1966 b

Wiatr wiał ze wschodu. Długie palce dyrektora bębniły cicho o brzeg zamkowej blanki, wzrok jego akwamarynowych oczu utkwiony w bramie zwieńczonej skrzydlatymi dzikami, za którą gromadziła się armia Voldemorta.

– Przynajmniej dzieci nie ma – wymamrotał Dumbledore, pozwalając, by ta myśl napełniła go ulgą. Trwały wakacje – w zamku pozostali tylko gotowi do walki profesorowie i członkowie Zakonu Feniksa.

– Nie sądziłem, że się na to zdecydują. Minął rok – odezwał się obok młodzieniec o zamyślonym wyrazie twarzy.

Jako że Alberwan wpatrywał się w bramę, Albus mógł dobrze mu się przyjrzeć. Wizualnie, było jasne, dlaczego wielu posuwało się do żartów, że Alberwan mógłby być młodszym bratem Albusa – byli podobni, nawet bardzo. To nie rzucało się tak w oczy odkąd Alberwan zgolił brodę – można było zauważyć, że jego rysy są ostrzejsze niż Albusa – wysokie kości policzkowe dużo szlachetniejsze, nos nie taki haczykowaty. Odróżniały ich też oczy – może migotały bardzo podobnie, ale w przypadku Alberwana miały kolor najczystszych szmaragdów, podczas gdy oczy Albusa były dużo bledsze, akwamarynowe.

Albus wielokrotnie na próżno walczył z myślą, że tak bardzo ufa Alberwanowi, bo ten ma oczy w dokładnie tym samym odcieniu co Minerwa.

Nie, Albus wmawiał sobie, że są dziesiątki cech, które należy podziwiać w młodym nauczycielu transmutacji.

Po pierwsze, jego moc – ukrywana skromnie i skrzętnie, dla Albusa czasami widoczna, magiczna sygnatura Alberwana promieniowała magią silną, niezłomną i w pewnym sensie znajomą. Albus nie miał wątpliwości – Alberwan był potężniejszy od niego, potężniejszy od Voldemorta. Chyba tylko cud sprawił, że przyszedł do Hogwartu, że nie został prędzej wciągnięty w ten konflikt po niewłaściwej stronie.

Chociaż może niekoniecznie cud, bo po drugie, Alberwan prezentował szlachetną postawę w codziennym życiu i nie można było się lękać o jego kręgosłup moralny. Poglądy maga były bardzo zbliżone do poglądów Albusa – a że spędzali długie godziny na rozmowach, przez ten rok zdążyli się poznać bardzo dobrze. Alberwan nie tolerował czarnej magii, tępił wszelkie przejawy niesprawiedliwości i miał wyśmienite poczucie humoru.

Po trzecie, Bumblegall okazał się być bardzo dobrym belfrem. Jego podejście było nieco inne niż Albusa – trochę surowsze, ale niepozbawione empatii. Alberwan nie starał się zaprzyjaźnić ze swoimi uczniami, ale też nie próbował ich onieśmielać. Utrzymywał dystans, ale musiał, bo był młody i niedoświadczony – najstarsi uczniowie byli tylko kilka lat młodsi od niego. Dodatkowo, zdawał sobie sprawę, że nauczanie transmutacji wymaga dyscypliny – umiał zaprowadzić w klasie porządek, bardzo rzadko podnosząc głos. Co całkowicie ujęło Albusa, to umiłowanie transmutacji – Alberwan wynosił tą gałąź nauk o magii na piedestał, wykazując się ciągłą ciekawością i chęcią przesuwania granic.

Mieli tak wiele wspólnego, nikogo nie zdziwiło, że przez te dwa miesiące zeszłych wakacji, które upłynęły im na szkoleniu Alberwana w kwestii przemiany animagicznej, dwaj czarodzieje zaprzyjaźnili się. Alberwan był zagubiony, wciąż szukał swojego miejsca i miał w sobie to naiwne przekonanie, że można zacząć od nowa bez porządkowania przeszłości. Albus czuł się porzucony i zdradzony, a nadzieja zdawała się uciekać mu przez palce, szybciej niż czas. Długie godziny spędzone na dyskusjach nad transmutacyjnymi teoriami pozwoliły im obu nabrać sił i dystansu. Oczywiście Albus nie mógł odpędzić od siebie tęsknoty za Minerwą – nikt, absolutnie nikt nie mógł umniejszyć jego miłości do niej, nikt nie mógł jej zastąpić – Alberwan był cudownym nauczycielem transmutacji, ale nie miał tej… hipnotyzującej iskry co Minerwa – nie wzbudzał w uczniach gotowości wypełnienia każdego rozkazu, jak to czyniła ona w klasie i w Gildii.

– Nigdy nie pytałem cię o przeszłość – odezwał się Alberwan, wyrywając Albusa z rozmyślań. Już dawno przeszli na ty – dla Albusa to było naturalne, Alberwanowi zajęło więcej czasu. Starszy mag pokiwał głową – Alberwan zawsze zachowywał się tak, jakby przeszłość była czymś, co można zostawić za sobą, od czego można się odciąć. Albus starał się to uszanować – nigdy nie rozmawiali na bardziej osobiste tematy – co ciekawe, Alberwan nigdy nie pytał, ani o Athenę, ani o Minerwę, ani o Grindelwalda. Kiedyś wykazał chęć poznania Flammelów, ale z czysto akademickiej ciekawości.

– Nie chciałeś być członkiem Zakonu, nie było potrzeby wtajemniczania cię w genezę mojego konfliktu z czarodziejem, który nadał sobie tytuł lorda Voldemorta – odpowiedział Albus. To była prawda. Alberwan na samym wstępie zaznaczył, że będzie bronił uczniów i szkoły, ale nie chce wiązać się z Zakonem Feniksa i mając to na uwadze, Albus nigdy nie zdradzał mu informacji związanych z tą organizacją.

Wciąż, Alberwan nie zapytał. Może miał tych pytań zbyt wiele? Może nie wiedział od czego zacząć? A może jednak go to nie obchodziło? Nieistotne, bo nad chatką Hagrida pojawiły się niebieskie iskry. Śmierciożercy nie mogli ich widzieć – zaklęcia rzucone na bramę uniemożliwiały śledzenie tego, co poza kratami. Iskry były przeznaczone tylko dla oczu Albusa – znak, że Frank i główny trzon Zakonu zajęli swoje pozycje.

– Dlaczego powierzyłeś Longbottomowi obronę zamku? Jest bardzo młody – rząd na uchodźctwie dopiero niedawno przyznał mu licencję aurora. Dlaczego sam nie poprowadzisz Zakonu? – Alberwan zadał inne pytania, ciągle bardzo logiczne i pewnie istotniejsze.

Albus odruchowo sięgnął dłonią do serca – nie było dnia, by nie transferował przez vinculum swojej miłości do Minerwy, ale przez ostatnie lata bardzo rzadko czuł cokolwiek z jej strony łańcucha. To przynosiło częściową ulgę – czułby, gdyby była w niebezpieczeństwie. Tak jak wtedy, gdy Flammelowie podali mu Eliksir Życia – do czego tak naprawdę doszło, Albus nadal nie wiedział. A potem, kiedy zaatakowano rezydencję – wyczuł, że coś jest nie tak, zaalarmował Zakon i wreszcie sam się pojawił, gdy dotarło do niego, jak krytycznie musiała spaść jej moc, skoro nie była w stanie ukrywać przed nim jej niskiego poziomu. Teraz, minęło tyle czasu…

– Longbottom jest najlepszym z aurorów, ponieważ wcześniej był kardynałem Gildii. A ja nie stanę na czele obrony, bo mam przeczucie, że ten atak ma jedynie odwrócić moją uwagę. Minęło zbyt wiele czasu. Gdyby chcieli po prostu zdobyć Hogwart, zaatakowaliby w zeszłe wakacje – odparł Albus, pocierając skroń. Alberwan nie zapytał o Gildię – być może wyczuł w tonie Albusa, że dyrektor nie czuje się odpowiednią osobą do opowiadania o Gildii Szachów. Zadał inne pytanie:

– Od czego mieliby chcieć cię odciągnąć? Hogwart jest mocniejszym ośrodkiem oporu niż Edynburg, bo jak mniemam to tam ukrywa się prawowity rząd, a jeśli chcieliby mordować mugoli na większą skalę, to nie skrzyknęliby prawie całej swojej armii w Hogsmeade. – Spojrzenie Alberwana było zbyt przenikliwe.

– Alberwanie… – Albus naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Była tylko jedna sprawa, która mogła odciągnąć go od obrony Hogwartu – Minerwa w niebezpieczeństwie. Ale nie mógł tego powiedzieć Alberwanowi. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o vinculum… gdyby poznał całą prawdę, a nie tą zbudowaną na domysłach, jak Flammelowie… ta wiedza była kluczem do zniszczenia wszystkiego.

Właśnie wtedy, jakby w odpowiedzi na te rozmyślania, Albus wyczuł grzechotanie vinculum. Jego ręka powędrowała do serca, gdy wsłuchiwał się w prawie melodyjny, dziki rytm napinanego łańcucha. Wierzył, że akurat te odczucia równają się silnemu, ale kontrolowanemu wypływowi mocy Minerwy – jeśli się nie mylił, musiała walczyć, i to z wymagającym przeciwnikiem.

– Dyrektorze? – Alberwan chciał dotknąć jego ramienia, ale cofnął rękę, gdy pomiędzy nimi przeskoczyła iskra. Albus zmarszczył brwi – to przytrafiało mu się tylko z Minerwą.

Minerwą, która potrzebowała jego pomocy. Wbił zdeterminowane spojrzenie w twarz Alberwana:

– Cokolwiek się wydarzy, nie daj się przeciągnąć na ich stronę. Obiecaj mi, że choćby wygrali, wyjedziesz z Wielkiej Brytanii, zaczniesz od nowa gdzieś indziej i będziesz o nas pamiętał – tej najszlachetniejszej i najbardziej udręczonej społeczności czarodziejów. – Albus mówił szybko, obserwując jak niepokój na twarzy Alberwana się pogłębiał.

– Albusie, dokąd się udajesz? Co się dzieje? – Młody mężczyzna błagalnie spoglądał na Albusa, rozpaczliwie pragnąc zrozumieć, w jakim chaosie się znalazł.

– Obiecaj mi, kochany chłopcze. – Dziwnym trafem, przypomniał sobie, jak kiedyś dawno w podobnych okolicznościach porzucał Hogwart – i jak wyrzucał sobie, że nie zdążył poprosić nikogo, by zabrał ze sobą pamięć o magach, mających serce po słusznej stronie.

– Obiecuję. Ale uważaj na siebie. – Alberwan pokiwał głową z powagą. Albus uśmiechnął się i teleportował.

Wylądował w lesie, na zachód od rezydencji McGonagallów. Wątpił, by ktokolwiek zaatakował główną bramę – tak głupie byłby tylko bliźniaczki. Z kolei dotarło do niego, że lady Voldemort mogła wykorzystać atak na Hogwart, by zmusić Minerwę i Luizę do opuszczenia bezpiecznych granic posiadłości szkockiego klanu. By wyruszyć jak najszybciej, logiczne było, że spróbują wymknąć się ze strony zachodniego lasu. Albus był tu raz – niedługo po wojnie, gdy pomagał Minerwie w odbudowie zniszczonej przez Grindelwalda rezydencji.

Zrozumiał, że jego przypuszczenie było właściwe, gdy w oddali zobaczył smugi kolorowych świateł. Ująwszy mocno różdżkę w dłoń, zaczął ostrożnie skradać się w tamtym kierunku.

Scena, która rozgrywała się na niewielkiej, leśnej polance, była tak zaskakująca, że prawie niewyobrażalna.

Najpierw, Louie. Walcząca z zaciśniętymi zębami, zupełnie blada, zaciskająca ręce na różdżce – chyba zapasowej, bo nie widział błysku szafirów. Ranna – krew ściekała po jej obcisłych, białozielonych szatach, z poważnego rozcięcia na udzie. Dlaczego jednak jego dzielna dziewczynka nie uciekała? Dlaczego nie używała swojej animagicznej formy by się stąd wydostać? I jak to możliwe, że zdawała się pomagać lady Voldemort?!

Tak, następnie lady Voldemort – to była tutaj najpotężniejsza czarownica. Z tej perspektywy Albus widział jedynie jej plecy – musiała być ubrana w średniowieczną krojem suknię w kolorze biskupim. Pomyślał, nawet gdyby zaatakował ją teraz od tyłu, z zaskoczenia, wątpliwe, by zdołał ją ogłuszyć – sposób, w jaki się poruszała, jak oszczędna była w dynamice, a jednocześnie jak silne były jej czary – Albus nie był ślepy, umiał rozpoznać mistrzowskie opanowanie własnej magii. Jednak obecność w tym miejscu lady Voldemort nie stanowiła dla Albusa zaskoczenia.

Inaczej rzecz miała się z Morrigan. Oczywiście, Albus rozpoznał ją, chociaż widział ją tylko raz wcześniej. Tak samo jak w przypadku lady Voldemort, jej wiek był trudny do określenia – trzydzieści, pięćdziesiąt lat? Gdy Albus wystarczająco skupił wzrok, mógł dostrzec jej różnokolorowe oczy, zmrużone w skupieniu. Była silna i niegotowa na porażkę – a przegrywała, w końcu tak musiało być, zważywszy na nieubłagane proporcje – trzy na jedną. Jej zaklęcia były silne, wystarczająco by zabić, ale musiała skupić się na defensywie– brakowało jej refleksu, by jednocześnie się bronić i atakować, wydawała się też być bardzo zmęczona, nawet jeśli maskowała to nienawiścią.

Na koniec, osoba, która sprawiła, że Albus zamarł, niezdolny do ruchu. Nie widział jej od tak dawna. Wyparł ją całkowicie ze strefy, do której pozwalał sobie błądzić myślami. Ignorował ten głos, wspominający, że przecież ona nie zniknęła na zawsze, że kiedyś przyjdzie im znów się spotkać. Przyjdzie im skonfrontować się. Czy to miał być ten dzień? Czy właśnie dziś miał ją zapytać, dlaczego zniszczyła wszystko, dlaczego go zdradziła, jak mogła funkcjonować z tą śmiercią, która była jej udziałem?

Athena walczyła u boku lady Voldemort. Nie była zatem demoniczną partnerką Riddle'a. Ale walczyły razem, przeciwko Morrigan? Dlaczego? Ze strony Atheny, odpowiedź była oczywista – Louie. Albus nie rozumiał, dlaczego Athena porzuciła córkę, ale chciał wierzyć, że mimo wszystko pozostała w niej chociaż miłość do własnego dziecka. Teraz czuł częściową ulgę, widząc tą miłość – chociaż nie kiedy Athena zerkała na Luizę, co było dziwne.

Wciąż nie będąc pewnym, czy jest gotów na ujawnienie się przed Atheną, Albus zbliżył się nieco, by słyszeć rozmowę, którą toczyły wiedźmy, mimo ścierającej się w powietrzu magii. Co najbardziej go martwiło w tym wszystkim, to nieobecność Minerwy – gdzie była, skoro czuł, że słabnie? Czemu zostawiła Luizę samą? Chyba nie pospieszyła do Hogwartu, zostawiając Louie samą? I do diabła, kto tutaj był po czyjej stronie?!

– Nigdy więcej nie skrzywdzisz mojej córki! Louie nie będzie twoim narzędziem zemsty! Wystarczy jej krzywdy wywołanej twoją pomyłką! – zawołała Athena. Albus widział pot błyszczący na jej czole, a jej głos był zachrypnięty – oblicze szalone. Nagle uderzyło go, jak staro Athena wyglądała. Jakby te swoje osiemdziesiąt siedem lat przeżyła jako mugolka, a nie potężna czarownica. Ktoś mógłby rzec, że pomiędzy nią a Albusem było całe pokolenie, a nie jeden rok. Chociaż z drugiej strony, to czy między nimi nie było kilku pokoleń?

– Hahahaha, jesteś okropną matką, Atheno! Tak jak ona! Zupełnie jak ona, a jednak nigdy nie będziesz tak wspaniała i idealna! – zaśmiała się Morrigan.

Z ust Atheny wydobył się głośny skrzek, gdy okropny, czerwono-zielony promień pomknął ku Luizie. Albus już biegł, gdy zaklęcie trafiło Louie, a dziewczyna upadła, z chrupnięciem pękających kości.

– Skup się, mamy szansę wykończyć ją raz na zawsze – warknęła lady Voldemort z niewzruszoną miną. I o dziwno, Athena odwróciła się plecami do bezwładnego ciała Luizy i zaczęła atakować z podwójną wściekłością.

Żadna z trzech czarownic nie zauważyła nawet, że Albus zakradł się do Louie, rozpaczliwie zastanawiając się, gdzie podziewa się Minerwa. Czarodziej przyklęknął przy dziewczynie, z przerażeniem uświadamiając sobie, że musiała oberwać zaklęciem ściskającym w obszarze całej klatki piersiowej. Albus nie był uzdrowicielem, ale wiedział, że dla słabszych czarodziejów i czarownic takie zaklęcie mogło być śmiertelne – gdy serce zostało ściśnięte za mocno. W tym przypadku, Luiza musiała mieć połamane żebra i być może poprzebijane płuca. Dyrektor zabrał się za procedurę leczenia stosowaną przy obrażeniach dróg oddechowych – adrenalina buzowała w jego żyłach jak nigdy.

– Osłaniaj mnie – wycedziła lady Voldemort do Atheny. Albus mógł wyczuć, że czarownica zbierała w sobie ogromną ilość mocy, szykując się do ostatecznego uderzenia. Gdzieś dalej, Athena zaatakowała zacieklej.

Albus uniósł głowę w momencie, w którym lady Voldemort odwróciła się do niego – na jej twarzy przez moment malowało się coś dziwnego – lęk, złość, dezaprobata? Nie wiedział o niej nic, nie potrafił jednoznacznie określić. Był za to gotów bronić Luizy własnym ciałem, gdyby nagle lady Voldemort zechciała dobić dziewczynę.

– Tetrake deloro. – W istocie, czarownica o szkarłatnych włosach gryzących się z fuksjową suknią skierowała różdżkę na Louie, ale Albus rozpoznał ten czar – skomplikowaną, czarnomagiczną klątwę transferującą ból. Lady Voldemort odbierała ból Louie, by skierować go na Morrigan.

– AAA! – Morrigan wrzasnęła – zdołała na moment złamać Athenę – zaklęcie spowalniające bliźniaczki Mordreda było tak silne, że mogła unieruchomić Athenę nawet na kilkanaście minut. Lecz przez to nie udało jej się uchronić przed bólem ściskanych trzewi, jaki posłała ku niej lady Voldemort.

Morrigan upadła na kolana, rozpaczliwie usiłując blokować ból i niewątpliwe wrażenie niemożliwości oddychania. Jej ręce drżały, gdy uniosła je w górę, gotowa bronić się magią bez użycia różdżki.

– Kim, kim ty jesteś? Riddle nie … nie miał partnerki – wycharczała Morrigan. Albusowi udało się ustabilizować oddech Louie, a jednocześnie słuchał uważnie, by nie uronić żadnego słowa.

– Zdumiewające, że to ty mnie o to pytasz – przecież jeśli nie myli mnie intuicja, pytanie kim ty jesteś, jest istotniejsze – to ty przeniosłaś tu Athenę, pośrednio, to ty mnie stworzyłaś. – Lady Voldemort niespiesznie podeszła do klęczącej Morrigan. Albus otworzył szeroko oczy – zatem Athena musiała zdradzić partnerce Toma, iż pochodzi z przyszłości.

– Ja chciałam tylko odzyskać Briana. Zginął, próbując w czasie odkryć sekret, którego jego własna pieprzona matka mu odmówiła! – zawołała Morrigan, łzy płynęły swobodnie z jej różnokolorowych oczu.

– Kim będzie Brian? I jego matka? Dla jakiego sekretu ryzykował całą chronologię? – pytała bezlitośnie lady Voldemort.

– Brian, najpotężniejszy z synów wiedźmy wszechczasów, pieprzonej, perfekcyjnej McGonagall, która sekret najmroczniejszego zaklęcia koniecznie chciała zabrać ze sobą do grobu! A teraz to bezużyteczne, bo ten Grindelwald, podjudzany przez Athenę, mógł nie stworzyć tej klątwy! – zawyła Morrigan, jej słowa ledwie zrozumiałe.

Albus nie pojmował już nic. Owszem, wiedział, że Morrigan nosi w sobie część duszy szalonej wiedźmy z przyszłości, ale fakt, że owa wiedźma była ukochaną syna Minerwy… a co więcej, Minerwa w właściwym biegu czasu miała więcej synów… ale i tak była torturowana przez Grindelwalda jakąś straszliwą klątwą… czyżby chodziło o coś z tego zestawu klątw, które Gellert nazwał swą trójcą? Minerwa… jako wiedźma wszechczasów… kto był u jej boku w czasie, w którym wszystko było właściwe?

– Zniszczyłaś ten czas na próżno. Twojego Briana tu nie ma, a dzięki Athenie nie ma szans się narodzić, prawda? Bo McGonagall nie jest tą wiedźmą, którą powinna być. – Lady Voldemort po raz pierwszy zabrzmiała nie jak wcielone zło, ale jak zamyślona, może nawet żałująca czegoś kobieta. Albus wstrzymał oddech, gdy wycelowała różdżkę w Morrigan.

Dwukolorowe oczy rozszerzyły się w zrozumieniu i szoku równocześnie.

– To ty. Jesteś… zemsta… to koniec. – Morrigan opadła na plecy – intensywnie zielony mech stłumił odgłos padającego ciała.

– Tak, to ja. A moja zemsta się dopełnia, bo twoja pomyłka kosztowała mnie więcej niż Athenę – wycedziła lady Voldemort, podchodząc zupełnie blisko umierającej wiedźmy.

– Błagam… Brian miał wszystko po tobie. Chcę widzieć twoje oczy… jego twarz… Brian… – Morrigan zdołała jeszcze złapać za brzeg sukni.

Gdy lady Voldemort pochyliła się nad Morrigan, coś chyba zmieniło się na jej twarzy, ale Albus był zbyt daleko, by to dokładnie dostrzec. Tym bardziej, że to trwało może kilka sekund. Chwilę później Morrigan była martwa:

– Avada Kedavra. – Chyba żadne słowa nie niosły w sobie tyle nienawiści, co uśmiercająca klątwa. Morrigan ostatecznie padła z różdżki lady Voldemort. Albus nie rozumiał dlaczego. Wiedział jednak, że jest tu sam z trzema wiedźmami, z których dwie były jego wrogami.

Wciąż nie miał pojęcia, gdzie jest Minerwa. Musiał jednak uratować Louie. Nie dla Atheny. Dla Minerwy, by mu wybaczyła.

Dodatkowo, by Minerwa przyjęła go z powrotem, powinien unieszkodliwić Athenę, rozprawić się z nią raz na zawsze.

– A… Albus? – Z chwilą śmierci Morrigan, jej zaklęcie spowalniające nie unieruchamiało już Atheny. Dyrektor podniósł się z kolan. Był gotów bronić Ludwiki. Athena porzuciła ją, nie miała do niej żadnych praw.

– Chyba byłoby lepiej, gdybyś nie żyła. – Gdy Albus to powiedział, miał już całkowitą pewność – o ileż byłoby prościej, gdyby Athena zginęła wcześniej – nieważne jak, byle tylko była martwa, byle Albus nie musiał patrzeć na nią teraz, by wiążąca ich małżeńska przysięga nie stała na drodze jego szczęścia z Minerwą.

Minerwy nie było tutaj, a Albus i tak czuł na ramionach ciężar jej oczekiwań. To była ta chwila, ten moment. Mógł zawalczyć o chociaż ułamek radości, o miłość, która była dla niego wszystkim. Musiał tylko zabić swoją żonę.

Żonę, która zdradziła go w najohydniejszy możliwy sposób.

– Albusie… to wszystko jest dla Louie. – Athena machnęła dłonią w kierunku ciała Morrigan i stojącej nieruchomo lady Voldemort. Po policzkach wiedźmy z przyszłości płynęły łzy, podczas gdy oblicze Czarnej Pani było niewzruszone.

– Louie jest przeklęta, mając za rodziców ciebie i Gellerta. Romans z nim, jak wytłumaczysz?! – Albus zacisnął dłoń mocniej na różdżce. Jedno zaklęcie – przecież potrafił, zabijał już wielokrotnie.

– Nigdy nie miałam szansy jej dorównać. – Ramiona Atheny zaczęły trząść się w spazmach tłumionego szlochu.

– Nie mogłaś sięgnąć najjaśniejszej z gwiazd, dlatego postanowiłaś upaść na samo dno? – Albus zrozumiał, że Athena była całkowicie pogrążona w szaleństwie. Być może, gdyby teraz odebrał jej życie, wyświadczyłby jej przysługę. Czym musiała być teraz jej egzystencja? Nie miała nic. Została porzucona przez wszystkich.

– Albusie, obiecaj, że ochronisz Louie. – Athena spojrzała na niego błagalnie. Nie rozumiał tego.

– No dalej, zabij ją. Ona musi umrzeć z twojej ręki. Ona musi ponieść karę – odezwała się lady Voldemort, jakby zniecierpliwiona.

Przez całe ciało Albusa przemknął lodowaty dreszcz.

– Przysięgnij, Albusie! – wydarła się Athena.

– Louie jest moją córką. Moją i Minerwy. To myśmy ją wychowali, wyście ją porzucili – uznał Albus, zerkając w tył – Louie otwierała oczy – była szansa, że zaraz odzyska przytomność.

– Wybacz mi, że nie mam nic po tobie – wyszeptała Athena.

Albus odruchowo postawił tarczę, ale to nie jego zaatakowała Athena. Potężna klątwa Cruciatus pomknęła ku lady Voldemort, trafiając ją w palce lewej dłoni – bo usiłowała uskoczyć zbyt wolno. Albus krzyknął, gdy w tym samym momencie vinculum zatrzepotało, a różdżka lady Voldemort świsnęła z porażającą precyzją – jakby niewybaczalna klątwa zupełnie jej nie dotknęła. Zaklęcie potężnej czarownicy o szkarłatnych włosach trafiło Athenę w pierś i tutaj już nie było mowy o braku odczuwania i reakcji – Athena upadła, jak sparaliżowana. Albus rozpoznał klątwę, którą kiedyś Gellert wykorzystał na balu przeciwko Theresie, chociaż teraz ten czar wydawał się być silniejszy. Znajomość magii podpowiedziała Albusowi, że jeśli Athena nie miała jakiegoś asa w rękawie, to lady Voldemort właśnie sprowadziła ją do wegetacji podobnej jak przy pełnym porażeniu ciała. Jeśli się nie mylił, to nie była w stanie wykonać żadnego ruchu, nawet twarzą. Jej los był dużo gorszy niż wtedy Theresy.

– NIE! – Ten głos dobiegł zza pleców Albusa. Lecz to nie był głos Luizy. Albus miał wrażenie, że jego serce zamiera – to nie była Luiza. To była Nagini – jej rysy już wracały ku swym orientalnym kształtom, gdy zgarbiona, Malediktus wyminęła go.

– Jesteś słaby, Dumbledore. Athena Potter zasługuje tylko na śmierć. – Lady Voldemort powiedziała to prawie jakby straszliwie ją rozczarował. Wzniosła różdżkę:

– Avada…

Lady Voldemort nie dokończyła dzieła. Nie doceniła Nagini, której zgniecione organy wewnętrzne oczywiście nie przeszkadzały. Nie, Nagini była wężem. Albus westchnął, gdy na miejscu kobiety w biało–zielonych szatach pojawił się ogromny wąż, który odbił się od podłoża w tak przedziwny sposób, że wylądował tuż przy Athenie, a jednocześnie jego mocarny ogon uderzył w nadgarstek lady Voldemort, wytrącając jej różdżkę z dłoni.

– Zdradziecka żmija – wysyczała partnerka Voldemorta, przywołując różdżkę. Albus zdążył zauważyć, że Nagini zmienia się znów i chwyta Athenę w objęcia.

– Chroń swoje dzieci, Dumbledore! – zawołała Nagini, a potem i ona i Athena zniknęły, zostawiając go samego z zaskakująco opanowaną lady Voldemort.

– Spodziewałaś się, że cię zdradzą – stwierdził Albus, zastanawiając się, czy ta potężna wiedźma zdecyduje się na atak, czy odpuści.

– Morrigan jest martwa, mój główny cel został osiągnięty. Zdradę Nagini przewidywałam od dawna, jej lojalność wobec Atheny wykracza poza powiązania wynikające z Mrocznego Znaku. Co mnie zdumiało, to twoja słabość. Myślałam, że zabijesz Athenę. – Kobieta zdawała się mówić swobodnie, jakby dzieliła się najnowszymi plotkami, ale jej postawa była pełna napięcia.

– Dlaczego zależało ci na śmierci Morrigan? – zapytał Albus, ryzykując zerknięcie na ciało siostry Mordreda. Różnokolorowe oczy wciąż były otwarte.

– Nadal kochasz Athenę, że nie potrafiłeś jej zabić? – Boleśnie odbiła piłeczkę. Albus zmrużył oczy – lady Voldemort, kontemplująca tak dobre uczucie jak miłość? Czy ona wiedziała o czym mówi?

– Jestem z nią związany magicznym małżeństwem. Rozerwanie tego typu więzów nie przychodzi z pstryknięciem palca. – To nie była odpowiedź, która ją satysfakcjonowała, tak mu się wydawało.

– Nie, do rozerwania tego typu więzów potrzeba jedynie uśmiercającej klątwy. Magiczne małżeństwo jest niczym, oboje to wiemy, Dumbledore. Nie może się równać z potężniejszą, starożytną magią, dostępną tylko magom tak potężnym jak ty czy ja – mówiła kobieta, a Albus powstrzymywał się przed okazaniem zdumienia – dlaczego rozmawiała z nim, jak równa z równym, zamiast atakować? Dlaczego ciągnęła ten teatr cieni i pozorów?

– Gdzie jest Minerwa? – spytał. Być może ona grała na czas? Minerwa musiała stracić sporo mocy, być może w tym czasie Tom ją …

– Za tobą, zza nieprzepuszczalnej do wewnątrz bariery zapewne obserwuje naszą rozmowę. Jeśli masz się o coś martwić, to martw się o Hogwart. Zostawiłeś zamek na pastwę śmierciożerców, twój Zakon i nauczyciele bezbronni. – Lady Voldemort skrzyżowała ręce na piersi.

– Oni nie są bezbronni – zaprotestował. Wzruszyła ramionami i zniknęła, zostawiając go z tysiącem pytań bez odpowiedzi.

Spojrzał w kierunku, w którym rozciągały się włości McGonagallów. Martwił się o Minerwę i wciąż był rozdarty – czy powinien wracać do zamku, czy też szukać jej, by upewnić się, że wszystko jest w porządku? Owszem, straciła nieco mocy, ale niewiele, nie wydawało mu się, by odniosła jakieś poważniejsze obrażenia. Poza tym, gdyby potrzebowała jego pomocy, poprosiłaby wyraźniej.

– Wybacz mi, nie potrafiłem jej zabić. Jeśli to widziałaś, to możesz uznać za dowód braku miłości do ciebie, ale tak nie jest i w głębi duszy to wiesz. Miłość nie jest rachunkiem, w którym składowe po obu stronach równania muszą się zgadzać. Nie, miłość jest nierównością, z jednym przedziałem otwartym do nieskończoności – wyszeptał, na wypadek, gdyby rzeczywiście tu była i mogła go słyszeć. Lady Voldemort mogła oszukać go jedną ze swoich sztuczek.

Jako że odpowiedziała mu cisza, Albus postanowił wracać bronić Hogwartu, nie zaszczycając nawet ostatnim spojrzeniem martwego ciała Morrigan. Należało ocalić niezależność szkoły, należało uratować Alberwana – Albus wyczuwał, że młodzieniec byłby gotowy się poświęcić, nawet jeśli nie był członkiem Zakonu.

Odpowiedzi? Może kiedyś je uzyska.