1966 a

– Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?

Ręka, kreśląca zygzaki na jej nagich plecach znieruchomiała. Tom westchnął, co oczywiście nie było żadną odpowiedzią.

Minerwa, leżąca na brzuchu, do tego momentu wpatrująca się w pierścień na swojej dłoni, teraz uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Do ich sypialni w Ivylerton wpadało bardzo mało światła, ale dostrzegła niezdecydowanie na jego twarzy.

– Powiedzieć o czym, milady? – spytał, naturalnie obierając najgorszy możliwy kierunek tej konwersacji. Przecież byli ponad poziomem słownych gierek – wiedział, że mówiła o …

– O tym, że Rachel jest w ciąży – powiedziała to tonem zupełnie obojętnym – ot, kolejny fakt mogący stać się przeszkodą w jej planach.

– Nie jest w ciąży z mojego powodu, zatem uznałem, że nie powinnaś się tym przejmować. – Odruchowo uchylił się, gdy przekręciła się na plecy i chciała złapać go za włosy.

– Gdyby była w ciąży z twojego powodu, wszyscy troje bylibyście martwi – wysyczała, wściekła, że nic nie okrywa jej nagich piersi. Co zirytowało ją jeszcze bardziej, to fakt, że jej groźba nie zrobiła na nim odpowiedniego wrażenia.

– Jesteś jedyną kobietą, która mogłaby urodzić mojego dziedzica. I chciałbym, byś pomyślała o tym – mówiąc to, nie miał pojęcia, że lodowate dreszcze obrzydzenia przechodzą przez jej ciało.

– Nie jestem chętna na rodzenie twojego bękarta – warknęła, przywołując bieliznę i suknię. Odwróciła głowę – nie chciała, by zobaczył ten cień w jej oczach, wywołany wspomnieniem Marveliana.

– Przecież kobiety pragną mieć dzieci! Pomyśl, jakie piękne i potężne byłoby to dziecko! Miałoby cały świat u stóp! Masz czterdzieści cztery lata, to świetny moment. A jeśli się boisz porodu, to przecież nie poświęciłbym cię, znalazłbym najlepszych uzdrowicieli na świecie… – Tom mówił coraz szybciej, coraz bardziej przeciągając syczące głoski. Gdyby Minerwa nie była przyzwyczajona do tego i nie była częściowo wężousta, nie zrozumiałaby połowy jego wypowiedzi.

– Depulso. – Minerwa wycelowała w niego dłoń – zaklęcie pchnęło go na zagłówek łóżka, uderzył w niego boleśnie.

– Jestem lwicą Gryffindoru, nie boję się niczego, zapamiętaj to sobie – rzuciła, schyliwszy się, by naciągnąć suknię na blade, transfigurowane, a więc pozbawione blizn ciało.

Sssss. Coś złapało za materiał od tyłu i rozdarło szew na gorsecie. Minerwa obróciła się błyskawicznie, ale Tom miał przewagę zaskoczenia. Złapał jej nadgarstki, pchnął na ścianę, a kolanem rozchylił nogi. Wyczuł rodzącą się w niej furię, bo nie posunął się dalej, jedynie ucałował jej szyję i wyszeptał:

– Oboje wiemy, że przyjdzie taki dzień, w którym będziesz się mnie bała, w którym przyjdziesz na kolanach, błagając, bym zechciał cię zaszczycić.

Minerwa długo powstrzymywała gniew, ale teraz już nie zamierzała. On śmiał grozić jej! Gwałtem i poniżeniem! O nie, nie miał pojęcia z czym zadarł!

– Revealio legimineo oblivastreal – wypowiedziała głośno formułę zaklęcia. Riddle nie mógł użyć go potem przeciwko niej, vinculum uodporniało ją na czarną magię stworzoną przez Grindelwalda.

– Aaa! – Wypuścił ją i skulił się u jej stóp, łapiąc się za głowę.

Pierwsze z trójcy straszliwych klątw Grindelwalda nigdy nie opuściło Toma – był nim torturowany w Nurmengardzie bardzo długo. Lord Voldemort nie sypiał dobrze, trawiony swymi boginami – jego stan polepszał się, kiedy zasypiał w ramionach Minerwy, albo kiedy wyładowywał swój ból na innych. Czar, którego Minerwa użyła teraz, drugi z trójcy, na pewno wzmacniał torturę tego utrwalonego, a ponadto narzucał nowy, straszliwy obraz:

– Widzisz to? Widzisz grotę? Tam trafisz, jeśli nie będziesz traktował mnie z należytym szacunkiem. – Kopnęła go, gdy uniósł dłoń, by w błagalnym geście złapać ją za kostkę.

– Zabierz to. Zabierz to ode mnie. Daję ci wszystko, chciałem od ciebie tylko… dziecka, które przecież byłoby nieśmiertelne razem z nami! – wycharczał, zaciskając pięści – nienawidził krzyczeć, nawet gdy oprócz nich, w Ivylerton nie było nikogo.

– NIE. CHCĘ. MIEĆ. DZIECKA. Z. TOBĄ. – Przerwała zaklęcie. Była dumna, że udało się jej rzucić je bez użycia różdżki. Jej moc ostatnio rosła.

Riddle wciąż przed nią klęczał, głowę na moment ukrywał w sukni, którą rozdartą porzuciła na ziemi.

– Dlaczego więc tu jesteś, zamiast rodzić gromadkę bękartów Dumbledore'a? – wysyczał, unosząc głowę – upiorną głowę lorda Voldemorta – był zbyt rozzłoszczony i upokorzony, by utrzymywać transfigurację. Prychnęła, chociaż oboje wiedzieli, że odpowiedź na to pytanie jest całym fundamentem ich obecnej relacji. Minerwa nie zamierzała mu jej dać. Zamiast tego wybrała wygodne kłamstwo:

– Dumbledore jest samolubny. Nie dzieli się władzą i nie daje sobą pomiatać. – Machnęła różdżką, splatając swoje szkarłatne włosy z rubinowym diademem. Miała ochotę zabijać. Dzisiaj nad Mrocznym Znakiem zalśni jej korona.

Nie oglądając się wcale na sponiewieranego Toma, Minerwa opuściła Ivylerton i wciąż w skórze lady Voldemort udała się do ministerstwa. W atrium czarodzieje i czarownice kłaniali się jej do ziemi, być może już rozpoznając morderczy błysk w jej oczach.

Z determinacją i celowością wmaszerowała do aurorskiej sali szkoleniowej. Trwały wakacje, w słabo wentylowanym pomieszczeniu cuchnęło potem i porażką. Kandydaci na śmierciożerców przerwali swoje pojedynki, ustawiając się w rzędzie, jak wojsko przed przeglądem. Minerwa zatrzymała się na środku – to mieli być twardzi przeciwnicy – lepsi byli jedynie w Gildii. Nagini nauczyła ich wiele.

– Black! – Minerwa powiodła wzrokiem po szeregu. Wystąpiła z niego nastolatka o bujnych, kobiecych kształtach, ciemnych, kręconych włosach i ciężkich powiekach.

– Czarna Pani. – Panna Black wykonała perfekcyjne, dworskie dygnięcie.

– Pójdziesz ze mną.

Kilka osób wciągnęło ze świstem powietrze, przez twarz Bellatriks przemknął niepokój, ale nie zaprotestowała, posłusznie podążyła za Minerwą. Wsiadły do pustej windy – dziewczyna praktycznie opierała się plecami o złote kraty, by zachować pomiędzy sobą a lady Voldemort jak największy dystans.

– Zdałaś egzamin teleportacyjny? Byłaś w Dolinie Godryka? – Dwa, szybkie pytania.

– Tak. – Precyzyjna odpowiedź na oba.

– Z atrium teleportujemy się tam – zarządziła Minerwa, wchodząc do zatłoczonego już atrium.

Wylądowały zaskakująco blisko siebie, przed bramą mugolskiego cmentarza. Minerwa pomyślała, że i tu muszą być pochowani jacyś członkowie rodziny Blacków – inaczej Bellatriks nie znałaby tego miejsca. Następnie Minerwa zerknęła na majaczący w oddali nagrobek Dumbledore'ów. Odpędziła myśl o tym, jak bardzo dziś zrani Albusa. Lecz impas trwał za długo. Było zbyt spokojnie.

Minerwa szła bardzo szybko, Bellatriks musiała biec, by ją dogonić, kiedy zmierzały uliczką, wokół której rozmieszczono wiejskie domki. Działka obok tej, która była ich celem, była wystawiona na sprzedaż. Zatrzymały się przed niską furtką prowadzącą do schludnego ogródka.

– Kto naucza historii magii w Hogwarcie? – spytała Minerwa pannę Black.

– Profesor Binns, duch, milady – odpowiedziała prędko.

– To niefortunne. Pozwoliłam sobie przeczytać najnowszą listę podręczników do tego przedmiotu. Kto jest ich autorem? – Minerwa nie patrzyła nawet na dziewczynę, która wyraźnie poddenerwowana, odparła:

– Bathilda Bagshot, milady.

– Nie przykładałaś się do historii magii, prawda, panno Black?

– W podręcznikach nie ma nic o historii czarnej magii, milady.

Lady Voldemort roześmiała się i pchnęła furtkę. Po ścieżce z drewnianych krążków podeszły pod drzwi. Minerwa uniosła brew, Bellatriks załomotała pięścią w drewno. Obie trzymały mocno różdżki, gdy otworzyła im niepozorna staruszka.

– Dzień dobry. Incarcerous – powiedziała Minerwa. Więzy pojawiły się, by opleść Bathildę, ale ku zdumieniu Czarnej Pani, zniknęły, a sama Bagshot rzuciła się do wewnątrz domu.

– Złap ją. Kominek nie jest na Fiuu, a na terenie całego domu nie będzie mogła się teleportować. Tylko nie zabijaj jej jeszcze, chcę z nią porozmawiać – rozkazała Minerwa, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Bellatriks nie potrzebowała więcej zachęty, wpadła do domu historyczki. Minerwa spokojnie przeczekała odgłosy zażartej walki, rozglądając się po zdjęciach zawieszonych na ścianie korytarza.

Jakby potrzebowała więcej paliwa do podtrzymywania swego gniewu! Doprawdy, musiała jeszcze patrzeć na nastoletnią twarz Grindelwalda?!

– Milady! – Po dokładnie pół godzinie z wnętrza domu dobiegło wołanie Bellatriks. Minerwa ruszyła przez zagracony salon, ostrożnie manewrując połami sukni i ignorując chaos spowodowany walką. Bathilda leżała spętana na tarasie, z którego kilka schodków prowadziło do ogrodu. Była ranna – Bellatriks musiała trafić jej nogę klątwą patroszącą – krew lała się obficie na deski tarasu.

– Za jakąś godzinę się wykrwawi. Gdyby mi zależało na jej życiu, nie zdałabyś tego testu – warknęła Minerwa, jednocześnie odnotowując, że ogród otoczony był wysokim żywopłotem – była szansa, że mugolscy sąsiedzi nie zorientowali się co do walki. Bellatriks zwiesiła głowę. Musiała czuć się okropnie, że ledwie poradziła sobie ze zwykłą historyczką. Minerwa jednak skrycie była pod wrażeniem – od Albusa wiedziała, że Bathilda jest sprytną i silną wiedźmą.

– Batty, stara nietoperzyco. – Minerwa machnęła różdżką, układając związaną kobietę w pozycji siedzącej i usuwając knebel z jej ust.

– Historia cię osądzi – wycharczała staruszka.

– A właśnie o niej chciałam z tobą pomówić. Widzisz, jak ta tu dziewczyna zauważyła, w twoich książkach nie ma nic o bogatej historii czarnej magii. – Minerwa ledwie zerkała na Bathildę, gładząc opuszkami palców rubiny na swej różdżce.

– Bo czarna magia jest plamą na historii czarodziejstwa – odpowiedziała Bagshot bez cienia lęku.

– Podobnie rzecz ma się z historią najnowszą? Nie wyjaśniasz swoim czytelnikom jak dokładnie Dumbledore pokonał Grindelwalda, choć przecież jesteście przyjaciółmi, mogłaś go zapytać, a ponadto nie wspominasz ani słowem o twórcach obecnego ustroju. – Minerwa wygładziła suknię fałszywie skromnym gestem.

– Dumbledore was pokona. Wasz terror nie będzie wieczny. A wasza historia będzie przestrogą – oznajmiła Bathilda, krztusząc się na koniec.

– Tst, tst, a historycy podobno powinni starać się być obiektywni. Nie martw się, Batty, mimo twoich żałosnych starań wymazania nas z podręczników, my już zapisaliśmy się w historii. Lata wprzód będą nas czcić, ale nie wspominać, bo my wciąż tu będziemy, nieśmiertelni. – Lady Voldemort uśmiechnęła się demonicznie.

– Nie będzie ci wybaczone. Jeśli przejdziesz do historii, to jako najgorsza dziwka. – Bathilda wypluła te słowa, które miały być jej ostatnimi.

– Zabij ją, panno Black – powiedziała Minerwa beznamiętnie.

Musiała jej oddać, panna Black się nie zawahała, pewną ręką wycelowała różdżkę w starszą czarownicę i rzekła:

– Avada Kedavra. – Ciało Bathildy przewróciło się w tył z głuchym łoskotem. Tymczasem w powietrzu rozległ się dźwięk mugolskiej syreny policyjnej. Bellatriks zerknęła na Minerwę.

– Zabij ich. I wszystkich ciekawskich mugoli wokół. To jest twoja inicjacja, jako przyszłej pierwszej generał w naszych szeregach. Nie zawiedź mnie – rzuciła przez ramię do Bellatriks, wchodząc z powrotem do salonu.

Na stoliku leżała otwarta gazeta. Nagłówek, zakreślony ołówkiem, informował o samobójczej śmierci Kassandry Vatblasky. Minerwa uśmiechnęła się z przekąsem – im mniej durnych wróżbitek, tym lepiej.

Minerwa zdążyła jeszcze przejrzeć pół albumu ze zdjęciami młodego Gellerta i Albusa, zanim Bellatirks wróciła, zdyszana i w szatach ubrudzonych mugolską krwią. Okazała się być jednak efektywna – Minerwa była świadoma tego, że zawiesiła tej nastolatce poprzeczkę bardzo wysoko. Niewiele osób w tak młodym wieku byłoby gotowych zabijać z zimną krwią. Było w tej dziewczynie coś równie fascynującego co niepokojącego – zalążek szaleństwa w jej dążeniu do zaimponowania Czarnym Państwu.

Gdy więc sumienie Bellatriks obciążyła śmierć co najmniej tuzina mugoli, dziewczyna zastała Minerwę w ogrodzie. Starsza kobieta wpatrywała się w niebo – pełne ciemnych, deszczowych chmur.

– Milady? – Już na podstawie tej czci w jej tonie można było przewidywać, że w hierarchii lady Voldemort Bellatriks Black zajdzie wysoko.

– Wyczaruj Mroczny Znak. Zaklęcie brzmi ,,Morsmorde"– rozkazała Minerwa.

– Pani, czy to się godzi? Nie jestem jeszcze śmierciożerczynią – odważyła się zdradzić swoją niepewność dziewczyna. Zdumiewające, że bała się użyć tego zaklęcia, a nie bała się zabijać. Lecz Mroczny Znak był symbolem, obie o tym wiedziały.

– Dla mnie, już jesteś śmierciożerczynią. Póki co, jedyną wierną przedstawicielką swojej rodziny – oświadczyła lady Voldemort.

– Mój ojciec…

– Jest wierny Czarnemu Panu, ale nie jest wierny swojej żonie. – Minerwa patrzyła wprost w oczy dziewczyny. Nie znalazła w nich szoku, może jedynie lekkie zdumienie tym, iż Czarna Pani dostrzega takie sprawy. Bellatriks wiedziała o romansie swojego ojca.

– Matka jest zbyt słaba, by od niego odejść. Boi się, że zostanie z niczym – według wszelkich umów, nie ma żadnych praw do fortuny Blacków ani do … mnie, Medy i Cyzi – wyznała Bellatriks z nienawiścią i wstydem. To była niebezpieczna mieszanka, co zostało wyrażone w formule mrocznego zaklęcia:

– Morsmorde! – Wyczarowany przez nastolatkę Mroczny Znak był doskonale widoczny na tle ciężkich, burzowych chmur.

– Wasze prawa do dziedziczenia mogą być zagrożone, jeśli Rachel urodzi syna – zauważyła chłodno Minerwa. Tym razem, Bellatriks otworzyła usta w wyrazie bezbrzeżnego szoku.

– Ona… jest w ciąży? – wydukała panna Black, a na jej policzkach wykwitły rumieńce gniewu.

– Nie byłam pewna, czy z twoim ojcem czy z wujem, ale stawiam na Cygnusa. – Minerwa uniosła swoją różdżkę – ponad czaszką Mrocznego Znaku pojawiła się korona z czerwonych gwiazd.

– Ja… – Bellatriks urwała i zwiesiła głowę. Minerwa podeszła do niej. Mocno złapała dziewczynę za ramię, zmuszając ją do spojrzenia jej w oczy.

– Musisz walczyć o swoje dziedzictwo – powiedziała twardo Czarna Pani, a potem teleportowała je obie wprost do atrium.

Czarodzieje i czarownice usuwali się z ich drogi raczej z powodu obecności lady Voldemort. Ociekające krwią szaty dziewczyny o gniewnym wyrazie twarzy tutaj już nikogo nie dziwiły. Do reżimu trzeba było się przyzwyczaić i czarodziejska społeczność była doskonale świadoma tego faktu.

– Milady! – Za nimi rozległ się zdenerwowany głos. Minerwa zmrużyła oczy z zadowoleniem. Powstrzymując odruch zamruczenia, odwróciła się, pół sekundy szybciej niż Bellatriks.

Rachel i Rebecca stały po obu strona Toma, który analizująco wodził wzrokiem pomiędzy Minerwą a Bellatriks, już unoszącą różdżkę. Minerwa kątem oka widziała, że Bellatriks mierzy dokładnie w lekko wydatny brzuch Rachel.

– Armoreo – powiedziała Bellatriks, a z jej różdżki wyleciała sfatygowana rękawica, która upadła u stóp Rachel. Tom pytająco uniósł brwi.

– Żądam pojedynku. O honor mojej matki. O dziedzictwo mojej rodziny – oświadczyła Bellatriks wyniosłym tonem.

– Panie! Nie możesz… – zaprotestowała Rebecca – już świadoma, że dla jej siostry w obecnym stanie to może być trudna przeprawa.

– Milady? – Rachel spojrzała błagalnie na Minerwę. Czarna Pani poczuła lekkie zdumienie – nie oczekiwała, że rozsądniejszej bliźniaczce zależy na tym dziecku. Ale to tylko dodawało dramaturgii.

– Powiedziałam kiedyś twojej siostrze, że w mojej hierarchii kurwy są bardzo nisko, Rachel. Panna Black ma prawo do satysfakcji. Moim życzeniem jest tylko, byście się nie pozabijały. Do pokonania, nie na śmierć – zarządziła Minerwa.

– Niech tak będzie. Jest wśród nas Cygnus? – Oto Riddle odezwał się, jednocześnie wykonując skomplikowany ruch różdżką – wyczarował podwyższenie pojedynkowe.

– Nie ma go, tchórza – warknęła Rebecca, obejmując ramieniem siostrę.

– Szkoda, chciałem, żeby wybrał, czyim ma być sekundantem. – Tom uśmiechnął się drapieżnie.

– Ty panie, będziesz sekundantem Rachel, ja Bellatriks. Wolałabym, aby atrium nie zostało zniszczone – powiedziała Minerwa, popychając pannę Black na podwyższenie. Tom przewrócił oczami, ale rozdzielił bliźniaczki i wprowadził jedną z nich na miejsce pojedynku.

Minerwa i Tom przeszli na środek podwyższenia, obrócili się do siebie plecami i wznieśli różdżki z perfekcyjnie synchroniczną inkantacją na ustach. Z czubków ich różdżek wytrysnęły srebrne nicie, tworzące wokół podwyższenia klatkę, uniemożliwiającą przepuszczenie jakiegokolwiek zbłąkanego czaru. Jeszcze przez moment, przywierali do siebie ciałami, a potem wrócili do uczestniczek pojedynku.

Bellatriks drżała lekko, ale patrzyła na Minerwę z prawie rozczulającą ufnością.

– Postąpiłaś słusznie. Cokolwiek się wydarzy, dużo zyskałaś w oczach wszystkich tą decyzją. – Minerwa zdecydowała się na motywujący komplement.

– Powinnam się ukłonić, prawda? Tego uczyła mnie profesor Nagini. – Bellatriks z determinacją zacisnęła palce na swojej krótkiej różdżce.

– Tak. Powodzenia. – Czarna Pani ustawiła się za Belletriks, formując przed sobą niewidzialną tarczę.

Bellatriks i Rachel wykonały równie płytkie ukłony. Nastolatka była wyprostowana, promieniując wściekłością. Rachel garbiła się, instynktownie gotowa chronić brzuch, tworząc wokół siebie atmosferę strachu.

To panna Black zaatakowała pierwsza, zgodnie z oczekiwaniami. Miała zadatki na naprawdę potężną czarownicę. Nagini wykonała też kawał dobrej roboty w wyszkoleniu jej – postawa i strategia Bellatriks były podręcznikowe. Dodatkowo, wiadomo było, iż dziewczynie nie brakuje sprytu, że mimo galanteryjnej oprawy całego pojedynku, jest gotowa nie grać czysto.

Rachel miała do stracenia wszystko. Dziecko, swoją pozycję wśród śmierciożerców, przywiązanie Czarnych Państwa. Nie było więc dziwne, że broniła się i atakowała całą gamą swoich możliwości. Prawdopodobnie wyczuwała też, że musi zakończyć ten pojedynek jak najszybciej – męczyła się prędzej.

– Bombarda! –wrzasnęła po kwadransie Rachel, wreszcie przenosząc walkę na werbalny poziom. Bellatriks się uchyliła, a zaklęcie spłynęło po tarczy Minerwy. Kilkoro gapiów westchnęło, ale choć zgromadzonych w atrium było wielu, ludzie nie ważyli się opowiadać za żadną ze stron.

– Confringo!

– Protego!

– Immobulus!

– Crucio!

– Petrificus Totalus!

– Incendio!

Choć wiązanki zaklęć były coraz bardziej imponujące, a Bellatriks i Rachel miały podobną wiedzę w dziedzinie czarnej magii i używały jej, na razie jeszcze żadna z nich nie oberwała zbyt mocno. Ponad ramieniem spoconej Rachel Minerwa widziała, że Tom się niecierpliwi.

– Flipendo! – Szybki czar trafił Rachel w kolano i sprawił, że się zachwiała.

– Diffindo! – Bellatriks się nie zawahała, użyła uroku tnącego jako przykrywki dla niewerbalnego podczaru, wywołującego obrażenia wewnętrzne. Rachel zdołała przekierować ,,Diffindo" na barierę, ale podczar ją trafił, prosto w podbrzusze.

Z ust śmierciożerczyni uciekł jęk. Gapie jeszcze tego nie widzieli przez ciemne, grube szaty, ale Minerwa wiedziała, że Rachel czuje krew ściekającą po udach. Panika pojawiła się w jej bursztynowych oczach – niecodzienne zjawisko.

– Rachel! – zawołała z dołu Rebecca, która zorientowała się, że coś jest nie tak.

Bellatriks roześmiała się, ale urwała, zwróciwszy głowę lekko w lewo. Minerwa podążyła za jej wzrokiem i w morzu obserwujących wyłapała bladą twarz nieoczekiwanego gościa – Nagini. Co ciekawe, Nagini wydawała się być wstrząśnięta i obrzydzona. Dezaprobata w jej oczach zupełnie rozproszyła pannę Black.

– Drętwota! – Rachel zebrała całą swoją moc, krzyżując nogi w bezskutecznej próbie zatamowania utraty krwi.

Nastolatka usiłowała wznieść jakąś tarczę, ale urok Rachel był zbyt silny. Zaklęcie trafiło Bellatriks w ramię i dziewczyna padła na ziemię, nieprzytomna.

– Rachel zwyciężczynią – ogłosił Tom, schodząc z podwyższenia, po drodze mijając Rebeccę, która szybko podeszła do siostry i teleportowała ją, najpewniej do św. Munga. Minerwa odczekała, aż Czarny Pan zniknął w jednym z kominków, zawołała jednego z śmierciożerców, by odstawił bezwładną Bellatriks pod Grimmauld Place, a sama udała się na poszukiwania Nagini.

Malediktusa znalazła na najniższym piętrze, nieopodal Departamentu Tajemnic. Ubrana w obcisłe, brązowe szaty, Nagini opierała się o ścianę – jej klatka piersiowa unosiła się trochę za szybko.

– Nie podobało ci się przedstawienie? – Minerwa skrzyżowała ręce na piersi.

– Jestem zawiedziona Bellą. Myślałam, że ma więcej godności, że nie posunie się do takiej krzywdy – odpowiedziała Nagini szczerze.

– To nie jest skomplikowane dziewczę. Ale z jej pochodzeniem, mocą i wpojonymi przez ciebie umiejętnościami, stanowi cenne narzędzie – stwierdziła bezlitośnie Minerwa.

– Ja i Athena też jesteśmy dla ciebie narzędziami, do zniszczenia Morrigan? – wysyczała Nagini.

– Oszczędzałaś miksturę, dlatego jesteś taka wyszczekana. Czy może przejęłaś to od tej szalonej suki, którą kazałam ci znaleźć? – Minerwa błyskawicznie złapała Nagini za gardło. Wypuściła dopiero, gdy poczuła łuski pod swoją dłonią. Wąż zmienił się szybko z powrotem w kobietę.

– Oszczędzałam, bo nie sposób było określić, ile czasu minie, zanim Athena porzuci swoje szaleństwo – odpowiedziała Nagini dużo bardziej uległym tonem.

– Porzuciła? – Minerwa wiedziała, z jaką diagnozą Athenę przetrzymywano w Pitie–Salpetriere, ale co do tego czuła tylko frustrację. Szaleństwo, bardzo wygodne. Athena była jej potrzebna w pełni władz umysłowych, świadoma, z całą swą pamięcią. Szalona, miała tylko moc. Poza tym, Minerwa chciała, by Athena czuła każdą komórką i rozumiała, gdy przyjdzie czas zemsty za Therseusa.

– Trzeba z nią postępować delikatnie. Na razie przekonałam ją do tego, by spotkała się z panią. Ona chce pokonać Morrigan, bo zależy jej na bezpieczeństwie Ludwiki. Boi się jednak faktu, że córka może ją odrzucić na rzecz McGonagall. Miłość do dziecka to jedyne co jej zostało, co wydaje jej się warte życia. Inaczej dawno by już ze sobą skończyła. – wyjaśniała Nagini, w jej głosie czułość, która niepokoiła Minerwę. Lecz z drugiej strony, dobrze że Nagini wskazywała, gdzie ulokowała swoją lojalność. Tej wężowej kobiecie nie należało ufać całkowicie.

– Co myśli o mnie? O obecnej sytuacji politycznej? – Minerwa wiedziała, że istotne przed tym spotkaniem jest ustalenie, ile Athena wie, a ile się domyśla.

– Wielka Brytania jej nie interesuje. Miała to wszystko u stóp, ale to było za mało, Morrigan i tak odebrała jej Louie. Dumbledore, Grindelwald, Czarny Pan… dla Atheny są nieistotni. – Nagini wzruszyła ramionami.

– A McGonagall?

– Athena nie chce o niej rozmawiać. Wpada w szał albo katatonię, gdy tylko wspominane jest jej imię i nazwisko.

Minerwa zmrużyła oczy. Athena zawsze była psychicznie słabsza, a tendencję do autodestrukcji przejawiała już w czasie, kiedy Minerwa miała dopiero się narodzić. Lecz Athena też nie została skrzywdzona przez wojnę z Grindelwaldem w takim stopniu jak Minerwa. Miała na sumieniu wielu – obie miały, chociaż zbrodnie Minerwy były świeższe. Różnica jednak była inna, kolosalna – dziecko Atheny żyło, nawet jeśli została zmuszona je porzucić.

– Gdzie się zatrzymałyście? Kiedy miałabym się z nią zobaczyć? – Minerwa czuła dziwny ścisk w żołądku na myśl o tym, że miałaby stanąć twarzą w twarz i … układać się… z czarownicą, która była jej największym wrogiem.

– Athena jest w Dover, nie chciałam ściągać jej do stolicy. Data i miejsce spotkania są w pani gestii, milady. Doradzałabym jednak opracowanie planu pokonania Morrigan zawczasu, ponieważ Athena mimo całej swojej niepoczytalności będzie oczekiwać konkretów. – Nagini poprawiła niechlujny kok, utrzymywany na czubku głowy przez dwie długie japońskie szpilki.

– Plan już jest gotowy. Zwabimy Morrigan w pułapkę. – Minerwa długie miesiące rozmyślała nad planem – wciąż nie był idealny, raczej zatrważająco ryzykowny. Ale miał szansę powodzenia.

– Chciałaby pani spotkać się z Atheną już teraz? Skoro plan jest gotowy, to po co tracić czas? – Nagini uniosła głowę i w tiku, nad którym wciąż nie panowała, wysunęła do przodu język.

– Ogromnie zależy ci na tej Luizie w obliczu faktu, że prawie jej nie znasz. – Minerwa pod tym oczywistym stwierdzeniem maskowała swój niepokój. Miałaby spotkać się z Atheną już teraz, zaraz, od razu?

– To może brzmieć niezrozumiale, ale mam wyrzuty sumienia, że zajęłam jej miejsce. Athena może myślała, że traktuje mnie jak młodszą siostrę, ale była dla mnie jak matka. Uwolniła mnie i przez jakiś czas kochała. – Nagini umilkła, jakby dopiero po chwili dotarło do niej, jak wiele zdradziła.

– Śmierciożercy nie mają sumień. Przyjmując znak, zobowiązałaś się służyć Czarnemu Panu do śmierci. Jeśli masz służyć porządnie, lepiej wyzbądź się tych sentymentów – warknęła Minerwa, a potem złapała Nagini za ramię i rozkazała:

– Zabierz mnie do Atheny.

Nagini teleportowała je – uczucie było okropne. Minerwa musiała powstrzymać mdłości, gdy wylądowały przed wiejskim domkiem krytym strzechą na przedmieściach Dover. Na szczęście w powietrzu można było wyczuć morską, orzeźwiającą bryzę. Lady Voldemort skrzywiła się z niesmakiem – Nagini nauczyła się teleportacji dopiero po ucieczce od Morrigan i jej brak doświadczenia czynił teleportację łączną z nią koszmarnym doświadczeniem.

– Wejdę pierwsza. – Nagini, z różdżką w ręce, podeszła do drzwi i zaczęła zdejmować zaklęcia ochronne. Minerwa słuchała uważnie – nie wyłapała żadnych nowych, nieznanych czarów. To Nagini zadbała o ochronę, nie Athena. Zupełnie jakby Athena nie dbała o własne bezpieczeństwo.

– Atheno, mamy gościa. Lady Voldemort zaszczyciła nas swoją obecnością. – Nagini przeszła przez wąski korytarz i zaprosiła gestem Minerwę do środka.

Ręce na różdżce z rubinami były zaciśnięte tak mocno, że knykcie zupełnie zbielały.

Athena siedziała w fotelu, metodycznie kiwając się w przód i w tył. Nie przypominała niczym tej czarownicy, która witała ją na schodach w Hogwarcie, aczkolwiek to musiała być ona. Szare oczy, choć wytrzeszczone nienaturalnie, były te same. Włosy musiały być czesane przez Nagini, ale i tak nie wyglądały ładnie, opadając nierówno na twarz i ramiona. Drobną sylwetkę skrywały niewyszukane, szare szaty. Lecz chociaż w Athenie nie zostało już nic z dumnej pani Dumbledore ani też nic z budzącej strach kochanki Grindelwalda, jej aura nie pozwalała zapomnieć, że to wciąż była bardzo silna czarownica.

– Atheno. – Minerwa nie mogła zmusić się słów powitania. Serce biło jej jak oszalałe, gdy Athena uniosła zmęczony wzrok.

To była kobieta, która zabiła jej dziecko. Minerwa czuła formułę Niewybaczalnej Klątwy cisnącą się na usta.

– Nie znam jej – powiedziała cicho Athena, zwracając wzrok pełen niedowierzania na Nagini.

– Nie miałyście okazji się poznać. – Nagini położyła dłoń na ramieniu Atheny.

– Ona nie jest stamtąd. Ona jest anomalią tej chronologii – zaprotestowała Athena. Minerwa zebrała się w sobie – miały dobić targu, nie rozpamiętywać przeszłość i przyszłość.

– Żądam twojego udziału w zamordowaniu Morrigan. – Minerwa zrobiła krok do przodu.

– Co będziesz z tego miała? Morrigan nie zagraża bezpośrednio tobie. Przeciwnie, poprzysięgła zemstę twojemu wrogowi. – Athena zmrużyła oczy – już nie wyglądała na szaloną, jej ton był przytomny, a pytanie celne.

– Nie obchodzą mnie powiązania Morrigan z tobą czy kimkolwiek innym. Mam wobec niej osobistą urazę i pragnę, by została zniszczona, raz na zawsze – odpowiedziała Minerwa.

– Jaką mam gwarancję, że po tym, jak pomogę ci pokonać Morrigan, nie zwrócisz się przeciwko mnie, nie zagrozisz mojej córce? – Athena wstała. Minerwa z ulgą odnotowała, że nawet jako lady Voldemort jest wyższa od żony Albusa. Trwała nieruchomo, gdy Athena podeszła tak blisko, iż dzieliło je tylko kilkanaście centymetrów.

– Nie jesteś moim wrogiem, jeszcze. Więcej możemy zdziałać wspólnie. Zależy mi, by mieć ciebie po swojej stronie, by przeciągnąć twoją córkę do nas. Tylko twe ponowne pojawienie się, u mego boku, ostatecznie zabije w twoim mężu wolę walki. – Minerwa kłamała, patrząc wprost w oczy Atheny.

– Nie powinnam ci ufać. Jeśli jesteś partnerką Riddle'a, musisz być dwulicowa i zła do szpiku kości – stwierdziła Athena lodowatym tonem.

– Kończy ci się czas. Morrigan szuka sposobu na dostanie się do rezydencji. Nagini ją opóźniła, ale ona nie spocznie, dopóki nie dokończy swojego eksperymentu. Sama nie dasz jej rady, Dumbledore'a nie poprosisz o pomoc – wycedziła Minerwa.

– Jaki jest twój plan? – Athena cofnęła się o krok.

– Morrigan obserwuje rezydencję. Jeśli uwierzy, że twoja córka i McGonagall będą chciały opuścić posiadłość, zjawi się tam. Może nie przed główną bramą, ale będzie czekać, by wpadły w jej ręce – oświadczyła Minerwa, w duchu przeklinając Morrigan – to przez nią była zmuszona rozbudować chronione przez smoki tunele pod rezydencją – inaczej nie mogłaby jej odwiedzać i opuszczać, niezauważona.

– Tkwią już lata w rezydencji. Czemu miałyby ją opuścić, skoro tylko tam są bezpieczne? – spytała przytomnie Nagini.

– Bo lord Voldemort zaatakuje Hogwart. – Minerwa uniosła kąciki ust w drapieżnym uśmiechu. Athena cofnęła się i przekrzywiła głowę, w ptasi sposób.

– Chcesz użyć Louie jako przynęty? – Gniew w tonie szalonej wiedźmy mieszał się ze strachem.

– Nie, bo nie mamy żadnej pewności, że ten atak rzeczywiście wykurzyłby je z rezydencji. Oczywiście jeśli się pojawią, będzie ciekawiej. – Minerwa pomyślała, że musiało być coś na wskroś magicznego w rodowym gnieździe McGonagallów – rezydencja wydawała się nietykalna, a nikt się nie zorientował, że stoi pusta.

– Spędziłam w Hogwarcie cztery lata – rozstanie Dumbledore'a z nauczycielką transmutacji wydawało się być ostateczne. Nie będą ryzykować – wtrąciła się Nagini. Minerwa odpędziła od siebie obraz twarzy Albusa, ściętej bólem.

– Użyjemy Eliksiru Wielosokowego. Jeśli Morrigan zobaczy kogoś wyglądającego jak Luiza, na granicy rezydencji, ujawni się – zaproponowała Minerwa.

– Nie mamy włosów Luizy – natychmiast odpowiedziała Athena.

– Mam włosy wszystkich potężnych magów. Luizy, Dumbledore'a, wasze. – Minerwa wiedziała, że te informacje zaniepokoiły Athenę, która odruchowo dotknęła swoich włosów. Pewnie myślała, że popełniła błąd, podchodząc tak blisko do lady Voldemort – a tymczasem jej włosy Minerwa przechowywała od lat, zdobywszy je jeszcze w Hogwarcie.

– Na brodę Merlina, kim ty jesteś? – Athena potrząsnęła głową.

Minerwa roześmiała się. Miała ochotę wykrzyczeć, że włosów samego Merlina nie ma, posiada za to coś cenniejszego – jego wzory krwi. Komiczne, iż Athena była tak głupia, że nie pomyślała nawet o tym, kto może ukrywać się pod maską lady Voldemort.

– Nagini wypije Eliksir Wielosokowy, a my staniemy do walki z Morrigan. Zgadzasz się na taki plan? – spytała wreszcie czarownica o ciemnoczerwonych włosach.

– Tak. Louie musi być bezpieczna. – Athena odwróciła się i podeszła do okna. Minerwa uznała, że to koniec ich rozmowy. Nie z Atheną podpisywane krwią pakty, pieczętowane magią przysięgi. Tutaj słowa musiały wystarczyć – i choć były to słowa samych najbardziej dwulicowych czarownic, każda z nich miała przekonanie, że zostaną dotrzymane – bo chodziło o ich dzieci.

Minerwa myślała o Marvelianie, wychodząc z niepozornego domku. Nagini dotknęła lekko jej ramienia.

– Przyślę ci więcej mikstury przeciw klątwie. Oraz Eliksir Wielosokowy, który zażyjesz dopiero jak trafi do ciebie mój ciemny patronus. – W myślach Minerwa prosiła wszystkie bóstwa, by chroniły Luizę i Marveliana.

– Kiedy to się wydarzy? – Nagini spojrzała pytająco na Minerwę.

– W przeciągu tygodnia. Minie trochę czasu, aż Czarny Pan zbierze armię w Hogsmeade. – Minerwa westchnęła.

– Zamierzacie zdobyć zamek? – Oczywiście, Nagini była nauczycielką – zdążyła już w jakimś stopniu pokochać Hogwart.

– Czarny Pan będzie miał w tej kwestii wolną rękę. Moim priorytetem jest zabicie Morrigan – odpowiedziała lady Voldemort, poprawiając suknię.

– Spotkanie z Atheną przebiegło bardzo dobrze. – Nagini wszelki komentarz dotyczący Hogwartu zostawiła dla siebie.

– Twoje przywiązanie do niej jest żałosne. Ale doceniam twe zaangażowanie w ten projekt. Dopilnuj, by szalona suka nie zaprzepaściła wszystkiego, a hojnie cię wynagrodzę – rzekła Minerwa.

– Athena nie będzie chciała przyłączyć się do pani i Czarnego Pana, by zniszczyć Dumbledore'a – zauważyła rezolutnie Nagini – między wierszami indukując, iż ona pozostanie z Atheną, gdyby w tej sprawie powstał rozdźwięk.

– Ona i Dumbledore będą musieli kiedyś się skonfrontować – stwierdziła Minerwa z mocą.

Nagini skłoniła się i odeszła, kołysząc biodrami. Minerwa odprowadziła ją wzrokiem.

Dlaczego Athena miałaby przeżyć, nie spojrzawszy Albusowi w oczy? Może popatrzyła w oczy Minerwy, ale to było za mało.

Therseus miał nie tylko matkę, wciąż złamaną przez jego śmierć. Miał też ojca, który nawet nie dostał szansy pokochania go.