1972
Alberwan zerknął na kobietę, która szła, kołysząc biodrami, jej ręka w jego dłoni. Tak, powinien patrzeć na nią częściej, by wszyscy wokół uwierzyli, że są parą, że są po prostu zakochanymi, który uciekli z niepewnej Wielkiej Brytanii i spacerują główną ulicą akwitańskiej wioski. Sama Bellatriks grała wyśmienicie – jej włosy nie w falach, a w ujmujących sprężynkach, osłaniających ciężkie powieki, ale nie zakrywających jej dziwnie ujmującego uśmiechu.
Zdumiewające, że podróżowali już ponad pół roku po całej Europie, szukając Nagini i Artemizji. Oczywiście, dzień bez kłótni nie istniał, ale poza tym… Alberwan nie czuł się zupełnie źle w towarzystwie Bellatriks. Była inteligentna, sprytna i jej determinacja dorównywała jego własnej. Jednocześnie jej okrucieństwo, brak litości i obcesowość napawały go odrazą.
– Jesteś pewien, że byłyby tak nieostrożne? – spytała czarownica, gdy wyminęli ostatnie domy po prawej.
– Matka nie, ale jeśli rzeczywiście jest sparaliżowana, to mogła nie być w stanie zabrać Nagini do którejś z naszych sekretnych kryjówek. A Nagini musi być przyparta do muru, stąd jej nieostrożność – odpowiedział, wspominając artykuł, który stanowił ich jedyny trop, pierwszą wskazówkę po wielu miesiącach poszukiwań.
,,Atak wielkiego węża na żonę Pierre'a Delacour. Nieznana czarownica ratuje francuską arystokratkę, a wdzięczny czarodziej zapewnia tajemniczej wiedźmie dach nad głową."
– Jeśli nasze poszukiwania okażą się owocne, to będzie naprawdę szczęśliwy traf. Delacour to jeden z tych czystokrwistych, który jest właścicielem połowy Akwitanii! – mruknęła Bellatriks. Alberwan pokiwał głową, mocniej ściskając jej dłoń, gdy za zakrętem w lewo odbijała ledwie widoczna ścieżka, a w oddali majaczył dach skromnej chatki.
Nieokazały płotek może i nie stanowił przeszkody, ale zaklęcia ochronne, jakimi był naszpikowany, już tak. Niemniej jednak zarówno Alberwan, jak i Bellatriks byli biegli w tego typu magii. Alberwan nauczył się tego od matki, a Bellatriks od Nagini. Bariery postawione przez którąkolwiek z nich nie mogły stanowić problemu nie do przejścia.
Gdy już byli pewni, że zajęli się wszystkim, podeszli do niskich drzwi, z różdżkami w pogotowiu. Popatrzyli po sobie – żadne z nich nie wiedziało, czego się spodziewać i czy opuszczą ten domek wciąż jako sojusznicy, czy już jako wrogowie.
– Alohomora – powiedział Alberwan.
Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. Alberwan i Bellatriks jednocześnie weszli do środka, ocierając się o siebie w wąskiej futrynie. Naprzeciw nich stała kobieta, której szukali, z rękoma na biodrach i irytacją na twarzy:
– Myślałam, że znajdziecie mnie szybciej. Że nie będę musiała ryzykować. A tak, francuscy aurorzy zaraz tu będą, bo Flammelowie zbyt blisko monitorują Francję, by nie wychwycić informacji o ,,wielkim wężu" – warknęła Nagini.
– Co mamy robić? – Alberwan pierwszy otrząsnął się z szoku. Bellatriks wciąż trwała nieruchomo, wpatrując się w Nagini.
– Zabierz matkę do jakiejś kryjówki. Ja i Nagini zostaniemy, by upewnić się, że nie znajdą śladów bytności twojej matki tu. Jak nie wrócisz po nas w ciągu pół godziny, ewakuujemy się – zasyczała Nagini.
– Gdzie ona jest? – Alberwan wiedział, że zasypywanie jej pytaniami nie ma sensu. I tak cudem było, że on i Bellatriks dostali się tu prędzej niż francuscy aurorzy.
Nagini wskazała im gestem, by poszli za nią. Alberwan jęknął, widząc zupełnie nieruchomą matkę, spoczywającą na wysokim łóżku.
Artemizja ubrana była w luźną, białą koszulę nocną, przez którą było widać, jak bardzo schudła. Skóra i kości, a że matka zawsze była drobną kobietą, teraz wyglądała jak trzy ćwierci do śmierci. A fakt, że nie oddychała… jakby była martwa. Lodowato niebieskie oczy otwarte, pełne zaklętego strachu, podobnie otwarte usta, jakby w urwanym okrzyku. Blond włosy były suche i zniszczone.
– Och, matko… – Alberwan położył dłoń na policzku sparaliżowanej czarownicy. Czuł jej magię, podtrzymującą te nieugięte iskierki życia.
– Zgodnie z zaleceniami w Petit Saltpetriere podawałam jej mikstury odżywcze, ale nie wiem jak długo ona może na tym ciągnąć. Pospiesz się, a ja i Bella zwiniemy łóżko i zbierzemy eliksiry – powiedziała Nagini, nie bez współczucia, kiedy Alberwan spojrzał na nią oczami pełnymi łez.
– Wrócę po was – obiecał Alberwan, wsuwając ręce pod wiotkie ciało matki. Nagini machnęła ręką, a Bellatriks zacisnęła usta, nie spuszczając wzroku z twarzy Artemizji… pewnie zastanawiając się, kim ona jest dla Nagini.
Alberwan przyciągnął do siebie ciało matki, zdruzgotany tym, jak lekka była i naginając bariery antyteleportacyjne rzucone przez Nagini na dom, teleportował się natychmiast do jednego z sekretnych domów, którego używał z matką podczas ich tułaczego trybu życia. Ten był wciąż blisko Francji, ale w północnej Hiszpanii, nie powinni być tu ścigani przez francuskie ministerstwo magii.
Dom wyglądał na wyraźnie zaniedbany, nieużywany od wielu lat. Alberwan prędko transmutował zakurzony stół w wygodne łóżko – bowiem to, co było łóżkami już nie nadawało się do użytku zgodnie z przeznaczeniem. Położył na nim matkę, myśląc, że jej przerażone, zastygłe spojrzenie będzie go prześladować tak długo, aż nie znajdzie przeciwzaklęcia dla klątwy trawiącej jej ciało. Następnie prędko zaczął rzucać zaklęcia ochronne na dom i jego bezpośrednie otoczenie. Za parę dni będą musieli zmienić znów miejsce pobytu, ale to musiało wystarczyć chociaż na tyle, by zdążył porozmawiać z Nagini. Rzucił czar determinujący czas – wciąż miał kwadrans. Ucałował policzek matki, zastanawiając się nad niesprawiedliwością losu… teraz, kiedy najbardziej potrzebował odpowiedzi, ta kobieta, jedyna, która znała je wszystkie, nie mogła ich udzielić.
Kiedy znów pojawił się w francuskiej chatce, walka już trwała. Nagini genialnie sobie radziła z utrzymywaniem drzwi, jej różdżka śmigała szybko. Bellatriks usiłowała utrzymać okna, ale to nie było łatwe, bo w drugiej ręce trzymała torbę z pobrzękującymi fiolkami. Alberwan przez chwilę trwał w bezruchu, obserwując jak śmierciożerczyni bez wahania używa Niewybaczalnych Klątw. Praktycznie żyjąc bezpośrednio w towarzystwie Bellatirks przez ostatnie miesiące, łatwo było zapomnieć, że ta młoda czarownica nie miała skrupułów przed torturami i zabijaniem.
– Bellatriks! – Alberwan powalił czerwonym promieniem Drętwoty jednego z aurorów za oknem i doskoczył do ciemnowłosej wiedźmy.
– Szybko, do Nagini – powiedziała, nie porzucając skupienia. Alberwan złapał torbę z miksturami i podążył ku korytarzowi, w którym już trwała walka.
Magowie w granatowych szatach posyłali ku Nagini urok za urokiem. Alberwan wiedział, że nie powinni widzieć jego twarzy, że wieść o dawnym nauczycielu transmutacji i (miał nadzieję) przyjacielu Dumbledore'a w towarzystwie dwóch śmierciożerczyń nie mogła dotrzeć do Wielkiej Brytanii. Dlatego zmienił się w swoją animagiczną formę – Bellatriks przeskoczyła nad kugucharem i zabiła jednego z aurorów. Kiedy młodsza kobieta złapała za rękę lekko ranną Nagini, Alberwan doskoczył do nich, zmienił się i w tej samej sekundzie teleportował się, a je ze sobą.
Opadli tuż przy trwającej nieruchomo na łóżku Artemizji. Alberwan ostrożnie trzymał torbę pełną fiolek z eliksirami, z kolei Bellatriks natychmiast podtrzymała Nagini.
– Ona jest ranna! – W głosie Bellatriks wybrzmiała rzadko słyszana panika.
– Kilometr za domem jest wioska, znajdź coś do jedzenia, a ja ją uleczę – powiedział Alberwan zmęczonym tonem. Chciał porozmawiać z Nagini sam na sam.
– Żartujesz? Nie zostawię jej, nigdzie się stąd nie ruszam! – zaprotestowała Bellatriks.
– Rób co mówi, Bello. Nie dam się porwać, a jak on zdecyduje się zabrać matkę i odejść, to zaczekam na ciebie – zapewniła ją Nagini, delikatnie wyswobadzając się z uścisku swej dawnej uczennicy.
– Ale… Czarna Pani… mój ślub… – Bellatriks rozpaczliwie błagalnym wzrokiem spojrzała na swoją mentorkę.
– Muszę porozmawiać najpierw z Alberwanem, Bello. Proszę, nie utrudniaj. – Dopiero ta prośba zmiękczyła Bellatriks. Młoda kobieta wyszła, trzaskając drzwiami. Alberwan rzucił kilkanaście zaklęć tłumiących podsłuch i podszedł do Nagini, by uleczyć jej rany. Zatrzymał się, widząc jak ona otwiera usta i delikatnie masuje jeden z dwóch wężowych kłów, które wysunęły się z jej górnej szczęki.
– A więc… Malediktus, Nagini? – Alberwan nie wiedział jak się zachować, szczególnie, że Nagini przymknęła oczy z wyraźną ulgą. On sam pozwolił sobie na nią dopiero kiedy kły zniknęły.
– W kłach mam resztki eliksiru, który umożliwia mi pozostawanie w ludzkiej postaci – odpowiedziała, kiedy zaczął mruczeć lecznicze zaklęcia nad jej ramieniem.
– Na ogon Pierzastego Węża, Nagini, masz mi mnóstwo do opowiedzenia. – Alberwan uniósł jej nadgarstek i machnięciem różdżki przywołał bandaże.
– Ile Athena ci powiedziała?
W tym momencie Alberwan zacisnął bandaż na nadgarstku Nagini tak mocno, że ta aż zasyczała. Ale jego umysł nawet tego nie odnotował. Zamiast tego usiłował bezskutecznie wmówić samemu sobie, że się przesłyszał, że to nie może być…
– Athena? – spytał słabym głosem. Nagini spojrzała na niego z troską, aż wreszcie na jej twarzy pojawił się szok i częściowe zrozumienie:
– Ona nie powiedziała ci zupełnie nic, prawda? Zostawiła cię, gdy zacząłeś zadawać pytania… kwitnące wiśnie… nawet nie zdradziła ci kim jest, ani tym bardziej, kim ty jesteś…ach… – Nagini zadrżała, unosząc obie ręce i przyciskając do skroni.
– Nagini, czy moja matka to … Athena Dumbledore? – Nawet nie wiedział, gdzie znalazł odwagę, by zadać to pytanie.
Z oczu Nagini uciekło kilka łez, gdy rzekła:
– Wierzę, że kobieta, która tutaj leży używała tego imienia i uzyskała to nazwisko przez małżeństwo, ale czy ona jest twoją matką… tego nawet ja nie mogę być pewna – oświadczyła cicho Nagini.
Alberwan przysiadł na podłodze, chowając twarz w dłoniach. Wszystko, co wiedział o Athenie Dumbledore ani trochę nie nakładało się na obraz kobiety, którą zwał matką. Owszem, może nie wiedział wiele, bo nie pytał w Wielkiej Brytanii o przeszłość, ale na to nie szło się tam uodpornić – zgnilizna sięgająca czasów wojny z Grindelwaldem prześladowała tamtą społeczność do samego szpiku.
– Ja wiem, że trudno w to uwierzyć. Ale Athena ma dwie twarze. Jedna to ta, którą znasz ty, którą pamiętam ja, w której zakochał się Dumbledore. A druga to ta, która pozwalała jej mordować, która popchnęła ją do Grindelwalda, a która wreszcie wpędziła ją w szaleństwo – wytłumaczyła Nagini z troskliwą cierpliwością.
– W szaleństwo? – Alberwan był tak rozdarty przez swoje emocje, że mógł tylko pytać, chociaż wiedział, że odpowiedzi będą boleć. Bardzo.
– Może zacznę od początku? – Nagini z czułością odgarnęła kasztanowe włosy z jego twarzy.
Opowiedziała mu jak Athena, z nim jako malutkim dzieckiem uwolniła ją w Korei z rąk magów wykorzystujących jej klątwę. Szukała wtedy swojej córki, Louie, która została porwana przez złą wiedźmę Morrigan. Nagini nie znała do końca powodu, dla którego Morrigan porwała Louie, ale wszystko sprowadzało się do zemsty na Minerwie McGonagall, której babka, Theresa, zabiła brata Morrigan, Mordreda. Kiedy Alberwan miał około czterech lat, Athena i Nagini odnalazły Morrigan, która zgodziła się wydać Louie w zamian za Malediktusa. Nagini poświęciła się – Alberwan miał jakieś przebłyski tamtej sceny. Kiedy Nagini przerwała swoją opowieść, by wypić szklankę wody, Alberwan wtrącił:
– Louie żyła z nami do 1952 roku, gdy nagle zniknęła. Mama nigdy więcej o niej nie wspominała, a kiedy pytałem, zbywała mnie. Przed tym, jak mnie porzuciła, powiedziała, że Louie umarła, obłożona klątwą Morrigan. – Jego ręce się zatrzęsły, gdy przypomniał sobie kobietę w szpitalu i słowa Albusa, informującego ją, że jest dzieckiem Atheny i Grindelwalda.
– Okłamała cię. Louie była obłożona klątwą, ale taką, która wymagała posłania jej do Hogwartu, gdzie miała rozwinąć więź z McGonagall. Morrigan planowała zabić Louie, by zadać ból i zemścić się na Szkotce – uważała to za jedyny sposób, bo wierzyła, że Minerwa nie ma dzieci, a Louie pokocha jak córkę. Athena porzuciła więc córkę, ale tylko dlatego żeby ją chronić i uratować. Wydaje mi się, że użyła na niej wyjątkowo silnego zaklęcia zapomnienia. – Każde słowo Nagini jawiło się jako kompletnie nieprawdopodobne. Alberwan chciał krzyczeć, chciał przeklinać matkę – jak mogła… porzucić Louie…
– Nie zrobiłaby tego, gdyby nie była do tego zmuszona. Jestem pewna, że szukała sposobu na przełamanie klątwy, ale Morrigan była wiedźmą, której wiedza w zakresie klątw przewyższała nawet wiedzę Atheny. – Nagini położyła dłoń na ramieniu Alberwana, usiłując go pocieszyć. Jednocześnie podjęła opowieść.
Wytłumaczyła mu, jak Morrigan zmodyfikowała jej malediktusową klątwę oraz jak udało jej się uciec. Zrelacjonowała swoją podróż po Europie i odkrycie, kim tak naprawdę była Athena, wiedźma, która ją kiedyś wyrwała z niewoli. Nagini nie ukrywała swojej natury, otwarcie powiedziała, że Voldemort i jego zdolność rozmawiania z wężami ją zaintrygowały. Wyjaśniła, że lady Voldemort przygotowywała jej miksturę umożliwiającą pozostanie w ludzkiej formie, a Nagini wypełniała jej rozkazy, między innymi spędzając cztery lata w Hogwarcie.
– Nie miałam pojęcia, ile Dumbledore wie o tym wszystkim, ale zakładałam że niewiele, kiedy się spotkaliśmy wtedy w zamku. Dlatego nic nie zdradziłam, ale byłam przeszczęśliwa, bo okazało się, że przeżyłeś. – Jej skóra nawet w ludzkiej postaci miała wężową fakturę, odnotował, gdy pogładziła go po policzku.
– Wybrałaś się wtedy na poszukiwania matki… Atheny? – spytał Alberwan, wspominając ich dziwaczną rozmowę na hogwardzkim korytarzu, z czujnie obserwującym ich Dumbledore'm. Dyrektor nigdy nie zapytał Alberwana o relacje z Nagini, ale Alberwan wątpił, by o tym zapomniał.
– Tak, ale na rozkaz lady Voldemort. Czarna Pani pragnęła za pomocą moją i Atheny pozbyć się Morrigan, z którą chyba miała osobiste porachunki, a potem wykorzystać Athenę w walce przeciwko Dumbledore'owi.
Alberwan czuł, że głowa pęka mu od nadmiaru informacji, z kolei Nagini też wyglądała, jakby walczyła z paskudną migreną, ale ciągnęła dalej:
– Znalazłam Athenę w szpitalu w Paryżu. Oszalała. Nie mogli sobie dać z nią rady, ale jej nie rozpoznali. Wszystko co zrobiła, chyba wreszcie ją dopadło, a utraciła wszystkich, o których dbała – Louie i ciebie. To był cień czarownicy, Alberwanie. Tylko obiecując jej, że w ten sposób wybawimy Louie, przekonałam ją, byśmy pomogły Czarnej Pani. Ale ona nie odzyskała jasności umysłu – nie zdradziła mi nic ani o tobie, ani o swojej przeszłości. – Smutek sprawiał, że nawet syczące głoski brzmiały miękko.
– Ona wspomniała o klątwie… która wiązała mnie z nią. Że kiedy nie byłem blisko niej, widziała swojego bogina, że to nie dawało jej spokoju. Myślę, że to mogło pogorszyć jej stan. Merlinie, a ja to zbagatelizowałem, zły, że mnie porzuciła, tłumacząc sobie, że gdyby to było nie do zniesienia, nie zostawiłaby mnie. – Alberwan ukrył twarz w dłoniach, gdy zalało go poczucie winy.
– To była jej decyzja, a ty nie wiedziałeś, nie możesz się obwiniać. – Nagini chyba chciała, żeby to brzmiało jak pociecha, ale do Alberwana nie trafiało.
– McGonagall pokochała Louie jak córkę i zabrała ją ze sobą, kiedy opuszczała Hogwart, prawda? – spytał cicho, przed oczami mając obraz blondynki zaplatającej czarny warkocz potężnej czarownicy.
– Tak. Morrigan wiedziała o tym, Czarna Pani obmyśliła więc plan, jak zastawić na nią pułapkę. Ja wypiłam Eliksir Wielosokowy z włosem Louie. Tuż przy granicy posiadłości McGonagallów rozpoczęła się walka, pomiędzy mną, Czarną Panią, Atheną, a Morrigan. Straciłam na moment przytomność, pojawił się Dumbledore… – Kiedy Nagini urwała, by nabrać powietrza, Alberwan spytał:
– To musiało być wtedy, kiedy Voldemort zaatakował Hogwart. – Doskonale pamiętał, jak Dumbledore nagle zniknął, zostawiając ich samym sobie, jak Alberwan musiał walczyć i zwyciężać, by ostatecznie ochronić uczniów i Hogwart przez masakrą.
– Tak, Czarna Pani pomyślała o wszystkim. To ona zabiła Morrigan. Chciała też doprowadzić do konfrontacji Atheny z Dumbledore'm, ale on nie był w stanie jej zabić. Wtedy Athena zdradziła Czarną Panią, atakując ją…, ta rzuciła na Athenę paraliżującą klątwę… chciała ją zabić… lecz złapałam ją i uciekłam. Miałam jeszcze spory zapas mikstury, ale oszczędzałam ją. Usiłowałam uzyskać pomoc dla Atheny, próbowałam różnych szpitali, tylko nie w Europie, oprócz Paryża… nie chciałam, żeby Czarna Pani nas odnalazła. Na nic, każdy uzdrowiciel twierdził, że ta klątwa to czysta czarna magia, że to coś gorszego niż to, co kiedyś spotkało Theresę McGonagall z różdżki Grindelwalda. – Łzy znów uciekały z nieco skośnych oczu Nagini.
– Słyszałaś o przewrocie? – Alberwan czuł jak powoli ogarnia go poczucie beznadziei.
– Oczywiście. Nie byłam zdziwiona – Rebbeca zawsze była głupsza… ciąża z Czarnym Panem… a Czarna Pani nie toleruje dziwek. Szkoda tylko, że to Rachel zginęła. Była dobra dla mnie. Niemniej jednak, przypuszczałam, że jeśli Bellatriks się uratowała, a McGonagall wróciła do Hogwartu, to któreś z was będzie próbowało mnie znaleźć. Nie sądziłam tylko, że odkrycie tropu Delacour'a zajmie wam tak dużo czasu – zakończyła swoją długą historię Nagini.
Alberwan nawet nie wstydził się własnych łez. To było zbyt wiele. Kobieta, która go wychowała, to tak naprawdę Athena Dumbledore? Louie żyła, ale jako przybrana córka McGonagall, bo Morrigan obrzuciła ją klątwą? Czarna Pani wykorzystała Athenę do zabicia Morrigan, ale pragnęła, by Albus zabił swoją żonę? Athena wpadła w szaleństwo, bo porzuciła wszystkich, których kochała? Merlinowe wzory? Ile z tego młody czarodziej miał znieść? A przecież to nie mogło być wszystko. Nie, musiało być więcej, łącznie z …
– Nagini, kim ja jestem?
Zacisnęła usta… potrząsnęła głową… ale zmusiła się wreszcie do mówienia, chociaż łzy ciekły jej ciurkiem po twarzy:
– Athena kocha cię zbyt mocno. Ona musi być twoją matką. Nie ma nikogo innego… – urwała.
– A McGonagall? Jej oczy. Mam jej oczy – wyszeptał Alberwan, przerażony tym, jak dziwnie było słyszeć swój największy strach, ubrany w słowa.
– NIE. To Athena zdradzała Dumbledore'a, nie odwrotnie. Nigdy nie spotkałam Minerwy McGonagall, ale wszystko, co o niej słyszałam… Alberwanie, to nie jest czarownica, która miałaby nieślubne dziecko, a nawet gdyby, to nie porzuciłaby go, nie spoczęłaby, szczególnie, że jej nienawiść do Atheny musi być głębsza niż zwykła zazdrość. To Athena jest twoją matką. – Nagini ujęła jego twarz w swoje dłonie, patrząc mu solennie w oczy, przekonując zarówno jego, jak i siebie. Alberwan stwierdził, że lepiej będzie, jeśli pozwoli jej w to wierzyć, nawet jeśli sam nie pozbył się wątpliwości.
– A mój ojciec? – wyszeptał, czując potrzebę, by i to zostało wypowiedziane głośno:
– Kiedy ujrzałam cię wtedy, w Hogwarcie, to było już dla mnie oczywiste. Twoim ojcem jest Albus Dumbledore – stwierdziła Nagini.
Alberwan zamknął oczy, chociaż całym jego ciałem wstrząsały spazmy szlochu… Dumbledore… człowiek, z którym się zaprzyjaźnił, który poprowadził go ku animagicznej formie, który był jego przełożonym, z którym pracował przez sześć lat.
– Ale on… o niczym nie wie… wszyscy myśleliśmy, że podobieństwo to przypadek – wycharczał, jego gardło suche, a policzki mokre.
To był moment, w którym wróciła Bellatriks. Nie było właściwe, że zastała ich klęczących na ziemi, tak blisko, z śladami płaczu na twarzach obojga. Alberwan chciał się odsunąć od Nagini, ale starsza kobieta nie zabrała dłoni z jego twarzy, chociaż przecież też musiała dostrzec zazdrość na obliczu Bellatriks.
– Co teraz? – spytała wreszcie młodsza śmierciożerczyni, stawiając na ziemi kosz, który pachniał jedzeniem. Nagini zerknęła na Alberwana i rzekła do niego:
– Decyzja należy do ciebie. Zrozumiem, jeśli uznasz, że nie chcesz mieć do czynienia z dwoma śmierciożerczyniami, zabierzesz matkę i nas zostawisz. Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciał mieć też nic wspólnego z matką… wtedy zaopiekuję się nią najlepiej jak pozwolą mi możliwości. – Determinacja na jej twarzy, była doskonale znajoma Alberwanowi.
– Nagini, brytyjski konflikt mnie nie obchodzi. Zrobiłaś zbyt wiele dla mnie, dla mojej rodziny, bym mógł cię zostawić, nieważne ile osób zabiłaś. Wiem przecież dlaczego to robiłaś. Matka…. Dlaczego ona była kim była… dalej nie wiem, ale teraz przynajmniej jestem świadom, jak bardzo mnie kochała… nie potrafiłbym się od niej odwrócić. Zrobię wszystko, by wyprowadzić ją z tej klątwy – oświadczył Alberwan. Musiał wszystko rozplanować… małymi kroczkami.
– To może być piekielnie trudne… A…
– Artemizja – szybko wtrącił Alberwan. Nagini… kochał za wszystko, co zrobiła dla jego rodziny. Ale Bellatriks… to była inna sprawa i Alberwan nie chciał, by panna Black, poprawka, pani Lestrange wiedziała o jego pochodzeniu.
– Artemizja traci moc, a jej stan się nie poprawia. – Nagini niedostrzegalnie kiwnęła głową, respektując jego życzenie, chociaż musiała być ciekawa…
– Jaka w tym wszystkim jest moja rola? – spytała bezpośrednio Bellatriks, kładąc ręce na biodrach. Nagini zmrużyła oczy w wyczekiwaniu – oddawała decyzję Alberwanowi.
– Podejrzewam, że zechcesz zostać z Nagini, która…
– Zostaję z tobą i Artemizją – wtrąciła Nagini, jednocześnie unosząc lekko brwi – Alberwan zrozumiał, że Nagini nie do końca wie, czego oczekiwać ze strony Bellatriks.
– Mogę z wami zostać? Po ucieczce z tamtej klatki raczej nie mam dokąd się udać – stwierdziła Bellatriks, z udawaną swobodą.
Alberwan zawahał się. Podejrzewał, że ich drogi się rozejdą… że Nagini nie będzie chciała zostać z nim i matką, a Bellatriks pójdzie za nią. Bo owszem, Alberwan spędził u boku Bellatriks długie tygodnie na poszukiwaniach, nauczył się doceniać niektóre jej cechy charakteru, ale miał w pamięci wszystkie zbrodnie córy Blacków. Nagini dostrzegła jego niezdecydowanie.
– Bello, opowiedz mi co się działo odkąd odeszłam z Hogwartu – poprosiła łagodnie kobieta–wąż.
Bellatriks opowiedziała o tym, jak śmierciożercy przyjęli ją z otwartymi ramionami, jak zapracowała na pochwałę samej Czarnej Pani, kiedy zabiła Bathildę Bagshot. Beznamiętnie zrelacjonowała swój pojedynek z Rachel, nie okazując ani cienia żalu. Potem opisała jak Voldemort i jej rodzina zaaranżowali jej ślub z Lestrange'm. Przekazała słowa Czarnej Pani, a potem plastycznie przedstawiła chaos, w jaki zamieniło się jej wesele. Alberwan słuchał z uwagą, bo podczas ich podróży Bellatriks niewiele mówiła o sobie, w przekonaniu, że on i ona są z dwóch zupełnie różnych stron barykady. Ponadto, jej opis wesela, walki i szalejącej Szatańskiej Pożogi był przerażający i fascynujący jednocześnie.
Co jednak najbardziej go martwiło, to fakt, że przez całą swoją historię, Bellatriks nie okazała ani grama skruchy za swoje czyny, za swoje bestialskie mordy i zbrodnie.
– Uciekłam z klatki, Nagini. Nie sama i wciąż pamiętam twoje zasady – wyszeptała na koniec Bellatriks.
– Zatem ostatecznie… będziesz lojalna wobec niej… wobec lady Voldemort – odpowiedziała Nagini, chyba bardziej na użytek Alberwana. Czarodziej westchnął. Decyzja nie była łatwa. Nie mógł wygnać Bellatriks. Niemniej jednak kwestia jej lojalności była problematyczna, szczególnie, że Nagini wspomniała, iż lady Voldemort chciała zabić Athenę.
– Możesz zostać. Ale licz się z tym, że jeden błędny ruch i będziesz na końcu mojej różdżki. Moja matka jest nietykalna. – Alberwan wstał, by móc spojrzeć na Bellatriks z góry. Nie zamierzał jej ufać. Stanowiła zagrożenie, aczkolwiek Alberwan był też człowiekiem wierzącym w kolejne szanse, w nowe początki, w odkupienie.
– Oczywiście. – Bellatriks uniosła podbródek.
W tym momencie rozległ się głuchy łoskot, gdy Nagini zmieniła się w wielkiego węża i opadła na podłogę. To trwało kilka sekund, zaraz na powrót była człowiekiem, ale Bellatriks już była przy niej, troskliwie odgarniając włosy z twarzy swej mentorki. W oczach Nagini pojawiły się świeże łzy:
– Alberwanie… moja klątwa… będę musiała spędzać większość dnia jako wąż – wyszeptała czarownica z zwierzęcym strachem w oczach.
– Nie. Zbadam tą miksturę i wyprodukuję jej więcej. Nie dam ci cierpieć, Nagini, skoro to cierpienie zostało na ciebie narzucone w zamian za wolność mojej siostry. – Alberwan postanowił, że jego obowiązkiem jest spłacić chociaż część długu jaki miał wobec Nagini.
– Wyciągniemy cię z tego… Nagini. – Bellatriks czule pogładziła ramię starszej czarownicy.
– Tak. Pomogę ci. Pomogę matce. A kiedy przyjdzie czas, odnajdę Louie – zdecydował Alberwan, przywołując na twarz wyraz żelaznej determinacji.
– Ona może cię nie pamiętać. Może nie wybaczyć… została wychowana przez nich – zauważyła Nagini, wstając, oparta o Bellatriks.
– Może tak nawet jest lepiej – wyszeptał Alberwan, przypominając sobie jak oczy Albusa migotały miłością, gdy obejmował… Louie, jego przyrodnią siostrę.
– A twój ojciec? – spytała Nagini, jakby mogła zobaczyć strzęp jego myśli.
– Czas pokaże – odpowiedział, oczami wyobraźni widząc parę potężnych magów, promieniujących najpotężniejszą z magii – miłością.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa uśmiechnęła się, gdy zwierzę zamruczało w odpowiedzi na jej pieszczotę. Zdumiewające, że … Aragonda… tak szybko podbiła jej serce, podczas gdy z początku Minerwa spodziewała się, że kuguchar będzie tylko ciężarem, problemem. Niemniej jednak, okazało się, że zgodnie z kocią naturą, która ani trochę nie była obca samej Minerwie, Aragonda nie potrzebowała wiele uwagi – sama wędrowała po zamku, polowała w Zakazanym Lesie, a często po prostu siedziała cichutko w koszyku na kredensie w jej gabinecie. Sposób, w jaki zwierzę się nosiło pozwalał stwierdzić, iż musiało mieć sporo lat. Tym bardziej wszyscy dziwili się, że ogromna przedstawicielka kotowatych tak szybko zaprzyjaźniła się z Minerwą – oprócz niej tolerowała tylko Albusa, a na całą resztę mieszkańców zamku syczała i mruczała, gdy tylko ktoś zwrócił na nią uwagę.
Z tego względu Aragonda była wyśmienitą strażniczką medalionu Salazara Slytherina, który właśnie lśnił na jej szyi, niczym złota obroża.
Wysoka czarownica podrapała jeszcze raz Aragondę za uchem, a potem zasiadła za swoim biurkiem, na którym rozłożyła notatki, plany lekcji i zapiski poprzedniego nauczyciela transmutacji, Alberwana Bumblegalla.
Teraz Minerwa już podejrzewała, że jej brak zainteresowania tym człowiekiem mógł być błędem. Bumblegall był enigmą, którą zaczynała ją fascynować – szkoda, że zniknął w chwili przewrotu. Obecnej nauczycielce transmutacji zostawił tylko kilka elementów układanki, ale przecież ona była lepsza w tą grę niż ktokolwiek. Niestety, kiedy mogłaby rozwikłać te zagadki w ciągu kilku dni, miała zbyt wiele innych rzeczy na głowie. Teraz, gdy ów Alberwan zapadł się pod ziemię, Minerwa mogła polegać jedynie na swojej dedukcji.
Po pierwsze – Albus jako nieuchwytne źródło informacji. Dyrektor powiedział tylko, że zaprzyjaźnił się z Bumblegallem, który okazał się być potężnym magiem i zręcznym obrońcą, chociaż w poglądach raczej pacyfistą. Dumbledore zdradził, że pomógł młodemu nauczycielowi zostać animagiem – kugucharem właśnie. Przyciśnięty do muru, potwierdził, że nie wie nic o przeszłości Alberwana, oprócz tego że ten uczęszczał do Ilvermorny i na jakimś etapie swojego życia poznał Nagini – ta druga informacja szczególnie zainteresowała Minerwę, ale Albus nie pozwolił jej drążyć, mówiąc że nie pytał i nie wie nic więcej. Albus ogólnie był bardzo protekcyjny względem informacji o tym Alberwanie, co tylko podsycało ciekawość Minerwy.
Po drugie, transmutacja. Plany lekcji, notatki… sporządzone drobnym, ale ozdobnym pismem zdradzały ogromną wiedzę w ulubionej dziedzinie magii Minerwy. Albus potwierdził, że Bumblegall miał talent, który w swoim czasie mógłby nawet przerosnąć jego własną płynność w tej sztuce, ale co naprawdę przekonało Minerwę, to stan wiedzy starszych uczniów. Minął rok odkąd wróciła, a wciąż nie mogła wyjść z podziwu na jakim poziomie była transmutacyjna wiedza starszych roczników. Ten Alberwan naprawdę godnie ją zastąpił.
Po trzecie, jego postawa. Wszyscy zdawali się go lubić. Może nie uwielbiać czy podziwiać, ale po prostu lubić. Uczniowie z radością wspominali jego lekcje, gdy pytała. Inni nauczyciele chwalili jego wysokie standardy moralne i gotowość do pomocy. Zdołał zaprzyjaźnić się z Poppy, z Hagridem… a skrzaty domowe czciły jego uprzejmość do entej potęgi. Jedyną osobą, która go nie lubiła, był Frank. Zapytany, odpowiedział, że Bumblegall nie chciał się angażować w konflikt, że gardził zarówno Zakonem, jak i Gildią.
Po czwarte… kilka małych rzeczy, które nie dawały Minerwie spokoju – Aragonda, tajemnicze odejście, oddanie się nauczaniu w pełni, porzucenie życia prywatnego, kilka naprawdę dobrych artykułów w ,,Transmutacji współczesnej" – ten człowiek intrygował ją.
Wciąż jednak miała na głowie tyle, że nawet gdyby postanowiła go odnaleźć, nie miała na to czasu: oto właśnie ktoś zapukał do drzwi.
– Zapraszam, Frank. – Otworzyła drzwi i zamknęła za nim subtelnym pstryknięciem palców.
– Chciała mnie pani widzieć, pani profesor? – Longbottom przysiadł niepewnie na krześle przed biurkiem. Minerwa przyszpiliła go swoim drapieżnym spojrzeniem.
Frank Longbottom zmienił się. Kiedy podczas jej nieobecności to Alastor Moody stanowił prawą rękę Albusa, Longbottom szybko uzurpował sobie tytuł ręki lewej – niedocenianej, ale wciąż niebezpiecznej. Zakon dawał ujście dowódczym talentom Franka, ale niedostatecznie – ten sam czarujący dryl prezentował również w swojej klasie. Minerwa obserwowała go dokładnie przez ostatni rok. Teoretycznie, nie można było narzekać na jego nauczanie – uczniowie opuszczali Hogwart gotowi bronić się, nawet przed śmierciożercami. Frank nie był też głupcem i nie pozwolił sobie na nauczanie czarnej magii, którą znał z Gildii. Nie, Minerwę irytował jego styl – Longbottom budował wokół siebie kult, uczniowie garnęli się do niego. Na to nie mogła pozwolić.
– Jak sądzisz, dlaczego cię tu przywołałam? – spytała lodowatym tonem. Z zadowoleniem odnotowała, że skrzywił się.
– Gildia, Hogwart albo Zakon. Pani profesor – zasugerował. Był jedynym wśród nauczycieli, z którym nie przeszła na ty. Specjalnie, by właśnie w momentach takich jak ten móc operować powyżej niego, na tytularnym gruncie.
– Zakon jest domeną Albusa, ale jestem zadowolona, iż wszyscy, szczególnie ty i Moody, powitaliście mnie znów z otwartymi ramionami jako jego prawą rękę i głównego stratega. – Uniosła wyzywająco brew – wiedziała, że mogli być ludzie, którzy uważali te posunięcia Albusa za głupotę. Ale Frank pozostawał lojalny.
– To się pani należy. Nikt inny nie nadaje się do tej roli tak jak pani. – Frank być może myślał o tym, że gładkie słówka i pochlebstwa poprawią jego sytuację. Minerwa nie dbała o nie.
– Dobrze się spisałeś, sprowadzając Gildię do podziemia i jednocześnie trzymając ją w pogotowiu, wasza pomoc w sprzątaniu po lady Voldemort była nieoceniona. A z racji tego, iż wróciłam do nauczania, chciałabym otworzyć Gildię ponownie, dla nowego pokolenia utalentowanych i rządnych wiedzy czarodziejów i czarownic – powiedziała Minerwa, jej oczy rozbłysły – tęskniła za atmosferą Gildii. Czerpanie z entuzjazmu i zainteresowania dzieci z potencjałem podczas spotkań Gildii Szachów było zasadniczo inne od tego, co miała na codziennych lekcjach transmutacji.
– Tak! Mógłbym pomagać przy organizacji lekcji, mógłbym pomagać w wyborze nowych członków, mógłbym skorelować to z moimi lekcjami… kiedy tylko zostałem nauczycielem marzyłem o tym, że razem moglibyśmy przywrócić Gildię do jej dawnej świetności, pani profesor! – Longbottom gestykulował żywo, tak zaaferowany, że nie zauważył gniewu tlącego się na brzegach tęczówek Minerwy.
– Nie, nie mógłbyś. A już na pewno my nie moglibyśmy razem. – Jej głos trzasnął jak bicz, a Longbottom spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami… i zaraz spuścił wzrok.
– Nie chciałem…
– Ja też nie chcę, lecz nie pozostawiłeś mi wyboru, Longbottom – wycedziła Minerwa, sięgając do szuflady i wyciągając z niej kawałek pergaminu.
– Przepraszam, ale nie rozumiem, pani profesor – odważył się rzec, zgodnie ze swoją gryfońską naturą.
– Powierzanie tak wielu poważnych funkcji jednej osobie wymaga od tej osoby absolutnej samokontroli. Powie ci to Dumbledore, mówię ci to ja. Ty jednak za bardzo rozkoszujesz się władzą, którą ci powierzono – urwała, ale odpowiedział jej tylko wyraz urazy, poczucia winy i niezrozumienia.
– Wiem, że od mojego zniknięcia spoczywała na tobie ogromna presja, a jednak pozostałeś lojalny wobec mnie. I jeśli masz lojalny pozostać, a nasze relacje nienaruszone, to wykonasz moje polecenia, jak kardynał mojej Gildii, a nie jak bałwochwalczy lider przekonany o legitymizacji swojego przywództwa. Bo pamiętaj, Longbottom, że każdy ułamek twojej władzy jest ustanowiony przeze mnie i ja mogę go odebrać jednym machnięciem różdżki, jednym przybiciem pieczęci, jednym pociągnięciem pióra. – Minerwa przesunęła w jego stronę pergamin. Pobladły mężczyzna wpatrywał się w niego, ale nie sięgnął, by przeczytać.
– To jest twoja rezygnacja z posady nauczyciela obrony przed czarną magią. Powiesz Dumbledore'owi, że pragniesz skupić się na Zakonie oraz aurorskiej karierze i to dokładnie zrobisz – rozkazywała swobodnie Minerwa.
– Kto zajmie moje miejsce? – zapytał, zaciskając drżące palce na pergaminie – nie miał wyjścia, musiał go przyjąć.
– Skontaktujesz się z Lucerną – niech najpierw spotka się ze mną, zanim pójdzie ze swoim CV do dyrektora. Reorganizacją Gildii na poziomie kontaktowania się ze wszystkimi zajmie się Kasjusz. To było niedopatrzenie – nierozdzielenie zadań między kardynałów przed moim odejściem – stwierdziła czarownica, obracając w palcach różdżkę.
– Louie zaufała mi z Gildią, myślałem, że miała pani błogosławieństwo – wyszeptał Longbottom. Minerwa uniosła różdżkę w groźnym geście:
– Luiza popełniła błąd, pozwalając ci myśleć, że jej działania były z jej strony podyktowane czymś więcej niż uzyskaniem twojego poparcia w przeprowadzeniu planu, który rozkazałam jej wyegzekwować – odpowiedziała zimno Minerwa.
– Ona nie mogła… udawać. To było… prawdziwe. – Tym razem w oczach Franka rozbłysły łzy.
– Nie, Frank. Prawdziwa jest tylko wasza miłość i lojalność wobec mnie. Obym nie musiała przypominać ci tego drugi raz. – Minerwa dymisjonująco wskazała głową drzwi, w które ktoś właśnie zapukał.
Longbottom prawdopodobnie czuł potrzebę ucieczki, bo już był przy drzwiach, już je otwierał, ukazując dwunastoletniego Marveliana, którego oblicze odzwierciedlało obecnie minę Minerwy – totalną obojętność.
– Dzień dobry, profesor McGonagall, profesorze Longbottom – odezwał się chłopiec, robiąc kilka kroków do przodu, gdy Minerwa prostym gestem wskazała mu miejsce przed momentem zwolnione przez Franka.
– Nowa generacja kardynałów? – Longbottom nie mógł się powstrzymać, jego gryfońska natura chyba nie pozwalała mu odejść bez ostatniego słowa. Zapominał jednak, że Minerwa rok temu przejęła jego obowiązki opiekuna domu lwa.
– Z tym potencjałem, ma szansę na zostanie nawet papieżem. – Minerwa odpowiedziała błyskawicznie.
– Jest pani pewna, pani profesor? W końcu papież rządzi wszystkimi, czy ktokolwiek mógłby przejąć tę rolę od pani? – Longbottom zrobił krok w tył, jakby spodziewając się wybuchu jej furii, ale zamiast tego Minerwa roześmiała się.
– Panie Zenaidov, wyjaśnij profesorowi Longbottomowi błąd w jego percepcji. Ten raz mu wybaczymy, bo nie zna zbyt dobrze mugolskiego świata. – Minerwa mrugnęła do chłopca, który zmarszczył czoło w zamyśleniu, ale w końcu rzekł:
– Papież to jedynie namiestnik Boga na ziemi.
Frank kilka razy otworzył i zamknął usta, aż wreszcie potrząsnął głową.
– Trzymaj się moich przykazań, Longbottom – dodała Minerwa, kiedy wreszcie mężczyzna skłonił się nisko. Wyszedł, pewnie chwilowo wściekły, ale Minerwa liczyła, że kiedyś zrozumie, iż tą lekcję musiał dostać. Drzwi zamknęły się za nim, a Marvelian nawet nie drgnął.
– Jak twoje lekcje z dyrektorem? – spytała, jej głos na powrót surowy, nauczycielski.
– Dobrze, Ma'am – odpowiedział wymijająco. Patrzył jej w oczy – uczył się szybko, ale wciąż jeszcze nie umiał ukryć w swoich zielonych tęczówkach wszystkiego.
– To nie była wyczerpująca odpowiedź, panie Zenaidov. – Przesunęła wzrokiem po jego sylwetce. W ciągu tego roku podrósł trochę i jego rysy coraz bardziej przywodziły na myśl Toma. Z jednego powodu to ją cieszyło – jego podobieństwo do niej nie rzucało się tak w oczy.
– Profesor Dumbledore jest bardzo zachowawczy, pani profesor. Wielokrotnie powtarzamy te same zaklęcia, zanim przechodzimy do czegoś nowego – objaśnił Marvelian, pozwalając, by w jego głosie wybrzmiała nutka niechęci do dyrektora.
Minerwa westchnęła. Tego się spodziewała. Marvelian miał w genach zakodowany ten instynkt nienakazujący odkrywać się przed Dumbledore'm, zaś Albus nie był gotowy, by mu zaufać, chociaż bardzo się starał. Minerwa wierzyła jednak, że przynajmniej ze strony Albusa to będzie tymczasowe – w końcu z Louie było bardzo podobnie – musiało minąć trochę czasu, zanim przestał widzieć w niej córkę swojej żony i wroga. W tym świetle, decyzje Minerwy odnośnie Marveliana były słuszne – Albus uczył go zaklęć w magii bezróżdżkowej, zaś Minerwa transmutacji i obrony przed czarną magią bez użycia różdżki.
– Jest kluczowe, byś bardzo dobrze opanował podstawy, to pozwoli wam później przyspieszyć z programem. My dzisiaj zajmiemy się transmutacją wody. Pamiętasz z lekcji zaklęcie? Chciałabym, byś wykonał je niewerbalnie. – Minerwa postawiła przed Marvelianem pustą szklankę. Spojrzał na nią pytająco:
– Napełnij, wylewituj i transmutuj w kulę lodu – poleciła.
Chłopiec wyciągnął różdżkę – kiedy Minerwa ją pierwszy raz ujrzała, nie okazała zaskoczenia, nawet w obliczu faktu, że różdżkę wykonano na wzór jej własnej, ale użyto akcentów, które dobrze korespondowały z naturą lady Voldemort. Olivander miał ten dar percepcji, tą magiczną intuicję, która pozwalała mu tworzyć dzieła dokładnie dopasowane do natur czarodziejów.
Aguamenti ćwiczył z Albusem, niewerbalne przywołanie wody nie sprawiło mu problemów – w szklance pojawiła się woda. Lewitację trenował z dyrektorem przez tydzień, ale niewerbalna lewitacja czegokolwiek płynnego wymagała sporo skupienia – Minerwa obserwowała jak chłopiec mocniej zaciska palce na różdżce. Kula wody zaczęła się krystalizować… w kostkę lodu.
– Wystarczy.
I lód opadł prosto do szklanki, dźwięcząc.
– Twój błąd?
– Miała być kula, nie kostka. – Był zły na siebie, widziała to w sposobie, w jakim prostował się bardziej.
– Spróbuj jeszcze kilka razy. Kiedy oboje uznamy, że opanowałeś to zaklęcie, przejdziemy do wykonania go bez różdżki. – Minerwa sięgnęła po eseje do sprawdzenia, chociaż kątem oka kontrolowała kolejne próby Marveliana. Były coraz lepsze, do tego stopnia, że kiedy mu się wreszcie udało wytworzyć perfekcyjnie gładką, lodową kulę, ona rozpadła się z powrotem w wodę i rozbryznęłaby się po całym gabinecie, gdyby nie szybki ruch palców Minerwy.
– Niesamowite – wyszeptał Marvelian, obserwując lewitujące w powietrzu lodowe kryształki w kształcie idealnych gwiazdek.
– Jeśli będziesz ćwiczył, to też będziesz w stanie stworzyć coś takiego. A także więcej. – Minerwa złożyła trzy palce lewej dłoni, wskazującym wyprostowanym celując w drzwi. Marvelian zadrżał, gdy wszystkie gwiazdki wyminęły go i wbiły się w drzwi, tworząc piękną literę M.
Marvelian ze zdwojoną determinacją przystąpił do ćwiczenia zaklęcia niewerbalnie. Minerwa sprawdziła jeden z esejów i pokiwała głową, widząc pięć lodowych kul lewitujących w tańcu, jakby niewidzialne ręce żonglowały nimi.
– To teraz odłóż różdżkę – zaproponowała, odkładając eseje.
Jak każdy czarodziej, niechętnie rozstawał się z różdżką. Hogwart szybko wtłaczał dzieci w schematyczne myślenie typu ,,magia–różdżka". On jednak był gotów z tym walczyć, udowodnić jej i wszystkim, że zalicza się do grona tych nielicznych, którzy wychodzą poza schematy.
Miał eleganckie palce, co było widać, kiedy przesuwał nimi w powietrzu tak, jak robiłby to różdżką. Minerwa zastanawiała się, czy są zimne, tak jak palce Toma, czy też potrafią być lodem i ogniem jednocześnie, jak jej własne ręce.
Woda w szklance, dobrze. Następnie woda ponad szklanką, odpowiednio. Kula wody, perfekcyjnie. Lód…
Do wnętrza szklanki opadła śniegowa breja. Oczy Marveliana rozbłysły. Bardzo chciał, żeby udało mu się za pierwszym razem. Nawet nie próbował ukryć rozczarowania, jakie z niego promieniowało. Minerwa tylko patrzyła na niego, z kamiennym obliczem.
Ich relacja była jak ślizganie się po bardzo cienkim lodzie. Uprzejmość, obojętny szacunek, tłumiony podziw, może nieco skrywanej fascynacji z jego strony. Ciche zrozumienie, wysokie wymagania, pozbawiony emocji dystans po jej stronie. Te lekcje odbywały się na gruncie listu, jaki Louie posłała chłopcu na początku roku, w którym wyrażała otwarte życzenie, by nauczył się kontrolować magię bezróżdżkową od hogwardzkich nauczycieli.
– Może łatwiej byłoby ci się skupić na jakimś innym kształcie – zasugerowała spokojnie.
Tym razem śnieżna miazga na krótki moment przyjęła kształt kostki. Marvelian potrząsnął głową. Minerwa przez chwilę studiowała roztapiający się śnieg, kiedy wpadła na pomysł.
– A gdybyś spróbował wytworzyć lodową taflę… coś w rodzaju tarczy, która mogłaby ochronić ciebie, albo kogoś, na kim ci zależy? – Ta idea przyszła jej do głowy wraz z myślą o Louie.
Pokiwał głową, jakby zgadzał się, że to ma szansę zadziałać. Uniósł znów ręce i zaczął tworzyć zaklęcia. Woda rozpłynęła się w owalną, płynną powierzchnię, przypominającą wodne lustro. A potem płyn został transmutowany w ciało stałe, w lodową taflę, lekko kołyszącą się w powietrzu.
– Nie opuszczaj. Chcę sprawdzić, na ile jest mocna – uprzedziła Minerwa, wyciągając dłoń. Zacisnęła palce w pięść, gotowa zapukać w lód. Lecz ku jej zdumieniu, jej dłoń przez problemu przeszła przez lodową tarczę, jakby to była mgła. Marvelian syknął z frustracją, ale Minerwa szybko rzekła:
– Nie, jeszcze nie. Utrzymaj ją jedną ręką i zapukaj ze swojej strony. – Minerwa wiedziała, że efekt przejścia był tylko ze strony… chronionej.
Na tafli pojawiły się pęknięcia w miejscu, w którym Marvelian zapukał. Minerwa machnęła ręką, usuwając lód. Chłopiec wpatrywał się w nią pytająco:
– Pani profesor, dlaczego to nie zadziałało tak jak miało? Bo nawet gdyby zadziałało, to pani byłaby zdolna obejść lód, ale wtedy ja też mógłbym przełożyć przez niego rękę. – Jego wypowiedzi bywały chaotyczne, lecz Minerwa zazwyczaj wiedziała, co ma na myśli.
– Intencja, panie Zenaidov. Tarcza, którą stworzyłeś… chroniła mnie – odpowiedziała szczerze. Nie spodziewała się tak gwałtownej reakcji:
– Nie, przecież nie tego chciałem! Raczej musiało chodzić o błędny ruch nadgarstka, albo coś podobnego – zaprotestował, a na jego bladych policzkach pojawiły się różowe rumieńce.
– Profesor Dumbledore na pewno wytłumaczył ci, że magia bez użycia różdżki w dużo większym stopniu polega na podświadomości, niż ta, którą ukierunkowuje nasza różdżka. Podświadomie obawiasz się, że to ty mógłbyś kogoś zranić, zaatakować, dlatego tarcza była odwrócona. Jeśli dodamy do tego fakt, że zostałeś wyjątkowo dobrze wychowany, z naciskiem na protekcyjność względem osób postrzeganych za słabsze, jak kobiety, mamy bardzo jasne wytłumaczenie dlaczego lód stanowił barierę z twojej strony. – Minerwa mówiła spokojnie, bez emocji, dokładnie tak jak wykładała na lekcjach transmutacji. Nie było to łatwe, bo jej wypowiedź była tylko częściowo prawdziwa – to podobieństwo ich magicznych sygnatur warunkowało jego protekcyjność względem niej.
– Spróbuję jeszcze raz – stwierdził, nie skomentowawszy jej teorii, chociaż odnotowała lekki uśmiech, gdy wyłapał pochwałę jego wychowania.
Za siódmym razem tarcza była ustawiona właściwie i dodatkowo mocniejsza. Kiedy Marvelian transmutował ją z powrotem w wodę i ostrożnie wtłoczył do szklanki, Minerwa odłożyła na stół okulary i powiedziała:
– Początkowym zadaniem była kula. Chciałabym, byś transmutował chociaż jedną, podczas dzisiejszej lekcji. – Minęło już trochę czasu, odnotowała z żalem. Lubiła te spotkania – móc patrzeć na niego… czuć jego magię… to ją uskrzydlało.
– Nie będziemy dzisiaj ćwiczyć niczego z obrony, pani profesor? – spytał, co nieco ją ubodło – jako przedmiot, wolał obronę niż transmutację, mimo że nie znosił Franka.
– Nie, chciałam jeszcze z tobą porozmawiać. – Minerwa dotknęła brzegu szklanki, w której natychmiast pojawiła się woda. Marvelian nie pytał, tylko ze zdwojonym skupieniem zabrał się do ćwiczenia.
Po ósmej nieudanej próbie opuścił ręce na biurko z wyraźną złością. Minerwa jedynie czekała.
– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, co robię nie tak, pani profesor? – spytał, z frustracją na samego siebie w głosie. Był cierpliwy, ale nie w takim stopniu jak ona. Unosił się dumą, ale był gotów ją porzucić, by osiągnąć cel. Tak jak teraz.
– Twoja lewa ręka, wspierająca, porusza się zbyt sztywno. Jeśli przyrównać magię do materii, to nie określiłabym jej jako płynu, ale by ją kształtować, ruchy muszą być płynne – podpowiedziała Minerwa.
Kolejne cztery próby, jednak starał się bezskutecznie.
– Pomogę ci – zaoferowała Minerwa, ostrożnie. Nie nastawiała się na nic. Mógł odmówić…
Spojrzał jej w oczy i pokiwał głową. Podniosła się, z cichym szelestem szat i obeszła biurko. Nie stanęła za nim, tylko obok, ale on i tak cały zesztywniał. Minerwa pochyliła się i wyciągnęła do niego dłoń.
– Pokażę ci ruch lewej dłoni – uprzedziła. Podał jej swoją lewą dłoń. Znajome, cudownie mrożące uczucie przepłynęło przez jej ciało, gdy ujęła wątły, chłopięcy nadgarstek i położyła swoje palce na wierzchu jego dłoni. Oboje na moment wstrzymali oddechy, gdy ciągnąc za sobą jego dłoń, wykonała skomplikowany, ale płynny manewr.
– Teraz spróbuj sam, całe zaklęcie.
Kula wciąż była śnieżna. A Marvelian sam wyciągnął do niej rękę. Chwyciła ją i powtórzyła ruch. A potem cofnęła się. Kiedy znów spróbował, idealna kula z lodu wirowała przed ich oczami.
– Dobrze – powiedziała cicho, prostując się. Ukrywając żal, że nie może pochwalić go bardziej, że nie może stać bliżej niego, zasiadła z powrotem za biurkiem.
– Mam ćwiczyć dalej? – spytał, chwytając w dłonie kulę, gładząc jej nieskazitelną powierzchnię.
– Poćwiczysz to zaklęcie do naszej kolejnej lekcji. Teraz chciałabym z tobą pomówić w kwestii pewnej… grupy, organizacji, wspólnoty… którą planuję reaktywować. – Minerwa przerwała ostrożne cedzenie słów.
– Mówi pani o Gildii Szachów? – podpowiedział Marvelian. Minerwa nie okazała zaskoczenia – pokój wspólny Slytherinu tętnił plotkami, szczególnie w kwestii przewrotu, który obalił Voldemorta.
– Tak. Gildia zostanie otwarta dla tych, którzy chcą zgłębiać sekrety magii, poszerzać swoje horyzonty, eksplorować talenty i wykorzystywać w pełni swój potencjał do czarowania – wyjaśniła, przesuwając palcami po swojej różdżce. Marvelian, który nieświadomie robił to samo, rzekł:
– Według tego co słyszałem, Gildia operuje całkowicie poza władzą dyrektora, a jej członkowie są zobowiązani do najwyższej lojalności wobec… pani, Ma'am. Ich własne życie, życie ich rodzin, ich marzenia i pragnienia… to wszystko schodzi na drugi plan.
– Interesujące, jak wiele informacji masz o Gildii, która od zawsze działała na krawędzi sekretu i tajemnicy. – Minerwa przekrzywiła głowę.
– Plotki krążą po zamku. Co jednak mnie najbardziej zastanawiało, to fakt, że wszyscy jednogłośnie wyrażali przekonanie… że warto. Że to Gildia uczyniła ich magami używającymi magii, która jest niedostępna dla przeciętnych, która transmutowała ich w elitę. Ci, którzy byli członkami pierwszej Gildii piastują teraz wszystkie istotne stanowiska w brytyjskiej społeczności czarodziejów. – Słowa Marveliana wykazywały, że był chłopcem nadzwyczaj dojrzałym, ciekawym politycznej gry.
– Z drugorocznych tylko ty się nadajesz do tego grona – odpowiedziała bezpośrednio.
– A Severus i Lily? – To pytanie mu się wymknęło, pewnie już żałował.
Minerwa uniosła kąciki ust. Och, ona też była uważna. Nie umknęło jej uwadze, że Marvelian zaprzyjaźnił się tylko z dwójką uczniów – z Severusem Snape'm z Slytherinu i Lily Evans z Gryffindoru. Do dwóch inteligentnych Ślizgonów próbował dołączyć Pettigrew, ale odrzucili go szybko – był fałszywy i tępy. Severus miał sporo oleju w głowie, a jego charakter był bardzo podobny do charakteru Marveliana. Z kolei Lily była od nich zupełnie różna – radosna i żywiołowa, dodawała temu triu kolorytu. Przyjaciele Marveliana byli dziećmi z potencjałem… oczywiście bladym w porównaniu do niego, ale wciąż silniejsi niż ich rówieśnicy.
– Być może od kolejnego semestru – odpowiedziała.
– Czy mógłbym się zastanowić? – To pytanie brało się oczywiście z potrzeby konsultacji z Louie. Jeśli zaś to jej aprobata miała być czynnikiem decydującym, Minerwa mogła mieć pewność, że Marvelian będzie błyszczał w Gildii jak najpiękniejszy brylant.
– Oczywiście. To musi być świadoma decyzja. Chciałabym, żeby było jasne, iż cokolwiek postanowisz, to nie ma wpływu na te nasze lekcje. – Minerwa sięgnęła po okulary, gestem wskazując, że uważa rozmowę za zakończoną.
Marvelian wstał i już był przy drzwiach, gdy zatrzymał się i odwrócił:
– Jestem zaszczycony zaufaniem, jakim mnie pani obdarzyła, profesor McGonagall – rzekł zupełnie cicho.
– Zależy mi na rozwoju naszej społeczności, panie Zenaidov – skłamała. Podejrzewała, że to kłamstwo on akurat przejrzy wyjątkowo łatwo – w końcu pociąg do władzy był wpisany w jego przeznaczenie od samych narodzin.
– Do widzenia, Ma'am. – Skłonił głowę i wyszedł, a drzwi zamknęły się za nim.
W kącie, Aragonda zamruczała cicho. Minerwa zerknęła na kuguchara i potarła swoje skronie. Już zaczynała czuć się trochę lepiej, już pozwalała umysłowi porzucić barierę tłumiącą wszystkie matczyne instynkty, gdy usłyszała charakterystyczne stukanie w okno.
Na parapecie siedziała niewielka sóweczka, z pojedynczym świstkiem pergaminu.
Minerwa zacisnęła zęby, widząc treść wiadomości:
,,Córka i matka czują się dobrze. Nadano jej imiona Regina Rachel Adelajda Aurelia."
