1971 d
Dziwnie było znaleźć się wśród tylu czarodziejów. Może atmosfera magii nie była tu tak przytłaczająca jak na ulicy Pokątnej, ale widok magów nie krępujących się z chowaniem różdżek czy klatek z sowami i ropuchami wciąż działał jak zimny prysznic dla kogoś, kto przez większość dzieciństwa pozostawał rozdarty między dwoma światami.
Marvelian rozglądał się czujnie, mocno zaciskając dłonie na uchwycie wózka, na którym spoczywał jego kufer i klatka z nową ropuchą, Veliną. Na ramieniu czuł ciężar dłoni Assuarina. Skarcił się w myślach. Ojca.
Zatrzymali się niedaleko końca pięknego pociągu, z dala od innych czarodziejskich dzieci. Marvelian zmusił się, by oderwać wzrok od śmiejących się rówieśników i skupić na twarzy człowieka, który go tu przyprowadził.
– Pamiętasz wszystko, co ci mówiliśmy? – Ostry ton doskonale pasował do poważnego spojrzenia czarnych oczu Assuarina.
– Mam nikomu nie opowiadać o domu, o tobie i mamie. Mam kontrolować swoją magię, by nie zwracać na siebie uwagi. Mam nieustannie chronić swój umysł. Tylko wtedy mamusia będzie bezpieczna – powtórzył Marvelian solennie. Było mu przykro, że mama nie była tu z nimi, by pocałować go, zanim wsiądzie do pociągu, ale rozumiał dlaczego Assuarin poprosił ją, by została w domu. Z starszym czarodziejem może nie dzielił krwi, ale na pewno dzielił potrzebę chronienia mamy. Dawno temu zawarli niespisany pakt, że ich działania będą podporządkowane jej bezpieczeństwu.
– Dobrze. Pamiętaj, bądź ostrożny i nie szukaj kłopotów, mama już wystarczająco się o ciebie martwi – dodał Assuarin, lekko poprawiając czarne włosy Marveliana.
– Nie mówiła nic o tym. Powiedziała tylko, że Hogwart jest pełen potężnej magii i że tam pomogą mi opanować moją moc. – Marvelian zmarszczył brwi – nie znosił, kiedy mama się zamartwiała.
– Jest konieczne, byś się tam tego nauczył, bo w przeciwnym wypadku zacząłbyś stanowić zagrożenie nawet dla nas. Nie chciałbyś chyba, żeby mama bała się ciebie, a nie tylko o ciebie? – To były bolesne słowa, ale Assuarin chyba zrozumiał to dopiero, kiedy Marvelian gwałtownie potrząsnął głową.
– Nigdy nie skrzywdziłbym matki – powiedział płaczliwie chłopiec, skrywając za plecami lśniące ze zdenerwowania dłonie. Wiedział, że błyszczące oczy zmiękczą Assuarina, wywołają w nim poczucie winy.
– Oczywiście że nie, synu. Ale rozumiesz, że kluczowe jest, byś nauczył się kontrolować swoją moc, nauczył od najlepszych. – Assuarin pogładził policzek chłopca, który udał, że cieszy go ten dotyk.
– Do zobaczenia, tato. Chroń mamę. – Marvelian uścisnął mężczyznę, pozwalając sobie na zapamiętanie tego momentu – silnych, męskich ramion wokół swojej wątłej sylwetki, piżmowego zapachu, odgłosu stabilnie bijącego serca.
– Uważaj na siebie, synu. – Assuarin popchnął go w stronę pociągu. Marvelian nie oglądał się na niego, złapał za rączkę kufra jedną ręką, za klatkę z Veliną w drugą i wsiadł do pociągu.
Musiało zostać jeszcze trochę czasu do odjazdu, bo chłopiec stosunkowo szybko znalazł pusty przedział. Sporo wysiłku kosztowało go wrzucenie kufra na półkę ponad siedzeniami. Kładąc klatkę z ropuchą na siedzeniu obok, Marvelian zerknął za okno, chłonąc widok rodziców całujących i obejmujących swoje dzieci, albo machających tym w pociągu. Assuarina już nie było wśród nich. Marvelian stłumił rozczarowanie.
Ktoś wszedł do przedziału. Marvelian uniósł głowę, widząc rudowłosą, piegowatą dziewczynkę.
– Możemy się dosiąść? – spytała bez cienia lęku. Marvelian pomyślał, że być może to jest ta różnica między czarodziejskimi a mugolskimi dziećmi – te ostatnie zazwyczaj się go bały.
– Tak. – Przysunął się nieco. Za dziewczynką do środka wgramolił się chłopiec o ciemnych, tłustych włosach, niezbyt urodziwym nosie i oczach podobnie czarnych jak oczy Assuarina.
– Jestem Lily Evans, a to jest Severus Snape. – Dziewczynka usiadła naprzeciw Marveliana, podczas gdy chłopak stękał, wrzucając ich kufry na górną półkę.
– Marvelian Zenaidov – przedstawił się. Zauważył, że dziewczynka przywiozła ze sobą rudego kota, który zaraz umiejscowił się na jej kolanach, podczas gdy chłopak trzymał w pordzewiałej klatce niezbyt żywotną ropuchę.
– Tuney! – Kot prawie zeskoczył z kolan Lily, gdy ta wychyliła się do okna i zaczęła żywiołowo machać do dwójki uśmiechniętych ludzi i małej dziewczynki o dziwnie końskiej szczęce. Gdzieś dalej stała kobieta w znoszonych szatach, podobna do Severusa. Chyba starała się uśmiechnąć, ale w jej oczach lśniły łzy.
Severus udawał, że nie patrzy w okno, lecz zerkał tam co chwila, nawet jak pociąg ruszył, a peron dziewięć i trzy czwarte zniknął za nimi. Lily odezwała się pierwsza:
– Marvelianie, też jesteś pierwszorocznym? Byłam taka podekscytowana, jak dostałam list! Niby wiedziałam, bo często zdarzały się dziwne rzeczy i Sev coś mi opowiadał, ale list… a potem ta czarownica… i ulica Pokątna… niesamowite! – Jej oczy rozbłysły. Marvelian zauważył, że były zielone, ale nie tak intensywnie jak jego własne, raczej w kolorze sosnowych igieł.
– Tak, to jest mój pierwszy rok w Hogwarcie – odpowiedział, dziwnie pokrzepiony entuzjazmem Lily. Musiała widzieć to wszystko jako nową przygodę.
– Twoi rodzice są czarodziejami? – oto odezwał się chłopiec, Severus. Marvelian jedynie pokiwał głową.
– Mama Seva jest czarownicą. Ale jego tata jest mugolem, tak jak moi rodzice – wyjaśniła Lily, uśmiechając się szeroko.
Kiedy na kilkanaście sekund zapadła cisza, Marvelian zrozumiał, że dziewczynka oczekuje od niego kontynuowania rozmowy.
– Twój kot. Jak ma na imię? – spytał niezbyt przyjaźnie, ale ona i tak odpowiedziała:
– Ares! Jest całkiem wojowniczy, najbardziej z całego miotu. Zabrałam go z domu, zwierzęta na Pokątnej były drogie. – Lily mówiła szybko i Marvelian złapał się na tym, że słucha jej, bo miała przyjemny głos – pełen emocji, nie ukrywający nic, ani z jej ekscytacji, ani ze zdenerwowania.
Więc rozmawiali, przez połowę drogi. Lily zrelacjonowała całą wizytę na Pokątnej ze swoimi rodzicami, opowiedziała o swojej siostrze, Petunii, która bardzo chciała jechać do Hogwartu z nią oraz zmusiła Severusa do wspomnienia momentu, w którym okazało się, że Lily jest czarownicą. Marvelian w pokrętny sposób odwdzięczył się kilkoma opowieściami z historii magicznego świata, które znał z dzieciństwa. Baśnie Barda Beedle'a zauroczyły Lily i Severusa, którzy wkrótce potem zasnęli – jej głowa na ramieniu chłopca.
Marvelian przez moment studiował ich spokojne twarze. Potem zaś wyjął z kieszeni różdżkę i zaczął przesuwać po niej bladymi palcami – od momentu, w którym ją zakupili, to przynosiło mu ukojenie. Podobnie jak wspomnienie różdżkarza, Olivandera, przynosiło niewytłumaczalny niepokój:
– ,,Ach, kolejna zagadka. Tyle interesujących dzieci w tym roku. Rzadko się zdarzało, bym miał problem z dobraniem różdżki dla tylu osób – mamrotał Olivander, mierząc analizującym spojrzeniem Marveliana.
– Mój syn potrzebuje najlepszej różdżki jaką stworzyłeś – wysyczał Assuarin, zniecierpliwiony. Olivander skrzywił się i rzekł:
– On dostanie dobrą różdżkę, ale jeśli chce mieć najlepszą, to musiałby wyciągnąć ją z rąk wiedźmy, która uczyniła ją narzędziem najsilniejszej z magii. Spróbuj tą. – Czarodziej podał Marvelianowi ciemne pudełko.
Różdżka była przepiękna, ale co cudowne, przypominała różdżkę matki. Miała podobną długość i giętkość. Drewno było ciemne, a rączka wykonana z platyny, w której osadzono ciemnoczerwone, prawie czarne, kamienie.
– Cis, pióro feniksa, platyna i granaty. Wykonałem ją z myślą o dziecku, które się jeszcze nie narodziło, ale ona wybiera ciebie – rzekł Olivander, gdy Marvelian ujął różdżkę, a na jej końcu pojawiło się tęczowe światełko.
Assuarin zabrał stamtąd Marveliana, zanim chłopiec zapytał, czyja miała być różdżka, która teraz spoczywała w jego dłoni. W porównaniu z brzydką i powykręcaną różdżką ojca wydawała mu się być arcydziełem… nie tak perfekcyjnym jak różdżka z szafirami, którą posługiwała się matka, ale wciąż zapierającym dech w piersiach okazem różdżkarskiego rzemiosła. Chłopiec pieszczotliwie przesuwał opuszkami palców po ostrych krawędziach granatów, po wygrawerowanych w platynie runach z dawno zapomnianego języka. Po kilku minutach i on zasnął, śniąc o rzeczach, jakie osiągnie przy pomocy tej różdżki.
Obudził ich prefekt, informujący o tym, że powinni przebrać się przed ucztą powitalną. Severus zaproponował, że on i Marvelian poczekają poza przedziałem, aż Lily się przebierze, ale ona roześmiała się i zmieniła ubranie tak szybko, że Marvelian zdążył dostrzec tylko kilka piegów na obojczykach, zanim okryła je czerń uczniowskich szat. Severus nie był tak szybki – na jego skórze Marvelian dostrzegł kilka kolorowych sińców. Szaty chłopca były pogniecione, z materiału niskiej jakości. Marvelian, któremu madame Malkin dobrała szaty mocne i stosunkowo drogie, nie pierwszy raz zastanawiał się, skąd jego rodzice brali pieniądze. Przecież nie pracowali.
Na peronie na pierwszorocznych czekał ogromny mężczyzna. Assuarin nie był niski, ale temu brodaczowi sięgałby może do łokcia. Lily nie musiałaby się schylać, by przejść pod nogami gajowego, jak przedstawił się olbrzymi mag. Rubeus Hagrid. Marvelian, który ledwie rozumiał słowa owego Hagrida, z miejsca uznał, że go nie polubi. To uczucie się potwierdziło, gdy Hagrid polecił wsiąść im do chybotliwych łódek. Zaczynał padać deszcz – czyżby mieli zaczynać swoją edukację przemoczeni do suchej nitki?
– Twoi rodzice uczyli się w Hogwarcie? Mama mówiła, że zamek jest bajeczny – spytał Marveliana Severus, asystując Lily, która wsiadała do łódki.
– Nie – odpowiedział krótko Marvelian. Był pewien, że Assuarin nie uczył się w Hogwarcie. Co do matki… miłość, z jaką wypowiadała nazwę tej szkoły… ona mogła być uczennicą Hogwartu, ale nie mógł tego powiedzieć swoim nowym znajomym.
Rozpadało się na dobre, gdy wypłynęli na jezioro, jednak zza ściany deszczu widać było górę pełną światełek. Dopiero po kilkunastu minutach, podczas których łódki wciąż parły naprzód, pierwszoroczni zorientowali się, że mają przed sobą zamek.
Chociaż w deszczu, Hogwart zapierał dech w piersiach. Marvelian, który z matką i Assuarinem zwiedził wiele niemieckich zamków, uznał, że nawet Neuschwanstein nie mógł konkurować z Hogwartem. Lily otworzyła usta w zachwycie, a na ponurej twarzy Severusa pojawił się uśmiech.
Łodzie wpłynęły przez zasłonę z bluszczu do szarej jaskini, by zatrzymać się przy małej przystani. Do ścian przymocowano pochodnie, które skąpały przemoczonych uczniów w ciepłym blasku. Marvelian ze złością przesunął dłońmi po mokrych włosach, a potem szatach. Tylko moment skupienia – i były suche. Zaraz poczuł się okropnie. To mogło zwracać uwagę, nawet jeśli żaden z rówieśników jeszcze nie zauważył. Ucieszył się, gdy Lily i Severus jako jedni z ostatnich zaczęli wspinać się po schodach. Na końcu, może nikt nie będzie się na niego gapił. Już na peronie w Hogsmeade uczniowie rzucali mu zdziwione spojrzenia. Przechodząc przez olbrzymią salę wejściową do kolejnych schodów, pomyślał, że musi bardziej postarać się w wtapianiu się w tło.
Grupka pierwszorocznych zatrzymała się na szczycie schodów. Nieco zirytowany, że on, Lily i Severus są ustawieni za trzema wysokimi chłopcami, Marvelian wspiął się na palce, by zobaczyć, czemu nie ruszyli do ogromnych wrót, za którymi słychać było echo rozmów wielu osób.
W momencie, w którym ją zobaczył, miał wrażenie, że jego magia budzi się gwałtownie. Że jedna nieostrożna myśl wystarczy, by zmieść z nóg rozdzielających ich uczniów, że trzeba bardzo niewiele, by zaatakował ją… może spojrzenie. Tak, gdyby skrzyżowała z nim wzrok, nie opanowałby się. Magia, której mama się bała, popędziłaby ku tej kobiecie, tej czarownicy, która była jak katalizator bez wyraźnego powodu. Ale z racji tego, że jej wzrok błądził tylko po tych w pierwszym rzędzie, Marvelian stał nieruchomo, jednocześnie wyobrażając sobie, że może odwrócić się i uciec, zamiast gapić się z fascynacją na tą czarownicę.
Była bardzo wysoka i chyba tylko to sprawiało, że ciężkie, ciemnozielone szaty nie wyglądały na niej przytłaczająco. W połączeniu ze szpiczastym kapeluszem oraz celtyckim wzorem wijącym się wokół kołnierza wyglądała jednoznacznie elegancko. Rysy jej twarzy były ostre, na policzkach żadnych śladów rumieńców – skórę miała bladą – czyżby całe wakacje spędziła w zacienionych salach zamku? Gdy odwracała się, by zniknąć za niewielkimi drzwiami po prawej, Marvelian dostrzegł ciemny kok z tyłu głowy, pod kapeluszem. Ani jeden kosmyk włosów się z niego nie wymykał, a mimo że był bardzo ciasno związany, jego objętość sugerowała, że włosy czarownicy musiały być wyjątkowo długie. Wiek? Na mugolską miarę nie wyglądała dużo starzej niż mama, ale promieniowała jakimś takim doświadczeniem, które sugerowało, że mogła mieć równie dobrze i pół wieku życia za sobą.
– Niesamowita, prawda? To ona przysłała list i przyszła porozmawiać z moimi rodzicami – wyszeptała Lily, poprawiając swoje szaty.
– Marvelianie, jak myślisz, do którego domu trafisz? – spytał Severus, bezskutecznie próbując doprowadzić do porządku swoje tłuste włosy.
Tak, przemowa. Marvelian słuchał jej, chociaż bardziej skupiał się na wizualnej analizie sytuacji. Cztery domy, charakterystyczne cechy, punkty i puchar dla najpilniejszych. Zamiast jednak debatować w duchu, którymi z wymienionych przez czarownicę cech mógłby opisać siebie samego, rozkładał na czynniki pierwsze akcent czarownicy.
Profesor Minerwa McGonagall. Ach, Szkotka.
– Hej, ziemia do Marveliana! Ja myślę, że nieważne do jakiego domu trafię, najlepiej, jakbym była w tym samym co wy – stwierdziła Lily, potrząsając ramieniem Marveliana.
Chłopiec usiłował się uśmiechnąć do dziewczynki, ale jego uśmiech zbladł, bo oto wróciła ta kobieta, która określiła się nauczycielką transmutacji i zastępczynią dyrektora. W dłoniach trzymała sfatygowaną tiarę czarodzieja, zwój pergaminu i trójnożny stołek.
– Gotowi? – spytała miękko i jej oczy tylko na ułamek sekundy prześlizgnęły się po twarzy Marveliana.
Chłopiec potrząsnął głową, ale nie mogła tego widzieć, bo odwróciła się z majestatycznym szelestem zielonych szat. Marvelian pozwolił sobie na oddech ulgi – jego magia uspokajała się, gdy nie było niebezpieczeństwa, że spocznie na nim spojrzenie szmaragdowych oczu.
Oczu dokładnie takich samych jak jego własne.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa pozwoliła, by jej oblicze rozjaśniło się nieco, kiedy po wejściu do Wielkiej Sali powitało ją migotanie akwamarynowych oczu. Jednocześnie usilnie blokowała vinculum, aby żadna nieostrożna emocja nie przepłynęła do dyrektora. Dawno nie czuła się tak rozstrojona. Jednocześnie była na siebie wściekła – tego powinna się spodziewać.
Jak jednak mogła się przygotować na ujrzenie go po jedenastu latach? Kiedy ostatni raz go widziała, był niemowlęciem w jej ramionach!
Zatrzymała się przed prezydialnym stołem, a potem odwróciła. Powitało ją morze nieznajomych twarzy. Uniosła głowę wyżej – starsi uczniowie czarodziejskiego pochodzenia już musieli szeptać między sobą, już musieli przekazywać swoim niezorientowanym kolegom z mugolskich rodzin, że to jest ta McGonagall, która w św. Mungu przegoniła samego Voldemorta.
Budując swoją reputację efektywnej nauczycielki, z którą nie warto zadzierać, Minerwa z powagą poleciła pierwszorocznym, by ustawili się w rzędzie i kolejno przychodzili usiąść na stołku, kiedy ona wyczyta ich nazwisko. Wyciągnęła z kieszeni okulary w prostokątnych oprawkach. Przebiegła szybko wzrokiem listę. Naturalnie, jego przybrane nazwisko umiejscawiało go na końcu. Zebrawszy siłę i stłumiwszy ciekawość, Minerwa zaczęła od początku…
– Syriusz Black!
W duchu pomyślała, że młody Black będzie kiedyś przystojnym mężczyzną. Kręcone, sięgające ramion brązowe włosy zostały szybko poprawione, zanim położyła Tiarę na jego głowie. Trudno jej było ocenić, czy jest bardziej podobny do Walburgi czy do Oriona, ale ten czarujący błysk w oku był unikatowy.
– Gryffindor! – Aż musiała powstrzymać odruch uniesienia brwi. Sam Black chyba też był zdumiony, zatem odchrząknęła. Rzucił jej nieco szelmowskie spojrzenie i ruszył ku stołowi Gryffindoru, jakby już zapowiadał, że nie będzie potulnym Ślizgonem, jak wszyscy oczekiwali.
Kilka osób później Minerwa natrafiła na znajome nazwisko:
– Lily Evans!
Z szeregu wystąpiła rudowłosa dziewczynka o ujmujących piegach i oczach w kolorze sosnowych igieł. Minerwa nie była w stanie powstrzymać wspomnienia mugolskiej kobiety, która czasem pojawiała się w jej snach– Caroline Evans, położna, która przeprowadziła ją przez poród Therseusa.
– Gryffindor! – brzmiał werdykt Tiary. Dziewczynka wzruszyła delikatnie ramionami i skierowała się ku klaskającym Gryfonom.
– Remus Lupin! –Z rządku pierwszorocznych wyszedł niepozorny chłopiec o rozsądnym spojrzeniu. Minerwa wiedziała, że to wilkołak – przyjęcie go do Hogwartu wymagało wprowadzenia różnych dodatkowych środków bezpieczeństwa, ale Albus nalegał. Dyrektor miał zawsze miękkie serce jeśli chodziło o społeczną niesprawiedliwość i dziecięcą krzywdę.
– Gryffindor!
Miała ochotę posłać Albusowi oskarżycielskie spojrzenie – była opiekunką Gryffindoru, od teraz Lupin stawał się najbardziej jej odpowiedzialnością. A przecież i bez niego miała sporo problemów.
– Peter Pettigrew! – To był drobniutki chłopiec o mysich włosach i nieszczerym spojrzeniu.
– Slytherin! – Minerwa zawahała się, zdejmując kapelusz Godryka z głowy chłopca. Było w tym Pettigrewie coś odpychającego, więc powinna się cieszyć, że zasilił szeregi Slytherinu. A jednak miała dziwne uczucie, że coś było nie tak.
– James Potter! – rzekła, a potem rzuciła szybkie spojrzenie na stół prezydialny. Fleamont Potter, ojciec tego chłopca, wciąż kojarzył się jej wyłącznie ze śmiercią Dippeta.
– Gryffindor! – Tym sposobem chłopak o orzechowych oczach trafił do jej domu. Minerwa zastanawiała się, czy istniała możliwość, że James z charakteru jest raczej jak jego wuj Charlus, niż jak cichy i pokorny Fleamont.
– Severus Snape! – Chłopiec o tłustych, czarnych włosach usiadł na stołku. Zanim jednak Tiara opadła na jego głowę, odwrócił się do Minerwy. Było tyle strachu w jego oczach… Minerwa pozwoliła sobie unieść kąciki ust – z całej gromady dzieci chyba tylko ten przerażony chłopiec rozumiał, że wybór Tiary całkowicie zdeterminuje jego przyszłość.
– Slytherin! – Minerwa stłumiła odruch poklepania owego Severusa po ramieniu – nie powinien się bać – reputacja Slytherinu powinna zostać odbudowana. Błędem było powtarzanie dzieciom, że z domu węża wychodzą tylko czarnoksiężnicy.
Szybciej niż się spodziewała, dotarła do końca listy. Stał przed nią samotny, ostatni ze swego rocznika. Głowę trzymał prosto – nie był ani zgarbiony, ani nie unosił podbródka zbyt dumnie. To oczy były wzniesione w górę – skupione całkowicie na niej, jakby była kapłanką przeprowadzającą skomplikowaną ceremonię. Ręce miał ułożone wzdłuż ciała, w postawie, której nie uznałaby ani za swobodną, ani za czujną. Oklumencji nauczono go dobrze, bo kiedy Minerwa pozwoliła swoim badawczym myślom dryfować, natrafiła na projekcję: chłopiec nie tylko chronił swój umysł, ale jeszcze kreował wrażenie, że wcale tego nie robi, a obecnie powtarza wciąż nazwy czterech domów:
Hufflepuff, Ravenclaw, Slytherin, Gryffindor.
– Marvelian Zenaidov. – Udawała, że patrzy na pergamin, który poza okularami stanowił konieczną barierę między nią a nim. Przed nazwiskiem, zawahała się na ułamek sekundy – to nazwisko koszmarnie nie pasowało do jego imienia. Miano, które należało mu się po ojcu brzmiałoby przy bogatym imieniu jeszcze bardziej żałośnie. Nie, to imię zostało stworzone by być dopełnianym przez drugie ,,M".
Tak jak ten chłopiec powinien należeć tylko do niej.
Podszedł do stołka ze spokojem, wyraz jego twarzy nieodgadniony. Usiadł, był już zupełnie blisko, mogłaby go zamknąć w objęciach, kiedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego:
Światła przygasły wyraźnie, jakby ktoś odcinał lewitującym świecom potrzebny do spalania tlen. Minerwa nie opuściła Tiary na głowę chłopca, czując kumulującą się w nim energię… moc, której chyba nie był w stanie już kontrolować, która rozpaczliwie chciała się wyrwać, sięgnąć do niej…
Albus wyczuł to. Jako jedyny poza Minerwą miał dostateczną wiedzę, by zrozumieć, że wszyscy znajdowali się w niebezpieczeństwie… błyskawicznie znalazł się nie za stołem, a przed nim, już robiąc krok w ich stronę, kiedy…
Biały strumień czystej energii poszybował w kierunku Albusa, precyzyjnie wycelowany, by jak najmocniej zranić… ale przecież Minerwa była szybsza, przecież już była przed nim, już brała na siebie impet uderzenia, absorbując zupełnie znajomą magię, jednocześnie wizualnie transmutując białe światło w opadające na ziemię kryształy.
Jednak magia nie przestawała promieniować z Marveliana. Minerwa ruszyła więc do przodu, wciąż absorbując moc, której się pozbywał, jednocześnie podchodząc coraz bliżej. Marvelian siedział na stołku bokiem, z zamkniętymi oczami – gdyby przetransferował kierunek na przeciwny, mógłby poważnie zranić uczniów.
– Minerwo?– Tylko dzięki vinculum Albusowi udało się przebrnąć przez skupienie Minerwy.
– Chłopak stanowi zagrożenie dla reszty. Sam musi uzyskać nad tym kontrolę. Znasz zaklęcie ,,pacis carcerem"? – Sama pamiętała je z dzieciństwa – Robert i Theresa używali go, gdy było naprawdę źle.
– Zadziała? Kiedy moc początkowo była skierowana przeciwko mnie? – Dumbledore wręcz promieniował wątpliwościami.
– Będę ci akompaniować – odezwała się Minerwa głośno, przez zaciśnięte zęby.
To ona musiała zacząć i nie było to proste. Jednak rozumiała, że tylko ona ma szanse powodzenia.
Zaczęła nucić. Donośnie, idealnie w ton, na melodię szkockiej kołysanki. Jej głos wibrował w Wielkiej Sali, wywołując ciarki na plecach wszystkich obecnych i dreszcze w Marvelianie. Nuciła dalej, władając w to całe serce, całą swoją miłość i tęsknotę – żal, wywołany rozłąką, a jednocześnie radość, że oto był tu, cały i zdrowy.
Wtedy dołączył do niej Albus. Jego słowa nie były zrozumiałe dla nikogo, ale idealnie wpasowywały się w jej melodię, wzmacniając ją i komplementując. Wokół Marveliana od strony uczniów powstawała złota klatka, rosnąca z każdym słowem Albusa. Ich głosy wznosiły się i opadały, komplementarne, bez ani jednej pomyłki, chociaż to Minerwa prowadziła melodię. W kulminacyjnym momencie natężenie fal emitowanych przez nich oboje było tak duże, że zastawa na stołach drżała, a nikt nie ważył się nawet drgnąć, wyczuwając potężną magię.
Kiedy złota klatka zamknęła się wokół Marveliana, nie przepuszczała już mocy, zatem Albus skończył intonować zaklęcie. Lecz Minerwa nie przestawała nucić melodii szkockiej kołysanki. To pomagało chłopcu – gdzieś w podświadomości pamiętał jak śpiewała mu to niedługo po jego narodzinach i wcześniej, kiedy jeszcze nosiła go pod sercem.
Podeszła do niego zupełnie blisko, pochyliła się, by jej głowa znalazła się na wysokości jego twarzy. Otworzył oczy. Pełne łez, panika błyszcząca w szmaragdowych tęczówkach. Tym razem Minerwa doskonale znała jego myśli – wszechpotężne poczucie winy, bo oto zwrócił na siebie uwagę, bo oto obrócił w niwecz wszystkie wysiłki rodziców, by pozostał w cieniu, bo być może ta utrata kontroli sprowadzi niebezpieczeństwo na jego mamę. Którą przecież pragnął chronić ponad wszystko.
– Już w porządku? – zapytała cicho Minerwa. Chłopiec w klatce pokiwał głową, chociaż zacisnął usta, gdy Albus pojawił się obok Minerwy i położył dłoń na jej ramieniu. Złota klatka wciąż ich rozdzielała.
– Nie martw się, kochany chłopcze, to tylko zagięcie magii. Tutaj, w Hogwarcie, nauczymy cię to kontrolować – dodał Albus, chociaż Minerwa miała ochotę na niego nawrzeszczeć, żeby się zamknął, bo oczy Marveliana pociemniały już przy ,,kochanym chłopcze".
– Ja… nie wiem, co się stało – powiedział zupełnie cicho chłopiec, zaciskając pięści.
– Nic specjalnego. Jeśli już minęło, to pozwolisz, że będziemy kontynuować twój przydział – powiedziała chłodnym tonem Minerwa, unosząc lekko Tiarę Przydziału, którą wciąż trzymała w lewej dłoni.
– Jeśli uważa pani to za bezpieczne, Ma'am – odpowiedział z równie zimną uprzejmością.
– Biorę to na siebie. Dyrektorze, proszę się odsunąć – powiedziała, prostując się i samej robiąc krok w tył. Za sobą wyczuła, że Albus wznosi tarczę, która osłabiłaby efekt, gdyby magia Marveliana znów wymknęła się spod kontroli.
Sama Minerwa przesunęła różdżką wzdłuż złotej klatki, która rozwiała się w nicość. Marvelian przesunął się, by znów siedzieć twarzą do uczniów – jego oblicze zupełnie obojętne, jakby wcale nie zaatakował dyrektora i nie musiał zostać unieszkodliwiony przez starożytną magię i melodię kołysanki.
– Jesteś gotów? – spytała Minerwa z kamiennym spokojem. Marvelian pokiwał głową. Minerwa nałożyła na nią Tiarę Przydziału. Mogła przysiąc, że słyszy westchnienie starego kapelusza. Dokładnie po pięciu minutach, na granicy hatstalla, Tiara orzekła swój werdykt:
– SLYTHERIN!
Nikt nie klaskał, kiedy Marvelian wolno podążał do stołu Slytherinu, by zająć miejsce obok Severusa, który chyba jako jedyny nie odsunął się od nowego kolegi. Albus spojrzał na Minerwę.
– Porozmawiamy w nocy. Mam spotkanie po uczcie. Powiedz dzieciom, że nie ma się czym martwić i że ten Zenaidov nie stanowi zagrożenia – poleciła Minerwa, bez problemu wstępując na przedmurze jego umysłu.
– Okłamywać dzieci? – Uniósł brew. Zacisnęła szczękę.
– Mam to pod kontrolą. Wyjaśnię ci wszystko w nocy. – Dosłyszała jego myśl, że chyba tylko ona może cedzić myśli, tak jak cedzi słowa i zmrużyła oczy. Rozłożył ręce w poddańczym geście i podszedł do mównicy:
– Ach, widzicie, ledwo wróciła, a już ratuje nas wszystkich! Tak by się mogło wydawać, ale profesor McGonagall zapewnia, że zagięcie magii pochodzi od niej, nie od biednego pana Zenaidov! Nie ma się czego obawiać ze strony jednego z naszych nowych Ślizgonów – za to powinniście obawiać się nowej nauczycielki transmutacji – nawet ja nie mogę pozwolić sobie by nie być po jej stronie! – Albus uśmiechnął się szeroko, a uczniowie odpowiedzieli zbiorowym chichotem, uspokojeni ukrytą w jego tonie sugestią.
Decydując, że zemści się za zrzucenie na nią winy później, Minerwa klasnęła w dłonie i na stołach pojawiło się jedzenie. Zmierzając jednak do drzwi, by odnieść Tiarę Przydziału i stołek, pomyślała, że częściowo Albus miał rację – przecież połowa magii Marveliana pochodziła od niej.
Zapowiadał się koszmarnie trudny rok i Minerwa wiedziała, że będzie potrzebować całej swojej siły, żeby wyjść z tego bez szwanku.
Trzy godziny później, po uczcie, Minerwa stała na tarasie rezydencji, widząc kołującego coraz niżej smoka. To było zupełnie tajne spotkanie, dlatego rezydencja była spowita ciemnością. Minerwa zapaliła wątłe światełko na końcu swej różdżki dopiero gdy smok wylądował, a z jego grzbietu zeskoczyła uśmiechnięta kobieta.
Niezwykle trudno było stać nieruchomo, gdy Louie puściła się biegiem w jej kierunku, by wreszcie zarzucić jej ręce na szyję. Minerwa otoczyła ją ramionami, czując łzy kobiety na skórze szyi.
– Chodź do domu, córko – odezwała się wreszcie starsza czarownica i poprowadziła młodszą do wnętrza rezydencji.
Usiadły w bibliotece, na miękkiej sofie, Luiza wtulona w Minerwę, bardzo podobnie do tego, jak miały w zwyczaju jedenaście lat temu, kiedy Marvelian był pomiędzy nimi. Pomiędzy dwiema matkami.
– Jest bardzo potężny – zaczęła Minerwa, gładząc złote pukle włosów Luizy, która tylko pokiwała głową. To był dobry wstęp, by opowiedzieć o przydziale Marveliana i Minerwa skorzystała z tej okazji.
– Zatem ta jedna chwila i wszystko na marne? Przecież teraz ktoś na pewno się domyśli, czyim on jest dzieckiem. Podobieństwo jest uderzające. – Z oczu Luizy płynęły łzy, gdy to mówiła.
– Louie, nie doceniasz mojej reputacji. Kto odważy się zasugerować, że Minerwa McGonagall powiła nieślubne dziecko? – Minerwa przymknęła oczy, myśląc o tym, jak jej publiczny wizerunek odbiegał od prawdy i jak wiele tajemnic ją otaczało.
– Dumbledore. – Celne, definiujące wiele słowo.
Minerwa westchnęła. Zapowiadała się trudna rozmowa. A ogromna część obecnych problemów wynikała z tego, że Minerwa zbyła Louie wtedy w szpitalu, kiedy ta potrzebowała największego wsparcia, kiedy wreszcie dowiedziała się, kim są jej rodzice.
– Posłuchaj mnie, Louie. Są dokładnie cztery osoby, które w moim mniemaniu stanowią zagrożenie dla Marveliana. Pierwsza to Athena Dumbledore, twoja matka. Jest niebezpieczna z tysięcy powodów, które poznasz w swoim czasie. Druga osoba to lord Voldemort – którego nie należy nie doceniać z powodu mojego ostatniego zwycięstwa. Trzecia osoba to lady Voldemort – bo to jest wiedźma, która definiuje destrukcję, która stanowi niebezpieczeństwo zapewne dla siebie samej. Czwartą osobą zaś jest Albus Dumbledore – bo z chwilą, w której on naprawdę uwierzy, że Marvelian jest moim dzieckiem, zrobi wszystko, by go zabić, w mylnym przekonaniu, że robi to dla większego dobra. – Minerwa urwała, by zaczerpnąć powietrza. Louie zmarszczyła czoło, jakby nie wyobrażała sobie, by Albus mógł podnieść różdżkę na dziecko, nieważne czyje.
– Jak zatem zamierzasz przekonać Albusa, że jego podejrzenia nie są prawdziwe? – To było sprytnie zadane pytanie, bo nie wskazywało na kłamstwo za tymi słowami.
– Powiem mu, że Marvelian jest dzieckiem twoim i Assuarina – odpowiedziała Minerwa z prostotą.
Luiza otworzyła szeroko oczy. Jej ślizgoński umysł już widział ogromne zalety tego rozwiązania – Albus zrozumie, dlaczego Marvelian był otoczony całkowitą tajemnicą, ba, zamiast na niego polować, będzie go chronił, jakby był jego wnukiem… może nawet pokocha go jak Luizę. Lecz logika…
– Nie uwierzy, że Assuarin jest ojcem, bo według wieku, powinnam począć Marveliana w Hogwarcie. Szczególnie, jeśli Pomfrey się wtrąci ze swoimi błędnymi trzema groszami.
– Kwestia kilku miesięcy. Data urodzenia w aktach Marveliana nie jest prawdziwa, zadbałam o to. Dumbledore jest romantykiem, będzie w stanie sobie wyobrazić, że szybko zakochałaś się w Assuarinie i urodziłaś nieplanowane dziecko. Uzna za wiarygodne, że to ja chroniłam ciebie, nie ty mnie – wymruczała Minerwa.
– Marvelian nie jest do mnie ani trochę podobny. – Był żal w tym stwierdzeniu. Minerwa delikatnie złapała za podbródek Luizy, by zmusić ją do spojrzenia jej w oczy:
– On jest do ciebie podobny, bo ty jesteś podobna do mnie. Twoje oczy są tego samego kształtu i wielkości co moje, twoja magia koresponduje z moją magią, a twoje wzory krwi są merlinowe – wyszeptała Minerwa.
– Jak to jest możliwe, by Athena Dumbledore była spokrewniona z tobą? – spytała zupełnie cicho Luiza.
Minerwa westchnęła. Czy zdradzić Luizie to, co wiedziała o pochodzeniu Atheny? To pytanie męczyło nauczycielkę transmutacji od dawna. Ostatecznie jednak… nikt tak jak Luiza nie zasługiwał na zaufanie. Wychowała i ochroniła Marveliana, poświęcając Minerwie wszystko – swoją przyszłość, swoje życie.
– Athena nie jest stąd. Pochodzi z alternatywnej przyszłości. Jej nazwisko brzmiało Potter, a wzory dowodzą, że należy ona do moich potomków – zdradziła wreszcie Minerwa. Luiza zareagowała gwałtownie, zrywając się na nogi.
– CO? I ona śmiała wyjść za Albusa, kiedy musiała wiedzieć… ? – Ogromne oczy Luizy napełniały się łzami, ale w swym szoku kobieta nawet nie próbowała ich otrzeć.
– Wiedzieć co? Świat, z którego ona się wzięła, nie jest tym, w którym łączyłoby mnie z Albusem coś więcej. Tak samo jak ten świat. Ani Albus ani ja nigdy nie dowiedzieliśmy się, co czekałoby nas, gdybyśmy byli ludźmi żyjącymi w świecie bez Atheny… ale pewne jest jedno – tamtą mnie i Athenę rozdzielało wiele pokoleń, a jej nienawiść do tamtej Minerwy McGonagall była silniejsza niż wszystko inne – tłumaczyła spokojnie Minerwa.
– Ale przecież to wszystko… czyni mnie kompletną anomalią! Boże, a już myślałam, że nie może być gorzej, gdy dowiedziałam się, że moimi biologicznymi rodzicami są najgorsi czarnoksiężnicy wszechczasów. – Luiza upadła na kolana, przed Minerwą. Starsza czarownica przysunęła się, pozwalając, by Luiza położyła głowę na jej kolanach.
– To nie ma znaczenia. Krew nie krew, stałaś się moją córką. A twe pochodzenie może tylko pomóc nam przekonać Albusa, że Marvelian jest twoim dzieckiem – stwierdziła Minerwa.
– Tak. Assuarin ma ciemne włosy, a twoje oczy … każdy potwierdzi, że geny McGonagallów są nadzwyczaj silne – wymruczała Louie.
– Właśnie, Louie. Jest jeszcze jedna kwestia. Assuarin. – Minerwa ostrożnie uniosła głowę Luizy, by mogły patrzeć sobie w oczy.
– On nie może się z tobą spotkać, bo natychmiast zrozumie, że Marvelian jest twoim dzieckiem, z racji tego, że on wie, iż to nie ja jestem matką. Lepiej byłoby też, gdybyśmy nie widzieli się z Albusem, bo któreś z kłamstw w końcu wyjdzie na jaw. Ja i Assuarin musimy pozostać w ukryciu – wnioskowała Louie z żalem. Pewnie pragnęła, by Minerwa poznała Assuarina, pragnęła utrzymywać kontakt z Minerwą i Albusem.
– Louie, rozumiesz, że każda osoba, która wie o moich powiązaniach z Marvelianem stanowi słabość, na jaką nie mogę sobie pozwolić – powiedziała cicho Minerwa.
– A on sam? Marvelian? Przecież nie możesz liczyć, że przeżyje siedem lat w twojej bezpośredniej bliskości w Hogwarcie i się nie domyśli!
– Ty tak przeżyłaś. Prawda o Athenie i Grindelwaldzie była na wyciągnięcie ręki, a nie sięgnęłaś po nią. Najpierw nie chciałaś jej znać, a potem, kiedy zdradziłam ci, że to ma głębsze dno, bałaś się jej. – Minerwa wiedziała, że te słowa są ostre, ale tego wieczoru nie najlepiej panowała nad swoimi emocjami.
– Tak, ale Marvelian jest odważniejszy. Przecież ma odwagę po tobie – błyskawicznie odparowała Louie.
– Ludwiko. – Gdy tylko Minerwa wypowiedziała jej prawdziwe imię, Louie zamarła, wyczuwając, że za chwilę padną ważne słowa:
– Nieważne, jaki obrót przyjmie moja relacja z Marvelianem, nigdy, przenigdy nie zwrócę go przeciwko tobie. To ty go chroniłaś i wychowałaś. To ty jesteś jego matką. – Minerwa włożyła wiele siły w te słowa – Luiza musiała w nie uwierzyć.
– Tak, przez jakiś czas wszyscy będziemy w to wierzyć, bo to jest prawda odpowiednia dla codziennego poziomu naszych relacji. Ale na tym najwyższym poziomie, na którym możesz operować tylko ty, Dumbledore i zapewne Marvelian, on będzie wiedział, będzie cię kochał… bo ma do dyspozycji magię, która mu na to pozwala. Zrozumie, że porzucenie go, było najwyższym aktem miłości, bo to było konieczne, żeby przeżył – ciągnęła Luiza, z przekonaniem, że chociaż trochę rozumie postępowanie Minerwy. Starsza czarownica uznała, że nie wspomni o tym, że podobny wniosek można było dołączyć do relacji samej Louie z Minerwą i Atheną. Nie, bo Luiza pod żadnym pozorem nie mogła dowiedzieć się o klątwie, jaką została obłożona przez Morrigan.
– Uważasz, że nie jesteś godna operowania na tym poziomie, bo jesteś córką Atheny i Grindelwalda, tak? Zatem skąd pewność, że Marvelian będzie w stanie? Bo jest moim synem? Chyba jest dla ciebie oczywiste, że Albus nie jest jego ojcem! – W tym momencie obie kobiety stały naprzeciw siebie, a ich energia zamieniała się na zmęczenie.
– Minerwo, nie chciałam cię obrazić. – Luiza natychmiast wycofała się, defensywnie.
– Louie, nie myśl, że ja nie jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie zrobiłaś. Ale od teraz, kiedy Marvelian trafił do Hogwartu, jego bezpieczeństwo jest bardziej moją odpowiedzialnością. Wiem, że nie mogę cię prosić, byś się o niego nie martwiła, ale przynajmniej nie przyporządkowuj mu całej swojej egzystencji. Żyj, w ukryciu, ale pełnią swoich pragnień.
– Tak jak ty. Nigdy nie pozwoliłaś, by myśl o przeznaczeniu cię zatrzymała, prawda? Mimo Atheny, ty i Albus…
– Ostrożnie. Lepiej dla niego będzie, jeśli wrócę do Hogwartu z tego spotkania bez wyrzutów sumienia, że powiedziałam za dużo ostrych słów. – Minerwa zmrużyła oczy. Luiza nie kontynuowała tematu.
Rozmawiały jeszcze godzinę. Luiza miała kilka pytań o swoich rodziców, o przyszłość, o fundusze, o przewrót obalający Voldemorta… Minerwa odpowiadała z perfekcyjną ostrożnością, zręcznie manewrując między niebezpiecznymi terytoriami kłamstw szytych grubymi nićmi.
A kiedy nadszedł dla nich czas rozejścia się, wzniosły się ponad rezydencję na smoczym grzbiecie i poszybowały na zachód. Kilka kilometrów poza strefą powietrzną nad włościami McGonagallów z grzbietu smoka uleciał kruk, kierując się na północ. Minerwa pochyliła się nisko, gdy przelatywali nad mugolskimi wioskami, prawie przywierając do szyi smoka.
Była już bardzo zmęczona, a wciąż musiała jeszcze zmierzyć się z Albusem.
Smok wylądował na polanie w Zakazanym Lesie – nie było niebezpieczeństwa, by ktokolwiek w zamku go zauważył. Minerwa poleciła potężnej bestii się posilić, a sama zmieniła się w chimerycznego orła i wzbiła w powietrze, by wylądować na parapecie swojej sypialni. To w dyrektorskiej wieży wciąż paliło się światło, wieża Gryffindoru była całkowicie zaciemniona. Minerwa cieszyła się, że ich układ póki co funkcjonował tak dobrze – że Albus absolutnie nie próbował naruszać jej prywatności, że nie zakładał niczego, a jej komnaty pozostawały strefą, w której mogła czuć się naprawdę swobodnie – sama ze sobą i ze swoimi tajemnicami. On nigdy nie zjawiał się tu niezapowiedziany. Nigdy nie czekał na nią, ale też tego nie oczekiwała. Zaproszenie – było coś wzruszającego w myśli, jak je cenił.
Pozwoliła więc sobie wziąć kąpiel i uszykować materiały na jutrzejsze pierwsze lekcje. Nie ubierała się z powrotem w dziennie szaty – na bieliznę narzuciła satynową, zieloną koszulę nocną, którą ukryła pod tartanowym szlafrokiem. Nie rozpuściła włosów – wciąż były w ciasnym koku. Rok szkolny się zaczął. Bez względu na wszystko, ona musiała pozostawać o późnej porze w wieży Gryffindoru, na wypadek, gdyby coś działo się z uczniami.
Nabrała szczyptę proszku Fiuu i dmuchnęła go w pusty kominek w swoim salonie, a potem cofnęła się i zajęła swój ulubiony fotel. Przywoływała herbatę, gdy w kominku pojawiły się zielone języki płomieni. Albus Dumbledore wynurzył się z nich, wciąż ubrany w szaty z uczty. Na jego nosie spoczywały okulary połówki – musiał czytać albo pisać, kiedy go zaprosiła.
– Czekałeś. – Wskazała mu fotel naprzeciw, ignorując jego spojrzenie na dwuosobową kanapę.
– Kiedy powiedziałaś, że porozmawiamy w nocy, wiedziałem, że możesz wrócić nawet nad ranem. Chcesz się podzielić tym, co zaabsorbowało twój wieczór, czy wolisz byśmy od razu przeszli do sprawy naszego tajemniczego, potężnego ucznia o pięknym imieniu i rosyjskim nazwisku? – Oczy Albusa zamigotały zza okularów. Mimo lekkiego tonu, Minerwa doskonale wyczuwała poważny podtekst.
– Rozmawiałam z matką Marveliana – wypaliła prosto z mostu. Gdyby kluczyła, Albus zacząłby coś podejrzewać. A tak, otworzył szeroko oczy i zapadł się w fotelu, zaskoczony.
– Minerwo, kim jest ten chłopiec? – spytał wreszcie, jednocześnie pragnąc poznać odpowiedź i obawiając się jej. Odłożył okulary, przez co jego spojrzenie było jeszcze bardziej świdrujące.
– To syn Louie Grindelwald i Assuarina Zenaidov – odpowiedziała Minerwa, patrząc mu prosto w oczy. Przez myśl jej przeszło, że kiedyś być może nie będą nazywać jej arcymistrzynią transmutacji, ale arcymistrzynią kłamstw.
– Assuarina… nie, Louie… niemożliwe… ach, nie przejrzałem akt Marveliana. – Czarodziej potrząsnął głową, zły na siebie.
– Odkryjesz w nich, że został poczęty już po tym, jak Louie opuściła Hogwart. Rozumiesz teraz potrzebę odseparowania Louie od naszej niebezpiecznej społeczności na długie lata? – Minerwa upiła łyk, krzywiąc się na gorzki smak melisy. Różdżką przywołała fiolkę z esencją z kwiatów czarnego bzu i wlała do herbaty kilka kropel. Albus długo analizował jej słowa, podczas gdy Minerwa rozkoszowała się odpowiednio słodkim smakiem herbaty.
– Jest niesamowicie potężny. Nauczenie go kontroli nie będzie łatwe, ale chyba tylko my jesteśmy w stanie to zrobić. Szczególnie, że odniosłem wrażenie, iż to twoja sygnatura stanowiła katalizator dla jego magii dzisiaj. Ile on o tobie wie? – spytał czarodziej. Minerwa uniosła kąciki ust:
– Marvelian nie wie o mnie nic. Louie wychowywała go z dala ode mnie, bo tak było bezpieczniej. Dzisiaj widziałam go pierwszy raz od czasów, kiedy był niemowlęciem –wyjaśniła czarownica. Albusowi nie umknął ani smutek w jej głosie, ani w jej oczach, ani ten promieniujący przez vinculum.
– Miłość, Minerwo. Nie miałbym jej tyle w sobie, by wypuścić Louie i jej dziecko, gdybym wiedział. Przewidziałaś to, znając mnie na wylot, i zapobiegłaś, jednocześnie wiedząc, że poradzę sobie z tym później, w odpowiednim czasie. A ty… zawsze byłaś silna, nigdy nie zeskoczyłaś z tego duchowego poziomu odczuwania. Ale to i tak musiało być dla ciebie trudne. – Albus ubierał swoją mądrość w słowa. Albo była to raczej mądrość Minerwy, powołana do życia lata wcześniej.
– To było trudne, Albusie. A widzieć go dzisiaj, tutaj… ze świadomością, że najlepiej dla niego będzie, jeśli pozostanę surową profesor McGonagall… że on najwyżej może być kardynałem mojej Gildii… to boli bardziej, niż się spodziewałam – wyznała, nachylając się tak, że mogła wyciągnąć do niego dłonie, które on ujął ze współczuciem – ich twarze blisko siebie, przekazując sobie całe współczucie, jakie mogli wskrzesać.
– Dlaczego jednak Marvelian zaatakował mnie? To nie było bez znaczenia – spytał Albus, gdy już zabrała swoje dłonie i sięgnęła znów po herbatę.
– Mam pewną teorię. Widzisz, ja mogę być katalizatorem dla jego mocy, bo on w ten dziwny sposób jest moim potomkiem. Co jednak nie pasuje do prawideł magii… to vinculum pomiędzy tobą a mną. Ta stała część twojej mocy, która spoczywa we mnie, jawi się magii Marveliana jako intruz, jako zaburzenie porządku wtłoczonego w jego krew przez Athenę. Podświadomie jego energia wyczuwa, że to pochodzi od ciebie, czyniąc cię celem ataku – objaśniała, gestykulując żywo.
– Interesująca teoria. Zapewne masz rację – odpowiedział, splatając palce. Minerwa pomyślała o tym, że częściowo to była prawda – Marvelian zaatakował Albusa z powodu vinculum, ale chodziło raczej o fakt, że magia chłopca wyczuwała, iż jego prawdziwa matka była związana z mężczyzną, który nie był jego ojcem.
Tak jak vinculum było zbyt esencjonalnie dobre, by zagrozić Marvelianowi, kiedy Minerwa była w ciąży, tak mroczna natura pochodząca od Toma nie widziała zapewne żadnych barier w ranieniu Albusa.
Milczeli, w swoim towarzystwie, dzieląc tak wiele, ale jednak nie wszystko. Sekrety, kłamstwa, tajemnice… Minerwa nie miała pewności, ile z nich vinculum będzie w stanie znieść. Czyż to nie one były rdzą, przeżerającą metal ich łańcucha miłości?
Jednocześnie unieśli głowy, patrząc sobie w oczy. Nie było ważne, które podniosło się pierwsze, ale i tak wreszcie stali przed sobą, jej oczy wzniesione w spojrzeniu ku niemu. Obydwoje walczyli z impulsem, zamiast tego pozwalając tej chwili trwać. Albus wolno, nieśpiesznie uniósł dłoń, by pogładzić jej policzek. Przechyliła głowę, napawając się ciepłem jego palców. Jej dłonie już sunęły w górę po jego ramionach, a każde delikatne muśnięcie, nawet przez szaty, wywoływało w nim dreszcz. Zrobiła krok do przodu – jedną rękę zanurzyła w jego wciąż kasztanowej brodzie, drugą oplotła szyję. Palce na jej policzku przesunęły się ku skroni, a druga ręka czarodzieja z jej talii powędrowała ku szyi – opuszki palców kreśliły miniaturowe okręgi.
– Och, Minerwo. Zbyt długo. Zbyt długo – wyszeptał, pochylając się i zatrzymując centymetry od jej twarzy.
– Tak. Ale wiesz, że…
– To było konieczne?
– Nie, że bardzo cię kocham – wyszeptała. Uśmiechnął się, jego oczy zamigotały, gdy pochylił się, by ją pocałować.
Tysiące fajerwerków zdawało się wybuchać wokół nich, a może tylko pod jej powiekami, Minerwa nie była pewna. Ale jedno nie pozostawiało wątpliwości – to jak całował ją Albus… było nie do porównania z niczym innym. Uczucie spełnienia, pewność co do własnego bezpieczeństwa, satysfakcja związana z wyciszeniem tęsknoty, poddanie się pragnieniom konsumującym ją od bardzo dawna… nieziemskie.
Miał zupełnie miękkie, ciepłe wargi, które doskonale wiedziały, w jakim rytmie przesuwać się po jej ustach, by zyskać dostęp… Roztapiając się pod wpływem ciepła, pulsującego w obu ich ciałach, Minerwa rozchyliła swoje wargi, pozwalając by ich języki zatańczyły razem w zmysłowym tańcu.
Jęknęła, nie mogąc już dłużej powstrzymywać pożądania, wzmacnianego przez pobrzękujące śliczną melodią vinculum. Gwałtownie zarzuciła mu ręce na szyję, przywarła do niego całym ciałem i oplotła go nogami. Ledwie odrywając od niej swoje wargi, zachichotał, niosąc ją w stronę sypialni.
Chciała jak najszybciej zdjąć z niego szaty, szarpiąc z frustracją za guziki, ale złapał ją za nadgarstki, które unieruchomił na wysokości jej głowy. Nie próbowała ich wyrwać, więc na chwilę stali nieruchomo – jej łydki oparte o łóżko, ręce uniesione teatralnie, głowa naturalnie ciążąca ku niemu, ku jego pocałunkom.
Mogła policzyć te wszystkie iskierki w jego oczach, chociaż migotały zupełnie szybko, ale w rytmie z pulsującym pragnieniem obudzonym w jej ciele. Podejrzewała, że jej własne oczy musiały pociemnieć z pożądania, że ze szmaragdu zamieniają się w zieleń, której odcienia nie szło opisać… jakby źrenica zawężała się w kocią, a tęczówka była podświetlona od wewnątrz.
Znów to robili. Znów oglądali się oczami drugiego, dostrzegając szczegóły, których nie mogliby odkryć sami. Albus widział jak jego blask przyciąga ją niczym świeca ćmę. Minerwa widziała jak jej enigma fascynuje go, że jest wciąż gotów odkrywać więcej i więcej. Głębia łączącego ich uczucia… te cząsteczki czystej miłości, okrywające vinculum… a przecież tej nocy mieli za sobą dopiero jeden dłuższy pocałunek. Ubrania wciąż okrywały ich ciała, ku frustracji Minerwy… potrzebowała go od tak dawna…
– Powoli, kotku. Przecież masz mnie na zawsze, na wieczność – wyszeptał Dumbledore, wypuszczając jej nadgarstki i obserwując jak długie ręce opadają swobodnie wzdłuż ciała. Uniosła brew, w ten jednocześnie surowy i prowokacyjny sposób. Pocałował ją po raz kolejny, w tym samym czasie uwalniając jej włosy z koka. Oderwał się od niej na chwilę, by patrzeć jak czarna kaskada opada na jej plecy. Mimowolnie oblizał wargi, a potem wstrzymał oddech, gdy Minerwa sięgnęła do paska kraciastego szlafroka, a jej zręczne palce szybko rozsupłały wiązanie. Westchnął, gdy kusząco i nieśpiesznie zrzuciła z ramion tartanowy materiał, który rozlał się u ich stóp.
– Ach, bogini – wymruczał, kiedy całymi dłońmi przesunęła po satynowym materiale koszuli nocnej, nie pozostawiającej wiele dla wyobraźni. W dół, po śliskim materiale, w kierunku bioder, a potem w górę, nie omijając krzywizn piersi, by wreszcie unieść ręce ponad głowę. W mig pojął jej intencję i schylił się by złapać za rąbek koszuli, po drodze ,,przypadkiem" zostawiając delikatny pocałunek na jej ustach. Dłonie maga nieugięcie ciągnęły materiał w górę, aż wreszcie koszula nocna została w kłębku odrzucona pod same drzwi.
Roześmiał się srebrzyście na widok jej cudownie zmysłowej, białej, koronkowej bielizny.
– To nie mogło być zbyt proste, prawda? – spytał, wodząc wzrokiem po jej sylwetce.
– Och, wiedziałam, że bardzo za tym tęskniłeś. Za rozbieraniem mnie – odpowiedziała głosem ciężkim od szkockiego akcentu, który rozpalał jego zmysły do czerwoności.
Zanim jednak sięgnął do białej koronki, ostatniej warstwy skrywającej jej ciało, Minerwa prześlizgnęła się obok niego z kocią gracją, zmuszając go półobrotu. Albus nie protestował, gdy pchnęła go na łóżko, a potem pochyliła się przy nim, przesuwając palcami po jego szatach, w miejscach strategicznych szwów. To była cudowna magia bezróżdżkowa, fastrygi łączące połacie materiału puszczały, obnażając go.
– Lepiej, lepiej – szeptała Minerwa, wreszcie zadowolona, że może dotykać jego nagiej skóry. W takich chwilach, była gotowa bić pokłony przed magią w ich krwi, która wyśmienicie konserwowała ich ciała – on miał lat dziewięćdziesiąt, ona prawie pięćdziesiąt – a wyglądali i funkcjonowali jakby byli trzy dekady młodsi.
– Minnie, moja najpiękniejsza czarownico, chyba rzuciłaś na mnie urok. – Albus przyciągnął ją do siebie. Usiadła na jego kolanach, rozchylając nogi i sięgając ustami do jego ucha:
– Albusie, mój przystojny czarodzieju, chyba mnie zaczarowałeś – wymruczała. Zaraz jęknęła, bo jego ręce już używały koronkowego materiału bielizny na jej niekorzyść.
Vinculum, to musiało być vinculum, tak myślała Minerwa, gdy sam jego dotyk był w stanie doprowadzić ją na skraj. W jakiś sposób to było tak odkrywcze i zaskakujące jak jej pierwszy raz z nim, ale z drugiej strony cudowniejsze, dojrzalsze i głębsze. Bo kiedy oboje byli już zupełnie nadzy i żadne nie było w pozycji siły, a ich oczy zafiksowane na oczach tego drugiego, magia, istniejąca pomiędzy nimi pozwalała wznieść się ponad wszystko. Dla Albusa, to było jak osiągnięcie wewnętrznej równowagi, harmonii, której tak mu brakowało, przez ostatnie jedenaście lat. Dla Minerwy, to było oczyszczenie, zmycie z siebie całego brudu nagromadzonego przez cały okres rozłąki.
Dla vinculum, to było jak ponowne wyżarzanie. Łańcuch przyciągnął ich do siebie. Dłonie Albusa błądziły po całym ciele Minerwy, a jej palce eksplorowały jego mięśnie, podczas gdy ich usta łapczywie pieściły tyle skóry, ile tylko się dało.
– Albusie, potrzebuję… ciebie… – Minerwa wiedziała, że przy obecnym stanie pobudzenia, niewiele trzeba było…
– Jak sobie życzysz, kotku.
Ich westchnienia zlały się w jedno razem z ich ciałami. Na przemian przywierali do siebie jak największą powierzchnią skóry, by odsuwać się, żeby ujrzeć wyrazy czystej rozkoszy na swoich twarzach… i znów, w rytmie coraz szybszym, aż brakowało im tchu, ale magia pozwalała im nie przestawać… tylko czuć więcej i więcej… aż rozbłyśli, ona i on jako całość, jako jedno, jako magowie powiązani jaśniejącymi ogniwami wiecznego łańcucha miłości.
