1971 b
Alberwan nerwowo krążył przed dyrektorskim biurkiem, usilnie próbując ignorować przeszywające spojrzenie akwamarynowych oczu dyrektora. Nigdy, przenigdy nie rozmawiali na te tematy. Lecz teraz… Alberwan zbyt mocno pokochał szkołę i uczniów. Nie mógł już dłużej milczeć i ignorować tego, co widział, a na co wszyscy przymykali oczy.
– Alicja Lyon jest dorosłym i pełnym zaangażowania członkiem Zakonu Feniksa. Nie widzę przeszkód, by bywała w Hogwarcie. – Albus splótł dłonie, okulary połówki nieco zsunęły się na jego haczykowatym nosie.
– Tak, ale jeszcze trzy lata temu była tu uczennicą! Była uczennicą Longbottoma! To jest absolutnie niewłaściwe! Jaki przykład oni mogą dawać!? – Alberwan wzdrygnął się na wspomnienie tych wszystkich chichoczących dziewczynek, które podczas lekcji transmutacji fantazjowały o nim tak intensywnie, iż musiał ratować się oklumencją, by blokować obrazy praktycznie transmitowane przez dziewczęce umysły.
– Nie mogę powiedzieć, że zatrudnienie go jako nauczyciela obrony przed czarną magią w tak młodym wieku było błędem, bo musiałbym przyznać, że podobnym błędem było zatrudnienie ciebie. – Dumbledore uniósł jedną brew, świadom, że trafił doskonale.
– Tak, ale Longbottom uległ… wszędzie są razem, obnoszą się ze sobą, kwestią czasu, aż ktoś zapyta, kiedy to się zaczęło! Albusie, przecież wiesz, że moim jedynym pragnieniem jest chronić dzieci! – Alberwan spojrzał błagalnie na swojego przełożonego i przyjaciela. Bywały dni, że tym błagalnym spojrzeniem Alberwan mógł u Albusa zdziałać wszystko, Lecz dzisiaj dyrektor zdawał się błądzić myślami gdzieś daleko.
– Dlaczego tak bardzo nie cierpisz Franka? Bo jesteście równocześnie różni i podobni? – spytał dyrektor, gładząc swoją długą, kasztanową brodę.
Nauczyciel transmutacji zacisnął zęby. Dlaczego ten człowiek miał tak wspaniały dar ubierania w bezpośrednie słowa najtrudniejszych prawd? Bo to była prawda. Zarówno Frank, jak i Alberwan byli odważni – ten pierwszy został opiekunem Gryffindoru, ale jego odwaga wynikała z brawury i gotowości do ryzyka. Alberwan zaś był odważny, ale w kategoriach poświęcenia swoim ideałom, ponadto posiadał dziwną intuicję, która podpowiadała, kiedy warto ryzykować, by nie stracić za wiele. Obydwaj magowie byli młodzi i przystojni – kobiety były gotowe padać im do stóp. Lecz chociaż Frank cieszył się z ich atencji i już zapracował na swoją opinię łamacza kobiecych serc, teraz, odkąd w zamku pojawiła się Alicja, zamienił się bardziej w Alberwana – który gardził nic nieznaczącymi romansami, skrycie wierząc w prawdziwą, wieczną miłość. Jako nauczyciele, obaj byli uwielbiani – uczniowie stawali na rzęsach by kontynuować obronę i transmutację na poziomie owutemów. Alberwan był surowszy, trzymał większy dystans, ale też wzbudzał większy podziw. Natomiast Frank oczarowywał dzieci i starszych uczniów swoim urokiem osobistym.
Lecz magicznie, Longbottom nie mógł się równać z Alberwanem.
– Nienawidzę myśli, że nauczyciel mógłby uwieść swoją uczennicę – warknął Alberwan. Na twarzy Albusa pojawił się cień.
– Mogę porozmawiać z Frankiem, ale jeśli mi odpowie, że ich relacje były poprawne, gdy Alicja była tu uczennicą, a teraz są w sobie zwyczajnie zakochani, nie będę dla nich przeszkodą – oświadczył dyrektor, wstając.
– A reputacja szkoły? A godność sprawowanej funkcji? – Alberwan potrząsnął głową – dlaczego ta cała sytuacja nie napawała Albusa niepokojem i odrazą?
– Kochany chłopcze, na tym świecie nie ma nic ważniejszego od miłości – odpowiedział dyrektor, wymijając go. Nie mógł widzieć bólu na twarzy Alberwana.
Bo tak, potężny nauczyciel transmutacji może eksplorował granice magii, ale tajemnice tej najmocniejszej z sił nie zostały przed nim odkryte. Najpierw zrzucał to na karb wojny – jak miał umawiać się na randki, kiedy śmierciożercy polowali na niego? Jednak spotykał się z różnymi kobietami i żadna nie miała tego czegoś, co spodziewał się znaleźć. Tej iskry, którą by czuł, która zapewniłaby go, że oto znalazł swą pokrewną duszę.
– Nie martw się. Jesteś młody, wszystko przed tobą. Czasem warto poczekać. Wiem, że widzisz to w podobnych kategoriach co ja. Jesteśmy romantykami, w głębi dusz. – To rzekł Albus, klepiąc go lekko po ramieniu. Alberwan uniósł brew, ale zaraz odruchowo stłumił ciekawość – przecież obiecał sobie, że nie będzie się interesował przeszłością Dumbledore'a.
Tak więc Alberwan nie odpowiedział, jedynie zmienił się w swoją animagiczną formę. Albus zachichotał, gdy kuguchar o pięknym, jasnokasztanowym futrze zaczął łasić się do jego nóg. To było ich wspólne dzieło – Alberwan nie doszedłby do tego bez Albusa, a przynajmniej nie byłby tak biegły w animagicznej przemianie.
Kuguchar o intensywnie zielonych oczach był wyróżniającym się stworzeniem – łatwiejszym do namierzenia i rozpoznania niż zwykły kot czy jakiś ptak. Lecz z drugiej strony fakt, że formą Alberwana było stricte magiczne stworzenie wskazywał na nieprzeciętną moc czarodzieja. W obecnej sytuacji, Alberwan nie był zarejestrowany i z tego co się orientował, w kraju nie było zbyt wielu animagów. A w Zakonie nie było żadnego. Co jednak ważne i piękne, Albus wciąż nie naciskał na niego, by dołączył do tajemnej organizacji stanowiącej centrum ruchu oporu.
Weszli do sali wejściowej, w której jak zwykle panował tłok, szczególnie że był czerwiec i uczniowie nieustannie kursowali między błoniami a zamkiem. Alberwan mógł swobodnie lawirować między nogami dzieci, nie tracąc Albusa z zasięgu słuchu. Chciał być świadkiem rozmowy dyrektora z Frankiem. Nauczyciel obrony przed czarną magią stał w połowie szerokich schodów, swobodnie oparty o balustradę. Alberwan wspiął się za kamienną poręcz – Albus musiał go widzieć, ale Frank nie.
– Dyrektorze. – Frank skłonił głowę.
– Co słychać…ach. – Zanim Dumbledore dokończył, przymknął oczy i złapał za kamienny blat poręczy. Alberwan zamarł w niepokoju – coś podobnego widział tylko przed wielką bitwą kilka lat temu, kiedy Dumbledore na moment opuścił zamek… oficjalnie po to, by powstrzymać lady Voldemort przed dołączeniem do bitwy – panowało powszechne przekonanie, że gdyby towarzyszyła na miejscu swemu narzeczonemu, zwycięstwo Hogwartu nie byłoby takie pewne.
– Wszystko w porządku, profesorze? – Frank z troską przyglądał się starszemu czarodziejowi.
– Dawno nie wyczuwałem jej takiej wściekłej. – Albus wymamrotał to tak cicho, że tylko Alberwan, dzięki animagicznej postaci, mógł to usłyszeć.
– Albusie? – Frank musiał się naprawdę przerazić, skoro porzucił tytulaturę, w tak publicznym miejscu jak sala wejściowa.
– Chciałem z tobą porozmawiać. O pewnej delikatnej sprawie – zaczął Albus, przywołując się do porządku, chociaż wciąż opierał się o balustradę.
– Jeśli chodzi o jakieś obiekcje co do programu, to nie ma tam nic, czego nie nauczyłbym się w Gildii, a tamten projekt przecież miał twoje pełne poparcie. – Frank defensywnie skrzyżował ręce na piersi. Alberwan prychnął. Denerwowało go, iż ,,Gildia" była wytłumaczeniem na wszystko, że jej członkowie byli nietykalni i postrzegani jak półbogowie. Nie żeby nie zauważył, iż ci, którzy należeli do tej organizacji byli potężniejsi i lepiej wykształceni niż reszta. To można było szybko wyłapać – szybsze refleksy, znajomość starożytnych rytuałów, rozpoznawanie zaawansowanej czarnej magii, perfekcyjnie opanowanie pojedynkowych i bitewnych technik – ludzie, którzy mieli okazję rozwijać się w Gildii byli tak naprawdę elitą. Elitą rozmywającą się na krawędzi konfliktu – bo były trzy grupy – zgromadzona wokół Longbottoma frakcja popierająca czynnie Zakon, operująca pod poleceniami Lucerny Greengrass i Kasjusza Dench frakcja sceptyków, kryjących się z dala od konfliktu i grupka dawnych członków Gildii, którzy dołączyli do Voldemorta.
– Nie chodzi o program nauczania, chociaż doszły mnie słuchy, że prędko pozbawiasz uczniów złudzeń co do natury swego przedmiotu. Powinieneś pamiętać, że naszym obowiązkiem tutaj jest chronić uczniów. Oraz ich niewinność. – Albus przekrzywił głowę, a jego świdrujące spojrzenie błądziło po twarzy Franka, który zwiesił głowę.
– Czy chodzi o Alicję? – Longbottom musiał wyłapać delikatny kontekst w poprzedniej wypowiedzi.
– Oboje jesteście bardzo młodzi… – zaczął Dumbledore, ale młodszy mężczyzna nie dał mu dokończyć:
– Tak, ale kocham ją! Tylko ją! To nie może być złe i pan musi to widzieć – zawołał Frank, jego oczy rozbłysły żywiołowo.
– Nie twierdzę, że to jest złe. Byłoby, gdyby zaczęło się zbyt wcześnie, albo było jednostronne – rzekł delikatnie Albus. Alberwan nie pierwszy raz zastanawiał się nad darem tego człowieka do widzenia szerszego obrazu i tysięcy różnych perspektyw.
– Masz moje słowo, że nie tknąłem Alicji, kiedy była tutaj uczennicą. Zapewniam cię też, że to nie jest jednostronne. Życie nauczyło mnie rozpoznawać nieodwzajemnienie – oświadczył Frank, na jego twarzy na moment echo bólu. Alberwan zamruczał cicho – czyżby Longbottom wiedział o miłości więcej niż Alberwan? Czy cały obraz kobieciarza był nieprawdziwy i tak jak Bumblegall oraz Dumbledore, Longbottom był romantykiem?
– Wiesz, że sprawa z Luizą była bardziej skomplikowana. – Albus położył dłoń na ramieniu Franka. Alberwan szybko zanotował w pamięci imię ,,Luiza".
Longbottom chyba chciał coś powiedzieć, ale nagle Albus syknął i odwrócił się do drzwi.
– Coś jest nie tak – wymruczał starszy czarodziej, dobywając różdżki. Naraz uniósł głowę, gdy z sufitu zaczęła sączyć się ciemna mgła. Alberwan rozpoznał wynalazek przypisywany lady Voldemort – ciemnego patronusa.
Kiedy mgła uformowała się w postać chimery, wiadomo już było, że to sama pierwsza dama mroku posłała im wiadomość.
– Zabiłam Rachel. Rebecca spodziewa się dziecka Voldemorta. Śmierciożercy płoną w rezydencji Lestrange'ów. Patronus posłany do McGonagall. Zakończcie to. Nie będę stać wam na drodze. Odbudujcie wszystko, a wtedy powrócę.
Uczniowie z szeroko otwartymi ustami wpatrywali się w chimerę, która ryknęła ogłuszająco i rozmyła się. Frank poruszał ustami, zdumiony i zdezorientowany. Dumbledore tymczasem nie zdradzał żadnych emocji.
Sam Alberwan usiłował zrozumieć przekaz. Oczywiście po tylu latach w tej społeczności już wiedział, kim były cieszące się złą sławą bliźniaczki, Rachel i Rebecca. Lecz w życiu by się nie spodziewał, że lady Voldemort mogłaby się posunąć do zamordowania którejś z nich. Chociaż jeśli prawdziwe było drugie zdanie i Rebecca rzeczywiście była w ciąży, a ojcem miał być Voldemort, to gniew ze strony narzeczonej czarnoksiężnika był całkiem uzasadniony. Lecz błędem byłoby zakładanie, że chodzi tylko o złość porzuconej kobiety – nie, Alberwan poprzysiągł sobie, że nie popełni tego błędu i będzie doceniał lady Voldemort – będzie miał zawsze na uwadze, iż to jest czarownica, która rządziła wszystkimi, która osiągnęła więcej niż ktokolwiek, która znalazła się na samym szczycie i jeśli miała z niego zejść, to dlatego że sama chciała, a nie została do tego zmuszona. Wieść o płonących śmierciożercach w tym kontekście nie dziwiła – jeśli ktokolwiek mógł w pojedynkę dokonać politycznego przewrotu to była to lady Voldemort. A jeśli miała dość obecnej sytuacji i zamierzała wycofać się w cień, to kto miałby dokończyć brudną robotę, jeśli nie Zakon? Z tak poważnie osłabionym Voldemortem i dzieckiem, które przecież nie mogło dorosnąć, Zakon miał wszystko, co potrzebne do zwycięstwa.
Prawie wszystko.
Alberwan, wciąż jako kuguchar, podskoczył, gdy główne wrota, prowadzące na błonia, otworzyły się gwałtownie na oścież. Longbottom, jak na aurora wyszkolonego przez Moody'iego przystało, wyciągnął różdżkę, ale zaraz ją opuścił. Skryty za kamiennymi kolumnami balustrady Alberwan zmrużył oczy, widząc samotną postać, otoczoną aureolą z promieni popołudniowego słońca. Uczniowie jakby instynktownie rozproszyli się, tworząc pustą arterię aż do samych schodów. Dumbledore westchnął, gdy stojąca w progu kobieta ruszyła do przodu.
Było w niej coś nie z tej ziemi. Nawet z czysto wizualnego punktu widzenia. Wysoka i smukła, z postawą godną najdumniejszej królowej. Jednocześnie kroczyła z prawie kocim, miękkim wdziękiem. Głowę miała uniesioną wysoko, a dekolt w łódkę akcentował łabędzią szyję i kości obojczyków. Ubrana była w szmaragdową suknię, z szeroką, falującą spódnicą, dopasowaną talią i rękawami, które rozszerzały się dramatycznie na przedramionach. Rysy twarzy jak wykute w skale, ostre, z arystokratycznymi, wysokimi kośćmi policzkowymi, na których nie było nawet cienia rumieńca. Skóra blada, chociaż poświata słońca sprawiała, że zdawała się skrzyć. Kruczoczarne włosy były zebrane w elegancki kok. A oczy? Ach, to były oczy, które Alberwan widział w lustrze. Ogromne, okolone wachlarzem ciemnych rzęs, w kolorze najczystszych, nieskazitelnych szmaragdów. Oglądając ją tak dokładnie, Alberwan złapał się na tym, że nie jest w stanie określić jej wieku. Mogła mieć dwadzieścia lat, pięćdziesiąt albo osiemdziesiąt. Była zbyt potężna, by starzeć się jak inni.
Z perspektywy magii Alberwan podejrzewał, że ta czarownica musi być potężniejsza niż Voldemort i Dumbledore. On sam mógłby mieć problem, gdyby przyszło mu pojedynkować się z nią. Skrzętnie skrywała swoją aurę, ale on nie musiał jej widzieć, by wyczuć, że to jest osoba, której nie warto mieć za wroga.
W kwestii emocji, jakie budziła, Alberwan czuł coś, czego nawet nie umiał nazwać. Trwał więc nieruchomo, obserwując jak kobieta z gracją przemierza salę wejściową i wspina się na schody, by wreszcie stanąć twarzą w twarz z Dumbledore'm.
– Profesor McGonagall. – Frank Longbottom zgiął się w głębokim ukłonie.
Wtedy do Alberwana dotarło, że ta niewiarygodnie nierzeczywista kobieta to Minerwa McGonagall, jego poprzedniczka na katedrze transmutacji.
– Dostałam chimerycznego patronusa – oznajmiła głosem dźwięcznym i zdecydowanym.
– Twój kolejny ruch? – spytał cicho Albus, jego ton pełen napięcia.
– Dziecko Voldemorta nie może narodzić się w świecie kontrolowanym przez niego. Jeśli lady Voldemort usuwa się z drogi, pora, byśmy obalili tyranię – orzekła, lekko mrużąc oczy, błądząc wzrokiem po twarzy Albusa.
– Zatem hetman poza planszą, pora na atak? – Niewielu nadążało za szachowymi alegoriami dyrektora, ale ona musiała to potrafić.
– Najwyższy czas, byśmy wrócili. Jako zwycięzcy. Ten pat trwał za długo, a kreując dziedzica, Tom posunął się za daleko. – Uśmiechnęła się zupełnie delikatnie, ale dopiero to sprawiło, że Alberwan zrozumiał, że nie widział piękniejszej kobiety. Nie rozumiał, dlaczego Dumbledore się zawahał, gdy wyciągnęła do niego dłoń.
– Nie mogłeś jej zabić, wiem. Ja nie wracam też do twojego cienia. Na najwyższym, metafizycznym, spirytualnym poziomie nic się nie zmienia. Na wszystkich niższych… sam wiesz, że nie umiemy z tym walczyć. – Było echo bólu w jej słowach, kompletnie nieodgadnionych dla Alberwana.
– Ja nigdy nie chciałem z tym walczyć – wyszeptał Dumbledore.
– Zakończmy to. Na ten moment. I na przyszłe momenty, w których zrozumiesz, że to było konieczne. – Uniosła wyżej dłoń, a on ujął ją i złożył na niej pocałunek. Jego oczy migotały tak mocno jak nigdy.
W chwili, w której Dumbledore ucałował dłoń McGonagall jakby była starożytną boginią, zgodnie z jej imieniem, uczniowie w sali wejściowej zaczęli szeptać między sobą, a to z kolei uświadomiło parze, że czas im ucieka. McGonagall oderwała na moment wzrok od twarzy Albusa i zerknęła na Franka.
– Roześlij wici. Gildia ma się stawić u mego boku w szpitalu św. Munga. Zakon niech dobija tych, którzy nie zdołali uciec z rezydencji Lestrange'ów. Nie wahajcie się zabijać – minie sporo czasu, zanim uruchomimy Azkaban pod prawowitym rządem. Właśnie, Edynburg też należy poinformować. – McGonagall wydawała rozkazy, jakby była do tego stworzona, jakby była urodzoną przywódczynią.
– Św. Mung? Będziemy atakować szpital? – Frank otworzył szeroko oczy.
– Tam Voldemort musiał przenieść Rebeccę – poinformowała go zimno, obojętnie. Frank nie pytał dalej, tylko popędził w górę schodów.
– Szkoła? – Minerwa McGonagall odwróciła się, poły jej sukni zaszeleściły teatralnie.
– Są tu nauczyciele niezaangażowani w wojnę, którzy ochronią uczniów, gdyby ktoś wykorzystał naszą nieobecność. – Te słowa Albusa musiały być skierowane do Alberwana, chociaż dyrektor nawet nie spojrzał w kierunku kuguchara.
– Jesteś gotów? – Czarnowłosa czarownica i kasztanowobrody czarodziej stali teraz ramię w ramię, w połowie schodów i patrząc na nich ze swej amerykańskiej perspektywy, Alberwan doznał bolesnego olśnienia.
– Tak, kotku. – Tylko Alberwan mógł dosłyszeć odpowiedź Albusa.
Zerknęli na siebie, uśmiechając się, gdy ich aury zostały uwolnione z ryz kontroli, promieniując czymś, co było trudne do zidentyfikowania, a co Alberwan nazwałby miłością. Chwilę później tylko wrażenie tego potężnego uczucia między nimi zostało, bo para magów teleportowała się, łamiąc zaklęcia narzucone na Hogwart.
Alberwan jednak wciąż miał ich przed oczami. Albus Dumbledore, pogromca Grindelwalda, wynalazca dwunastu sposobów użycia smoczej krwi, uważany za najwyższy autorytet w całym czarodziejskim świecie oraz Minerwa McGonagall, animag, transmutacyjna arcymistrzyni, władna generał. Mężczyzna o kasztanowych włosach, migotaniu w oczach oraz kobieta o arystokratycznych rysach i szmaragdowych tęczówkach.
Najpotężniejsi magowie tego stulecia? Mentor i uczennica? Przyjaciele, towarzysze broni?
Czy też kochankowie, połączeni romansem definiującym historię?
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa i Albus wylądowali ramię w ramię przed brzydkim, pseudomodernistycznym budynkiem szpitala św. Munga. Minerwa skrzywiła się, gdy najprostsza Bombarda zamieniła sklepową witrynę w stos szklanych odłamków, dając im łatwy dostęp do szpitala. Jako lady Voldemort wielokrotnie powtarzała, że stara siedziba, pod przykrywką ośrodka dla obłąkanych była lepsza, gotowa do obrony. Lecz nikt jej nie posłuchał – mogła jedynie w duchu ubolewać, że pod jej rządami wysokość darowizn na rzecz szpitala dramatycznie spadła.
Teraz, wewnątrz sali recepcyjnej panował chaos – chorzy mieszali się ze zdrowymi, śmierciożercy z cywilami, a wszyscy, którzy mogli, krzyczeli. Minerwa nie musiała zerkać na Albusa, by wiedzieć, że będzie ubezpieczał jej plecy – na ten krótki moment otworzyła cały łańcuchowy kanał komunikacyjny.
Walka u boku Albusa ustępowała jedynie tańczeniu z nim i całowaniu go. Krew wrzała w żyłach Minerwy, gdy w idealnej synchronizacji atakowali, bronili się, chronili niewinnych chorych. Lecz miała to kojące wrażenie, że jest na swoim miejscu, że właśnie tym powinna się w tej chwili zajmować – przejęcie szpitala równało się poważnemu strategicznemu zwycięstwu, a poza tym była możliwość, że gdzieś tu Tom mógł szukać pomocy dla Rebeki.
Powaliwszy kolejnego śmierciożercę z łatwością, której chyba nikt się po niej nie spodziewał, Minerwa zablokowała nieco przepływ uczuć przez vinculum. Nie była w stanie wyzbyć się gniewu na Toma i Rebeccę. Chęć zemsty powoli brała ją we władanie, nawet jeśli Minerwa usiłowała ją racjonalizować.
Jeśli Marvelian miał być bezpieczny i szczęśliwy, to lorda Voldemorta należało pokonać raz na zawsze. Jeśli jej syn miał dorastać bez ciągłego strachu, to Minerwa musiała pokonać Toma, zniszczyć horkruksy i zabić Rebeccę. By nikt nie zagroził dziecku Minerwy i jego dziedzictwu, dziecko Rebeki nie mogło się narodzić.
– Dumbledore! – W hallu pojawił się Orion Black – jego oblicze wykrzywione wściekłością. Chociaż żal i złość po śmierci Rachel mogły dodać mu sił, nie stanowił zagrożenia dla Albusa. Minerwa zostawiła więc walczących magów i popędziła w górę schodami, na oddział ginekologiczny.
Gdy wpadła do głównej sali, na moment się zawahała. Tom był zwrócony do niej bokiem, a różdżką celował w starszego mężczyznę, szeroko osłaniającego ramionami stłoczone w kącie kobiety. Minerwa odnotowała, że kobiet był z tuzin – większość w zaawansowanej ciąży, trzy z niemowlętami przy piersi. Na ziemi leżał jeden martwy uzdrowiciel i ciężko ranna pielęgniarka.
Tom obrócił się błyskawicznie. Szkarłatne oczy płonęły zimną furią.
– Puść kobiety i uzdrowiciela wolno. I tak nikt tu nie pomoże Rebecce – oznajmiła Minerwa spokojnym tonem.
Nie odpowiedział. Zaatakował. Minerwa odbiła w niego upororogacka, na tyle precyzyjnie, że gdy się uchylił, klątwa trafiła w mur z dala od zakładników.
– Gdzie jest Rebecca? – spytała, posyłając ku niemu proste zaklęcie rozbrajające.
Brak gwałtowniejszej reakcji potwierdził, że bliźniaczki nie ma w tym szpitalu. Tom był sprytny, nie ryzykowałby tyle. A znając go bardzo dobrze, Minerwa wiedziała, że szanse przeżycia dla pacjentek tego oddziału są bardzo małe. Nic nie wadziło chociaż spróbować je uratować.
– Przegrałeś i przegrasz wszystko, wiesz o tym – ciągnęła dalej Minerwa, walcząc z nim z pewnością siebie, jakiej od dawna jej brakowało. Tak, teraz do niej dotarło – Tom pozbawiał jej tej wiary w swoje umiejętności, robił wszystko, by wydawała się jedynie dodatkiem do niego, umniejszał jej dokonania, nie doceniał jej genialnych pomysłów. Albus w jakimś stopniu robił to samo – przecież Minerwa doskonale wiedziała, jak to jest żyć w jego cieniu. Ale teraz, gdy walczyła z jednym z nich, miała tą wiarę, że może coś zmienić, coś zdziałać, że to ona decyduje.
Woskowa twarz Voldemorta nie zdradzała nic poza gniewem. Tak wściekłego Minerwa nie widziała go nigdy – podejrzewała, że gdyby teraz zjawił się tu Albus, Tom pokazałby mu wszystko, nie bacząc na cenę. Czarnoksiężnik musiał wiedzieć, że zdradzając sekret Minerwy, skazuje na śmierć siebie, wszystkich wiernych mu ludzi i porządek, który tak mozolnie budował swoim okrucieństwem. Czego nie wiedział, to że istnienie Marveliana sprowadzało jego upadek do kwestii czasu.
Pojedynek pomiędzy Minerwą a Voldemortem wzniósł się na wyższy poziom. Teraz w powietrzu ścierały się już najgorsze klątwy – oboje byli w stanie sięgnąć po uśmiercające czary – zielony promień Avady pojawiał się coraz częściej. Skupienie gościło na twarzach obojga – postronnemu obserwatorowi mogło wydawać się, że trwa impas, bo żadne jeszcze nie oberwało, zaś ktoś zaznajomiony z technikami pojedynku natychmiast określiłby, iż naprzeciw siebie w tym starciu stoją wojownicy, którzy znają doskonale swoje możliwości.
Na korzyść Minerwy przemawiał fakt, iż lord Voldemort znał tylko połowę jej osobowości. Zbagatelizował kwestię jej rozdwojonej jaźni, jej zdolności do transfigurowania się i transmutowania w zupełnie inną osobę. Nigdy tak naprawdę nie pojął, iż nie zna lady Minerwy McGonagall, związanej wieczną miłością z Albusem Dumbledore.
Minerwa, jako ta, która wiedziała o animagach wszystko, nie miała problemu z sięgnięciem po swą zwierzęcą naturę.
Zdeterminowana czarownica w ułamku sekundy zmieniła się w kulkę rozpędzonego, szarego futra, które prześlizgnęło się obok Toma, by zaraz wzrosnąć w lśniącą złotem lwicę. Rozległ się wrzask, gdy lwica z całej siły wbiła zęby w przedramię ręki, która dzierżyła różdżkę. Kawałek drewna upadł na ziemię, Minerwa powróciła do ludzkiej postaci i porwała główną broń Voldemorta – oczywiście dosięgnął ją wątłym zaklęciem tnącym bez użycia różdżki, ale ogromna szrama na skroni nie mogła odebrać jej zwycięstwa.
– Gdzie jest Rebecca? – warknęła Minerwa, łapiąc jego ręce i wykręcając je do tyłu, zanim zebrał tyle energii by znów ją zaatakować. Związała go magicznymi pętami mocno.
– Prędzej się udławię, niż ci powiem, niepłodna, zdradziecka dziwko – wysyczał Voldemort, wijąc się w jej ramionach – jej klątwa działała – im bardziej się miotał, tym więcej energii tracił – tak właśnie silni fizycznie mężczyźni przegrywali ze sprytem i magicznymi zdolnościami czarownic.
Słowo ,,niepłodna" ubodło Minerwę mocno. W końcu ona… urodziła dwójkę dzieci, potężniejszych niż ktokolwiek i nie pożegnała się z życiem przy porodzie!
– Skoro tak bardzo chcesz się dławić, proszę bardzo – mruknęła, wyciągając z kieszeni błyszczący przedmiot.
Za długo ten kawałek metalu i rubinowy kamień wiązały ją do niego. Za długo stanowiły kajdany na jej wolę. Poza tym ten przedmiot nie był godny ich unii. Małżeństwo? Z nim? Uważał się za odpowiedniego, bo miał wśród swoich przodków Slytherina?
Miała ochotę wybuchnąć śmiechem. Ona miała w drzewie genealogicznym Slytherina, Rowenę i samego Merlina! Oraz ojca i matkę krwi czystej.
W szkarłatnych oczach pojawiło się niedowierzanie. Rozpoznał pierścień Gauntów. Ze zdumienia nie był w stanie się jej przeciwstawić, gdy wepchnęła mu pięść w usta i pierścień w gardło. Był bezbronny, w jej władaniu – i on śmiał fantazjować o zniewoleniu jej! O poskromieniu jej! Teraz był zredukowany do mężczyzny ledwo łapiącego powietrze, dławiącego się swoją własną ambicją.
– No przełknij! Przełknij swoją dumę, swoje dziedzictwo! – wrzasnęła, jednocześnie uderzając go w tchawicę. Pierścień zniknął w przełyku.
Tak właśnie Czarny Pan połknął pierścień, co było symbolem zerwania zaręczyn między nim, a lady Voldemort. Nie widział tego nikt, bo Minerwa ustawiła go tyłem do zakładników. Czarownica już miała go oszołomić, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie:
– Panie! – Do środka wpadł Cygnus Black, a jego szybka klątwa sprawiła, że Minerwa odskoczyła od Toma. Szybko zrozumiała, że popełniła błąd, nie spodziewając się tutaj tego śmierciożercy. Jeśli Orion zdołał przezwyciężyć swój żal i umknąć Szatańskiej Pożodze, należało oczekiwać, że Cygnus też to zrobi.
Lord Voldemort zdążył się teleportować. Gdziekolwiek była Rebecca, nie mogło być z nią dobrze, skoro Tom nawet nie próbował doprowadzić tego starcia do końca. Uciekł z podkulonym ogonem, jak tchórz, ale przecież tym właśnie był – tchórzem. On nie miał w sobie nic z Gryffindoru. Z kolei Cygnus zaczął walczyć z Minerwą w dziwnie nieślizgońskim stylu. Walczyć zaskakująco dobrze, musiała przyznać.
Jeśli Orion był poruszony śmiercią Rachel, to Cygnus musiał być zdruzgotany. Gdyby zaś wiedział, że właśnie walczy z kobietą, która zabiła jego ukochaną, niszcząc ślub jego najstarszej córki, to może nawet miałby szanse wygrać z Minerwą.
– Drętwota! – zawołała czarownica, lecz śmierciożerca się uchylił.
– Crucio! – odpowiedział niewybaczalną klątwą, ale celował w jedną z ciężarnych kobiet. Minerwa zacisnęła zęby i rzuciła się na drogę zaklęcia. Ból szybko został stłumiony przez wzmożoną troskę z vinculum, ale to wystarczyło:
– Diffindo Maxima! –wrzasnął Cygnus i zintensyfikowane zaklęcie tnące trafiło Minerwę w pierś.
Krew wytrysnęła z niej w momencie, w którym Albus wpadł do pomieszczenia. Ułamek sekundy mu wystarczył, by ocenić sytuację i na jego obliczu pojawił się strach, szybko transmutowany w gniew. Minerwa osunęła się w ramiona jednej z ciężarnych kobiet w momencie, w którym Albus oszołomił Cygnusa.
Ze wszystkich sił walczyła, by zachować świadomość. Albus prędko był przy jej boku, już przenosił ją na jedno z łóżek, chociaż jej krew przeciekała mu przez palce. Usiłowała powiedzieć mu, że zaklęcie musiało trafić w jakąś ważną tętnicę, ale żadne słowa nie wydobyły się z jej ust.
Minerwa nie była osobą, która szybko poddawałaby się panice, jednak teraz zaczynała się niepokoić. Albus mocno przyciskał dłonie do rany, na którą nawet nie miała sił spojrzeć, a przez vinculum przesyłał sprzeczne sygnały, w tonie: ,,Wszystko będzie dobrze" i ,,Ona się wykrwawi, na Merlina" . Byli w szpitalu, uzdrowiciele pojawili się bardzo szybko, ale Minerwa nie słyszała ich głosów. Może gdyby się skupiła, dowiedziałaby się, że zaklęcie poszatkowało kluczowe tętnice tuż przy sercu i krwotok następował zarówno do wewnątrz, jak i na zewnątrz.
Przez myśl jej przeszło, że nie może teraz umrzeć, tak po prostu. Zabita przez nic niewartego Blacka? Zanim powita Marveliana w Hogwarcie? Zanim znów zespoli się z Albusem? O nie, Minerwa była wojowniczką kurczowo trzymającą się życia. Teraz mocno zaciskała palce na dłoni Albusa, który nie opuszczał jej na krok.
On też był słaby – ale jednocześnie tylko dzięki niemu jej umysł jakoś czuwał, chociaż ciało odpłynęło w nieświadomość. Minerwa czerpała z jego sił, zastanawiając się, jak daleko do kresu. Przecież musieli jej pomóc! Co się tu u diabła działo, leżała w najlepszym magicznym szpitalu i była wiedźmą zbyt cenną, by poddano się z próbami ratowania jej! Przecież dała im klucz do obalenia Voldemorta! Byli jej winni poskładania jej tętnic! Na to musiały być jakieś zaklęcia!
Zaraz jednak porzuciła mentalny krzyk i bełkot. McGonagallowie nie narzekali. A czarownice nie były księżniczkami, czekającymi aż ktoś wybawi je z opresji. Musiała chociaż spróbować sama znaleźć wyjście z tej sytuacji.
Umysł. Zawsze był bronią, która nie zawodziła, która była z nią, gdy traciła różdżkę czy fizyczne siły. Używając go, próbowała wejrzeć w głąb siebie na tyle, by ocenić stan ciała, ogrom obrażeń. Nic. Jej ciało równie dobrze mogło nie istnieć, Minerwa nie czuła ani żadnej kończyny, ani bólu. Co dodatkowo ją przeraziło, nie czuła też krwi w żyłach, nie była w stanie ocenić, czy podano jej jakieś eliksiry.
Było vinculum. I za nie Minerwa szarpnęła rozpaczliwie, jednocześnie otwierając przedmurza swojego umysłu:
– Minerwo?
– Albusie!
– Kotku, czujesz cokolwiek?
– Tylko ciebie.
– Poskładali twoje tętnice, ale musieli cię całą przepłukać w środku, straciłaś mnóstwo krwi i trzeba było wprowadzić cię w śpiączkę.
– Mogą mnie wybudzić, energii mi nie brakuje.
– Nie. Brakuje ci krwi.
– To przetoczcie, po mugolsku, jeśli trzeba!
– Twoja krew…
– Och, Merlinie. Chodzi o wzory, prawda? Są niekompatybilne z dawcami, są agresywne wobec innych wzorów.
– Czy Luiza żyje?
– Tak.
– Gdzie ją znajdę?
– Co jej powiesz?
– Prawdę. Jeśli zapyta.
– Poślij do niej wiadomość przez Fawkesa. Feniks ją znajdzie.
– On nie wykonuje poleceń.
– Nasze polecenie wykona.
– Kocham cię. Do końca naszych żyć i dłużej.
– Wiecznie, poza granicami.
Albus wycofał się z przedmurza jej umysłu. Minerwa wiedziała, że sprowadzenie Luizy do św. Munga może przywieść ogromne niebezpieczeństwo dla Marveliana, ale miała też świadomość, że tylko Luiza może oddać dla niej krew. Jeśli Minerwa… a więc i Albus, mieli żyć, to Luiza musiała się ujawnić. A jeśli poprzez to dowie się, kim są jej rodzice… czy to cokolwiek zmieni? Athena ją porzuciła, nie była dla niej matką. Minerwa nie zamierzała informować Louie o klątwach, które ją obciążyły.
Postanowiła, że następnym razem zapyta Albusa o sytuację – czy śmierciożercy zostali ostatecznie pokonani, czy rozpierzchli się? Czy widziano gdzieś Voldemorta albo Rebeccę? Czy po stronie Zakonu albo Gildii były jakieś ofiary? Jak ich społeczność radzi sobie z zrzucaniem kajdan reżimu? Czy niebezpieczeństwo wciąż było realne?
Na razie, Minerwa postanowiła odpłynąć w to uczucie pełnej miłości, które promieniowało z vinculum. Była z Albusem. Niedługo będzie miała przy sobie wszystkich – Albusa, Luizę i Marveliana. Znajdzie sposób na zabicie Toma, a Marvelian w tym czasie wyrośnie na niepokonanego maga. Wszystko się ułoży i znajdzie czas, by wreszcie być szczęśliwą.
Bo była potężną wiedźmą i to ona kierowała losem.
