1971 c
Alberwan mierzył wzrokiem Poppy, która aż skuliła się z powodu intensywności jego spojrzenia.
– Nie jest z nią najlepiej, potrzebuje krwi – powiedziała wreszcie pielęgniarka, defensywnie obejmując się rękoma.
– Dla bohaterki tego przewrotu chyba nie brakuje dawców? – Uniósł brwi, jednocześnie zastanawiając się, na ile jego krew by się nadawała.
– Ród McGonagallów pochodzi od Roweny, a ona miała pochodzić od samego Merlina. Minerwa ma merlinowe wzory krwi, które reagują agresywnie na wszelką obcą krew – wyjaśniła Poppy, coraz bardziej ściszając głos, chociaż byli w skrzydle szpitalnym sami.
– Zatem ona… umrze? – Dziwna panika ścisnęła gardło Alberwana.
– Nie, Dumbledore do tego nie dopuści – odpowiedziała szkolna pielęgniarka z pełnym przekonaniem.
– Ale jeśli…
– Oni dwoje wielokrotnie przekraczali granice magii. – Poppy uśmiechnęła się, ale Alberwan w dalszym ciągu miał wrażenie, że pani Pomfrey o czymś mu nie mówi.
Myślał, że udało mu się zaprzyjaźnić z zasadniczą czarownicą, która z ogromną troską opiekowała się wszystkimi pacjentami w skrzydle szpitalnym. W szkole, w której prym wiodło trzech mężczyzn – on sam, Dumbledore i Longbottom, pani Pomfrey stanowiła kojącą, niemalże matczyną obecność. Alberwan dodatkowo wierzył, że pielęgniarka ma do niego słabość – wielokrotnie przekomarzali się przy posiłkach, a ona wydawała się bardzo dbać o to, by czuł się w Hogwarcie jak w domu. Teraz, gdy odmawiała mu informacji… kiedy pytał ją po raz pierwszy, bo przecież wcześniej nie wykazywał żadnego zainteresowania przeszłością, Alberwan czuł się zdradzony.
– Alberwanie, tam zawsze będzie więcej, nie odkryjesz całej prawdy. – Poppy wyciągnęła rękę, jakby chciała dotknąć ramienia Alberwana, ale opuściła ją, bo ktoś wbiegł do skrzydła szpitalnego:
– Poppy! Masz mikstury wzmacniające? Muszę szybko wracać, Alicja wciąż walczy! – zawołał Frank, zdyszany i brudny na twarzy.
Podczas gdy pielęgniarka przygotowywała fiolki z miksturami i leczyła skaleczenia na ciele nauczyciela obrony przed czarną magią, Alberwan zapytał:
– Jak sytuacja?
– Wielu śmierciożerców zginęło w płomieniach. Lady Voldemort… nie sądziłem, że można wywołać Szatańską Pożogę na taką skalę – rezydencja Lestrange'ów będzie dopalać się jeszcze długie godziny. Ale ci najważniejsi uciekli… ach, gdybym dorwał Cygnusa Blacka, to rozszarpałbym go na strzępy! – oświadczył gwałtownie Frank, zaciskając pięści.
– Kto jeszcze się uratował? – Myśli Alberwana pofrunęły ku Nagini – przecież była śmierciożerczynią, miała Mroczny Znak, musiała być na tym weselu. Z żyjących osób poza ma… Artemizją, Albusem i Minerwą chyba tylko ona miała odpowiedzi, których Alberwan nagle desperacko potrzebował.
– Lestrange'owie uratowali się, ale zabiliśmy starego, gdy uciekał. Z Blacków na pewno uciekła główna gałąź – Orion, Walburga i ich dwaj synowie, zaś z bliskiej rodziny panny młodej uratował się Cygnus (niech go piekło pochłonie) i Andromeda. Nikt nie wie, co stało się z panną młodą i Narcyzą. – Frank zasępił się. Alberwan wiedział, że i na jego twarzy maluje się podobny smutek – obaj uczyli wszystkie córy Blacków – Ślizgonki, chociaż różniące się zasadniczo między sobą.
Bellatriks stała się śmierciożerczynią jeszcze zanim przyjęła Mroczny Znak i na jej przykładzie można było ocenić sposób nauczania Nagini – jako że Bellatriks była jej najpilniejszą uczennicą. Ile szlabanów Alberwan udzielił najstarszej pannie Black podczas jej ostatnich lat, nawet nie był w stanie zliczyć.
Andromeda była inna. Może nie cicha i spokojna, bo umiała zażarcie bronić swojego zdania, ale była większą idealistką i jeśli Alberwan miał się do czegoś przyznać, to był dumny z przemiany, jaką ta dziewczyna przeszła w Hogwarcie – z dziewczynki jak z ilustracji Almanachu, do kobiety wierzącej w możliwość pokoju.
Narcyza, wciąż uczennica, mogła wydawać się wyniosła i chłodna, ale Alberwan już zorientował się, że to maska ukrywająca miękkie serce. Dla Narcyzy rodzina była najważniejsza – uwielbiała swoje siostry, nawet gdy one kłóciły się między sobą.
– Co ich czeka? Jak już ich złapiecie? – spytał ostrożnie Alberwan.
– Cygnus zgnije w więzeniu, jeśli Dumbledore go wcześniej nie poszatkuje na kawałki. Orion, jeśli nie ma Mrocznego Znaku, będzie miał szansę się wybronić. Walburga i Druella wyjdą z tego, chociaż ze zszarganą reputacją i lżejszą sakiewką. Andromeda i Narcyza znalazły się w złym miejscu w złym czasie, są niewinne. Ale Bellatriks… ona będzie musiała odpowiedzieć za swe zbrodnie. Może uda jej się załatwić celę obok Rudolfa? – Ton Longbottoma był chłodny.
– O ile nie zginęła razem z Narcyzą. – Westchnął Alberwan. Drzwi do skrzydła szpitalnego znów się otworzyły, do środka wbiegł przystojny czarodziej o orzechowych oczach.
– Wreszcie jesteś, Fleamont, bracie! Masz pelerynę? To świetnie – kiedy Moody zapuka do Grimmauld Place, wślizgnę się do środka, żeby zbadać, czy Walburga i Druella nie ukrywają Belli, albo Cygnusa. – Frank nawet nie dał nowo przybyłemu dojść do słowa.
– Alicja jest ranna. – Te słowa Fleamonta sprawiły, że Frank zerwał się na nogi gwałtownie, wytrącając fiolkę z ręki Poppy.
– CO? Potter, gdzie ona jest? – Longbottom praktycznie doskoczył do czarodzieja, prawie złapał go za szaty na piersi.
– To nic poważnego, tylko złamała nogę, zaraz ją poskładają – wyjaśniał Fleamont cienkim głosem.
– Powinienem być przy niej. Może ty pomógłbyś Moody'iemu? – Frank szybko wypuścił Pottera i zmienił wyraz twarzy z wściekłego na błagalny.
– O nie, Longbottom! Może jestem w Zakonie, ale żaden ze mnie auror! Chcesz wyjaśniać Jamesowi, że stracił ojca? – Fleamont potrząsnął głową.
– Na brodę Merlina, tylko twoja niewidka jest skuteczna! – warknął Frank.
– Może ja mógłbym pomóc? – Alberwan sam nie wiedział, co go podkusiło, ale pomyślał, że z peleryną niewidką mógłby wślizgnąć się do św. Munga niezauważony.
– Tak, daj pelerynę Bumblegallowi! Bumblegall, Moody będzie przy Grimmauld Place numer trzynaście za jakieś trzy godziny, zaczaj się tam i kiedy Walburga otworzy drzwi, pod peleryną wejdź do środka – szybko tłumaczył Frank.
– Jeśli Cygnus albo Bellatriks tam będą? – Alberwan skrzywił się na myśl o walce – w przeciwieństwie do Franka, nie znosił używać magii w celu siania przemocy.
– Jesteś silnym magiem, dasz im radę. Trzeba ich aresztować, żeby można było ich osądzić, jak już wybierzemy nowy Wizengamot. – To powiedziawszy, Frank Longbottom wybiegł ze skrzydła szpitalnego.
– Profesor Bumblegall, tak? Jestem Fleamont Potter. – Mężczyzna wyciągnął prawą rękę do Alberwana, w drugiej trzymał srebrzysty materiał.
– Miło mi, panie Potter. To jest ta peleryna, której mam użyć? – Alberwan uśmiechnął się uprzejmie, ale jego oczy już oglądały oceniająco pelerynę niewidkę.
– Jedyna w swoim rodzaju, jest w mojej rodzinie od pokoleń, a wciąż działa bez zarzutu! Wybrałbym się na Grimmauld Place sam, ale wie pan, wojownik ze mnie żaden, a mój jedyny syn dopiero we wrześniu zaczyna naukę w Hogwarcie… Pewnie będzie pan go uczyć, mojego urwisa Jamesa! – Fleamont rozpromienił się, wspominając syna.
– Chyba nie, jeśli profesor McGonagall zdecyduje się wrócić. – Alberwan sam zdziwił się, z jaką czcią wypowiedział jej nazwisko.
– Może to i lepiej? Jeśli ktokolwiek miałby przywołać mojego Jamesa do porządku, to tylko ona. Pogoniła samego Sam–Wiesz–Kogo! Cóż za wiedźma! – Fleamont wcisnął pelerynę w ręce Alberwana i wyszedł z skrzydła szpitalnego, po drodze kłaniając się Poppy.
Nie oglądając się na zatroskaną pielęgniarkę, Alberwan także opuścił skrzydło szpitalne. Zaraz za bramą Hogwartu teleportował się wprost pod św. Munga. Westchnął – wokół kręciło się mnóstwo magów i równie dużo mugolskiej policji, a zamiast szklanej sklepowej witryny porozwieszano czarną folię, chroniąc salę recepcyjną przed wzrokiem mugoli. Alberwan rozłożył pelerynę niewidkę i narzucił ją na siebie – musiał się zgarbić, żeby nie było widać jego stóp, peleryna najwidoczniej została uszyta dla dużo niższego czarodzieja.
W całym szpitalu panował jeden wielki chaos. Pacjenci, uzdrowiciele, członkowie Zakonu – biegali na wszystkie strony, krzycząc do siebie i na siebie, jednocześnie w tym harmidrze nie słysząc ani słowa. Alberwan uznał, że nie warto ryzykować zgniecenia w tłumie w próbie przedarcia się do biurka z recepcjonistką, zamiast tego przywarł do ściany i ruszył w kierunku schodów.
Jakieś pół godziny niewidzialny nauczyciel błądził po szpitalnych korytarzach, aż udało mu się dowiedzieć, że McGonagall położono na trzecim piętrze, na oddziale najgorszych przypadków. Gdy Alberwan znalazł się na odpowiednim korytarzu, natychmiast dostrzegł Albusa, kierującego się do sali po lewej. Nie namyślając się, Alberwan wślizgnął się do środka.
To była pusta poczekalnia – wokół ścian ustawiono krzesła, oprócz nich nie było tu nic więcej. Albus uniósł różdżkę i zaczął rzucać na pomieszczenie zaklęcia uniemożliwiające podsłuch i inne, ale one nie miały wpływu na Alberwana, bo ten już był w środku. Młodszy mag, ostrożnie przemieścił się do rogu pomieszczenia, niedaleko drzwi. Na moment zamarł, kiedy Albus szybko ruszył w jego kierunku – i złapałby za pelerynę na ramieniu Alberwana, ale ten błyskawicznie zmienił się w swoją animagiczną formę – peleryna rozlała się po podłodze wokół kuguchara, zaś palce Albusa zacisnęły się na powietrzu. Starszy czarodziej potrząsnął głową i odszedł, by usiąść na krześle naprzeciw drzwi. Alberwan nawet nie ważył się odetchnąć z ulgą.
Dziwnie było obserwować Albusa Dumbledore'a w tym stanie. Dyrektor Hogwartu zgarbił się i na moment ukrył twarz w dłoniach, ale Alberwan zdążył dostrzec na jego obliczu zmęczenie, niepokój i poczucie winy. Ta chwila uświadamiała człowiekowi, że ten mężczyzna tak naprawdę ma dziewięćdziesiąt lat, chociaż sam wygląd zupełnie na to nie wskazywał. Alberwan musiał stłumić zalewającą go troskę – Albus przez ostatnie lata był jego najlepszym przyjacielem, mentorem i tą osobą, która zdawała się mieć rozwiązanie każdego problemu. I wielokrotnie Alberwan zastanawiał się, skąd dyrektor czerpie nadzieję, albo kto stanowi jego inspirację, ale równie często szybko karcił się, że nie powinien interesować się prywatnym życiem swojego przełożonego.
Lecz kim tak naprawdę był dla niego Albus?
Wtem drzwi się otworzyły. Do środka wbiegła kobieta w niebieskich szatach – ze swej perspektywy Alberwan widział tylko jej drobną sylwetkę i piękne, złote pukle włosów. Co zdumiewające, kobieta bezceremonialnie podbiegła do Albusa, który zerwał się na nogi i zamknęła go w uścisku. Dumbledore położył twarz na jej ramieniu – ulga sprawiła, że jego oczy nawet zamigotały.
– Tak się cieszę, że cię widzę, moja droga. Nawet nie wiesz ile razy zastanawiałem się, czy jesteś cała i zdrowa – powiedział czarodziej, gdy już pozwoliła mu się odsunąć. Alberwan wyłapał szczerą czułość przy określeniu ,,moja droga" – z większą miłością Dumbledore zwrócił się tylko do McGonagall, w tamtej chwili zanim zniknęli.
– Minerwa nie pozwoliłaby, żeby coś mi się stało – oświadczyła kobieta. Miała spokojny głos i musiała być potężną wiedźmą, chociaż perfekcyjnie ukrywała swoją aurę.
– Nie powinienem w nią wątpić, prawda? Tak samo dziś – byłaby w lepszym stanie, gdybym się tak o nią nie bał. – Dumbledore potrząsnął głową, jego oczy lśniły bardziej niż zwykle. Blondwłosa kobieta położyła dłoń na jego policzku.
– Co się właściwie stało?
– Walczyła z Voldemortem, przegoniła go na cztery strony świata, pieczętując przewrót rozpoczęty przez lady Voldemort. A potem zjawił się Cygnus i zaatakował zgromadzone na oddziale ciężarne kobiety. Minerwa wzięła na siebie klątwę i wtedy Black trafił ją zaklęciem szatkującym w pierś. Oszołomiłem go, lecz Minerwa straciła mnóstwo krwi. Uzdrowiciele poskładali jej naczynia krwionośne, ale … musieli wprowadzić ją w śpiączkę. – Albus przymknął na moment oczy. Alberwan czuł rozlewający się w piersi podziw – wziąć na siebie klątwę… było oczywiste, że McGonagall była lwicą Gryffindoru.
– Fawkes nie znalazłby mnie, gdyby nie miał jej błogosławieństwa. – Było nieme zapytanie w tej wypowiedzi.
– Ona wie, że tylko ty możesz pomóc jej się wybudzić. Z Fawkesem jest związana równie mocno jak ja. – Albus wzruszył ramionami. Alberwan zamyślił się – feniks dyrektora jawił mu się zawsze jako najbardziej magiczne ze stworzeń i Alberwan był dumny, że Fawkes zdawał się go lubić od pierwszego spotkania.
– Właśnie, Albusie, dlaczego ja? Dlaczego moja krew nie jest odrzucana jak każda inna? – Kobieta włożyła wiele emocji w to pytanie – Alberwan żałował, że nie widzi jej twarzy.
– Bo macie te same, merlinowe wzory – odpowiedział cicho Dumbledore.
Czarownica nabrała powietrza w płuca, jakby te słowa miały zbić ją z nóg. Sam Alberwan również je analizował. Kim była ta blondynka? Jeśli miała te same wzory, to musiała być krewną McGonagall… ale przecież nie córką...
– A więc wszystko sprowadza się znów do tego nieszczęsnego pytania – kim są moi rodzice, Albusie? Powiedz mi teraz – skoro zgodziła się, by posłać po mnie, musiała zakładać, że zażądam tej prawdy. Jeśli ona jest gotowa się tym podzielić, to ty też powinieneś – oświadczyła kobieta z rezygnacją. Ból pojawił się na twarzy Albusa, ale był tam też błysk decyzji.
– Twoje merlinowe wzory pochodzą od twej matki, która jest spokrewniona z McGonagallami. To po nich rozpoznaliśmy cię, kiedy przybyłaś do Hogwartu. Byliśmy zdumieni, bo zakładaliśmy, że zginęłaś w czasie wojny – rozpoczął czarodziej, ale kobieta z niecierpliwością zaczęła hałaśliwie wyłamywać sobie kostki palców i rzekła:
– Ich imiona, Albusie – wycedziła wolno.
– Twoimi rodzicami są Gellert Grindelwald i Athena ... Dumbledore, moja żona.
Alberwan miał wrażenie, jakby ktoś potraktował go Petryfikusem – mógł tylko trwać nieruchomo, podczas gdy z ust kobiety wyrwał się ochrypły okrzyk, a potem jej ramiona zadrżały konwulsyjnie, w czymś, co musiało być szlochem. Albus nieśmiało rozłożył ręce. Czarownica w niebieskich szatach wtuliła się w jego pierś, płacząc. Słowa, na wpół tłumione przez jego szaty, były bełkotliwe, ledwie zrozumiałe:
– Zawsze wiedziałam, że jestem zła… Nic dziwnego, że odpychała mnie… Ileż razy musiała widzieć we mnie tych, którzy przecież ją skrzywdzili… Gwałt stelarny… to musiał być mój ojciec! Och… MATKO!
Dumbledore delikatnie kreślił fale na jej plecach, próbując ją uspokoić. Teraz Alberwan widział już łzy na jego policzkach.
– Moja droga, Minerwa wie, że dzieci nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za czyny rodziców. Twoje pochodzenie nie ma znaczenia, obydwoje kochamy cię i będziemy kochać bez względu na wszystko. Grindelwald nie ma do ciebie żadnych praw, z kolei Athena cię porzuciła – wyjaśniał starszy czarodziej. Ostatnie zdanie wypowiedział z bólem – jakby nawet wspominanie ich imion dodawało mu smutku.
Jeszcze dobre kilkanaście minut Albus uspokajał kobietę, zanim ta wreszcie oderwała się od jego mokrych od łez szat i potrząsnęła głową:
– Jak to możliwe, że Athena jest spokrewniona z Minerwą? – W jej głosie wątpliwość.
– Athena niewiele wyjawiła mi ze swojej przeszłości. Nigdy nie odkryliśmy skąd się wzięła, a sprawę wzorów zaobserwowaliśmy dopiero kiedy Athena była w ciąży… a ja wierzyłem, że dziecko jest moje… wtedy to Minerwa cię uratowała, albo raczej jej krew. – Albus mówił cicho i Alberwan natychmiast wyczuł, że dyrektor albo kłamie, albo nie mówi całej prawdy.
– Mój dług wobec niej… – Głos kobiety znów się załamał.
– Twoja krew właśnie ją uzdrawia – wtrącił Albus.
– Nie… mój całościowy dług … jak ona zdołała mi zaufać… ba… pokochać mnie? – Blondynka wyciągnęła z kieszeni kraciastą chustkę, zapewne by wytrzeć twarz.
– Moja droga, nikt nie ma takich zdolności do obdarowywania miłością, jak Minerwa. – Chociaż słowa Albusa brzmiały jak przekazywana przez wieki starożytna prawda, Alberwan wyczuł, że mężczyzna tylko częściowo wierzy w swoje słowa.
– Albusie, powinnam być z nią, kiedy się wybudzi. – Temat został zmieniony.
– Nie zobaczymy się przez dłuższy czas, prawda? – Mag musiał wychwycić zawahanie w jej tonie.
– Tak, bo teraz nie odpowiadam tylko za siebie, a świadomość tego sekretu stawia mnie w jeszcze większym niebezpieczeństwie. – Czarownica uniosła dłoń, na której coś rozbłysło, ale zaraz zniknęło.
– Wyszłaś za mąż? – Akwamarynowe oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
– Myślałeś, że przez te wszystkie lata tkwiłam w rezydencji? Nie, widzisz, Minerwa zadbała nie tylko o to, żebym była bezpieczna, ale też o to, bym była szczęśliwa. Żałuję tylko, że nikogo z rodziny nie było na ślubie. – Kobieta wspięła się na palce i pocałowała Albusa w policzek.
– Być może będę mógł poznać szczęśliwca, kiedy już doprowadzimy naszą społeczność do porządku – zasugerował Dumbledore.
– Na wszystko trzeba czasu, Albusie. Ale nie martw się o mnie. To, czego się dziś dowiedziałam… jeśli niczego nie zmienia z waszej strony, to z mojej tym bardziej – oświadczyła z determinacją.
– Uważaj na siebie, moja droga. Na pewno będzie jeszcze okazja dłużej porozmawiać.
– Naprawdę, profesorze? Trzeba wyzbyć się złudzeń, skończy się jak zwykle – ty i Minerwa będzie przerzucać między sobą sekrety i tajemnice, ponad moją głową. – Choć słowa w znaczeniu gorzkie, zostały wypowiedziane z wyraźnym humorem.
– Tajemnice to waluta naszych czasów. Minerwa jest w ostatniej sali po prawej, za szkłem.
– Do zobaczenia, tato. – Czarownica szybko objęła Albusa, a potem odwróciła się i ruszyła do drzwi.
Alberwan mógł przysiąc, że jego oczy w tym momencie są wielkości spodków. Dopiero teraz miał okazję zobaczyć twarz tej kobiety.
Była piękna. Nie w ten sposób co Minerwa, o nie, chociaż obie miały nienaturalnie wielkie oczy. Nie, córka Grindelwalda była drobna i dużo niższa niż Szkotka. Włosy, których gęste pukle opadały na ramiona, przypominały barwą płynne złoto. A oczy owej tajemniczej kobiety było lodowato niebieskie. Lecz nie jej piękno zaparło dech Alberwana.
Chodziło o to, jak znajomo wyglądała ta kobieta. Zupełnie jakby nie tylko Alberwan już gdzieś ją spotkał, ale także jakby znał ją doskonale. Jakby był w stanie przewidzieć, że nie odwróci się, opuszczając salę, chociaż na moment przymknęła oczy z dłonią na klamce. Alberwan mógł przymykać oczy na wiele rzeczy, ale na to dziwne wrażenie nie. Naraz powiązał tą twarz z dwiema innymi.
Matka. Ta kobieta była zupełnie podobna do Artemizji. Nawet bardziej podobna niż on sam.
Louie. Jeśli mętne wspomnienie siostry było prawdziwym, a nie zmodyfikowanym przez czas obrazem, to Alberwan uznałby, że Louie jako dorosła mogła wyglądać tak jak ta kobieta. Wiek… wyglądała zupełnie młodo, ale z potężnymi czarownicami nigdy nie było wiadomo. Przewidywał, że za dziesięć lat ta nieznajoma wiele się nie zmieni. Zaraz jednak przegnał swój wniosek. Przecież matka powiedziała, że Louie nie żyje.
Ale jeśli matka nie była matką, to może istniała szansa…
Skryty pod peleryną niewidką kuguchar opuścił pomieszczenie, podążając za Albusem. Przecież nie mógł pozwolić sobie na takie myśli. Matka go kochała, tylko to się liczyło. Ba, nawet tak mocno, że była gotowa go porzucić, by szukał własnej drogi. Tutaj… te dziwne wnioski, które nasuwały się same, nieproszone… Alberwan nie mógł się im poddać. Powinien wybrać się na poszukiwania Nagini, bo tylko ona mogła pomóc mu odnaleźć matkę i wreszcie uzyskać całą prawdę, choćby to wymagało zmuszenia matki do mówienia.
Rozmowa, której nie powinien być świadkiem, zupełnie wytrąciła go z równowagi. Alberwan czuł potrzebę oderwania się od Wielkiej Brytanii i tej poplątanej społeczności, od sekretów, które były tu walutą, od niezrozumiałych alegorii i powiązań. Miał ochotę roześmiać się gorzko, na myśl o tym, że kiedyś wierzył, iż tu znajdzie dom i szczęście. Na razie miał tylko chęć ucieczki.
Ciężar peleryny niewidki na jego animagicznej formie uświadomił mu, że nie może tak po prostu odejść. We wnęce korytarza wrócił do ludzkiej formy i zdjął z siebie migoczący płaszcz. Był już prawie przy schodach, gdy ktoś go zawołał:
– Alberwanie!
Oczywiście, Albus.
Alberwan posłusznie odwrócił się i podszedł do maga, stojącego przy szybie, której zazwyczaj mleczne szkło było tak transmutowane, by można było widzieć wnętrze sali za ścianą.
– Co ty tu robisz, kochany chłopcze? – Akwamarynowe oczy zamigotały szybko.
– Nie miałem okazji jej poznać, ale przykro mi było słyszeć, że profesor McGonagall została ranna. – Alberwan wskazał podbródkiem na szybę, przez którą można było widzieć piękną scenę: Minerwa McGonagall spała spokojnie na szpitalnym łóżku, jej ciemne włosy zaplatane w warkocz przez kobietę o złotych włosach.
– Wielokrotnie zastanawiałem się, czy Tiara umieściła ją we właściwym domu, ale dzisiaj potwierdziła swoją gryfońską naturę. A jednak to nie jest jedyny powód, dla którego tu jesteś, prawda? Chciałbyś mi coś powiedzieć? – Oczy Albusa prześwietlały Alberwana jak promienie mugolskiego rentgena.
– Chciałbym złożyć moją rezygnację. Jest wysoce prawdopodobne, że profesor McGonagall zechce wrócić do nauczania, jak tylko dojdzie do siebie, a ja chyba wreszcie zrozumiałem, że nie można czuć się jak w domu w zamku pełnym kłamstw – powiedział Alberwan ze szczerością, która zaskoczyła go samego. Zauważył, że jego słowa dotknęły Albusa.
– Od początku byłem z tobą szczery, Alberwanie – miejsce w Hogwarcie dla profesor McGonagall znalazłbym zawsze. Nie oznacza to jednak, że powinieneś opuszczać Hogwart. Jesteśmy w stanie wymyśleć jakieś rozwiązanie – powiedział w końcu dyrektor, dość chłodno.
– Wybacz, Albusie. To źle zabrzmiało. Chodzi o to, że waszej społeczności brakuje przejrzystości. Tutaj wszystko, co budujecie, zdaje się być kruche jak zamek z piasku, rozwiewany przez wiatr, wreszcie zabierany z większą falą przypływu. Ilu z tych, którzy dzisiaj zginęli, po obu stronach, było twoimi uczniami? Ilu zdążyło być moimi uczniami?! – Alberwan urwał, jednocześnie zawstydzony manipulacyjną zmianą tematu i dumny, że udało mu się odwrócić uwagę Dumbledore'a.
– Może masz rację, drogi chłopcze. Moje sumienie jest już obciążone, przyjmie więcej. Twoje – wciąż pozostaje czyste. Przecież nie mogę cię zatrzymywać, a poza tym zależy mi, żebyś był szczęśliwy. Cieszę się, że cię poznałem i mam nadzieję, że nawet jeśli teraz odejdziesz, pozostaniemy przyjaciółmi. – Albus wyciągnął rękę do Alberwana.
– Oczywiście. Te lata spędzone w Hogwarcie będę wspominał z rozrzewnieniem i przepraszam…
– Nie, nie przepraszaj. Nie masz za co. To ja pozostanę ci dozgonnie wdzięczny za to, że miałeś ogromną odwagę, by podjąć się praktycznie niemożliwego zadania i poradziłeś sobie lepiej, niż ktokolwiek się spodziewał. Godnie ją zastąpiłeś. – Głos Albusa zadrżał lekko i Alberwan zrozumiał, że dla starszego maga przyjaźń, jaka się między nimi zrodziła jest równie ważna co dla niego samego.
– Do zobaczenia, Albusie. – Alberwan nie mógł się powstrzymać, objął starszego czarodzieja – ten kojarzący się jedynie z dyrektorem zapach cytryny i czekolady był kojący, a poza tym ponad ramieniem Albusa mógł widzieć kobietę, która przypominała teraz królewnę z mugolskiej bajki czytanej mu przez Louie.
Lecz ostatecznie Alberwan odszedł, z poczuciem porażki, że nie okazał się być wystarczająco silny, by udźwignąć całą gamę sekretów Dumbledore'a, Hogwartu i brytyjskiej społeczności czarodziejów.
Kiedy wyszedł z szpitala, kupił mapę Londynu, transmutował gałązkę jaśminu w miotłę i poleciał, do Grimmauld Place – jeśli nie wypełni zadania zleconego przez Franka, to chociaż odda pelerynę Pottera Moody'iemu, tak planował.
Grimmauld Place wydawało się być elegancką ulicą. Łatwo można było wyobrazić sobie Blacków jako właścicieli jednej z okazałych kamienic – chociaż numeru trzynaście nie było tam, gdzie powinien się znajdować. Podejrzewając jakieś skomplikowane zaklęcia ochronne, Alberwan po prostu skrył się pod peleryną i w swej animagicznej postaci usiadł na chodniku, czekając.
Wciąż czuł się rozstrojony wydarzeniami ostatniej doby, więc ledwie odnotował pojawienie się dwóch postaci na końcu ulicy. Podszedł bliżej, niewidzialny i zastygł w bezruchu, gdy zorientował się, kim są obejmujące się dziewczyny.
Jedna ciemnowłosa, druga blondynka, podobnego wzrostu, obie z łzami w oczach.
– Wuj Orion nam pomoże, przecież nie mogą… – lamentowała cicho Narcyza Black, mocno trzymając swoją siostrę za ramiona.
– Cyziu, wsadzą mnie za kratki przy pierwszej sposobności. Nie mam wyboru, muszę was zostawić – oznajmiła Bellatriks Black, potrząsając głową.
– Ale dokąd się udasz? Do Rudolfa?
Alberwan wyraźnie widział czystą nienawiść na twarzy Bellatriks, gdy ta zaprzeczyła:
– Nie. Wolałabym spłonąć, niż musieć ukrywać się z nim.
– Bello, nikt nie wie, dokąd udał się Czarny Pan i Rebecca, oni cię nie przyjmą. – Narcyza poprawiła lok ciemnych włosów siostry.
– Oni próbowali mnie zniewolić. Pierwsza zasada – nie pozwól ograniczać swej wolności. Druga zasada – jeśli zostaniesz zniewolona, szukaj uwolnienia, nie ważne skąd. Trzecia zasada – bądź zawsze wierna temu, kto cię uwolnił – mamrotała Bellatriks, chyba bardziej do siebie, niż do siostry.
– Co ty mówisz, Bello? – Narcyza uniosła brwi, idealnie przekazując niezrozumienie.
– Nie martw się o mnie, Cyziu. Pamiętaj tylko, nie daj się wmanewrować w złotą klatkę. – Bellatriks znów skupiła się na siostrze i objęła ją.
– Bello, błagam, przecież nie masz dokąd się udać. Chyba że… o czym rozmawiałaś z lady Voldemort przed ceremonią? – Narcyza zmrużyła oczy, przez co wydawała się groźniejsza, przypominając Alberwanowi, że ta dziewczyna również nie bez powodu trafiła do Slytherinu. Nadstawił uszu.
– Dała mi swoje błogosławieństwo. – Bellatriks odwróciła głowę, jakby nie mogła patrzeć siostrze w oczy.
– Jeśli Czarny Pan dowie się, że jej szukasz, zabije cię. On nie toleruje zdrady, a ty nie masz jej potęgi, by się go nie bać. – Narcyza skrzyżowała ręce na piersi.
– Nie będę szukać jej – odpowiedziała defensywnie Bellatriks.
Narcyza na moment zaniemówiła, a potem zakryła dłonią usta. Alberwan pomyślał, że siostrzana więź pomiędzy tymi dwiema pannami Black była wyjątkowo silna.
– Więc Nagini… wciąż? – Narcyza szeptała, ale Alberwan i tak to usłyszał. Trzy słowa, a jednak w jakiś sposób pobudziły jego wyobraźnię, ciekawość i nadzieję.
– Lady Voldemort zostawiła mi wskazówkę. Nie mogę zmarnować tej szansy. Ale Cyziu, to musi pozostać między nami. A teraz wracaj do domu, matka pewnie wypłakuje sobie oczy. Gdyby pytali, zostawiłam cię pod drzwiami, bez wskazówek. – Bellatriks ucałowała policzki siostry. Policzki mokre od łez.
Młodsza kobieta pokiwała głową i odwróciła się, by odmaszerować do domu, który nagle pojawił się między numerem dwunastym a czternastym. Bellatriks chyba czuła potrzebę odprowadzenia jej wzrokiem i tylko to pozwoliło Alberwanowi wyrwać się z marazmu i zdecydować, że pora działać.
Zanim Bellatriks się teleportowała, Alberwan zrzucił pelerynę niewidkę, pozostawiając ją na środku ulicy i złapał czarownicę za łokieć, zamykając oczy, gdy jego trzewiami wstrząsnęło uczucie towarzyszące teleportacji.
Tylko na chwilę.
Bellatriks była tak zszokowana, że mimo tego, iż miejsce, w którym się znaleźli musiało być jej znajome, i tak zareagowała zbyt wolno. Alberwan nie rozglądał się, rozbroił ją i zręcznie złapał jej różdżkę.
– TY! – Śmierciożerczyni spróbowała magii bez użycia różdżki, ale nie była tak silna i zręczna w bezróżdżkowym posługiwaniu się mocą, by mu zagrozić. Związał ją, a zanim zdecydował, czy warto ją kneblować, rozejrzał się.
Znajdowali się na parkowej alejce, z racji późnej pory zupełnie pustej. Co ciekawe, obok ławki i kosza na śmierci ustawiono znak wskazujący kierunek do ,,Żyraf". Alberwan prędko się zorientował, że muszą znajdować się w londyńskim zoo. Przez moment miał chwilę zwątpienia – czy Bellatriks naprawdę była tak głupia, by szukać Nagini, tutaj?
– Zdumiewające, że tchórzliwy pupil Dumbledore'a postanowił jednak opuścić bezpieczne mury Hogwartu. – Bellatriks przerwała ciszę. W jej głosie strach, złość i nienawiść mieszały się z rozpaczą. W końcu… prawie jej się udało.
– Porozmawiajmy jak Ślizgoni, panno Black, a może ugrasz z tej sytuacji coś dla siebie. Wyzwiska i pyskowanie przystają raczej Gryfonom niż ślizgońskiej księżniczce. – Alberwan posadził ją na ławce, a potem rzucił mnóstwo zaklęć uniemożliwiających podsłuch i ukrywających ich przed wzrokiem mugoli.
– Nie mam ci nic do powiedzenia. – Buntowniczo wysunęła podbródek. Odnotował brak uprzejmego tytułu. A przecież był jej profesorem swego czasu!
– Masz informację, która jest mi potrzebna. Jeśli nie chcesz zostać odeskortowana do Azkabanu natychmiast, to powiesz mi, co zdradziła ci lady Voldemort odnośnie Nagini – zagroził Alberwan, maskując zdenerwowanie chłodną obojętnością – grożenie komuś nie było w jego naturze. Nawet w obliczu faktu, że groził dwudziestolatce, która już miała wiele śmierci na sumieniu.
Dziewczyna uniosła ciężkie powieki w niezrozumieniu. A potem zacisnęła usta.
– Nic ci nie zdradzę – powiedziała po dokładnie pięciu minutach ciszy.
– Bellatriks, musisz mi uwierzyć, jeśli powiem, że nie szukam tej informacji dlatego, że chcę zagrozić Nagini czy lady Voldemort. – Mężczyzna westchnął, wiedząc, że z tą wiedźmą czeka go ciężka przeprawa.
– Jaki możesz mieć powód, jeśli nie chęć przypodobania się Dumbledore'owi? – Prychnęła, ale uznał to za zwycięstwo – bo to były słowa Ślizgonki, gotowej targować się i manipulować bez miary.
– Podobnie jak ty, mam osobisty powód, by znaleźć Nagini. A żeby uświadomić ci, że nic o mnie nie wiesz, wyobraź sobie Nagini. Jej ręce – na pewno dostrzegłaś te blizny na nadgarstkach, po kajdanach – w końcu przez te trzy lata, w ciągu których cię zauroczyła, przyglądałaś się jej bardzo dokładnie. Jej włosy – inne od twoich, bo irytująco proste i prędko uciekające z jakiegokolwiek upięcia. Jej syczący akcent, gdy czuła silniejsze emocje. Czasem nawet przerzucała się na wężową mowę i pewnie wtedy jej nie rozumiałaś. A ten zwyczaj oblizywania warg językiem? Ile razy fantazjowałaś o tym? – Alberwan czuł się okropnie, bo kiedy ujrzał łzy na uciekające spod ciężkich powiek, Bellatriks wyglądała po prostu jak zagubiona młoda kobieta, nie jak bezlitosna morderczyni. Trafił w najczulszy punkt. Instynkt go nie zawiódł, jego wnioski z trzech słów Narcyzy były słuszne.
– Ja… ona odeszła i zjawiłeś się ty. Czy ona… czy wy … razem? – Zazdrość w jej tonie uruchomiła dziesiątki alarmowych dzwonków w głowie Alberwana. Gwałtownie pokręcił głową. Z jednej strony, rozumiał, skąd mogło wziąć się to pytanie. W tej krótkiej chwili, w której ujrzał Nagini kilka lat temu w Hogwarcie, uderzył go w oczy fakt, że chociaż minęło mnóstwo czasu, ona wciąż wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał. Nie umiał określić, czy to kwestia jej orientalnych rysów, czy może specyficznej magii, ale nie sposób było określić jej wieku.
– Nagini zajmowała się mną, kiedy byłem dzieckiem – wypalił, sam nie wiedząc, dlaczego dzieli się tak ważną informacją z śmierciożerczynią. Może po prostu miał już dość sekretów?
– Niemożliwe. – Bellatriks uniosła brwi. Alberwan miał dziwną ochotę zachichotać – dziewczyna musiała uważać Nagini za młodszą od niego.
– To było oczywiście zanim przybyła do Wielkiej Brytanii, zanim związała się z Voldemortem – wyjaśnił. Z jednej strony, zabawne, że Bellatriks nie wiedziała o Nagini prawie nic, ale z drugiej strony, przecież Alberwan też miał tylko garść rozmytych wspomnień.
– Dlaczego chcesz ją znaleźć? Żeby wydać ją do Azkabanu? – Bellatriks mimo wszystko wciąż była bardzo nieufna.
– Nie. Możesz mi nie wierzyć, ale nie sądzę, by Nagini była wierna Voldemortowi. Może łączyło ją jakieś głębsze porozumienie z lady Voldemort, lecz nie wydaje mi się, by ta pozwoliła sobie zabrać kogokolwiek ze sobą. Jestem przekonany, że Nagini skorzysta z chaosu i zamiast wypełniać jakąś tajną misję Czarnych Państwa, wyruszy na poszukiwania tej, która ją wyzwoliła. – Alberwan urwał. Nie musiał czytać myśli Bellatriks, by wiedzieć, że ona widzi logikę w jego słowach, łączy je w całość z tym, co wiedziała o Nagini. Przez moment rozważał wtargnięcie w umysł czarownicy i wydobycie z niej wskazówki lady Voldemort przez brutalną siłę umysłowego ataku, ale porzucił ten pomysł, bo Bellatriks musiała mieć opanowane chociaż podstawy oklumencji.
– O kim mówisz? Kto ją wyzwolił? – Ciekawość, zazdrość i cała gama innych, podobnych emocji odbijała się echem w jej słowach.
– Moja matka. Dlatego muszę znaleźć Nagini, bo być może ona pozwoli mi odszukać matkę – powiedział Alberwan.
Bellatriks długo się namyślała, jednocześnie chyba usiłując coś wyczytać z jego twarzy. Alberwan wiedział, że oboje są w trudnej sytuacji. Jego ideały, jego przekonania kłóciły się ze wszystkim, co ta młoda kobieta sobą reprezentowała. Jednocześnie miała informację, za którą wiele by oddał – bo w jego życiu nie było ważniejszej osoby niż matka. Znalezienie jej było priorytetem. Nie liczyło się, że Artemizja mogła nie chcieć być znaleziona – teraz Alberwan już wiedział, że nieostrożne domaganie się prawdy wtedy było błędem. Nie chodziło o samą chęć zrozumienia matki, ich dziwnej tułaczki i ukrywania się. Fatalną pomyłką było zakładanie, że matka nie porzuci go, zapewne w szczerym przekonaniu, że chroni go. Pytanie tylko, przed czym?
– Dlaczego miałabym ci zdradzić, co przekazała mi lady Voldemort? Co na tym zyskam? – spytała Bellatriks, a potem dmuchnęła, bo kosmyk kręconych ciemnych włosów opadł na jej oczy.
Co Alberwan mógł jej zaoferować? Bellatriks pewnie już wiedziała, że nie byłby w stanie jej zabić, ani torturować, zatem tym nie mógł jej pogrozić. Pozostawała kwestia przekazania śmierciożerczyni Moody'iemu i aurorom. Czy Alberwan był w stanie zdobyć się na to, by puścić ją wolno?
– A gdybym zaproponował, że jeśli mi powiesz, to nie oddam cię w ręce aurorów? – Uważnie obserwował jak ona z tymi słowami szybko maskuje nadzieję, która zdążyła rozbłysnąć w jej oczach.
– To za mało – warknęła Bellatriks. Alberwan uniósł brwi.
– Jesteś morderczynią. Powinnaś odpowiedzieć za swoje zbrodnie – stwierdził, może z maleńką dozą naiwności.
– A Nagini? Myślisz, że nie zabijała? – Nietypowa, przynajmniej dla Ślizgonki odpowiedź. Alberwan wiele czasu w swojej pedagogicznej karierze poświęcił na studiowanie zachowań uczniów wszystkich domów.
– Byłem bardzo małym dzieckiem, gdy Nagini nas opuściła. Nie mogę zagwarantować ci, co się wydarzy, kiedy już ją znajdę i zmuszę do odpowiedzi na moje pytania. – Czarodziej zacisnął palce na różdżce. W końcu, Nagini, podobnie jak Bellatriks, była śmierciożerczynią, a w Hogwarcie nauczała praktycznie czarnej magii.
– Wobec tego nic ci nie powiem. – Uniosła buńczucznie podbródek.
– Na sznur Bridget Bishop, czego ty właściwie chcesz? – zawołał Alberwan z irytacją. Póki co cała ta rozmowa zmierzała donikąd.
Kiedy Bellatriks pochyliła głowę, uniosła kąciki ust w sugestywnym uśmiechu i spojrzała na niego spod ciężkich powiek, Alberwan wiedział, że nie powinien zadawać tego pytania.
– Szukamy tej samej osoby. Oboje mamy informacje, których drugie potrzebuje. Największe szanse na znalezienie Nagini mamy, jeśli połączymy siły – oznajmiła, z maniakalnym błyskiem w oku. Alberwan aż cofnął się ze zdumienia.
– Mielibyśmy szukać Nagini razem? Przecież to może zająć miesiące! I jaką mam pewność, że nie wbijesz mi sztyletu w plecy? Doprawdy, postradałaś zmysły? – Alberwan zakołysał się na piętach. Nieważne, który punkt widzenia obierał, zaproponowane przez Bellatriks rozwiązanie jawiło się jako absurdalne.
– Posłuchaj, obojgu nam zależy na znalezieniu Nagini bardziej, niż na całym tym bałaganie, jaki tu się utworzył. Czy rzucimy się sobie do gardeł, kiedy już ją znajdziemy, to może zostać otwartą kwestią. Zastanów się dobrze, bo to moja jedyna propozycja. A jeśli szukasz matki, to wskazówka lady Voldemort może mieć dla ciebie kolosalne znaczenie. – Po tych słowach Bellatriks roześmiała się. Alberwan zorientował się, że wpadł prosto w pułapkę sprytnej Ślizgonki.
Miał ochotę wrzeszczeć z frustracji. Żeby tak dać się zmanipulować! Ale jeśli miał znaleźć matkę…
– Dobrze – wycedził, zastanawiając się, czy to nie równa się podpisaniu cyrografu. Bądź co bądź, jeśli opowieści o Bellatriks były prawdziwe, to można by ją porównać do diabła.
– Przysięgnij na życie swojej matki, że pomożesz mi znaleźć Nagini – zażądała kobieta. Alberwan przełknął ślinę. Życie matki… tak perfidnie wykorzystywała słabość, jaką nierozsądnie jej ukazał.
– Przysięgam na życie mojej matki, że pomogę ci znaleźć Nagini – powiedział z rezygnacją. Nienawidził się za tą niemoc. Całe szczęście, że nie zażądała Wieczystej Przysięgi.
– Skoro już ustaliliśmy, że dopóki nie znajdziemy Nagini mnie nie wydasz ani nie zabijesz, to mógłbyś mnie uwolnić – odezwała się Bellatriks z niecierpliwością. Alberwan machnął różdżką – teraz mogła uciec, zostawić go bez odpowiedzi. Ale nie zrobiła tego.
– Tkwimy tu już zbyt długo. Jestem poszukiwana, powinniśmy zmienić lokalizację. Co powiesz na ogrody w Kew? – Kobieta wyprostowała się.
– Nigdy tam nie byłem. – Wzruszył ramionami, zaskoczony.
– Teleportuję nas oboje. Jako wyraz zaufania wciąż trzymasz moją różdżkę. – Wyciągnęła do niego rękę.
Alberwan pomyślał, że kiedyś będzie z niej wiedźma, z którą będą liczyć się wszyscy, a potem podał jej dłoń.
Przez moment miał wrażenie, że znalazł się w raju. A potem uświadomił sobie, że to po prostu ogród z roślinami w pełni rozkwitu. Dziesiątki zapachów uderzyły w jego wrażliwe nozdrza. Trudno było się nie zachwycać. Szczególnie, że spokojna i sielska atmosfera tego miejsca działała nawet na krwiożerczą Bellatriks Black. Poprawka, Lestrange.
– Arcturus zabierał nas tu często. Był wybitnym specjalistą w dziedzinie botaniki i zielarstwa. Matka i Walburga pchały wózki z Syriuszem i Reggim, a Arcturus uczył zielarstwa mnie, Medę i Cyzię – powiedziała czarownica, pochylając się nad kwitnącym krzewem.
To było tak osobiste wyznanie, że Alberwan nawet nie wiedział, co odpowiedzieć. Wreszcie zdecydował się podzielić równie cennym wspomnieniem, chociaż przez myśl mu przeszło, że być może i tego będzie żałował:
– Nagini nauczyła mnie pływać. Godzinami pluskała się ze mną w jeziorze. Potem pozwalała mi grzebać w ziemi, kiedy sama wygrzewała się na słońcu.
Przez moment patrzyli na siebie, udręczony pytaniami mężczyzna i znużona oczekiwaniami kobieta. Kiedy Bellatriks się odezwała, w jej tonie był nieskrywany żal.
– Nagini działała poza jurysdykcją bliźniaczek. Kiedy opuściła Hogwart, nie widziano jej długo. Ostatni raz widziałam ją podczas mojego pojedynku z Rachel – Nagini była wtedy w tłumie, ale nie zdążyłam z nią porozmawiać, bo zostałam oszołomiona. Od tamtej pory jej nie widziano, a wśród śmierciożerców krążyły plotki, iż Czarny Pan wysłał Nagini do Nurmengardu, by wydobyć z Grindelwalda informacje o jakichś straszliwych klątwach. – Bellatriks skrzywiła się, sugerując, że nie wieży w te plotki. Alberwan mimowolnie pomyślał o blondynce ze szpitala – córce Grindelwalda.
– Co powiedziała ci lady Voldemort? – spytał, uważnie studiując jej reakcję. Widać było jej ogromny strach przed wspomnianą kobietą, ale równocześnie szacunek, którego Alberwan, jako jej były nauczyciel, mógł zazdrościć.
– Czarna Pani zdradziła, iż Nagini uciekła z czarownicą, która została sparaliżowana nieodwracalną klątwą, pozostawiając ją praktycznie w stanie wegetatywnym – powiedziała cicho Bellatriks.
Alberwan czuł zalewające go lodowate zimno. Jego serce biło bardzo szybko. Usiłował sobie wmawiać, że sparaliżowana kobieta to niekoniecznie musi być jego matka. Nagini w ciągu swojego pobytu w Wielkiej Brytanii mogła poznać wiele osób. To mógł być ktokolwiek. Lecz strach nie ustępował – przeciwnie, wzmagał się, razem z nasuwającymi się konsekwencjami problemu, jakim był ewentualny paraliż matki Alberwana. Bo przecież jeśli Nagini miała uciec z kimkolwiek, zdradziwszy Czarnych Państwa to było bardzo prawdopodobne, że była to matka Alberwana.
– Rozpoczniemy od europejskich szpitali. Jutro zaczniemy od Paryża i Petit–Saltpetrie. Jak ma na imię twoja matka? – Zdumiewające, że Bellatriks umiała posługiwać się współczującym tonem.
– Artemizja – odpowiedział, chociaż nie był tego wcale pewien.
