenie Louie przed Morrigan. Tak naprawdę, to zaczęła myśleć o tym, iż porzucenie Alberwana było katastrofalnym błędem. Powrót do Wielkiej Brytanii był z pewnością niewłaściwym działaniem. Tam trwała cicha, podjazdowa wojna, ale to nie był konflikt Atheny. Była wrogiem dla każdej ze stron. Z tą myślą przekroczyła kanał La Manche i wróciła do Francji.

Klątwa męczyła ją przez cały czas, ale beznadziejność położenia Louie, między młotem a kowadłem losu, sprawiła, iż Athena nie miała już sił, by walczyć z okrutnymi obrazami. W Paryżu nastąpiło załamanie. Szaleństwo owładnęło Atheną do cna. Kiedy jej nieposkromiona magia zaczęła stanowić zagrożenie, francuscy czarodzieje urządzili na nią obławę i zamknęli w Pitie–Saltpetriere. Nie mieli pojęcia, że ta wiedźma, która w ich mniemaniu była jedynie głupią Amerykanką nienauczoną panowania nad swoją mocą, tak naprawdę była niegdyś partnerką ich dawnego ciemiężcy, Grindelwalda.

Athena Dumbledore sięgnęła dna, ale jej wrogowie nie mogli się z tego cieszyć. Nie wiedzieli.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Alberwan siedział w cichej, niemieckiej kawiarni, zastanawiając się po raz setny, jak ma znaleźć miejsce, w którym będzie czuł się jak w domu, skoro nie miał żadnych wskazówek. Westchnął, oglądając prawie uśpioną, drezdeńską ulicę. Wydawało mu się, że Europa to właściwy kierunek. Stany Zjednoczone nie były domem, chociaż tam spędził najwięcej czasu – Ilvermorny jednak stanowiło rozmazane wspomnienie społeczności, do której nie pasował, a która w większości usiłowała stłamsić jego indywidualizm. Z drugiej strony, może to nie szkoła go ograniczała, tylko matka.

Był zły na siebie. Naiwnie było zakładać, że skoro matka nie wtajemniczyła go w nic w ciągu całego jego życia, to wyjawi mu wszystko tak po prostu, zapytana. Nie, matka nie była odważna. Mamusia była sprytna. Kiedy zniknęła, Alberwan przeklinał samego siebie, że mógł się tego spodziewać.

Kochał ją. Była jedyną osobą w jego życiu, która stanowiła jakąś stałą. Nie pasowała do wszystkich wzorów, za pomocą których Alberwan oglądał świat, ale jej miłość sprawiała, że jej ramiona zawsze były dla niego bezpieczną przystanią. Kiedyś, Alberwan może nie byłby w stanie pojąć, że mama mogłaby go zostawić, porzucić. Dzisiaj już wiedział, że ta kobieta – Artemizja – była gotowa zrobić naprawdę wiele, jeśli wierzyła, że robi to dla dobra ludzi, których kochała.

Dlatego Alberwan nie szukał jej. Gdyby chciała być znaleziona, zostawiłaby mu jakieś wskazówki, albo list. Mama dawała mu szansę, by poszukał swojej drogi. Wydawało mu się, że to właśnie teraz robił.

– Bitte. – Niska kelnerka postawiła przed nim herbatę w filiżance z miśnieńskiej porcelany. Alberwan nie znał niemieckiego, a nie chciał zwracać na siebie uwagi swoich amerykańskim akcentem w tym kraju, wciąż znajdującym się za żelazną kurtyną.

– Danke. – Nie uśmiechał się, bo wcześniej przyuważył, że kelnerka rzuca mu uwodzicielskie spojrzenie. Nie szukał taniego romansu. Czego szukał?

Najpierw nie potrafił powstrzymać ciekawości. Louie nie żyła, zatem pozostawały jeszcze Morrigan i Nagini. Wciąż pamiętał orientalną urodę tej drugiej, więc najpierw spędził miesiąc w Chinach, potem kolejny w Japonii, by na następne trzy osiąść w Korei. Nie znalazł tam nic, a nie pasował tam wcale. Przekonywał się, że być może to znak, iż nie powinien grzebać w przeszłości i postanowił wybrać się w podróż po Europie. Szukał wrażeń, więc zaczął od komunistycznych krajów.

Jego pobyt w NRD był jednak zatrważająco nudny. Aż do teraz.

Dzwonek przy drzwiach kawiarni zadzwonił i do środka wszedł mężczyzna, prowadząc za obok siebie pięcioletniego chłopca. I chociaż nieznajomy doskonale ukrywał aurę swoją i dziecka, Alberwan i tak to wyczuł. Byli czarodziejami. Potężnymi.

– Morgen – powiedział chłopiec, popchnięty nieco przez mężczyznę.

Kelnerka ledwie odpowiedziała, z otwartymi ustami wpatrując się w nieznajomego. Trudno było jej się dziwić. Alberwan musiał przyznać, że mag jest przystojny, ale nie tak uniwersalnie jak on sam – nie, ten czarny mag miał intrygującą urodę. Czarny, bo ubrany był w czarne spodnie i koszulę, jego włosy były ciemne i długie, zebrane razem na karku. Miał też wyjątkowo czarne oczy – czujne na tyle, że musiał dostrzec Alberwana i zorientować się, że ten też jest czarodziejem. Był wysoki i nosił się po królewsku. To rzucało się w oczy, w kraju, gdzie ludzie przemykali zgarbieni, nie chcąc być zauważonymi.

Coś się wyjaśniło, gdy mag złożył zamówenie na mocną kawę i dwa rogaliki z marmoladą. Miał rosyjski akcent, co prawie postawiło kelnerkę na baczność. Alberwan zaczął kątem oka przyglądać się chłopcu. Zamarł, gdy dziecko odwróciło się i spontanicznie wybrało stolik obok, odwracając się tak, że teraz Alberwan widział jego twarz.

Alberwan zakładał, że chłopiec jest synem czarodzieja. Mieli podobnie ciemne włosy i może było też jakieś podobieństwo w rysach twarzy, ale to trudno było stwierdzić. Natomiast oczy chłopiec musiał mieć po matce. Co niesamowite, były one tak samo szmaragdowe jak tęczówki samego Alberwana.

Jeszcze ciekawsze, rozmawiali bez skrępowania po angielsku, choć z akcentem – dorosły z rosyjskim, dziecko z niemieckim.

– Mamusia kocha cię, inaczej nie pozwoliłaby ci zabrać mnie samego – oświadczył malec. Mężczyzna czule zmierzwił mu ciemne włosy.

– A ja bardzo kocham mamusię – powiedział, z uczuciem tak wyraźnym, że Alberwana przeszły dreszcze.

– Ale mamusia nigdy nie będzie kochać ciebie tak mocno, jak mnie! – zawołał chłopiec. Mag pokiwał głową.

– Tak. Ale pozwolisz, że będę kochał was oboje? – Zdumiewające, że ten dorosły i potężny mag patrzył na chłopca jak na wyrocznię.

– Chcesz być moim tatą? – Dziecko udawało, że się namyśla. Alberwan nawet nie ukrywał, że podsłuchuje tą rozmowę.

– Tak. Chciałbym zapytać mamusię, czy zostanie moją żoną. Myślisz, że się zgodzi? – Mężczyzna uśmiechnął się do chłopca, którego oczy rozbłysły, bo w tym momencie kelnerka przyniosła kawę i rogaliki.

– Mamusia zapyta się mnie. Jestem dla niej najważniejszy. – Dziecko wyprostowało się dumnie. Alberwan uniósł kąciki ust. Zaborczość i duma w tym dziecku przypominały mu tamte chwile, kiedy zabiegał o względy swojej matki razem z Louie. Westchnął.

– Co jej powiesz? – Ciemnowłosy mężczyzna prawie promieniował nadzieją.

– Mama uśmiecha się częściej, kiedy jesteś z nami. Martwi się mniej. Powiem jej, że jeśli sprawisz, że będzie szczęśliwsza, to powinna powiedzieć tak – odpowiedział z powagą pięciolatek. Alberwan nie wytrzymał. Parsknął śmiechem.

To było błyskawiczne. Chłopiec odwrócił się, zmrużył oczy i stojąca przed Alberwanem filiżanka pękła na idealnie dwie części. Alberwan był zbyt zszokowany, by szybko zareagować. Z kolei drugi mężczyzna nie okazał zdziwienia, tylko natychmiast wykonał młynka różdżką skrytą pod stołem i wyszeptał:

– Reparo. – Filiżanka złożyła się, bez żadnej rysy na miśnieńskiej porcelanie. Nawet herbata, która rozlała się po spodku, znalazła się z powrotem na swoim miejscu.

– Przepraszam –powiedział mężczyzna po angielsku, wyciągając dłoń do Alberwana.

– Nie szkodzi – odpowiedział Alberwan, z niepokojem zerkając na kelnerkę, która teraz musiała już wywnioskować, że jest Amerykaninem.

– Nie naśle za panem milicji, rzucę szybkiego Confundusa, zanim wyjdziemy. – Mężczyzna mrugnął przyjaźnie do Alberwana.

– Mama mówiła, że nie wolno rozmawiać z nieznajomymi, że mogą być niebezpieczni. – Chłopiec, wciąż patrząc na Alberwana zmrużonymi oczami, pociągnął za rękaw czarodzieja.

– Proszę wybaczyć. Nie powinienem podsłuchiwać waszej rozmowy. Nie sądziłem jednak, że usłyszę dziś coś milszego dla ucha niż tutejsze szprechanie. – Alberwan skłonił się lekko. Zielone oczy chłopca były hipnotyzujące.

– Tutaj nawet menu nie są pisane po francusku. Ale mam coś, jeśli chciałby pan poczytać po angielsku. Najnowszy numer, prosto z Anglii, ukochana jakimś cudem zamawia. – Ciemnooki mężczyzna zachichotał konspiracyjnie i wręczył Alberwanowi gazetę pod tytułem ,,Transmutacja współczesna".

– Dziękuję. – Alberwan z zainteresowaniem przesunął dłonią po tytule – transmutacja była jego ulubioną dziedziną magii.

– Brytyjska, nie amerykańska, a oksfordzki ośrodek ostatnio podupada, ale wciąż są magowie, na których artykuły warto poświęcić chwilę.

Alberwan znów wymamrotał podziękowania i pogrążył się w lekturze. Nieznajomy miał rację – większość rzeczy, opiewanych jako najnowsze odkrycia, miało przeciętną wagę w skali tego, co sam Alberwan studiował i potrafił. Niemniej jednak jeden artykuł, o ulepszaniu właściwości stali narzędziowej poprzez sztuczne transmutowanie austenitu w perlit, przykuł jego uwagę. Ktokolwiek na to wpadł, na transmutowanie zamiast przeprowadzania skomplikowanych przemian eutektoidalnych, musiał mieć ogromną wiedzę w mugolskim materiałoznawstwie. Alberwan zerknął na autora i uniósł brwi, widząc nazwisko: ,,lady Minerwa McGonagall". Kobieta? Zaznajomiona z przemianami cząsteczkowymi?

Podczas gdy przy sąsiednim stoliku chłopiec opowiadał mężczyźnie o tym, że dzieci, z którymi bawił się wczoraj, niezbyt go lubią, Alberwan zerknął na stronę obok, na kolumnę z ogłoszeniami.

,,Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie poszukuje kandydatów na stanowisko nauczyciela transmutacji."

– Zjadłeś? Dobrze, możemy iść – powiedział mężczyzna do chłopca. Podnieśli się i rzeczywiście, czarnowłosy mag rzucił szybkiego Confundusa na kelnerkę. Alberwan chciał mu oddać gazetę, ale ten zaprotestował:

– Ależ nie, proszę ją zatrzymać. Myśmy już ją przeczytali, zabrałem ją, bo myślałem że na końcu będą krzyżówki, ale nie wydrukowali ich tym razem.

– Dziękuję panu.

– Jestem Assuarin.

– Alberwan, miło mi.

– Tak, nam również. Do widzenia, Alberwanie. – Czarodziej uśmiechnął się.

Assuarin i chłopiec byli już przy drzwiach, gdy Alberwana coś tchnęło:

– Zaczekajcie!

Odwrócili się – dziecko przewróciło teatralnie oczami.

– Ja… masz pierścionek? – Alberwan sam nie wiedział, co go podkusiło, żeby zadać to pytanie, ale ta dwójka ludzi mających magię i mówiących po angielsku w tym ponurym kraju dziwnie go fascynowała.

– Nie. Myślałem, że coś transmutuję… – Na bladych policzkach mężczyzny pojawił się niepasujący tam rumieniec.

Alberwan sięgnął do kieszeni i wyciągnął z kieszeni pierścionek z dwoma akwamarynami, ułożonymi w kształt serca. Jedyna rzecz, jaką matka mu zostawiła.

– Weź go. Bądźcie szczęśliwi.

Assuarin otworzył usta ze zdumienia. Potrząsnął głową.

– Nie mogę tego przyjąć…

– Niebieskie! Jak oczy mamy! Mamusi się spodoba! – Dziecko wspięło się na palce, by lepiej widzieć pierścionek.

– Weź go. Matka malca zasługuje na niego bardziej niż kelnerka, a ja chcę odciąć się od przeszłości – powiedział Alberwan. Zabrzmiało to chyba błagalnie, bo Assuarin nieśmiało wyciągnął rękę.

– Powodzenia – wyszeptał Alberwan, kładąc pierścionek na dłoni Assuarina.

– Dzięki, bracie – odpowiedział Assuarin i wciąż kręcąc głową z niedowierzaniem, wyprowadził chłopca z kawiarni.

Tymczasem Alberwan czuł, że postąpił słusznie. Matka porzuciła go, bo nie chciała, by usiłował szukać mar przeszłości, które ją prześladowały. Pierścionek zostawiła mu jako ostrzeżenie – by nie próbował szukać człowieka, który go jej podarował – ojca. Artemizja nigdy, przenigdy o nim nie wspominała. Choć Alberwan mógł przyjąć różne postawy wobec tego faktu, wyciągnąć różne wnioski – że ojciec nie żył, albo znęcał się nad matką, albo ją zdradzał, ale odkąd zaczął rozumieć, że nawet takie myślenie zrani matkę, przyjął po prostu postawę obojętną. Ojca nie było. I tyle. Nie było do niego ani miłości, ani nienawiści. W tym względzie Alberwan postępował jak matka – udawał, że ojciec jest mu niepotrzebny. Z perspektywy czasu, to było trudne dla ich obojga – bo Alberwan nie był ani trochę podobny do matki – podejrzewał, że z biegiem lat musiał coraz bardziej przypominać matce ojca.

Kimkolwiek był jego ojciec, to nie miało znaczenia. To nie obciążało Alberwana. Zamierzał zacząć od nowa. Zerknął na otwartą na stoliku gazetę i szybko wyjął z kieszeni kawałek pergaminu. Planował wysłać swoją kandydaturę na nauczyciela transmutacji. Nie wiedział, czy nadawał się do nauczania, ale na transmutacji się znał. Wielka Brytania zaś brzmiała kusząco. Do tego Hogwart! Czyż w Ilvermorny nie powtarzano ciągle, że brytyjska szkoła jest najlepsza na świecie?

Uniósł kąciki ust, zapisując swoje imię. Zaraz jednak jego pióro zawisło nad pergaminem. Nazwisko. Potrzebował nazwiska.

– Sio! – kelnerka przegoniła ścierką natrętnego trzmiela, gdy Alberwan zerknął na artykuł o stali.

Alberwan Bumblegall.

Zachichotał, wyczarowując pod stołem kopertę.

Półtora miesiąca później, pod koniec czerwca, Alberwan poprzez sieć Fiuu pojawił się w Trzech Miotłach w Hogsmeade. Uniósł ręce w poddańczym geście, gdy dwóch magów ubranych w czarne szaty wycelowało w niego różdżki.

– Nazwisko! – warknął jeden z nich, podczas gdy drugi oglądał różdżkę Alberwana, nieświadomy, iż kasztanowowłosy czarodziej biegle posługiwał się magią bez konieczności używania różdżki.

– Bumblegall Alberwan. Jestem umówiony w Hogwarcie na rozmowę o pracę – wyjaśnił spokojnie. Śmierciożerca o durnym wyrazie twarzy prychnął – prawdopodobnie z powodu amerykańskiego akcentu Alberwana.

– Crabbe, powinniśmy go puścić, jeśli idzie do Dumbledore'a? – zapytał drugi śmierciożerca. Alberwan zmrużył oczy – to był naprawdę dziwny kraj. Chociaż może to była raczej kwestia dziwnych czasów?

– Lady Voldemort rozkazała, by nie utrudniać funkcjonowania Hogwartu. Jeśli go przytargamy do niej albo do lorda na próżno, oberwie nam się. Lepiej po prostu ich zawiadomić, że taki Amerykaniec się tu pojawił – niech potem nasz szpieg w zamku się nim martwi – decydował Crabbe. Alberwan wyciągnął rękę po różdżkę – śmierciożerca oddał mu ją, a potem splunął.

– On wygląda dziwnie znajomo – wymamrotał jeszcze Crabbe, gdy odchodzili.

Alberwan westchnął. Gdy wyruszał do Wielkiej Brytanii, nie przyszło mu na myśl, że obecna sytuacja polityczna może tak bardzo utrudnić mu znalezienie spokojnego, satysfakcjonującego zajęcia.

Lecz już na ulicy Pokątnej zorientował się, że musi być ostrożny. Szczególnie, że praca, o którą zabiegał, wiązała się z deklaracją lojalności wobec jednej ze stron konfliktu, w jakim pogrążona była Wielka Brytania.

Lord i lady Voldemort wprowadzili reżim, w którym trudno było zachować neutralność. Kontrolowali wszystko, poza Hogwartem. Według plotek demoniczna para zawarła pakt z dyrektorem, który zapewniał szkole niezależność i autonomię w nauczaniu. Niemniej jednak wciąż zamek uważany był za bastion i serce ruchu oporu. Tyle Alberwan dowiedział się w ciągu jednego dnia, kiedy omal nie został aresztowany przez sługi Voldemorta, śmierciożerców – tylko poręczenie właściciela księgarni sprawiło, że puszczono go wolno. Alberwan nie rozumiał, skąd ta pomoc – właściciel księgarni powiedział tylko, że Alberwan wygląda mu na przyjaciela. Chwilowo bezrobotny mag odwdzięczył się, kupując całą górę książek na temat transmutacji – wydał na to ostatnie oszczędności. Bardzo liczył na to, że ów sławny dyrektor Hogwartu, Dumbledore, zatrudni go.

Nie było sensu zatrzymywać się na dłużej w Trzech Miotłach – wszyscy rzucali mu nieufne spojrzenia – był też boleśnie świadom braku galeonów. Lewitując przed sobą kufer z książkami i ubraniami oraz klatkę ze swym kugucharem, Aragondą, wyszedł na pustą, główną ulicę Hogsmeade.

Podobnie jak z ulicą Pokątną, inaczej było czytać o tym miejscu, a inaczej znaleźć się tu – gdzie nikogo nie raził wysoki kapelusz czarownicy, szeleszczące szaty czy latające w biały dzień sowy. Alberwan zastanawiał się, czy Hogwart wywrze na nim jeszcze większe wrażenie. Mijał kolejne domy i sklepy, nucąc cicho amerykańską piosenkę. Przechodził właśnie obok nieco zapuszczonego podwórka obok gospody ,,Pod świńskim łbem", gdy usłyszał:

– Ajsza, moja droga, nie masz się co gniewać, przecież nic ci nie zrobię!

Trudno było nie unieść brwi z rozbawieniem, widząc jak wysoki czarodziej z niewymierną czułością woła uciekającą przed nim kozę. Kiedy jednak mag się bardziej wyprostował, Alberwan aż przystanął.

Mag wyglądał, jakby mógł być jego starszym bratem. Mieli podobne, tyczkowate sylwetki i kasztanowe włosy. Z tej odległości Alberwan nie widział oczu czarodzieja, ale zaraz potrząsnął głową i ruszył dalej, nie oglądając się na maga i kozę. Wyglądało na to, że tak usilnie usiłował znaleźć swoje miejsce, że wszędzie widział ludzi podobnych do siebie. Najpierw ten chłopczyk w Niemczech o szmaragdowych oczach, teraz ten czarodziej o kasztanowych włosach. Żałosne, zamiast tego powinien raczej skupić się, by zrobić dobre wrażenie na dyrektorze Hogwartu.

Czerwcowy weekend oznaczał, że uczniowie mogli wychodzić do Hogsmeade. Alberwan z ciekawością przyglądał się tym beztroskim dzieciom w czarnych mundurkach.

– Alicjo, zaczekaj! – Jakaś dziewczynka goniła drugą, roześmianą, o pucołowatej twarzy i krótkich włosach.

Wspaniałe było to, że mimo nieciekawej sytuacji wewnętrznej w brytyjskiej społeczności czarodziejów, dzieci były chronione przed ponurą atmosferą przez ochronny kokon Hogwartu. Jak potężna była to ochrona, Alberwan przekonał się, stając przed ogromną bramą ze skrzydlatymi dzikami, uchyloną lekko. Sama konstrukcja była naprawdę mocarna, wnosiła się na dobre siedem metrów w górę – otworzenie bramy za pomocą samych mięśni było niemożliwe. Oprócz tego Alberwan wyczuwał ogromne pokłady defensywnej magii i dziesiątki warstw ochronnych zaklęć.

Przy bramie stał znużony mężczyzna z pergaminem, sprawdzający uczniów oraz około czterdziestoletnia kobieta w pielęgniarskim stroju. Co ciekawe, na widok Alberwana otworzyła usta w idealnym ,,o"

– Dzień dobry. Jestem Alberwan Bumblegall, przybyłem na rozmowę kwalifikacyjną – powiedział do niej Alberwan poprzez kratę.

– Och tak, proszę. – Kobieta wyciągnęła różdżkę i wymamrotała coś – Alberwana przeszedł dreszcz – musiała umożliwić mu przejście przez bariery. Wszedł do środka i spojrzał pytająco na czarownicę, która lustrowała go od stóp do głów.

– Zapraszam, dyrektor oczekuje pana. Nazywam się Poppy Pomfrey, jestem szkolną pielęgniarką. Powinien powitać pana zastępca dyrektora, ale i w tym zakresie mamy braki personelu. – Kobieta uśmiechnęła się nieco nerwowo i ruszyła żwirową ścieżką. Alberwan podążył za nią. A kiedy ścieżka zakręciła, aż jęknął z zachwytem.

Zaraz obok po prawej rozciągał się las, ciągnący się aż do ogromnego, iskrzącego się w słońcu jeziora. Z lewej strony w oddali majaczył stadion do quidditcha. Zaś na wprost, prawie wynurzając się z wód jeziora, rozciągał się bajkowy zamek.

– Niesamowite – powiedział Alberwan.

– Zatem nie uczył się pan tu. Pan jest obcokrajowcem? Amerykaninem? – spytała pielęgniarka, z przyjaznym, porozumiewawczym uśmiechem.

– Tak, uczyłem się w Ilvermorny. Dlatego jestem raczej niezorientowany w obecnej sytuacji. – Alberwan uznał, że warto zaprzyjaźnić się nieco z ową Poppy.

– Och, proszę się nie martwić, jeśli zapadnie decyzja, by dostał pan tą pracę, dyrektor wszystko panu wytłumaczy. Myślę, że chyba wreszcie dojrzał do decyzji, by kogoś przyjąć – zbyt długo wszystko było postawione na głowie – powiedziała Poppy, kierując się ku ogromnym wrotom, teraz otwartym szeroko. Jej oczy czujnie skanowały brzeg jeziora, nad którym wylegiwało się wiele grupek uczniów.

– Wreszcie? – Alberwan zmarszczył brwi – czy te dzieci nie były nauczane transmutacji przez dłuższy czas?

– Dyrektor, profesor Dumbledore, od sześciu lat sam nauczał transmutacji. Razem z dyrektorowaniem to zbyt wiele obowiązków na jednego człowieka, ale nie mogliśmy mu wyperswadować, by znalazł kogoś do katedry transmutacji. On chyba wciąż łudził się, że profesor McGonagall wróci – wyjaśniła pielęgniarka, wprowadzając go do ogromnej sali wejściowej.

– Profesor McGonagall? Minerwa McGonagall? – Alberwan natychmiast przypomniał sobie interesujący artykuł w ,,Transmutacji współczesnej".

– Tak, nauczała tu przez sześć lat i tak naprawdę nikt nie wie, dlaczego odeszła. Może nie jestem obiektywna, bo przyjaźniłam się z nią, kiedy obie byłyśmy tu uczennicami, ale to najlepszy pedagog, jakiego miał Hogwart – zdradziła smutno Poppy. Alberwan wzruszył ramionami – życie zmuszało ludzi do różnych decyzji. Żałował, że nie pozna tej kobiety – w książkach, które zakupił na Pokątnej, było kilka rozdziałów pisanych przez nią – musiała być ekspertem w dziedzinie transmutacji.

– Z tego, co zdążyłem się zorientować, profesor Dumbledore również jest inspirującym nauczycielem – rzucił Alberwan. Obecny dyrektor Hogwartu, chociaż głównie znany z powodu wynalezienia dwunastu sposobów użycia smoczej krwi i pokonania czarnoksiężnika Grindelwalda, miał też kilka imponujących osiągnięć w dziedzinie transmutacji. W krótkim czasie, jaki spędził w Wielkiej Brytanii, Alberwan usiłował nieco dowiedzieć się o swoim być może przyszłym pracodawcy. Obecna sytuacja utrudniała uzyskiwanie informacji, ale renoma Dumbledore'a wykraczała poza Wyspy, nawet poza Europę.

– Tak, lecz wydaje mi się, że brakuje mu tej iskry, którą prezentował, kiedy nauczał moje pokolenie. – Poppy wprawnie prowadziła Alberwana przez szerokie korytarze, aż wreszcie zatrzymała się przed gargulcem chimery.

– Chyba nie powinienem się tam wybierać z kufrem i Aragondą, ale nie chciałem zatrzymywać się w Hogsmeade. – Alberwan z rozterką patrzył na swojego kuguchara. Poppy pokiwała empatycznie głową:

– Mogę tego popilnować. Cokolwiek dyrektor postanowi, będzie czekała na pana w skrzydle szpitalnym – powiedziała, gestem wskazując Alberwanowi, by stanął w przestrzeni za gargulcem.

– Dziękuję. – Czarodziej uśmiechnął się. Poppy przekrzywiła głowę:

– Galaretka agrestowa – rzekła do chimery, a potem, obrzuciwszy skrupulatnym spojrzeniem Alberwana, dodała:

– Powodzenia.

Galaretka musiała być hasłem, bo Alberwan już unosił się w górę, na kręconych, ruchomych schodach, ku drzwiom ze złotą kołatką. Czuł się dziwnie zdenerwowany. Oczywiście był pewny swoich kwalifikacji, ale przecież to był Hogwart, to był Dumbledore, to było centrum wszystkiego, co najbardziej magiczne. Zanim Alberwan zdołał zapukać, drzwi się otworzyły.

Znajdujący się w wieży, zbudowany na planie koła gabinet był tak pełen najróżniejszych przedmiotów, że Alberwan najpierw rozglądał się po srebrnych instrumentach, imponujących, ruchomych portretach i półkach z książkami, także dopiero dźwięk nabieranego głośno powietrza doprowadził go do ukrytego w głębi biurka.

– Na gacie Merlina! – zawołał jeden z portretów i Alberwan zrozumiał, skąd te słowa, gdy postać za biurkiem podniosła się.

Alberwan miał wrażenie, że patrzy w lustro.

Na twarzy stojącego za biurkiem maga malował się czysty szok. Ale nie tylko to ich łączyło.

Musieli być prawie równego, wysokiego wzrostu. Sylwetki mieli podobne, chociaż Alberwan nie był aż tak chudy. Mężczyzna, będący prawdopodobnie dyrektorem Dumbledorem miał dłuższe włosy i brodę, ale w tym samym kasztanowym kolorze, nie licząc lekko siwiejących skroni. Jeśli chodzi o twarze, to rysy Alberwana były nieco ostrzejsze, a jego nos nie nosił śladów złamania, jak u tego maga. Jedynie oczy Dumbledore'a były inne – mniejsze i w akwamarynowym kolorze, chociaż migoczące dokładnie tak samo jak oczy Alberwana.

– Dzień dobry. Nazywam się Alberwan Bumblegall. – Alberwan zmusił się do ruchu, do podejścia bliżej i wyciągnięcia ręki, chociaż miał okropne wrażenie, że jego kolana miękną.

– Witam, panie Bumblegall. Jestem Albus Dumbledore, dyrektor Hogwartu. Proszę mi wybaczyć, ale do tej pory nie wierzyłem w istnienie sobowtórów. Bo nie jest to żadna transmutacja, jak mniemam? – Starszy czarodziej mocno uścisnął dłoń Alberwana. Ten czuł ulgę, że to drugi mężczyzna poruszył temat ich niesamowitego podobieństwa.

– Jestem równie zszokowany co pan, a panu nie muszę tłumaczyć, że tego typu transmutacje wymagają ogromnej mocy i skupienia – nie udokumentowano przypadków przeprowadzenia kontrolowanej transmutacji metamorfomagicznej – transfiguracji, na czarodzieju nie będącym metamorfomagiem trwającej dłużej niż trzy godziny – oświadczył Alberwan. Ku jego zaskoczeniu, Dumbledore uniósł kąciki ust:

– Nie można odmówić panu kwalifikacji. Niewielu zna rekord tego typu przemian, chociaż ja osobiście uważam, że byli i są czarodzieje zdolni do przebicia tej granicy, ale z oczywistych i moralnie wątpliwych względów nie są skorzy do chwalenia się takimi umiejętnościami. – Dyrektor wskazał Alberwanowi krzesło przed biurkiem.

– Pomijając motywację, sądzę, że niewielu żyjących magów dysponuje mocą konieczną do tak złożonej przemiany. – Alberwan wzruszył ramionami.

– Dwóch zdolnych do tego czarodziejów siedzi właśnie w moim gabinecie. – Oczy Dumbledore'a zamigotały szybko, nie tyle wyzywająco, co wesoło.

Oczywiście, głupio byłoby zakładać, że dyrektor nie dostrzeże rozmiarów mocy Alberwana, nawet mimo całkowitego ukrywania aury.

– Jestem zadowolony z mojego wyglądu, nigdy nie czułem potrzeby, by go zmieniać – powiedział Alberwan, w myślach dodając ,,w przeciwieństwie do matki, która uwielbiała eksperymentować z wyglądem".

– Tak, to podejście podobne do mojego w kwestii stania się animagiem. Pan jest animagiem? – spytał uprzejmie Dumbledore – jego oczy jak promienie mugolskiego rentgena.

– Nie. Zawsze chciałem być, ale nie spotkałem nauczyciela, który podjąłby się pomocy mi w tym – odpowiedział szczerze Alberwan. W Ilvermorny nie było animagów, a matka, chociaż miała sporą wiedzę w tej kwestii, odmawiała pomocy Alberwanowi.

– Wyszkoliłem jednego animaga. Może mógłbym panu pomóc…. A patronus? Potrafi pan wyczarować cielesnego patronusa? – Na moment na twarzy Dumbledore'a pojawił się niewymierny smutek, żal, a jego oczy przygasły. Kiedy jednak zapytał o patronusa, Alberwan pojął, że to jeden z wielu testów – panowało powszechne przekonanie, że śmierciożercy oraz poplecznicy lorda i lady Voldemort nie są w stanie przywołać patronusa.

– Expecto Patronum. – Alberwan machnął różdżką, skupiając się na swoim najszczęśliwszym wspomnieniu – on i Louie, wtuleni w matkę czytającą im magiczne bajki.

Z końca jego różdżki wyłonił się strzęp srebrnej mgły, który szybko uformował się w kuguchara. Alberwan zakręcił różdżką, kuguchar zmienił się w orła. Dumbledore zaklaskał:

– Imponujące, dwie formy patronusów, w tym jedna jako typowo magiczne stworzenie… niesamowite. – Znów, było jakieś echo żalu w tonie dyrektora. Alberwan pomyślał o matce, której patronusa nigdy nie widział – zawsze podejrzewał, że przeżyła zbyt wiele traum, by móc należycie skupić się na szczęśliwych myślach.

– Nie ukrywam, nie mam pedagogicznego doświadczenia – zaczął Alberwan, rzucając okiem na pustą żerdź po prawej stronie – gdzieś słyszał, że magicznym towarzyszem Dumbledore'a był feniks, to by się zgadzało.

– Cóż, każdy od czegoś zaczynał. Ja nie mogę mieć wobec pana zbyt wysokich oczekiwań, bo jestem boleśnie świadom faktu, że przez ostatnie lata poziom nauczania transmutacji zatrważająco spadł, za co tylko ja mogę wziąć odpowiedzialność. – Dumbledore zwiesił głowę, kilka portretów posłało mu pełne dezaprobaty spojrzenia.

– Dlaczego nie szukał pan zastępstwa wcześniej? – Alberwan odważył się zapytać – to była ich pierwsza rozmowa, co miał do stracenia, poza możliwością pracy?

– Dyrektorskie stanowisko nie daje mi tyle satysfakcji co nauczanie, natomiast pochłania dużo więcej uwagi i energii. Najszczęśliwszy byłem, nauczając. Teraz… to było mi potrzebne, to jest najdobitniejsze przypomnienie, że jest o co i dla kogo walczyć… poza tym… wciąż wierzyłem i wierzę, że ona wróci. – Przez całą tą wypowiedź Alberwan dokładnie obserwował Dumbledore'a. Widział, jak marszczy brwi, dając wyraz frustracji, jak unosi kąciki ust w melancholijnym widmie uśmiechu, jak wreszcie garbi się, jakby przygnieciony odpowiedzialnością i poczuciem beznadziei. Ostatnie słowa, wypowiedziane praktycznie szeptem, były właściwie nasączone bólem i tęsknotą tak potężną, że Alberwan prawie przeoczyłby łzy lśniące w pozbawionych nagle migotania oczach dyrektora.

– Pani Pomfrey wspominała, że wcześniej transmutacji nauczała tutaj profesor McGonagall. Miałem przyjemność czytać jeden z jej najnowszych artykułów i byłem pod wielkim wrażeniem. Dlaczego odeszła z Hogwartu, jeśli mogę spytać, sir? – Alberwan nie umiał powstrzymać ciekawości.

– Gdybym był pewien odpowiedzi na to pytanie, wszystko byłoby proste, drogi chłopcze. Natomiast jeśli zostaniesz tutaj profesorem, to musisz liczyć się z tym, że gdyby tylko profesor McGonagall wykazała jakąkolwiek najmniejszą chęć powrotu, jej prawowite stanowisko zostanie jej zwrócone. – Dyrektor splótł długie palce, odpowiadając enigmatycznie.

– Oczywiście. Ale czy jest pan gotów powierzyć mi teraz tą posadę? – Alberwan zrozumiał, że naciskanie na Dumbledore'a nie jest wskazane. Był gotów na odmowę – miał zaledwie dwadzieścia dwa lata i zero doświadczenia.

– Tylko twojemu listowi poświęcił uwagę. Intrygujesz go i nas. Twoja niewiedza odnośnie panującej sytuacji stanowi jednocześnie wadę i zaletę. – Z wysokości portretu starszego czarodzieja, zawieszonym na ścianie za dyrektorskim biurkiem dobiegł ich kobiecy, mocny głos.

– Thereso! – zaprotestował namalowany czarodziej, patrząc jednak z miłością na namalowaną kobietę, opartą o podłokietnik.

Sam Alberwan pomyślał, że to okrutny żart, bo ta kobieta też wydawała mu się znajoma, albo podobna… jej szlachetne, arystokratyczne rysy twarzy były tak samo kanciaste jak jego własne. Niewątpliwie była piękna – z krótkimi, czarnymi włosami upiętymi na edwardiańską modłę, z oczami w kolorze lśniącej stali.

– Theresa, jak zazwyczaj, ma rację. Wybacz, że będę zwracał się do ciebie po imieniu, Alberwanie, prawdą jednak jest, iż choć jesteś bardzo młody, niewiele starszy od siedmiorocznych, to twoja wiedza i zdolności stanowią intrygującą zagadkę, zaś Hogwart potrzebuje kogoś świeżego, niezorientowanego w naszej skomplikowanej politycznie sytuacji – wyjaśnił Dumbledore.

– Uważa pan, że mógłbym przyjąć tą posadę i jednocześnie pozostać neutralny? Może nie wiem, co jest powodem i celem panującego na Wyspach konfliktu, może nie znam i nie rozpoznaję większości zaangażowanych w to osób, ale zdaję sobie sprawę, że nauczanie w Hogwarcie wiąże się z otwartą deklaracją lojalności. – Alberwan uniósł brwi. Cenił sobie bezpośredniość. Te kwestie należało doprecyzować teraz.

– Słusznie. Źle sformułowałem swoje słowa. Albo może nie powiedziałem wszystkiego. Hogwart cię potrzebuje ze względu na twoje zdolności i kwalifikacje, natomiast ja potrzebuję cię jako kogoś, kto jest świeży i potężny, a jednocześnie gotowy walczyć u mego boku w słusznej sprawie – oświadczył Dumbledore.

Alberwan wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi oczami. Czego dokładnie oczekiwał od niego ten wielki czarodziej? Przecież konflikt, który się tutaj toczył, nie był wojną, w której Alberwan czułby się zobowiązany uczestniczyć! Przybył tu tylko po to, by móc w spokoju zastanowić się nad swoją przyszłością, by być może znaleźć swoje miejsce, gdzie mógłby się rozwijać i czuć usatysfakcjonowanym.

– Profesorze, proszę mnie źle nie zrozumieć, ale moje ambicje są czysto naukowe. Nie jestem wojownikiem czy strategiem. Chcę nauczać, nie mieszając się w politykę. Dopóki więc lord i lady Voldemort będą respektować autonomię Hogwartu, nie zamierzam podejmować wobec nich żadnych wrogich działań – odpowiedział Alberwan z udawanym spokojem. Schlebiało mu zaufanie, jakim gotów był go obdarzyć Dumbledore, szczególnie że zostało ono zaoferowane bez pytań o przeszłość czy pochodzenie Alberwana. Lecz co innego czuć się wyróżnionym, a czuć się zobowiązanym.

– On jej nie zastąpi – powiedział z pogardą jeden z namalowanych dyrektorów. Dumbledore bez zastanowienia odparł błyskawicznie:

– Jej nikt nie zastąpi. – Zaraz jednak dodał, z rumieńcem. – Rozumiem twoje pragnienie i nie będę zatem sugerował, byś dołączył do Zakonu Feniksa, ale musisz pozostawać świadomy, iż jako nauczyciel w Hogwarcie, natychmiast staniesz się dla obecnego reżimu wrogim elementem. – Dumbledore nieco nerwowo przeplatał między sobą długie palce. Alberwan miał dokładnie ten sam nawyk, ale by się mu nie oddawać, zaciskał dłonie na różdżce.

– Czy nie będę mógł opuszczać zamku? – Alberwan nie miał pojęcia, co oznaczało ,,wrogi element" w słowniku śmierciożerców.

– Poza Hogwartem nie jest bezpiecznie dla nikogo, a obecnie jesteśmy na progu bardzo poważnej, przełomowej zmiany. Widzisz, Alberwanie, ostatnie cztery lata autonomii i bezpieczeństwa Hogwartu były warunkowane tolerowaniem przeze mnie szpiega Voldemorta na stanowisku nauczycielki obrony przed czarną magią. Tydzień temu nadszedł jednak list, iż ów szpieg kończy swoją misję z dniem dzisiejszym i pakt zapewniający zamkowi bezpieczeństwo stanie się nieważny. – Dumbledore wydawał się być szczerze zmartwiony. Alberwan, który słyszał o tym porozumieniu tylko strzępy plotek, mógł jedynie pokiwać empatycznie głową i zapytać:

– Kto będzie nauczał obrony? Czy możemy jutro spodziewać się ataku?

– Mam całe wakacje na znalezienie zastępstwa, chyba że zaproponują kolejną ugodę. Co do ataku… mogą zaatakować zaraz po zakończeniu roku szkolnego, gdy już dzieci wyjadą. Obecnie Hogwart za bardzo przypomina obóz szkoleniowy w czarnoksięstwie, by byli gotowi przelewać krew uczniów. Ale pozbyć się mnie… będą chcieli zawsze. – Po raz pierwszy w ciągu tej rozmowy Dumbledore wyglądał jak zmęczony, wyczerpany mag. Alberwan współczuł mu.

– Proszę się nie martwić, profesorze. We wszystkich sprawach związanych ze szkołą, może pan na mnie liczyć – zapewnił Alberwan starszego maga. Zdumiał go powrót migotania w oczach dyrektora.

– Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy, bo w jakiś przedziwny sposób wydaje mi się, że nasza współpraca będzie wiązała się z wielką korzyścią dla Hogwartu – mówiąc to, Dumbledore nałożył na nos okulary połówki i zaczął szukać czegoś w szufladzie.

Alberwan skłonił głowę, nie umknął mu jednak cichy szept jednego z dyrektorów:

– Ten chłopak ma jej oczy.

Dumbledore szukał koniecznych dokumentów, a Alberwan zastanawiał się, w jak skomplikowane machinacje wplątywał się tym razem.