1971 a

Minerwa drżącymi dłońmi rozerwała kopertę, przyglądając się wronie, która przyniosła list. Chociaż była w rezydencji McGonagallów zupełnie sama i bezpieczniejsza niż gdziekolwiek indziej i tak rozejrzała się czujnie, zanim wysypała zawartość koperty na biurko. Westchnęła, widząc pojedyncze, orle pióro.

Przez jedenaście lat nie miała od niej żadnej wiadomości. Aż do teraz.

Czarownica przywołała myślodsiewnię. Louie nie operowała na samej symbolice – jeśli zaryzykowała kontakt, to w konkretnej sprawie. Minerwa wolała nie myśleć, że jej przybrana córka i rodzony syn mogą potrzebować pomocy. Nie, musiało chodzić o coś innego.

Przełamała pióro przy końcu, pozwalając, by srebrna nitka wspomnienia spłynęła na niewzruszoną taflę myślodsiewni. Wzięła głęboki oddech i zanurzyła twarz w zimnym płynie.

Miała ograniczoną możliwość ruchu. Wspomnienie było rozmyte, skupione jedynie na powierzchni lustra, w której odbijała się twarz Luizy.

Louie upuszczała rezydencję jako osiemnastolatka, teraz była prawie trzydziestoletnią kobietą i to było widać. Wydawała się być piękniejsza, jakby dojrzałość dodała jej urody – a może po prostu doświadczenie w jej wielkich, lodowato błękitnych oczach nie kojarzyło się już ze zdziwieniem. Wyglądała na zdrową i to wystarczyło, by Minerwa poczuła ulgę.

– Jestem cała i zdrowa, matko. Wszyscy jesteśmy cali i zdrowi. Musimy jednak wrócić do domu. Decyzje, które trzeba podjąć, należą do ciebie. Spotkaj się ze mną przy grobie mej ciotki w noc letniego przesilenia. Bądź silna, matko. – Luiza posłała swojemu odbiciu pocałunek i Minerwa opuściła wspomnienie, drżąc z intensywności odczuwanych emocji.

Zatem byli cali i zdrowi. Oboje. Ulga, jaką niosły te słowa, była niewyobrażalna. Powrót do domu… to nie mogło być łatwe – obecna sytuacja nie sprzyjała dwójce jej dzieci. Albus wciąż utrzymywał autonomię Hogwartu, chociaż średnio raz w każde wakacje zamek był atakowany przez śmierciożerców, chcących udowodnić, że zamek jest do zdobycia. Pięć lat temu duma Toma zasadniczo ucierpiała, gdy Dumbledore przy pomocy prawie samych nauczycieli i garstki Zakonu zmiótł główny trzon jego armii.

Te pięć lat było impasem, patem i wszystkie ważniejsze figury na szachownicy o tym wiedziały. Ile jednak z pionków Minerwa będzie musiała poświęcić, by zupełnie odwrócić sytuację? Zerknęła na swoje dłonie – eleganckie dłonie prawie pięćdziesięcioletniej czarownicy i zrozumiała, że być może rozwiązanie jest tuż przed jej nosem. Zuchwałe, bo opierające się w ogromnej mierze na miłości Albusa do niej, ale czy mogła być czegoś bardziej pewna niż jego uczucia?

Równie pewna była tego, że nie może zostać z Tomem. Jako lady Voldemort czuła się coraz bardziej zniewolona. Riddle wciąż naciskał w kwestii dziedzica. Minerwa próbowała zwrócić jego uwagę na poszerzanie wpływów, na powiększanie władzy i własnego dziedzictwa, ale Voldemort koniecznie chciał mieć dziecko jak najszybciej. Jakby nie miał wieczności na wychowanie go! Aż uderzyła pięścią w stół.

Mieli dziecko. Dziecko, które żyło. Liczyło się tylko to, by żyło nadal, bezpieczne, z dala od Toma. Powoli, Minerwa tworzyła plan mający do tego doprowadzić.

Przesilenie letnie wypadało trzy dni później. Szara kotka, z prostokątnymi obwódkami wokół oczu ostrożnie kroczyła pomiędzy rozpadającymi się nagrobkami mugolskiego cmentarza w Dolinie Godryka.

Luiza była sprytną Ślizgonką, ale by ich spotkanie pozostało absolutną tajemnicą, musiało przebiec w ich animagicznych formach. Grób ciotki – Albus byłby dumny, wiedząc, że Luiza wciąż widzi w nim ojca, mimo wszystko. Minerwa usiłowała wyrzucić z pamięci moment, w którym przybyła do Doliny Godryka z Bellatriks Black, by zabić Bathildę Bagshot, ale to wróciło, gdy tylko ujrzała świeży nagrobek historyczki, przy którym ktoś położył piękny bukiet niebieskich niezapominajek. To było konieczne, wmawiała sobie, zmierzając w stronę znajomego kamienia z nazwiskiem, które chciałaby móc kiedyś dodać do swego własnego.

Szarobura kotka przysiadła pod drzewem, idealnie naprzeciw nagrobka. Gdzieś w oddali usłyszała szelest skrzydeł. Zamruczała cicho, gdy z nieba zanurkowała wrona, która przycupnęła na krawędzi kamienia. Zanim Minerwa nawiązała kontakt, przeszło jej przez myśl, że Albus musiał naprawdę widzieć w Luizie córkę, skoro opowiedział jej o Arianie. Zaraz jednak odpędziła tą myśl i przyjrzała się dokładnie wronie – wyglądała dobrze – pióra lśniące, sylwetka niezbyt chuda. Minerwa nie wyczuwała też zapachu krwi – miały szczęście, póki co.

Gdybym nie widziała ciebie w nim, nie zniosłabym rozłąki. – Na przedmurzu umysłu Minerwy rozbrzmiał głos Luizy. Starsza czarownica aż przymknęła oczy, przytłoczona ładunkiem radości i miłości, promieniującym z młodszej kobiety.

Jest bezpieczny? – Minerwa wiedziała, że nad myślami nie panuje się w takim stopniu jak nad głosem – Luiza pewnie wyczuła ogromny niepokój w tym pytaniu.

Tak. Jest z moim mężem.

Zapadła cisza. Minerwa blokowała wszelkie uczucia, ale nie była w stanie zatrzymać tego, co odczuwała Luiza, czym promieniowała na sieni jej własnego umysłu. Miłość. Luiza była zakochana. Kochała i czuła się kochana w odpowiedzi. Lecz to nawet było więcej niż miłość – to musiało być ogromne zaufanie.

Ile on wie? – Krok po kroku, Minerwa zdecydowała się zrozumieć, co ją ominęło.

Wie, że Marvelian nie jest moim dzieckiem, ale nie ma pojęcia o niczym dotyczącym mojego życia w Wielkiej Brytanii. Zaakceptował to. Rozumie, że w moim sercu nigdy nie będzie ani na pierwszym, ani na drugim miejscu. Pokochał Marveliana. Jest gotów chronić go, nawet poświęcając mnie. Wykazuje najwyższą formę miłości. Marvelian zaś uważa mnie za matkę, ale wie, że mój mąż nie jest jego ojcem, chociaż traktuje go jako takiego. Jest między nimi więź. – Każda emocja Luizy, będąca ładunkiem przesyłanej myśli, była szczera.

Jak nazywa się twój mąż i kim jest?

Assuarin Zenaidov. Pochodzi z Rosji, ale pewnie szybko odkryjesz, że jego ojciec splamił się służąc pod Grindelwaldem, w grocie. Tą traumę Assuarin zostawił za sobą. – Luiza nawet nie miała pojęcia, jaki popłoch w Minerwie wywołało jedno słowo – grota. Nie mogła wiedzieć, że natychmiast z głębszych czeluści umysłu Minerwy wynurzyły się straszliwe obrazy dokonującego się w grocie ludobójstwa.

Kocham go, ale jestem w stanie go porzucić, jeśli uznasz, że tak będzie lepiej. Kocham ciebie i Marveliana bardziej – dodała Luiza przy przedłużającej się ciszy ze strony Minerwy.

– Ufam twojemu osądowi. Pytanie, czy jesteś gotowa wciągnąć go w samo oko cyklonu. Wiesz, że najwyższym rodzajem miłości jest rezygnacja z ukochanej osoby w imię jej bezpieczeństwa. – To były twarde słowa ze strony Minerwy, ale to była lekcja, której nie należało zapominać nigdy.

Assuarin pomaga chronić Marveliana. Bez niego… nie wyobrażam sobie, byśmy przeszli to bez niego. – Strach w tonie myśli Luizy wolno sączył się przez bariery Minerwy.

O co chodzi? Co sprawia, że musicie wracać do domu? – Minerwa miała swoje podejrzenia.

Marvelian. Jego moc zaczyna nas przerastać. Nie jesteśmy w stanie poprowadzić go dalej. Jeśli on ma wyrosnąć na kogoś, kto będzie umiał się obronić przed wszystkim, o kogo nie będziemy musiały się martwić ze wszystkich racjonalnych punktów widzenia, to on musi zdobyć tą wiedzę od ludzi równych mu mocą. Od ciebie. I Albusa. – Tymi oto słowami Luiza określiła coś, czego Minerwa się spodziewała, co nie pozwalało jej spać spokojnie w nocy. Poskromienie potęgi, jaka kryła się w Marvelianie, nie wykraczało poza umiejętności Luizy – jako córka Atheny i Grindelwalda, nadawała się do tego tak samo dobrze jak Minerwa, Albus, sam Voldemort albo nawet Athena. Ale nie chodziło tylko o to.

Marvelian musi trafić do Hogwartu. – Stwierdzenie faktu czy też decyzja, nieistotne. Ważne, że co do tego Minerwa nie miała wątpliwości.

Jak planujesz do tego doprowadzić? Z tego co wiem, sytuacja jest niesprzyjająca. Lord i lady Voldemort kontrolują prawie wszystko. – W myślach Luizy pojawiło się echo dawnego bólu i obraz obecnego strachu. Lady Voldemort napawała ją ogromnym lękiem.

Ona jest moim boginem. – Szept, niekontrolowana myśl.

Przybędziecie do Hebrydy i tam przeczekacie przewrót, jaki zgotuję razem z Albusem. Voldemort zostanie pokonany. Poślecie Marveliana do Hogwartu tak, by nikt się nie zorientował, że chłopiec ma jakikolwiek związek ze mną albo z tobą. Pod nazwiskiem twojego męża, z przykazaniem, iż nie powinien afiszować się ze swoją mocą. Tam przejmę go ja, bo powrócę do nauczania. Wszystko się ułoży. – Ostatnie zdanie Minerwa kierowała bardziej do siebie, niż do Louie.

Jesteście w stanie ich pokonać? Tak po prostu? Te wszystkie lata… – Luiza urwała, zawstydzona swoim zwątpieniem.

Te wszystkie lata zbierałam siły na to starcie. To nie będzie łatwe i wierz mi, pojawi się wiele momentów, w których będziesz wątpić we wszystkie fundamenty swojego świata, ale mnie nie zatrzyma nic – zrobię wszystko, by zapewnić mojemu dziecku przyszłość. – Razem z tą myślą bura kotka zamknęła na moment oczy, w czeluściach jej umysłu majaczył okropny obraz lorda Voldemorta, demaskującego ją jako największą oszustkę tych czasów.

Ja nigdy w ciebie nie zwątpię. Ale Dumbledore? Czy on nie rozpozna w Marvelianie twojego syna? – spytała Louie, jej wronia postać przekrzywiła głowę.

Nie.

– Ale…

– Kiedyś ci sugerowałam, że nigdy nie pojmiesz mojej relacji z Albusem. Teraz nie będę znów ci tego tłumaczyć. Albus jest w tym wszystkim ofiarą, więc jeśli chcesz chronić i jego, nie będziesz wątpić w jego … zaufanie do mnie. – Ton tej myśli był równie chłodny, co oskarżycielski.

Przepraszam. Chciałabym mieć pewność, że Assuarin kocha mnie tak samo mocno jak Albus kocha ciebie. Na samym platonicznym poziomie. – Te myśli wyrwały się Luizie – musiała dawno nie komunikować się w ten sposób.

Nie mamy za wiele czasu. Będzie lepiej, jak teraz odfruniesz. Postaram się w ciągu tygodnia wysłać wam świstoklik na Hebrydy. Musisz jednak liczyć się z tym, że spotkamy się znów pewnie dopiero gdy Marvelian będzie bezpieczny w Hogwarcie. – Minerwa jednocześnie czuła potrzebę zakończenia tej emocjonalnej rozmowy i lęk na myśl o obserwowaniu jak Luiza odlatuje. Problem był w tym, że słowa Luizy przywołały myśli o vinculum, a te było bardzo trudno kontrolować.

Cieszę się, że mogłam spotkać się z tobą teraz. Tyle razy dopadało mnie zwątpienie… w siebie, ale wtedy zawsze powtarzałam sobie, że tobie musi być trudniej. Ale oto jesteś, taka sama. Potężna, inspirująca, zdeterminowana. – Wrona zakrakała, by werbalnie wyrazić emocje. Minerwa pokiwała kocią głową – to był straszny okres, bo przecież każdego dnia przynajmniej raz zastanawiała się, czy Louie i Marvelian jeszcze żyją, czy są bezpieczni. Czy wyczułaby, gdyby coś im się stało.

Leć Luizo. Mamy o co walczyć. Ucałuj go ode mnie. – W ostatnich słowach Minerwa pozwoliła sobie na nieco sentymentu.

Wrona wzbiła się w powietrze, a bura kotka śledziła ją czujnym spojrzeniem szmaragdowych oczu, dopóki czarna kropka nie zniknęła jej z oczu całkowicie.

Nadszedł czerwiec, kiedy Minerwa uznała, że pora zerwać większość więzów z Tomem. Luiza, Marvelian i tajemniczy Assuarin musieli już zainstalować się na Hebrydach – teraz należało tylko odsunąć lorda Voldemorta od władzy. Czas na przewrót – z tej myśli czerpała ulgę, gdy czerwcowego, upalnego poranka wyślizgiwała się z objęć Toma.

– Hmm, tak bez pocałunku? – Mężczyzna przetarł oczy – wokół nich już pojawiły się pierwsze zmarszczki – transfiguracja Toma wciąż nie była idealna – nie potrafił utrzymywać tej iluzji wiecznej młodości co Minerwa. Gdyby nie miała świadomości, że pod tą niedoskonałą transfiguracją kryje się odrażająca twarz potwora, mogłaby nawet stwierdzić, że Riddle starzał się bardzo korzystnie. Z przerzedzonymi włosami wydawał się groźniejszy, drapieżny.

– Muszę się przygotować. Nie mogę pozwolić, by ktokolwiek wyglądał lepiej, nawet panna młoda, prawda? – Minerwa posłała rozłożonemu na łóżku magowi analizujące spojrzenie. Nie odpowiedział – kiedyś bez chwili zawahania zaprotestowałby, że nawet w płóciennym worku była piękniejsza niż jakakolwiek kobieta. Ich relacje ulegały stopniowej ewolucji – pasja i pożądanie były jak gasnące płomienie, pojawiała się natomiast nieufność i obojętność.

Zamknęła za sobą drzwi łazienki i zrzuciła szlafrok. Ustawione na każdej ścianie ogromne lustra zdawały się milcząco drwić z niej – kiedyś, naga lady Voldemort była najbardziej niebezpieczna. Dzisiaj, czuła się zmęczona i bezbronna.

Nauczyła się tolerować to kształtne ciało, szkarłatne włosy, nieswoją twarz. Już nawet nie nienawidziła go, było dla niej narzędziem. Lecz nie było zupełnie odseparowane od lady McGonagall, czarnowłosej, zielonookiej Minerwy. Mikstury, które Minerwa zażywała codziennie i w dużych ilościach, zapobiegające ciąży, rzutowały na cały organizm, bez względu na dwoistą naturę ciała. Osłabiały ją. Wiedziała jednak, że prawdziwy dziedzic Voldemorta osłabiłby ją bardziej.

Nikt nie ważył się otwarcie kwestionować jej pozycji, była prawdziwą panią magicznej Wielkiej Brytanii, rządy jej i Toma okrutne, acz silne. Minerwa jednak wyczuwała zakulisowe działania – jak przekupstwem i komplementami bliźniaczki usiłowały zjednać sobie rody czystej krwi, jak nowe pokolenie śmierciożerców już ważyło się myśleć o ewentualnym dzieleniu schedy po Voldemortach. Toma to bawiło, bo po pierwsze, planował nieśmiertelność, a po drugie, naiwnie wierzył, że Minerwa da mu kiedyś potomka.

Wszystkim brakowało odwagi, by mówić o tym głośno, ale panowało powszechne przekonanie, szczególnie w wewnętrznych kręgach śmierciożerców, iż lady Voldemort popełniła błąd, odseparowując się od nich, budując swoją pozycję na strachu i fundamencie swej relacji z narzeczonym. Wciąż nie mężem – kolejny sygnał. Zacofane, patriarchalne społeczeństwo nie podejrzewało, że Czarna Pani nie jest jedynie wizualnie pięknym dodatkiem do Czarnego Pana, egzekutorką jego okrutnej woli. Niektórzy może widzieli tą stalową dłoń w jedwabnej rękawiczce, ten światły, taktyczny umysł. Ale czy ktokolwiek zakładał, że lady Voldemort mogłaby sięgnąć po i utrzymywać władzę sama, bez kogokolwiek u swego boku? Tak już nikt nie myślał – i to był błąd wszystkich.

Minerwa natarła całe ciało pachnącym orientalnie olejkiem – przyjęła za punkt honoru, iż lady Voldemort nie może pachnąć konwaliami, jak profesor McGonagall. Następnie nałożyła suknię – specjalnie na tę okazję, w niewinnym, bladoróżowym kolorze – prawie dziewczęcą, z dużą ilością koronki. Jej krój rażąco zmieniał wrażenie – plecy były całe odkryte, dekolt sięgał prawie pępka i tylko sprytne zaklęcie utrzymywało materiał na krzywiznach piersi. Suknia była niepraktyczna, bo opięta w biodrach – umożliwiała stawianie jedynie bardzo małych kroków. Minerwa jednak wiedziała, że wystarczy jeden ruch różdżką, by rozedrzeć suknię od dołu do pasa, a w tym ciele przecież nie mogła zachowywać się pruderyjnie.

Wydłużyła za pomocą magii szkarłatne włosy – teraz sięgały jej do połowy pleców, opadając w miękkich falach. Czarownica najchętniej upięłaby je, ale tak jak profesor McGonagall uwielbiała swój praktyczny kok, tak lady Voldemort pozwalała, by włosy fruwały wokół jej twarzy. Tym razem poskramiał je jedynie bogaty, rubinowy diadem. Do tego naszyjnik, idealnie długi, kończący się dokładnie na wysokości piersi. Można było założyć, że jeśli tylko Czarna Pani nie przyjmie nieprzyjaznej miny, to ona będzie uznana za gwiazdę wieczoru, nie panna młoda.

– Gotowa? – Lord Voldemort zapukał, ale w jego głosie wybrzmiało zniecierpliwienie. Minerwa rozpyliła wokół siebie jeszcze ćwierć flakonu orientalnych perfum i wyszła.

– Mam ochotę zedrzeć z ciebie tą suknię – powiedział mężczyzna, bezwstydnie oglądając ją od stóp do głów.

– Bądź szarmancki, to może będziesz miał tę okazję – powiedziała, nakładając długie rękawiczki, na prawej specjalna kieszeń na różdżkę.

Podał jej ramię, zeszli na dół i wyszli przed Ivylerton House. Zanim się teleportowali, Minerwa odwróciła się – jeśli jej plan się powiedzie, to nie będzie musiała tu wracać przez dłuższy czas. Tom, który nawet nie zadał sobie trudu zapytania jej o powód nostalgii, teleportował ich wprost przed rezydencję rodziców pana młodego, gdzie miał odbyć się ślub.

Rudolf Lestrange, pan młody, przyszedł powitać ich osobiście. Minerwa mimo wszystko musiała powstrzymywać chichot, gdy Tom przyciągnął ją do siebie bliżej, kiedy zarówno pan młody, jak i jego brat i ojciec nie mogli oderwać od niej wzroku. Trzech Lestrange'ów stanowiło trzon dowódczej elity śmierciożerców. Rolfus, ojciec i głowa rodu, był postawnym mężczyzną z niemodnymi bokobrodami, mógł być kilkanaście lat starszy od Albusa. Rabastian, brat pana młodego, przypominał wyglądem małego niedźwiedzia – powszechnie wiadomo było, że chociaż był najsilniejszy i najokrutniejszy z trójki Lestrange'ów, rozumu mu brakowało. Rudolf, choć wizualnie niepozorny, przypominający aparycją niedożywionego wampira, był sprytny i wyrachowany – stanowił ten rodzaj człowieka, który wzbudzał w Minerwie odrazę.

– Milady. – Rudolf ucałował jej dłoń – jego usta jak oślizgła skóra ropuchy.

– Gdzie jest panna młoda? – spytała Minerwa, prostując się w imperatorskiej pozie.

– W komnacie na końcu korytarza, razem z siostrami – odpowiedział Rolfus, zginając się w ukłonie.

– Chciałam z nią jeszcze porozmawiać. – Minerwa zerknęła na Toma, którego płaskie nozdrza zadrgały groteskowo. Wiedziała, że chciał wmaszerować na uroczystość z nią u boku, ale tego dnia nie zamierzała zwracać uwagi na jego życzenia.

– Udziel jej naszego błogosławieństwa. Niesłychane, że jej matka wymigała się z uroczystości chorobą – warknął Tom.

– Wylądowała w św. Mungu. – Rabastian może myślał, że jego rodzina wyjdzie z twarzą, jeśli tak jak Blackowie, zrobią dobrą minę do złej gry.

– Po próbie samobójczej – syknął bezlitośnie Tom, kręcąc z dezaprobatą głową. Minerwa nie słuchała dalej, weszła do rezydencji i skręciła w długi korytarz, podczas gdy mężczyźni ruszyli do sali balowej.

Zachowanie Druelli wcale nie dziwiło Minerwy. Ta kobieta nie miała łatwego życia – zmuszona do małżeństwa z rozsądku, z człowiekiem, który ją poniżał i zdradzał, a jedynym, o co Druella mogła walczyć, były jej córki. Córki, z których jedna właśnie była jej okrutnie odbierana, by powielić tragiczny schemat. Dodatkowo, Lestrange'owie zaprosili bliźniaczki. Czy Cygnus nadal sypiał z Rachel, to Minerwę nie obchodziło. Co musiała czuć Rachel, będąc zmuszoną do przybycia na ślub dziewczyny, która sprawiła, że poroniła, to nie obchodziło Toma. Tym sposobem, bliźniaczki miały miejsca tuż obok tronów Czarnych Państwa.

Lady Voldemort bezceremonialnie otworzyła drzwi na końcu korytarza. Ktoś krzyknął – szesnastoletnia blondynka w niebieskiej sukience – Narcyza Black. Do ukłonu pociągnęła ją przezorna brunetka o nieco mocniejszej budowie, ubrana w żółte szaty – Andromeda Black. A panna młoda?

Panna młoda upadła do stóp Czarnej Pani.

– Wstań, Bello. – Minerwa bardzo, bardzo rzadko używała zdrobnień w odniesieniu do kogokolwiek. Lecz dzisiaj – przykro było jej patrzeć, jak ta utalentowana i potężna czarownica wciąż pozostaje zaledwie pionkiem na jej szachownicy.

Bellatriks Black, wkrótce Lestrange, wyglądała przepięknie w białej sukni, na której od ramienia, przez pierś aż do ziemi asymetrycznie wyhaftowano czarne kwiaty. W tym kolorze, żywe goździki przeplatały się z białymi goździkami w jej ślubnym bukiecie. Kręcone włosy zostały ładnie upięte – ich czerń kolejnym nawiązaniem do rodowego nazwiska, które miała za chwilę porzucić na zawsze.

– Zaczekajcie na zewnątrz – rozkazała Minerwa Andromedzie i Narcyzie, które posłusznie wypełniły polecenie. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, Minerwa położyła dłonie na ramionach Bellatriks.

– Z wszystkich punktów widzenia to małżeństwo jest właściwe, prawda, milady? Lestrange'owie są bogaci i czystokrwiści, są wiernymi śmierciożercami, a ja fizycznie pociągam Rudolfa. Czarny Pan będzie świadkiem i swatem, leżymy w centrum jego planów stworzenia nowej generacji całkowicie wiernych mu śmierciożerców. – Bellatriks mówiła szybko, wpatrując się w czarnobiałą wiązankę, byle nie patrzeć lady Voldemort w oczy.

– Czemu zatem masz wątpliwości? – Czarna Pani uniosła brew.

– Czy moje małżeństwo wpisuje się również w pani plany? – Bellatriks wzniosła oczy ku twarzy Minerwy. Serce starszej czarownicy ścisnęło się boleśnie.

– Nie tego pragniesz? Władzy, bogactwa i miejsca u boku Czarnego Pana? – Minerwa mimowolnie uniosła dłoń z ramienia zaledwie dwudziestoletniej dziewczyny i pogładziła jej policzek.

– Ja…– Bellatriks urwała, bo Minerwa położyła palec na jej ustach.

To, co wydarzyło się potem, zszokowało je obie.

Usta młodej kobiety poruszyły się, by w namiętnym pocałunku przesunąć się po całej dłoni, odzianej w czerwoną rękawiczkę. Bella zrobiła krok do przodu, sięgając wolną ręką po talię Minerwy, podczas gdy tą z bukietem zarzuciła na jej szyję. Oczy dwudziestolatki rozbłysły, zanim wspięła się na palce, by sięgnąć ust Czarnej Pani.

Lecz ani lady Voldemort, ani Minerwa McGonagall nie mogły sobie pozwolić na kontynuację tego wątku, nawet jeśli pierwsza uznałaby go za ekscytujący, a druga za intrygujący. I tak Bellatriks została odepchnięta – delikatnie acz stanowczo, a Minerwa zacisnęła usta w dezaprobacie.

– Pani… – Po policzku Bellatriks popłynęła łza.

– To się nie wydarzyło – rzekła surowo Minerwa, robiąc krok w tył.

– Nie mogę wyjść za Rudolfa – zaprotestowała Bellatriks, wysuwając podbródek.

– Musisz za niego wyjść. Ale to nie koniec. Małżeństwo nie może być postrzegane w kategorii zniewolenia – to raczej narzędzie uwiązania, ale nie ostateczne, albo przypieczętowanie sojuszu, wygodne. Twój los jest wciąż w twoich rękach, Bellatriks.– Te słowa, w ustach lady Voldemort oczywiście nie dawały nadziei.

– Nienawidzę go. Napawa mnie odrazą. – Obie wiedziały, że te słowa miały zastąpić zdanie, które nie przeszłoby śmierciożerczyni przez gardło, a mianowicie: ,,Nie kocham go."

– Nie kochasz też mnie. Jesteś wobec mnie absolutnie wierna… dlaczego…ach tak. Nagini. – Minerwa przymknęła oczy, gdy wszystkie elementy układanki będącej istotą Bellatriks Black wskoczyły na swoje miejsce.

– Ona była wierna wobec pani, nie wobec Czarnego Pana. Mimo tego, że była wężem – wyszeptała Bellatriks.

– Tak, ale najwierniejsza była wobec swojej wybawicielki i ten rodzaj lojalności wpoiła też tobie. – Minerwa zamyśliła się.

– Swojej wybawicielki? – Młodsza czarownica otworzyła szeroko oczy.

– Nie mamy czasu. Musisz wziąć dzisiaj ten ślub. Nie myśl, że twoja sytuacja jest mi obojętna – jesteś potężna, ambitna i wierna swoim ideałom, co bardzo sobie cenię. Dlatego zdradzę ci, iż Nagini uciekła z czarownicą, która została sparaliżowana nieodwracalną klątwą, pozostawiając ją praktycznie w stanie wegetatywnym. – Jakaś głęboko pochowana, romantyczna część Minerwy wierzyła, że istnieje możliwość, by Bellatriks odnalazła Nagini.

– Dziękuję. – Zdumiewające, że to słowo przeszło przez gardło czystokrwistej dziedziczki Blacków.

– A kiedy rozpęta się piekło, masz moje błogosławieństwo, by szukać swojego szczęścia. – Minerwa zmusiła się do uśmiechu.

– Ale Czarny Pan… – Bellatriks zadrżała. Widząc tą trzęsącą się pannę młodą, nikt nie pomyślałby, że ta dziewczyna ma już dziesiątki istnień na sumieniu, że potrafi mordować okrutnie.

– Nie wybawi cię, choćbyś całowała ziemię, po której chodzi. Wiąże cię z nim Mroczny Znak, ale to raczej może być twoja droga powrotna niż mur, który cię zatrzyma – rzekła Minerwa i ruszyła ku drzwiom.

Blada panna młoda nie zdążyła odpowiedzieć, bo lady Voldemort otworzyła drzwi i opuściła komnatę, wymijając przestraszone Andromedę i Narcyzę.

Minerwa myślała intensywnie, zmierzając ku sali balowej. Któżby pomyślał – Bellatriks zakochana w swej mentorce, Nagini? Tego nawet Minerwa nie mogłaby przewidzieć! W tym kontekście aranżowane małżeństwo Bellatriks z Rudolfem wydawało się jeszcze bardziej tragiczne. Wciąż nosząc na twarzy zamyślenie, Minerwa weszła do ogromnej komnaty, w której syn Lestrange'ów i córa Blacków mieli zostać złączeni małżeństwem.

Westchnienia zachwytu i zazdrości upewniły ją w przekonaniu, iż wygląda zniewalająco. Przeszła przez szpaler, kołysząc biodrami, a z każdym krokiem rubiny w jej włosach i na jej piersiach migotały hipnotyzująco. Odwracali się wszyscy – także Czarny Pan, który na jej widok oblizał usta. Minerwa zamaskowała odrazę i zajęła miejsce na tronie u jego boku.

Zaczarowane pianino wygrywało melodię weselnego marsza, gdy Bellatriks zjawiła się w drzwiach, gdzie ujęła ramię Cygnusa i pozwoliła, by ojciec poprowadził ją jak sztywną lalkę do ołtarza, a Narcyza i Andromeda kroczyły za nią, trzymając długi tren sukni. Oczy Rudolfa zalśniły nieskrywanym pożądaniem – ze swej strony, Bellatriks grała naprawdę dobrze, będąc w stanie nawet przywołać na twarz niewinny uśmiech. Być może już planowała, jak zdradzi swojego męża.

Na prośbę Voldemorta sama ceremonia nie trwała długo. Ot, kilka minut, kilka słów, nieszczery pocałunek i Bellatriks Black stała się żoną Rudolfa Lestrange'a. Rozpoczęło się wesele. Minerwa dała się zaprowadzić na środek parkietu – jak zawsze jej taniec z Tomem zapierał dech w piersiach obserwujących. Za ich dynamiką nie nadążał nikt – ciała zgrane z prędkim, pierwotnym rytmie, błądzące po nagiej i zakrytej skórze dłonie, rubiny lśniące czerwienią, chociaż równie dobrze to mogły być jego oczy. Lady Voldemort z beztroską używała swojej seksualności, by pobudzać Toma, by na oczach wszystkich uwodzić go na nowo, bo przecież to było najlepsze preludium do zadania bolesnego ciosu. Do tego mogła dodać nieco zazdrości – kiedy taniec dobiegł końca i oczekiwano, że Tom zatańczy z panną młodą, a Czarna Pani była zmuszona tańczyć z Rudolfem. Lestrange nie był głupi – trzymał ją sztywno i z szacunkiem, a ona tłumiła obrzydzenie i specjalnie zbliżała się do niego bardziej, wiedząc, że oczy Toma i tak skupione są na niej, nie na Bellatriks.

Godzinę później Minerwa już myślała, że jest gotowa odrzucić tożsamość lady Voldemort, porzucić Toma i zorganizować powstanie przeciwko własnemu reżimowi, gdy wydarzyło się coś, co poważnie naruszyło jej niewzruszone postanowienie nieangażowania się emocjonalnie.

Na wesele zaproszono również oczywiście główną gałąź rodziny Blacków – Oriona, Walburgę i dwójkę ich chłopców, jedenastoletniego Syriusza i dziesięcioletniego Regulusa. Podczas gdy Syriusz był nieustannie strofowany przez matkę, Regulus biegał po całej sali balowej, śmiejąc się głośno i lawirując pomiędzy tańczącymi. Do momentu, kiedy najmłodszy z Blacków z impetem zderzył się z Rebeccą, wytrącając szklankę wody z jej ręki. Orkiestra przestała grać, gdy brzdęk szkła przebił się hałasem przez muzykę. Siła uderzenia posłała chłopca na ziemię – nieco zdezorientowany uniósł głowę, gdy wylądował na plecach. Rebecca nie przewróciła się, ale zgięła w pół, obejmując rękoma brzuch.

Ku zdumieniu Minerwy Tom wypuścił jej dłoń i pośpieszył ku białowłosej śmierciożerczyni. Wyprzedziła go tylko Rachel. Ale zanim którekolwiek z nich zareagowało, Rebecca uniosła różdżkę i rzekła z nienawiścią:

– Crucio!

Wrzask torturowanego dziecka odbijał się echem w ogromnym pomieszczeniu i Minerwa nie mogła tego znieść. Orion stał jak wryty, Walburgę unieruchomił Rabastian, a jedynie Syriusz biegł do brata, ze łzami w oczach, zatem Czarna Pani musiała zadziałać.

– Expelliarmus – warknęła, rozbrajając Rebeccę. Niestety, Tom pochwycił różdżkę. Sama Minerwa uniosła brwi – wszyscy wiedzieli jak szalona i okrutna mogła być Rebecca, ale przecież Regulus był tylko dzieckiem, w dodatku czystokrwistym i z rodziną po odpowiedniej stronie.

– Mały sukinsyn – wysyczała Rebecca. Syriusz już dobiegł do brata i zasłonił go własnym ciałem przed wzrokiem gniewnej bliźniaczki.

– Proszę się napić. – Rudolf odebrał z rąk kelnera tacę z kieliszkami i podszedł do Rebeki, grając zatroskanego gospodarza. Rebecca sięgnęła po kieliszek, ale zaraz chciała go odstawić – Rudolf już się odsunął, a wtedy szybko Rachel zabrała wino z rąk siostry i wypiła jednym haustem. Minerwa zmrużyła oczy.

– Już wszystko w porządku? – Zimny dreszcz przebiegł przez całe ciało Minerwy, bo te słowa wypowiedział Tom. Z troską, jakiej nie okazywał nawet jej.

Nikt się nie poruszał, gdy zapadła cisza. Poza Andromedą, która przepchnęła się przez tłum, złapała Syriusza i Regulusa za poły szat i pociągnęła do tyłu. Mądra dziewczyna musiała przewidywać apokalipsę i rozsądnie zdecydowała się uchronić najmłodszych.

W tym czasie Minerwa składała wszystko w jedną całość. Wino, woda, brzuch, zbyt luźne i brzydkie szaty Rebeki, protekcyjność Voldemorta. Tom znów ją zdradził z Rebeccą. Tylko teraz wiele się zmieniło, bo Rebecca była w ciąży. W jej brzuchu rozwijał się dziedzic, którego Tom tak rozpaczliwie pragnął. Gniew uderzył w Minerwę z siłą większą niż kiedykolwiek wcześniej. Tak wściekła nie była ani przy śmierci rodziców, ani w pojedynku z Atheną, ani podczas wojny… może tylko w tym krótkim momencie, w którym Athena odebrała jej Therseusa.

Furia, zimna, nieposkromiona, zdawała się zamrozić wszystkie bezpieczniki. Różdżka błyskawicznie znalazła się w prawej dłoni Minerwy, gdy Czarna Pani zrobiła krok w stronę Rebeki. Lord Voldemort również dobył różdżki.

Tu nie trzeba było słów. Minerwa działała zbyt szybko – jedną ręką stawiając wokół siebie tarczę, ręką z różdżką przywołując najpotężniejszy rodzaj Szatańskiej Pożogi - wszechpotężna wiedźma wykonała piruet, otaczając płomieniami całą salę balową. Od teraz, ucieczka stąd była właściwie niemożliwa, bo na terenie całej rezydencji Lestrange'ów działały silne zaklęcia antyteleportacyjne.

– Milady, co to ma znaczyć? – Jak on śmiał spojrzeć z niepokojem na Rebeccę, zanim wreszcie skrzyżował spojrzenie z nią?

– Naprawdę myślałeś, że pozwoliłabym jej odejść stąd żywej? Z twoim dzieckiem? – Minerwa błyskawicznie skanowała wzrokiem spanikowany i przerażony tłum. Śmierciożercy wyciągali różdżki i należało oczekiwać, że raczej nie staną po stronie Czarnej Pani. Głupcy.

Tom chyba nie miał nic do powiedzenia, a usprawiedliwiać się nie mógł. Zatem zrobił jedyną logiczną rzecz – zaatakował.

Zaklęcie roztrzaskało się o tarczę Minerwy. Było bardzo potężne, gdyby nie tarcza, może nawet śmiertelne. Sama Minerwa wzięła głęboki wdech. Nie tego oczekiwała. Przewrót miał wyglądać inaczej. Ale być może o to chodziło. Oni dwoje, różdżka przeciw różdżce. Przeklęci kochankowie, ograbieni z dusz.

Walczyli tak jak tańczyli. Szybko, blisko, mocno, bez barier, bez zahamowania, byle tylko sięgnąć celu. Byle wyładować na drugim swoje pragnienie, swoje frustracje. Kolorowe światła zaklęć rozbłyskiwały, mijając się, zderzając się, zwalczając się. Tłum coraz bardziej napierał – nikt nie ważył się użyć zaklęcia przeciw walczącym, ale Szatańska Pożoga coraz szybciej trawiła wolną przestrzeń.

Zwycięstwo musiało należeć do niej. Miała je w żyłach – w których może wciąż znajdowały się drobinki jego magii – echo transfuzji, która była błędem. Miłość – to nigdy nie było uczucie, które dzielili. Zawsze chodziło o pragnienie – ona pragnęła potęgi, on pragnął uczynić ją zależną od siebie. Nie wiedział, że obiecała sobie nigdy do tego nie dopuścić. Te wszystkie lata, które spędziła u jego boku, kiedy wydawało mu się, że ona zabija i satysfakcjonuje go dla niego… to było jej najmisterniejsze kłamstwo. Potęga była pierwotnym celem, osiągniętym przy wykorzystaniu go, szybko i bezboleśnie. Ochrona Marveliana była celem nadrzędnym i tego też dopięła, swą cierpliwością, swą determinacją, wreszcie ofiarą, którą tylko ktoś tak złamany jak ona mógł ponieść.

Przecież lord Voldemort był tylko źródłem bólu. Ograniczał ją, ranił ją, sprawiał, że wątpiła w siebie. Ale już nie. Teraz Minerwa odradzała się, jak feniks z popiołów, spowijając w płomieniach wszystko wokół.

W szkarłatnych oczach widziała, że wizja, którą zaszczepiły w Tomie tortury Grindelwalda musi właśnie urzeczywistniać się na jego oczach – Minerwa była jego boginem. Największym źródłem jego strachu była myśl, że Minerwa zwróci się całkowicie przeciwko niemu, że będzie mu brakować nadziei na jej powrót. Jednocześnie coś nie pozwalało mu zdemaskować jej całkowicie. Bo wiedział, że z chwilą, w której ogłosiłby światu, iż lady Voldemort jest tak naprawdę Minerwą McGonagall, ona już zabiłaby go bez skrupułów, metodycznie niszcząc wszystkie horkruksy i mordując śmierciożerców.

Różdżka pękła w jego dłoni, gdy posłał ku niej Cruciatusa. Pędząca ku niemu Drętwota zmusiła go do padnięcia na ziemię, odsłaniając przed Minerwą drżące bliźniaczki.

– Avada Kedavra. – Minerwa zdecydowanie wycelowała różdżkę w Rebeccę. Nie zdziwiło jej, że Rachel rzuciła się na drogę szmaragdowego promienia uśmiercającej klątwy.

– NIEEEEE! RACHEL! – zawyła Rebecca, padając na kolana przy zwłokach siostry.

Tak właśnie lady Voldemort zabiła Rachel, rozsądniejszą z bliźniaczek. Tego nie spodziewał się nikt. Bo co innego zabijać pionki, śmierciożerców z najniższych szczebli hierarchii, nic nie wartych głupców, a co innego zamordować generała, tą, której wierność Czarnemu Panu była niepodważalna.

Rebecca wyła ponad ciałem bliźniaczki, a Minerwa uniosła różdżkę, by zabić i ją. Bez nich i bez Nagini, Tom będzie osłabiony. Bez dziedzica, na którego mógłby czekać, będzie popełniał błąd za błędem, bo nie będzie miał o co walczyć. Nieśmiertelność, która była jego celem, teraz była zagrożona – Minerwa miała moc i środki, by zniszczyć horkruksy.

Kątem oka Czarna Pani widziała jak Andromeda i Walburga minimalizują płomienie w jednym miejscu na tyle, by przepchnąć na drugą stronę siebie i dwóch chłopców, uczepionych ich szyj. Z drugiej strony, Bellatriks transmutowała swój ślubny bukiet w miotłę, porwała na nią Narcyzę i wzbiła się w powietrze na tyle, by przelecieć ponad płomieniami.

– Avada… – Ale Minerwa nie zdążyła dokończyć – Tom podbiegł do Rebeki, złapał ją i wbiegł wprost w płomienie.

– PANIE! – zawołał zdezorientowany Lestrange.

Minerwa oszołomiła go Drętwotą. Wszyscy zwrócili oczy na nią. Powiodła po nich wzrokiem – chciała, by zapamiętali ją, zanim zginą w Szatańskiej Pożodze. Ją, najpotężniejszą wiedźmę tego stulecia, przepiękną w różowej sukni, z rubinami w szkarłatnych włosach, z żądzą mordu w oczach.

Potem wyciągnęła szyję w górę i zmieniła się w wspaniałego, czarnego feniksa, który zniknął w gąszczu szkarłatnych płomieni.

Nic nie poszło zgodnie z planem. Ale Minerwa i tak zamierzała odnieść zwycięstwo.