1965 b

Nagini z dziwnie melancholijną miną szła korytarzami Hogwartu. Kiedyś uważała za romantyczne brednie przekonanie, że w zamku każdy czuje się jak w domu, ale teraz nie była całkowicie pewna, czy i ona nie poddała się w jakiś sposób tej przyjaznej atmosferze. Być może chodziło tylko o ten fakt, że dziś miała opuścić szlachetne mury szkoły i choć powinna czuć ulgę i podniecenie, czuła dziwną pustkę.

Spędziła tu cztery lata. Owocne lata wyśmienitej służby lordowi i lady Voldemort. Szpiegowała dla nich, nawracała dla nich, mamiła dla nich i to wszystko ze stuprocentowym zaangażowaniem. Miała słodką satysfakcję, że byli z niej zadowoleni. Dzięki niej Dumbledore nie czuł się swobodnie we własnej szkole, pilnował każdego słowa i siwiał ze zmartwienia coraz bardziej. Dzięki niej w szeregi śmierciozerców trafiała młodzież waleczna, sprytna i znakomicie wyszkolona w czarnej magii. Dzięki niej poziom nauczania w Hogwarcie wzrósł. Miała nieśmiałą nadzieję, że to zostanie docenione.

List przyszedł tydzień temu, z podpisem lady Voldemort. Nakreślony starożytnymi runami, których Nagini nauczyła się w wolnym czasie, informował ją o zakończeniu jej misji w Hogwarcie. Lady Voldemort natrafiła na trop Atheny we Francji. Teraz zadaniem Nagini było znaleźć swoją dawną wybawicielkę i nakłonić ją do przyłączenia się do lorda i lady Voldemort. Razem mieli możliwość pokonania Morrigan i zapewnienia bezpieczeństwa Louie.

Oraz Alberwanowi, ale o tym lady Voldemort cudem się nie dowiedziała.

– Profesor Nagini! – Ktoś wołał za Malediktusem.

Nazwiska były żałosnym, mugolskim wymysłem, definiującym rodzinę. Nagini nie miała jej, a wierzyła, że imię opisywało ją dostatecznie, dlatego też uczniowie zwracali się do niej ,,profesor Nagini", co jej odpowiadało.

– Tak, Bello? – spytała kobieta, przystanąwszy. Wspaniałe, jak zwykłe posłużenie się zdrobniałym imieniem wywołało rumieniec radości na twarzy czternastoletniej dziewczyny.

– Czy to prawda, że odchodzi pani z Hogwartu? – Radość szybko zastąpił lęk i niepewność. Nagini westchnęła. Wieści rozchodziły się zbyt szybko, Dumbledore musiał komuś powiedzieć o liście, który niechybnie także dostał od lady Voldemort.

Kłopot z ,,panną Black" był taki, że Nagini za bardzo się do niej przywiązała. Zostawienie rezolutnej, potężnej i ujmującej dziewczyny okazywało się być jedną z tych rzeczy, które nastrajały ją melancholijnie.

– Za godzinę już mnie tu nie będzie, Bello. – odpowiedziała, zgodnie z prawdą. Problem leżał w tym, że Nagini polubiła nauczanie. Spodobała jej się władza, jaką utrzymywała ponad uczniami w swojej klasie. Cieszyła się, dzieląc z nimi wiedzą o czarnej magii, widząc ich zainteresowanie i podziw. To dawało jej dużo satysfakcji. Przedziwne, bo przecież spodziewała się, że będzie nienawidzić tej misji i odliczać godziny do jej zakończenia. Tymczasem jedynym uciążliwym elementem było pilnowanie doskonale pilnującego się Dumbledore'a.

– Ależ pani profesor, przecież pani jest tutaj najlepszą nauczycielką! Czy Czarni Państwo nie byli zadowoleni z pani? Czy może moi rodzice mogliby coś zrobić? – Bella gestykulowała żywo.

Nagini uśmiechnęła się. Czarni Państwo nie byli głupi – wszyscy liczyli się z tym, że Nagini będzie traktowana w Hogwarcie jak ledwie tolerowany wróg, a Dumbledore nie dopuści jej do żadnych ważnych informacji. Jej składane co miesiąc ustne raporty przed lordowską parą były zazwyczaj zwięzłe i pozbawione ważniejszego meritum. Nikt jej o to nie obwiniał, przeciwnie, Czarni Państwo byli zadowoleni z każdej wzmianki o tym, że Dumbledore jest coraz bardziej wyczerpany i pozbawiony nadziei.

– Czarni Państwo przydzielili mi teraz inną misję, Bello – powiedziała Nagini łagodnie, przyglądając się czternastoletniej Ślizgonce.

Bellatriks Black była ulubienicą Nagini. Miała naturalny dar do czarnej magii – nie brakowało jej ani mocy, ani okrucieństwa. Umiała być wyrachowana i ostentacyjnie prowokacyjna. Nawet w wieku czternastu lat przysparzała kłopotów innym nauczycielom, chociaż rzadko dostawała szlabany. Wciąż rozwijająca się, z bezlitosną precyzją łamała serca zapatrzonych w nią Ślizgonów i irytowała zazdroszczących jej Gryfonów. Jeśli do tego dodać czystokrwistych rodziców, którzy cieszyli się wpływami i przychylnością Czarnych Państwa, Bellatriks była skazana na sukces.

– Czy ja mogłabym odejść z panią, pani profesor? Po co mi SUMY, przecież mogę wstąpić do szeregów śmierciożerców już teraz, z rozkoszą przyjmę Czarny Znak! – Dziewczyna uniosła nawet ciężkie powieki w dziwnie błagalnej minie.

Nagini była wzruszona tą lojalnością. Nigdy nie ukrywała, że przygotowuje Bellę do zajęcia wysokiej pozycji z szeregach armii lorda i lady Voldemort. Miała nadzieję, że wszystkie starania, jakie poczyniła wokół tej dziewczyny, nie pójdą na marne.

– To niedorzeczny pomysł, Bello. Ale obiecaj mi, że cokolwiek wydarzy się w przyszłym roku szkolnym, nie porzucisz swoich ambicji. Wielokrotnie zachwalałam twoje oddanie i umiejętności Ich Lordowskim Mościom. Wierzę, że kiedyś dołączysz do wyróżnionych Mrocznym Znakiem i przyniesiesz mu chwałę. – Nagini patrzyła dokładnie w oczy dziewczyny, licząc, że ta zapamięta jej słowa.

– Przyrzekam, pani profesor. Zawsze będę wierna Tym–Których–Imiona–Są–Święte. – Bellatriks dygnęła dworsko, z rewerencją.

– Powodzenia, Bello. – Nagini nachyliła się i lekko ucałowała policzek dziewczyny, która zarumieniła się, zamrugała i odbiegła, prawdopodobnie nie chcąc, by Nagini wyłapała lśnienie w jej oczach.

Za chwilę była już nauczycielka obrony przed czarną magią kontynuowała swój spacer do gabinetu dyrektora. Jak zwykle, gdy miała rozmawiać z Dumbledore'm sam na sam, czuła niepokój. Była zbyt inteligentna, by nie dostrzegać, że mag o akwamarynowych oczach jest wyjątkowo potężny i że toleruje ją w swojej szkole z niechęcią. Owszem, był wobec niej lodowato uprzejmy i widać było jak na dłoni, że jego nieprzychylność nie jest osobista, ale to nie oznaczało, że Nagini mogła nie mieć się na baczności.

Lecz kiedy Nagini pojawiła się ostatecznie na korytarzu prowadzącym do chimery chroniącej dostępu do dyrektorskiej wieży, zdarzyła się rzecz zgoła nieoczekiwana. Po pierwsze, Dumbledore już zmierzał w jej stronę, a jego oczy migotały tak, jak Nagini nie widziała nigdy wcześniej. A po drugie towarzyszył mu mężczyzna zupełnie do niego podobny, a jednocześnie zatrważająco znajomy dla Nagini. Wszyscy troje zatrzymali się jak wryci, chociaż Dumbledore chyba najlepiej maskował swoje zdumienie. Nagini tylko otworzyła usta w szoku, gdy młodzieniec towarzyszący dyrektorowi zapytał:

– NAGINI?!

Zimny, porażająco zimny dreszcz przeszedł przez całe ciało Nagini, która miała ogromną ochotę zmienić się w swoją wężową formę i odpełznąć gdzieś daleko, chociaż jednocześnie ze wszystkich sił pragnęła opleść mężczyznę swoimi ramionami i nigdy nie wypuścić. Była kompletnie skonfliktowana, ponieważ w tym momencie dotarły do niej dwie arcyważne rzeczy – po pierwsze, Alberwan żył i chyba miał się dobrze, a po drugie, nie było wątpliwości, że był synem Albusa Dumbledore'a.

– Państwo się znacie? – Dumbledore oprzytomniał najszybciej, ustawiając się nieco pomiędzy Alberwanem a Nagini, jakby był gotów rzucić się między nich.

Teraz wszystko się zmieniło. Nagini czuła rozpaczliwą potrzebę porozmawiania z Alberwanem, ale bez obecności Dumbledore'a, a w tym obecnym położeniu wątpliwe, by dyrektor odpuścił.

– Nagini przeprowadzała niegdyś w mej szkole wykład na temat Malediktusów. Pamiętam, że byłem zafascynowany tym, jak Malediktusom blisko, a jednocześnie jak daleko do animagów – powiedział Alberwan. Nagini zdołała pokiwać głową.

– Teraz pamiętam. Byłeś najzdolniejszym wśród moich słuchaczy. – Miała nadzieję, że dyrektor uwierzy w tą wymyśloną historyjkę.

– Co tutaj robisz? – spytał bezpośrednio Alberwan, w jego oczach ciekawość i ostrzeżenie.

– Do dnia dzisiejszego byłam tu nauczycielką czarnej magii. A ty? – Nagini widziała to rozpoznanie na twarzy Alberwana – musiał już usłyszeć o pakcie pomiędzy dyrektorem a Czarnym Państwem. Jeśli dobrze rozpoznawała jego emocje, to czuł się zagubiony i chyba rozczarowany. Czyżby Dumbledore już przeciągnął go na swoją stronę?

A może to Nagini stanęła po złej stronie? Może należało po pokonaniu Morrigan szukać Atheny i Alberwana, zamiast sprzymierzać się z lordem i lady Voldemort? Jeśli Alberwan był synem Dumbledore'a… zaraz… co z Atheną?

– Ja od dnia dzisiejszego będę nauczał transmutacji – poinformował ją, zerkając na dyrektora, przyglądającego się im czujnie.

– Gratulacje. Już kiedy cię poznałam, czułam, że transmutację masz we krwi. Jak czuje się twoja matka? – Nagini pytała ostrożnie. Athena mogła nie żyć, mogła nie zdradzić nic Alberwanowi o Louie i Morrigan… scenariuszy było tysiące.

– Pozwoliła mi poszukać własną drogę. Ale nie było z nią najlepiej, zanim wyjechała. Oczywiście chciałem jej pomóc, ale matka należy do osób, które chcą same mierzyć się ze swoimi problemami. – Chociaż Alberwan powiedział to neutralnym tonem, Nagini ze wszystkich sił usiłowała znaleźć ukryte znaczenie. Czyżby Athena go porzuciła, nic nie wyjaśniając? I czy bezpieczne było zaproponowanie mu spotkania, by mogli sobie wszystko wyjaśnić? Nie. Wystarczyło na niego spojrzeć. Alberwan wyrósł na maga potężniejszego niż Dumbledore, niż lord Voldemort. Dodatkowo, jeśli Athena dała mu wolną rękę, to musiała wierzyć, że poradzi sobie w każdych okolicznościach. Czasy, kiedy należało chronić kędzierzawego chłopca za wszelką cenę, dawno minęły. Nie, zbliżenie się do niego skupiłoby uwagę wszystkich na ich wspólnej przeszłości – to mogło sprowadzić zagrożenie na Louie.

– Jeśli uda mi się ją znaleźć, nie omieszkam pogratulować syna. – Nagini niezauważalnie pokręciła głową, dostrzegając nieme pytanie w oczach Alberwana. Musiał zrozumieć, że ona będzie teraz szukać Atheny.

– Profesor Nagini, rozumiem, że zmierzała pani na spotkanie ze mną? – Dumbledore się wtrącił, wyraźnie sfrustrowany, że niewiele zrozumiał z ich wymiany zdań.

– Tak. Do zobaczenia, profesorze. – Kwitnące wiśnie, nawet nie wiedziała, jakim imieniem Alberwan się posługiwał.

– Alberwanie, ktoś zaprowadzi cię do skrzydła szpitalnego, a Poppy oprowadzi cię po zamku. – Dumbledore zwrócił się do swej młodszej kopii, co ciekawe, imieniem, które Nagini pamiętała.

– Do widzenia. – Alberwan skłonił się i odszedł. Nagini zmusiła się, by nie odprowadzić go wzrokiem. Zamiast tego przeszła na ruchome schody, czując za sobą obecność zaintrygowanego całą sytuacją Dumbledore'a.

W gabinecie sztywno usiadła na krześle, wygładziwszy swoje maksymalnie przylegające do ciała szaty. Dumbledore opuścił na nosie swoje okulary połówki.

– Dostałem list, że z dniem dzisiejszym kończy pani swoją pracę w Hogwarcie – oznajmił, co zabrzmiało śmiesznie – on był tu dyrektorem, a to nie jego decyzją opuszczała szkołę.

– Tak, wygląda na to, że jestem potrzebna gdzie indziej. – Nagini wciąż myślała o Alberwanie. Uderzyła ją kolejna prawda – zawsze wierzyła, że chłopiec jest dzieckiem Atheny, ale jest po prostu bardziej podobny do ojca. Jednak teraz… szmaragdowych oczu nie miał ani po Albusie, ani po Athenie. Czy aby na pewno był synem jej wybawicielki? Musiał być. Athena kochała go bezgranicznie – tak kocha się własne dziecko – przynajmniej w to wierzyła Nagini.

Zresztą, w czasie, w którym Alberwan musiał się urodzić, Dumbledore według wszystkich przekazów wciąż kochał Athenę. To ona go zdradzała. On nie mógłby, był na to zbyt szlachetny.

– Czy przybędzie ktoś na pani zastępstwo, czy mam uważać pakt za nieważny? – Teraz oczy Dumbledore'a już nie migotały. Nagini na moment wysunęła język – nad tym nawykiem nie panowała – i odpowiedziała:

– Ja nie jestem sygnatariuszką paktu, jestem jego przedmiotem. To pytanie może pan skierować do Czarnego Pana albo Czarnej Pani, mnie nic o tym nie wiadomo. – Chyba powiedziała to nieco za ostro, bo przez twarz Dumbledore'a przemknęło poczucie winy – szlachetny głupiec nie lubił, kiedy ludzi traktowano jak przedmioty. Nie zasmakował prawdziwej niewoli, nie wiedział, że obecna sytuacja jest dla Nagini sytuacją akceptowalną.

– Przepraszam, myślałem, że wie pani coś więcej. – Dyrektor wzruszył ramionami. Na moment zapadła niezręczna cisza. Nagini czuła się w obowiązku ją przerwać:

– Wiem, że Czarny Pan i Czarna Pani są zadowoleni z poprawy poziomu nauczania w Hogwarcie, jaka dokonała się na przestrzeni tych czterech lat. Niech pan sobie myśli co chce, ale ja uważam to za swój pedagogiczny sukces. Hogwart odzyskał renomę, a teraz, kiedy wreszcie transmutacja będzie nauczana porządnie, ma szansę utrzymać tą tendencję – oświadczyła Nagini. Podejrzewała, że Dumbledore pragnie zapytać ją o Alberwana, ale powstrzymuje się. Zamiast tego rzekł:

– Myślę, że uczniowie panią polubili, co nie wróży dobrze przyszłości naszej społeczności. Niemniej jednak, dziękuję za współpracę, ponieważ ze względu na okoliczności, jestem świadom, że mogła ona układać się dużo gorzej. – Dyrektor wyciągnął do niej rękę.

Nagini zaniemówiła na moment. A potem zganiła się w myślach – sentymentalny, galanteryjny, stary głupiec podszedł ją, uderzając w jej próżność. Podała mu są zimną dłoń i pokiwała głową. Nie dla niego słowa pożegnania. Życie zmusiło ich do stania po przeciwnych stronach. Być może kiedyś nadejdzie dzień, w którym Dumbledore podziękuje jej szczerze i od serca, za ochronę jego dzieci.

Opuściła dyrektorski gabinet wyzuta ze wszelkich emocji. Ćwiczyła zobojętnienie, bo właśnie nim musiała się wykazywać na spotkaniu w Ivylerton House.

Pobyt w mrocznym gnieździe lorda Voldemorta zawsze wywoływał w niej niepokój. Nigdy nie widziała, czego może się tu spodziewać – spotkania ze wszystkimi wyższymi rangą śmierciożercami? Bolesnych tortur za jedno niewłaściwe spojrzenie? Dawki veritaserum?

Dzisiaj, powitali ją we dwoje. Nagini wbiła wzrok w podłogę – wiedziała, że żadne z nich nie lubi, gdy słudzy gapią się na nich ostentacyjnie, nawet jeśli rzadko można było widzieć ich w tak ,, zrelaksowanej" wersji.

Lord Voldemort siedział rozparty na środku kanapy, porażająco atrakcyjny – zielona szata harmonijnie współgrała z woskową strukturą jego twarzy. Nagini nie pierwszy raz zastanawiała się, czy skóra na jego policzku przypomina fakturą skórę węża. Zaraz skarciła się za tą myśl – lord Voldemort pociągał ją czysto estetycznie – byłaby wyjątkowo głupia, gdyby szukała w swej relacji z nim czegoś więcej niż obustronnego szacunku. On należał do innej.

Lady Voldemort leżała w poprzek kanapy – jej szkarłatne włosy były rozsypane na jego kolanach, palce jej lewej dłoni splecione z palcami jego prawej ręki. Jej prawa dłoń zwisała swobodnie – uwagę Nagini przykuł błysk pierścienia – o ile się nie myliła, był to ciemny rubin albo granat, wyśmienicie pasujący do jej włosów. Była pewna błogość w tej scenie, nieme zaprzeczenie dynamicznej i gwałtownej naturze Czarnych Państwa, które oczywiście prysło z momentem zakłócenia ciszy.

– Witaj, Nagini. – Lord Voldemort wysunął język, Nagini odpowiedziała tym samym gestem, robiąc jeszcze krok do przodu i upadając na kolana.

– Panie, milady.

– Co powiedział Dumbledore? – spytał bezpośrednio Czarny Pan.

– Zastanawiał się, co dalej z paktem. Nie wyklucza, że Hogwart może zostać zaatakowany w wakacje. Chciał się dowiedzieć, czy ktoś zostanie przysłany na moje miejsce – odpowiedziała Nagini, usiłując wyczytać cokolwiek z twarzy lady Voldemort. Przez te cztery lata lord Voldemort nie wskazywał w żaden sposób, że został poinformowany o umowie pomiędzy Nagini a jego narzeczoną.

– Poziom nauczania w Hogwarcie poprawił się, a ty wywiązałaś się ze swego zadania tak dobrze, że Dumbledore jest osłabiony – w nasze szeregi wstępuje coraz więcej młodzieży, a Zakon Feniksa kurczy się. To dobry moment na zerwanie paktu. Poza tym, twoje umiejętności są jednak zbyt cenne, by marnować je na wszystkich. Nie, od teraz będziesz szkolić w czarnej magii wybranych – bo lady Voldemort brakuje do tego cierpliwości. – Czarny Pan pochylił się i ucałował nos leżącej na jego kolanach kobiety, która syknęła w odpowiedzi.

– Tak jest, panie.

Zanim Nagini zdążyła powiedzieć coś więcej, przez okno wpadł strzęp ciemnej mgły. Nagini zadrżała – temperatura powietrza musiała spaść, jej oddech zamieniał się w widoczną mgiełkę, a dodatkowo czuła olbrzymią potrzebę zmiany w swoją wężową postać. Dopiero gdy ciemna mgła zmieniła się w w niewyraźną postać przypominającą hienę, Nagini zrozumiała, że to ciemny patronus – ten rodzaj czarnej magii, której lady Voldemort zdołała nauczyć nielicznych.

– Panie, Zakon zaatakował rezydencję Malfoy'ów! Potrzebne jest wsparcie. – Dobiegający z mgły głos Rebeki był przekonująco przerażony.

Lady Voldemort machnęła ręką, usuwając mgłę i usiadła, unosząc brwi.

– Wiedziałaś, że stary głupiec to zrobi, prawda? – Czarny Pan przewrócił czerwonymi oczami.

– Bał się ataku, więc zaatakował pierwszy. Klasyka taktycznego rzemiosła. – Potężna czarownica wzruszyła ramionami, niewinnie trzepocząc rzęsami.

– Zajmę się tym. Ty tu lepiej odpoczywaj. – Czarnoksiężnik namiętnie pocałował swoją narzeczoną, ale że miał zamknięte oczy, nie widział odrazy, jaką wywołały jego słowa. Nagini to dostrzegła.

Potem lord Voledmort wyminął Malediktusa i niebawem rozległo się trzaśnięcie drzwiami. Zapadła cisza, której Nagini nie ośmieliła się przerwać. Lady Voldemort siedziała z przymkniętymi oczami, jakby odliczała. Sekundę po tym, jak je otworzyła, Czarny Znak na ramieniu Nagini zapiekł boleśnie.

– Jesteś poza tym wezwaniem, musimy porozmawiać. – Ton, jakim czarownica to powiedziała, sugerował, jakoby ten atak i nieobecność Czarnego Pana były przez nią dokładnie zaplanowane, co było przecież niemożliwe.

– On nie wie nic o misji, jaka cię czeka. Gdybym mu powiedziała, zacząłby drążyć, a to naraziłoby powodzenie tego przedsięwzięcia. Oferta, jaką skierujesz do Atheny, wyjdzie ode mnie, bez jego udziału – ciągnęła dalej czarownica. Chłodno mówiła o swoim narzeczonym, to nie umknęło Nagini.

– Co mam jej zaproponować? Ona będzie chciała znać powód waszego zaangażowania w tę sprawę. – Powód, który wciąż intrygował i umykał Nagini.

– Mam z Morrigan osobiste porachunki. Gdyby Athena pytała o lorda Voldemorta, on nie ma z tym nic wspólnego i jest nieświadomy naszych działań. Wiem, że pała do niego niechęcią jeszcze z powodu hogwardzkich zaszłości – oświadczyła lady Voldemort.

– Jaki będzie powód mojego zniknięcia? – Mimo wszystko, Nagini nie chciała narażać się na gniew Czarnego Pana. Nie była też pewna, czy we trzy – ona, Athena i Czarna Pani, dadzą radę Morrigan. Kwestionowanie lady Voldemort jednak równało się samobójstwu.

– Oficjalnie – żaden. Nieoficjalnie – poślę cię do Nurmengardu, byś wyciągnęła od Grindelwalda formuły przeciwzaklęć do jego najgorszych klątw. Jako Malediktus, nie jesteś podatna na jego legilimencyjne sugestie, a Tom zgodzi się, że to ważniejszy cel niż uczenie nowo przyjętych durniów dwudziestu szybkich sposobów uśmiercania. – Oczy wiedźmy rozbłysły – sygnał, że jej plan jak zwykle jest tak genialny, że wymyka się wszystkim schematom. Nagini tymczasem otworzyła szerzej oczy, gdy zrozumiała – lady Voldemort powiedziała ,,przeciwzaklęcia do klątw". Zaraz potem Koreanka przypomniała sobie szept Rachel, opowiadającej o tym, że lord Voldemort był porwany przez Grindelwalda podczas wojny z niemieckim szaleńcem. Czyżby Grindelwald torturował obecnego Czarnego Pana?

– Lepiej, byś nie myślała o tym za dużo. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? – Groźba była nie do przeoczenia w tonie czerwonowłosej czarownicy.

– Niełatwo będzie przekonać Athenę – stwierdziła szczerze Nagini.

– Powiesz jej, że Morrigan zaczęła szukać jej córki.

– A to prawda? – To było odruchowe pytanie, Nagini nawet nie zdołała ukryć strachu.

– Jest już w Wielkiej Brytanii. Kwestią czasu, aż odkryje, że McGonagall ukrywa Luizę w swojej rezydencji. – Czarna Pani wzruszyła ramionami, zakładając nogę na nogę.

– Zatem powinnam znaleźć Athenę jak najszybciej – wymruczała Nagini, czując jak niepokój ściska jej klatkę piersiową.

– Accio posinae melodictue – rzekła lady Voldemort, wykonawszy ruch różdżką ozdobioną rubinami.

Nagini otworzyła szeroko oczy, widząc pięciolitrowy dzban, nadlatujący zza drzwi za kanapą.

– Będziesz potrzebowała więcej mikstury.

– Ależ milady, to jest dwuletni zapas! – Nagini nigdy nie widziała tak ogromnej ilości eliksiru, który warunkował jej ludzką formę, który pieczętował jej układ z lady Voldemort. Ten dzban był dowodem zaufania.

– Jeśli moje podejrzenia są słuszne, to przekonanie i sprowadzenie tu Atheny może zająć ci sporo czasu. Ostrzegam cię jednak – jeśli postanowisz zdradzić mnie, gorzko pożałujesz, a Ludwika, czy tam Luiza, będzie martwa. – Ton głosu Czarnej Pani był lodowaty.

– Jestem lojalna wobec krwi mojej wybawicielki. Nie uczynię nic, co mogłoby zaszkodzić Ludwice. – Nagini skłoniła się do samej ziemi.

– Możesz odejść. – Lady Voldemort nawet nie podniosła oczu na Nagini – jej wzrok utkwiony był w pierścieniu, lśniącym na jej dłoni, ułożonej z gracją na kolanie.

Kiedy pół roku później Nagini opuszczała szpital Pitie–Saltpetriere, praktycznie ciągnąc za sobą Athenę, rozumiała, co Czarna Pani miała na myśli, mówiąc o długim czasie pozornie nieskomplikowanego zadania.

Po pierwsze, francuski magiczny rząd nie uznawał reżimu lorda Voldemorta – Nagini była zdana na siebie, a gdyby ujawniła swój Mroczny Znak, byłaby nawet wrogiem, bo społeczność międzynarodowa popierała rząd na uchodźctwie chroniony przez Dumbledore'a w Szkocji. Po drugie, personel magicznego skrzydła szpitala Pitie–Saltpetriere był wyjątkowo nieufny wobec Nagini z powodu braku znajomości francuskiego. Po trzecie i najważniejsze, Athena oszalała.

Taka była diagnoza francuskich uzdrowicieli i taki był wniosek Nagini, na widok której Athena zaczęła wrzeszczeć i niekontrolowanie używać magii. Gdyby nie duża ilość osobistych wspomnień, Nagini miałaby nawet problem z rozpoznaniem Atheny, bo ta niegdyś potężna czarownica teraz stanowiła obraz nędzy i rozpaczy.

Nagini była jednak cierpliwa. Dzień w dzień, przez trzy miesiące odwiedzała Athenę, upewniając ją w przekonaniu, że Nagini nie jest zjawą, że jest rzeczywista. Postępy były powolne, ale widoczne. Athena na nowo uczyła się ufać Nagini, która szybko stała się jedyną osobą zdolną do uspokojenia Atheny podczas jej licznych maniakalnych epizodów.

Dopiero kiedy epizody przestały być gwałtowne i zagrażające otoczeniu, uzdrowiciele zgodzili się, by Nagini zabrała Athenę ze szpitala. To oczywiście nie oznaczało, że Athena jest gotowa do powrotu do Wielkiej Brytanii, do stawienia czoła lady Voldemort i walki z Morrigan.

Nagini teleportowała je obie do pustego mieszkanka nad Sekwaną, które wynajęła. Posadziła praktycznie bezwładną Athenę na łóżku i przywołała coś do jedzenia.

– Proszę. Spokojnie, już nie jesteś w szpitalu, a ja jestem z tobą. – Nagini pokroiła kanapkę na mniejsze kawałki i zaczęła powoli karmić zdezorientowaną Athenę. Gdy kolacja została zjedzona, Athena wreszcie się odezwała:

– Nagini? Jesteś prawdziwa? – Jej głos był tak cieniutki, że przypominał głos małej dziewczynki.

– Tak. – Nagini otoczyła ramionami roztrzęsioną czarownicę. Po godzinie Athena uspokoiła się na tyle, by powiedzieć:

– Dzieci… odpędzały klątwę.

– Dlaczego więc porzuciłaś Alberwana? – zaryzykowała Nagini.

– Nie mogłam go dłużej okłamywać, a chciał prawdy. Prawda… ale Alberwan żyje? – Szaroniebieskie oczy Atheny dopiero po chwili skupiły się na twarzy Nagini.

– Tak. Dumbledore zatrudnił go w Hogwarcie jako nauczyciela transmutacji.

– Poznałaś go.

– Ich obu. Dumbledore jest ojcem Alberwana, prawda?

– Prawda nas zabija, prawda nas przytłacza.

– Są też inni. Lord i lady Voldemort.

– Tylko lord. Riddle, zginie pokonany przez Pottera.

– Lady Voldemort proponuje ci sojusz.

– Nie układam się z anomaliami tej chronologii.

– Jest potężna. Z nią mamy szanse raz na zawsze pokonać Morrigan.

– Jak uciekłaś?

– Ukąsiłam ją. Wiem, że planuje zabić Louie, by zranić Minerwę.

– Louie żyje?

– Podobno ukrywa się w rezydencji McGonagall.

– Zrezygnowałam z niej, żeby przeżyła.

– Morrigan przechwalała się klątwami.

– Nie mogłam ich zdjąć. Jestem porażką w każdym czasie.

– Możesz coś naprawić. Z lady Voldemort możemy pokonać Morrigan.

– Minerwa mnie zniszczy.

– Louie zrozumie, że uczucie do niej jest sztuczne i wybaczy ci, kiedy pojmie, że porzuciłaś ją, by ją chronić.

– Porzuciłam ją! Tak jak Minaura porzuciła mnie!

– Jeśli chcesz ją uratować, to musisz wziąć się w garść!

– Zabij mnie, bo oni nie żyją.

Nagini westchnęła. Czekało ją sporo pracy. Ktoś inny mógłby się poddać, stwierdzić, że Athena to przypadek beznadziejny. Ale Nagini była pewna jednego – Athena, mimo całego swego szaleństwa, mimo ciemności swojej duszy, kochała Louie i Alberwana. Wystarczyło zacząć od tego i była szansa na powrót Atheny na szachownicę. W jakiej roli, Nagini nie była pewna. Siebie samą widziała jako pionka. Athena może mogła być wieżą. Kto siedział za szachownicą?

Na pewno lady Voldemort.

A po drugiej stronie?

Lady McGonagall?