1973
Louie mocno ściskała rękę męża, gdy weszli na teren cmentarza w Little Hangleton. Jak zwykle, czuła się bezpieczniej, mając go przy sobie, ale nie przestawała się denerwować. Assuarin chyba to wyczuł:
– Kochanie, nie masz się czym martwić. Marvelian wyśmienicie zaadaptował się w Hogwarcie. – Mąż w jakimś stopniu potrafił stwierdzić, kiedy myślała o ciemnowłosym chłopcu, którego kochała jak syna. Assuarin jednocześnie wiedział o Luizie więcej niż inni, ale wciąż nie wiedział o niej wszystkiego. Miał świadomość, że Louie była córką Grindelwalda i Atheny Dumbledore, ale nie miał pojęcia, że była wychowana w Hogwarcie przez Albusa i Minerwę. O Minerwie nie wiedział nic, chociaż już od trzech lat mieszkał na Hebrydach, w domu, którego nieznaną właścicielką była właśnie Szkotka.
– Boję się, że on nie ufa swoim profesorom tak jak powinien. Że uczestniczy w dodatkowych lekcjach tylko dlatego, że tak mu poradziłam – zdradziła Louie, rozglądając się po ponurym cmentarzu. Chociaż nad resztą kraju świeciło słońce, gdy tylko przybyli do Little Hangleton, niebo zasnuły ciężkie chmury. Louie pomyślała, że deszcz to jedynie kwestia czasu.
– Poradziłaś mu słusznie. W wakacje znakomicie kontrolował swoją magię. Znalazł sobie przyjaciół: tego chłopaka, Snape'a i dziewczynę, o której często pisze – Lilian? – Assuarin poprawił jej płaszcz rzucając na niego dyskretne zaklęcie rozgrzewające.
– Lily. Może to głupie, ale nie potrafię nie martwić się o Marveliana. Nawet jeśli wiem, że jest w dobrych rękach. – Louie skanowała wzrokiem kolejne nagrobki, chociaż miała wrażenie, że zbierające się w oczach łzy zaburzają jej pole widzenia.
– Louie, z tego co słyszałem, Dumbledore nie da skrzywdzić żadnego dziecka pod swoją pieczą. A teraz, kiedy Marvelian dołączył do sławnej Gildii McGonagall… – zaczął pocieszać ją Assuarin, ale nie mogła powstrzymać się przed poprawieniem go:
– Gildii Szachów. – Zrobiło jej się ciepło na sercu na wspomnienie momentu, w którym narodził się pomysł na tą organizację.
– Też byłaś … jesteś jej członkiem? – Assuarin spojrzał na nią pytająco, jego czarne oczy zdawały się wżerać w jej umysł… tylko nie mogły, bo Minerwa nauczyła ją oklumencji bardzo dobrze.
– Znaleźliśmy – powiedziała, wskazując ręką nagrobek przed nimi, dziękując niebiosom za pretekst do zmiany tematu.
Grobowiec był ogromny, przedstawiał wysoką sylwetkę, która może miała być aniołem, ale Louie stwierdziła, że uosabiała raczej samą Śmierć, zważywszy na kosę w kościstych palcach rzeźby. Był to największy grób na całym cmentarzu, ale niezbyt widoczny, bo po obu stronach rosły dwa olbrzymie cisy. Na kamiennej płycie, leżącej płasko na ziemi wypisano imiona trzech osób: Thomas, Mary i Tom Riddle.
– Zatem jesteśmy w właściwej miejscowości. Uważasz, że powinniśmy otworzyć grób? – spytał Assuarin z napięciem. Louie zerknęła na niego, niezdecydowana.
Dlaczego tutaj byli, dlaczego szukali czegokolwiek związanego z Riddle'ami? To proste – Minerwa zleciła im misję pozbycia się horkruksów lorda Voldemorta. Lord Voldemort zagrażał Marvelianowi, zatem Luiza zgodziła się bez wahania.
Nie kwestionowała wiedzy Minerwy, chociaż ta była zdumiewająca. Skąd szkocka czarownica wiedziała o horkruksach, o prawdziwym imieniu Voldemorta, o jego pochodzeniu? Cóż, ze swoimi zdolnościami Minerwa była wyśmienitym szpiegiem, a coś musiała robić przez te wszystkie lata izolacji od Hogwartu, Zakonu i Albusa. Zapytana, czemu mają najpierw zabrać się za lorda Voldemorta a nie jego bardziej niebezpieczną byłą partnerkę, Minerwa stwierdziła jedynie, że o lady Voldemort nie ma żadnych informacji, żadnego punktu zaczepienia.
– Rzuć kilka zaklęć, nie chciałabym burzyć spokoju zmarłych niepotrzebnie, a czarna magia, której szukamy, zostawia ślady – stwierdziła Louie, zaciskając palce na różdżce i obserwując jak Assuarin mruczy skomplikowane inkantacje.
Kochała go. To nie była miłość tak silna jak ta, którą czuła względem Marveliana czy Minerwy, ale on wciąż zapierał dech w jej piersiach, sprawiał, że czuła się bezpiecznie, oddawał jej swoją miłość, nie żądając nic w zamian. Nie zadając pytań. Za to kochała go jeszcze mocniej.
– Tu nic nie ma. Kości. Ale oni zginęli od Avady, wszyscy – powiedział czarodziej, rzucając jej zmartwione spojrzenie.
Luiza pokiwała głową – mogła się tego spodziewać. Rozejrzała się – w oddali, na wzgórzu, majaczył zarys dworu – może nie tak okazałego jak rezydencja McGonagallów, ale wciąż reprezentatywnego, szczególnie w tej nijakiej okolicy.
– Rozejrzymy się tam. Riddle'owie byli bogatymi mugolami, może dwór należał do nich – zaproponowała, wyciągając rękę do Assuarina.
Wciąż myślała o Marvelianie, gdy mąż delikatnie sterował nią w stronę wyjścia z cmentarza, a potem nieco zaniedbaną drogą w górę wzgórza. Jej kochany syn zdawał się oddalać nawet od nich. Zauważyła to w te wakacje – jeszcze ta kłótnia… bo nie pozwolili mu odwiedzić Lily i Severusa. Louie nie chciała poruszać tego tematu z Minerwą – ich spotkania i tak były rzadkie i krótkie, a poza tym nie chciała się wtrącać – starsza czarownica wyraźnie podkreśliła, że od teraz bezpieczeństwo Marveliana to jej domena.
Chodziło o Gildię. Louie czuła to w kościach, ilekroć to słowo pojawiało się w liście albo w rozmowie. Marvelian nie był zadowolony ze swojego udziału w Gildii. Może i uczył się mnóstwa nowych rzeczy, które uwielbiał – do czarnej magii miał dużo większy dryg niż sama Luiza, ale ostatecznie czuł się uwiązany, kontrolowany. Marvelian cenił sobie niezależność. Wierność, lojalność Minerwie… dlaczego chłopak tak bardzo bał się zaufać własnej matce? Przecież mieli tyle wspólnego…
– Wygląda na to, że dom rzeczywiście należał do nich, bo wydaje się być opuszczony – odezwał się Assuarin, z różdżką w pogotowiu podchodząc do drewnianej werandy z rzeźbioną, drewnianą kolumnadą.
– Uważaj, mógł zostawić tu jakieś zaklęcia. – Louie położyła dłoń na jego ramieniu. Sama czuła trzepoczący w trzewiach niepokój.
Podczas gdy jej mąż rzucał zaklęcia na drzwi, ona cofnęła się, by przyjrzeć się domostwu – w czasie swojej świetności musiało być imponującym dworem, politycznym centrum Little Hangleton. Teraz popadał w ruinę, co chyba dodawało mu mroku.
– Żadnych zaklęć. Może horkruksa tu nie ma? Twoje źródło… to Dumbledore? – Assuarin spojrzał na nią, ale tak naprawdę nie oczekiwał ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia. Znał ją dobrze i pewnie domyślał się, że jeśli nie powiedziała mu na początku, od niej nie uzyska tej informacji. A że był bardzo blisko prawdy… tego też nie mógł wiedzieć.
– Istnieje możliwość, że w całym Little Hangleton nie ma horkruksa, ale też Voldemort wie, że każda magia zostawia ślady. Mógł nie pieczętować drzwi w żaden sposób, specjalnie. – Z chwilą gdy to powiedziała, Luiza poczuła wątły przypływ dumy – to było myślenie godne uczennicy Minerwy.
Gdy Assuarin otworzył drzwi, przez myśl jej przeszło, że nie nauczyła Marveliana grać w szachy. Ciekawe, czy Minerwa zaproponowała mu …
– Trzymaj się blisko mnie. – Assuarin pociągnął ją za sobą w ciemny korytarz, po skrzypiących niemiłosiernie deskach podłogi.
Weszli do pomieszczenia, które musiało być salonem. Brakowało mebli, pewnie sprzedanych albo rozkradzionych. Były jedynie ciemniejsze zarysy na podłodze w miejscach, gdzie stały fotele albo kanapy. Wszędzie wirowały drobinki kurzu. Assuarin wskazał dłonią na kominek, na którego gzymsie stała ładnie rzeźbiona, drewniana kasetka. Lecz uwagę Luizy przykuło coś innego.
Ponad gzymsem kominka zachował się obraz – portret trójosobowej rodziny. Dwóch przystojnych mężczyzn, jeden starszy, drugi młodszy oraz ładna kobieta. Thomas, Mary i Tom. Louie pomyślała, że jeśli malarz nie upiększał, to fizycznie ojciec Voldemorta był piękny. Ale również dziwnie znajomy. Cała trójka miała lśniące, czarne włosy, blade twarze… ale najbardziej intrygujące były ich rysy… z czym mogły się jej kojarzyć, skoro przecież kiedy widziała Voldemorta, był już potworem z płaskim nosem i szkarłatnymi oczami?
– Tam musi być horkruks. – Znów, to Assuarin przerwał ciszę, podchodząc do kasetki. Gdy Luiza rozmyślała, zdejmował z drewnianego pudełka różne zabezpieczenia. Co ciekawe, większość antymugolska.
Wylewitowali kasetkę na środek pokoju, w niewielki okrąg ze smoczych popiołów, rozsypanych przez Luizę. Czarownica poczuła dziwny przypływ ciekawości, gdy kasetka otworzyła się z cichym kliknięciem.
Najpierw zobaczyła trzy splecione pasma włosów – dwa czarne, chociaż inne w fakturze, oraz ciemnoczerwone, które natychmiast przywiodły na myśl lady Voldemort. A potem ujrzała złoty pierścień z ciemnym kamieniem, błyszczącym szkarłatnymi przebłyskami – granat, pomyślała, przypominając sobie podobne kamienie na różdżce syna.
– Przecież to jest… – wyszeptał Assuarin, pochylając się.
– Zaręczynowy pierścień lady Voldemort. Horkruks jak nic. – Luiza potrząsnęła głową – Minerwa wspominała, że to nie będą zwykłe przedmioty… ale na pewno nie tego się spodziewała.
– Nie, ten kamień… – Assuarin wyciągnął dłoń. Luiza nie zdążyła go ostrzec, nie zdążyła nawet krzyknąć – w momencie, w którym mag dotknął pierścienia, potężna dawka energii odrzuciła go w tył – jego ciało grzmotnęło z siłą o ścianę.
–ASSUARIN! – Louie rzuciła się ku niemu. Upadła na kolana, czując słone łzy na widok jego ręki – która wyglądała jak spalona, albo zainfekowana. Przerażona, czarownica zaczęła szeptać wszystkie znane sobie zaklęcia lecznicze… ale to nie pomagało. Był nieprzytomny… jego poziom energii zatrważająco niski… jej mąż… człowiek, którego pokochała…
– Nie, nie! Nie możesz mnie zostawić, słyszysz! Musisz być silny! Kochanie… – Luiza energicznie machała różdżką nad ramieniem męża…
Co miała zrobić? Przecież nie mogła go zabrać do św. Munga! Potrzebowała uzdrowiciela, albo kogoś, kto znał się na klątwach… Minerwa. Musiała przetransportować go do Minerwy. Rozejrzała się – kasetka była wciąż otwarta.
,,Uspokój się. Strach ci nie pomoże. Musisz pozbyć się tego, aby Marvelian był bezpieczny. Musisz zniszczyć horkruksa. Musisz zabrać Assuarina na Hebrydy i ściągnąć z Hogwartu Minerwę" – powtarzała sobie, podnosząc się z ziemi.
Na drżących nogach podeszła do kasetki. Oczyściła umysł, skupiając się na surowych, nauczycielskich słowach Minerwy, uczącej jej jak przywołać ten ogień… Szatańską Pożogę. Całe jej ciało wyginało się przy zaklęciu, które do wywołania wymagało mnóstwo energii – jednocześnie pamiętając o tym, z jaką swobodą potrafiła rzucać je Minerwa. Była już pewna, że tym razem to nie zadziała… że będzie musiała zabrać ze sobą ten piekielny przedmiot, gdy z końca jej różdżki wystrzelił pomarańczowy płomień. Wykonała obrót nadgarstkiem –okrąg szybko rosnących płomieni otoczył kasetkę.
Łzy płynęły po jej policzkach, gdy złapała za szaty Assuarina, a ciszę rozdarł porażający wrzask… oto umierała cząstka duszy lorda Voldemorta.
Luiza teleportowała ich, najpierw na zewnątrz. Słyszała trzask pękających szyb – wygłodniałe płomienie musiały już sięgnąć portretu rodziny Riddle'ów. Spojrzała na dwór, który za chwilę miał się zamienić w olbrzymią pochodnię niegasnących, ognistych języków. Obiecując zemstę na Tomie Marvollo Riddle'u, Luiza zabrała swojego męża do ich domu, daleko na Hebrydach.
Patronus został błyskawicznie wysłany do Hogwartu. Pozostawało tylko czekać. Luiza wtłaczała swoją magię w męża, ale to było jak napełnianie dziurawego wiadra. Siedziała obok niego, powtarzając wszystkie słowa, które mogły nieść jakąś nadzieję, a łzy swobodnie skapywały z jej twarzy na jego sczerniałą rękę. On nie mógł, nie mógł umrzeć. Minerwa… uratuje go.
Kiedy więc wysoka, zielonooka wiedźma wynurzyła się z kominka, Luiza zaszlochała, ale z ulgą. Próbowała coś mówić, lecz jej słowa musiały stanowić niezrozumiały bełkot. Minerwa gwałtownie ją odepchnęła i pochyliła się nad Assuarinem. Łzy przysłaniały widok, a bijące szybko serce zagłuszało szeptane zaklęcia, ale Luiza kurczowo trzymała się wiary w to, że Minerwa pomoże jej mężowi.
Ruchy nauczycielki były oszczędne, wyważone, precyzyjne. Luiza widziała jak Minerwa usuwa szaty z ciała Assuarina, ukazując siny tors i poczerniałą aż do łokcia rękę. Starsza czarownica przywoływała z spiżarki różne mikstury… było ich tyle, że Luiza natychmiast się pogubiła, co zostało użyte, chociaż to były jej własne zapasy, uwarzone przez nią.
Musiało minąć sporo godzin – Assuarin został raniony klątwą około południa, a Minerwa skończyła około północy – dwanaście godzin walki o życie. Przez cały ten czas szkocka wiedźma ani razu nie odezwała się do Luizy, która wypłakiwała sobie oczy, nie będąc w stanie nawet zaproponować Minerwie szklanki wody.
Był jeden moment, około osiemnastej, gdy Luiza poczuła przypływ nadziei – na jej oczach Minerwa zmieniła się w pięknego feniksa o szmaragdowych piórach. Kryształowe łzy opadły na czarną rękę Assuarina… zaraz potem zamiast feniksa znów była czarownica w zielonych szatach, rzucająca czar za czarem.
Czy jednak działania Minerwy były skuteczne? O północy Assuarin zdawał się oddychać lżej, jego skóra nie była tak blada, sińce na torsie zniknęły. Ręka wciąż była czarna. Mag nieprzytomny. Luiza spojrzała pytająco na Minerwę, ocierającą pot ze skroni.
– Czy on… – Słowa nie chciały przechodzić jej przez gardło.
– Będzie żył, ale muszę wracać do Hogwartu. Zmuszę Horacego, żeby przygotowywał miksturę… która uśmierzy postępujący ból. Powinnam być też w zamku, bo jeśli aurorzy nie powiążą mnie z płonącym od Szatańskiej Pożogi Little Hangleton, to Albus na pewno. Twój patronus dodatkowo zwrócił jego uwagę. Mamy szczęście, że Marvelian go nie widział. – Minerwa mówiła szybko, a jej głos był ciężki od szkockiego akcentu – to wystarczyło, by Luiza wyczuła, że jest coś więcej…
– Minerwo, co z Assuarinem? Powiedz mi. – Luiza złapała za rękę kobiety.
Smutek, współczucie szybko zastąpiły udawaną irytację. Fasada obojętności pękła.
– Zatrzymałam klątwę, ale ona w końcu sięgnie po jego życie. Łzy feniksa sprawiły, że ten czas, który mu został spędzi… we względnej sprawności, a mikstury Slughorna pomogą mu pozbyć się bólu... ta klątwa. Nikt nie mógł przewidzieć… nie miałam pojęcia, że Tom pracował nad czymś tego kalibru. Klątwy atakujące bezpośrednio ciało były jego specjalnością, ale to…nie umiem bardziej pomóc. – Minerwa potrząsnęła głową.
Louie czuła się, jakby ktoś zdzielił ją młotem po głowie. Myśli… straszne… podsuwane przez wyobraźnię myśli wirowały w jej umyśle, scentrowane wokół jej… rodziny. Assuarin, jej mąż, jej ukochany… umierał. A jeśli najpotężniejsza czarownica na świecie nie mogła mu pomóc, to nie było nadziei, nie było szans, by wyzdrowiał…
– Jak to się stało? Przecież podkreślałam, w rozmowach z tobą, że horkruksa nie możecie dotknąć, że choćbyście mieli spalić całą wioskę, nie możecie po prostu po niego sięgnąć. – Minerwa zrobiła kilka kroków w jej stronę, jej cichy głos pozwolił Luizie na moment skupić się na odpowiedzi:
– Przekazałam mu to. W dworze Riddle'ów, znaleźliśmy szkatułkę… w środku był pierścień lady Voldemort i kosmyk jej włosów. Assuarin sięgnął po niego… nie zdążyłam go ostrzec – zrelacjonowała Luiza.
Minerwa westchnęła i rozchyliła ramiona. Louie wpadła w nie i zaczęła niepohamowanie szlochać w szaty starszej czarownicy. Gdy już bicie serca Minerwy, ciepło jej ciała i kojący, konwaliowy zapach uspokoiły ją na tyle, by mogła się odezwać, Luiza zapytała;
– Ile … ile czasu? – Jej głos był zupełnie zachrypnięty od płaczu.
– Kilka lat. Na pewno nie więcej niż dziesięć. Martwica wizualnie będzie postępować, aż całe jego ciało będzie pokryte poczerniałą skórą, ale oprócz bólu nie powinien zmagać się z niepełnosprawnością – odpowiedziała szczerze Minerwa.
Te słowa były jak gorące żelazo wypalające kawałek po kawałku serce Luizy. Świeże łzy popłynęły po jej twarzy, gdy wpatrywała się w twarz swojej przybranej matki, współczującej, poruszonej jej rozpaczą.
– O mój Boże… Assuarin… o mój Boże – powtarzała Luiza, wciąż nie do końca wierząc, że to wszystko się wydarzyło.
– Przykro mi, Louie. Wiem, że gdybym nie… – zaczęła Minerwa, z poczuciem winy wkradającym się w jej szmaragdowe oczy.
– Nie! Nie mogłaś wiedzieć, jakiego rodzaju klątwy nas czekają, a ostrzegłaś, byśmy byli ostrożni. Wyruszyliśmy na tą misję, by chronić Marveliana. To nie jest niczyja, a już na pewno nie twoja, wina. Assuarin… zrobiłby dla mnie i dla niego wszystko. Ile czasu minie… zanim się wybudzi? – Luiza nie mogła pozwolić, by i to Minerwa brała na swoje ramiona, tym bardziej, że nauczycielka nie wiedziała jak bardzo Assuarin ich kochał, dzisiaj widziała go po raz pierwszy.
– Rano powinien odzyskać przytomność. Przyślę mikstury i instrukcje – odpowiedziała Minerwa.
– Dziękuję. Dziękuję. – Luiza wciąż się trzęsła, gdy Minerwa podeszła do niej, ucałowała jej czoło i przyłożyła zimną dłoń do mokrego policzka:
– Lepiej będzie, jak poinformujesz Marveliana, kiedy sprawa pożaru w Little Hangleton zostanie ugaszona – poradziła szkocka wiedźma.
– Matko boża… – Ból promieniował w całym ciele Luizy na myśl o tym, jak będzie musiała okłamać Marveliana.
– Louie, nawet nie wiesz, jak jestem wdzięczna, iż to nie byłaś ty – wyszeptała jeszcze Minerwa, a potem teleportowała się, zostawiając Luizę samą z Assuarinem.
Wyczerpana blondwłosa czarownica ucałowała nieruchome usta swojego ukochanego, a potem ułożyła się u jego boku, przez moment czerpiąc pociechę z myśli, że on wciąż tutaj jest, przy niej, że mają jeszcze trochę czasu. Tylko nadzwyczajnym umiejętnościom Minerwy McGonagall Assuarin zawdzięczał życie, bo lord Voldemort tak wykreował swoją klątwę, by zabiła szybko, przy maksymalnym cierpieniu.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
– Nie możesz spać? – Znużony, pozbawiony współczucia i podszyty obojętnością ton wyrwał Alberwana z rozmyślań. Czarodziej, bawiący się zatyczką od kryształowej karafki pełnej bursztynowego płynu, potrząsnął głową.
– Jak wyrwałaś się z oplotów Nagini? – spytał z dobrze wyważoną złośliwością. Zazwyczaj Bella zaatakowałby bezlitośnie za taką odzywkę, ale dziś tylko przywołała szklankę, siadając obok niego.
Obserwował ją kątem oka, gdy nalewała sobie sporą porcję Ognistej. Z burzą ciemnych loków, powiekami opadającymi ze zmęczenia i obcisłą, wyzywającą koszulą nocną w odcieniu luksusowego granatu, wyglądała inaczej niż zwykle. Bardziej bezbronnie, co nie nastrajało Alberwana optymistycznie.
– Zostawiłem wam zapas mikstury na co najmniej pół roku. Znasz recepturę… gdyby coś mi się stało… – urwał, gdy Bellatriks jedną ręką nakryła jego dłonie, a drugą uniosła szklankę do ust. Po raz pierwszy przestał w niej widzieć utalentowaną, groźną wiedźmę, której zabijanie przychodziło równie łatwo jak oddychanie. Teraz widział w niej kobietę, która była gotowa na wiele, by nie zabito tych, na których jej zależało.
– Twój strach nie działa dobrze na Nagini. Gdy tylko zasnęła, zmieniła się w swoją zwierzęcą formę – powiedziała Bellatriks, marszcząc czoło z wyraźnym niepokojem.
– Dobrze, że ma ciebie – odpowiedział, uwolniwszy swoje dłonie spod jej ręki i wprawiwszy zatyczkę od karafki w wirowy ruch.
– Alberwanie, wiem, że tego nie pochwalasz… – zaczęła mówić. Wiedział, że zrobiło się poważnie, skoro użyła jego imienia. Ale w swoich słowach, myliła się:
– Przeciwnie, Bello. Szczerze kochasz Nagini, a mi zależy na jej szczęściu. Nie zapomniałem, co robiłaś z rozkazu lorda i lady Voldemort, ale Nagini też zabijała, szerzyła czarną magię… – Nie dodał, że jego własna matka była jeszcze gorsza.
– Gardzisz nami. Uważasz, że jesteśmy siebie warte? – Rozzłościła się.
– Nie. Uważam, że każdy zasługuje na miłość. A Nagini… wiesz jak silnie związana jest z moją matką. Wyczuwa, że Artemizja słabnie i obwinia siebie, że nie potrafi jej pomóc. – Alberwan dolał płynu do szklanki Bellatriks.
– Dla spokoju Nagini, chciałabym, żeby ci się jutro udało. Jeśli nie wrócisz… ona się załamie. – Bellatriks spojrzała mu w oczy, bębniąc paznokciami o szklankę.
– To będzie najtrudniejszy dzień mojego życia – wymruczał Alberwan, zaciskając pięść na modyfikującym się pod wpływem magii krysztale.
– Skąd to przypuszczenie? To nie jest ten budzący grozę czarnoksiężnik, który stał za wymordowaniem tysięcy, który podbił pół Europy a potem prawie całą Wielką Brytanię, ten, który uwiódł Athenę Dumbledore. To żałosny starzec z wydrapanymi oczami, od lat zamknięty w wieży. – Bellatriks spojrzała na niego z niezrozumieniem.
Alberwan nie mógł jej wyprowadzić z błędu. Bellatriks nie wiedziała, że Athena Dumbledore leży w pokoju obok. Nie wiedziała, że Alberwan wybierał się na spotkanie kochanka swej matki. Nie miała pojęcia, że człowiek, u którego zdesperowani, mieli szukać pomocy, był ojcem przyrodniej siostry Alberwana.
– Ale czy będzie chciał mi pomóc? – spytał na głos Alberwan.
– To on rzucił bardzo podobną klątwę na starszą lady McGonagall. Może znać przeciwzaklęcie. Pytanie, czego zażąda w zamian – rzuciła Bellatriks i opróżniwszy swoją szklankę, odstawiła ją na stół. Alberwan westchnął, obserwując jak wiedźma wstaje.
– Wróć… nie ważne z jakimi wieściami. Po prostu wróć. – Ku szczeremu zdumieniu Alberwana, Bellatriks pocałowała go w policzek i wyszła z kuchni, kołysząc biodrami.
Czarodziej długo jeszcze siedział przy kuchennym stole, rozmyślając o Albusie, Athenie i Gellercie. Minęło tyle czasu, odkąd dowiedział się, kim tak naprawdę była jego matka, a on wciąż nie rozumiał, co mogło popchnąć ją w ramiona Grindelwalda. Tym bardziej, że wszystkie źródła historyczne potwierdzały, że jej romans z Gellertem trwał latami, podczas wojny jedynie ujawniony. Wspominając swoje własne interakcje z Albusem, Alberwan tym bardziej nie umiał znaleźć odpowiedzi – przecież obecny dyrektor Hogwartu był człowiekiem dobrym, szlachetnym, uczciwym i raczej czułym… przynajmniej od takiej strony dał się poznać. Gdyby była choć jedna błędna cecha, jakiś błąd, cokolwiek, co tłumaczyłoby Athenę!
McGonagall. To nie dawało Alberwanowi spokoju. Dumbledore ją kochał – to było widać już gdy tylko pojawiła się w zasięgu jego wzroku, a jeszcze widoczniejsze było w szpitalu. Natomiast to uczucie równie dobrze mogło rozwinąć się już po wojnie. A przecież Athena nie mogła czuć się zagrożona jedenastoletnią dziewczynką, prawda?
Kwestia wzorów, kwestia Louie, klątwy… Alberwan nie miał pojęcia, w co wierzyć. Czy jutro, albo dokładniej, czy rano uzyska więcej prawdy?
Wstał, jego kości zatrzeszczały – musiał naprawdę długo rozmyślać w niewygodnej pozycji. Odłożył na stół kryształową figurkę kuguchara, która jeszcze kilka godzin temu była zatyczką od karafki. Stąpając na palcach cicho jak kot, podszedł do drzwi głównej sypialni.
Bellatriks spała na boku, a wokół całej długości jej ciała był opleciony ogromny wąż – Nagini. Alberwan uniósł kąciki ust – ich miłość była niezwykła, unikatowa… w jakiś sposób patrząc na nie dwie, robiło mu się cieplej na sercu. Kiedy jednak przeniósł spojrzenie na wysokie łóżko pod oknem, jego uśmiech zbladł.
Zdołał odkryć recepturę mikstury, która utrzymywała Nagini w ludzkiej formie, chociaż była to złożona, alchemiczna formuła. Z klątwą trawiącą Athenę było jednak dużo trudniej. Alberwan przemierzył pół świata, szukając przypadków czegoś podobnego – werbalnej klątwy, która całkowicie paraliżowała, a jednak nie zabijała. Albo też zabijała, ale bardzo powoli.
Athena teoretycznie wyglądała dokładnie tak samo jak wtedy, w francuskiej chatce, kiedy Alberwan odnalazł ją i Nagini. Lecz wystarczyło rzucić szybkie zaklęcie diagnozujące, by dowiedzieć się, iż rezerwy jej fizycznej energii i magicznej mocy spadły znacząco. Alberwan podawał jej eliksiry wzmacniające oraz karmił ją dożylnie wszystkim, czego mogłaby potrzebować, ale to było za mało.
Na całym świecie, w historii magicznego uzdrowicielstwa nie było czegoś podobnego. Oczywiście za reżimu lorda i lady Voldemort nastąpił szybki rozwój klątw i uroków, ale od Nagini i Bellatriks Alberwan wiedział, że Czarni Państwo mogli inspirować się eksperymentami Grindelwalda. Za tym przemawiał też przypadek częściowego paraliżu Theresy McGonagall, która została trafiona klątwą Gellerta jeszcze przed właściwą wojną. Z wiadomych względów Alberwan nie mógł udać się do wnuczki Theresy i rozpytywać o tę klątwę, ale to, co wiedział, nie nastrajało pozytywnie. Starsza lady McGonagall nigdy nie odzyskała władzy w swoim ciele, aż w końcu zmarła, podczas wojny. Alberwan nie mógł wyrzucić z głowy artykułów, znalezionych w starych gazetach. Nagłówki, informujące, iż przedstawiona na zdjęciach kobieta już nigdy nie będzie chodzić, już nigdy nie zatańczy i nie pobiegnie, nawet nie obejmie wnuczki. Zdjęcia, istotniejsze, bo pokazujące tę kobietę w pełni sił – dumną, wyprostowaną, edwardiańską damę o siwych włosach, stalowym spojrzeniu i dziwnie znajomych, niebywale arystokratycznych rysach. Zdjęć ukazujących ją w słabości nie było.
Czy wyglądała na tak samo przerażoną i bezbronną jak Athena teraz? Alberwan podszedł do matki i przesunął palcem po jej jasnych włosach – były inne niż pamiętał z dzieciństwa – bez słońca, bez wiatru, zrobiły się suche. Być może… gdy wróci, będzie miał lek na jej paraliż? Pochylił się i pocałował pergaminową fakturę jej policzka.
Wyszedł przed dom położony nad jeziorem w jakiejś rozwlekłej, włoskiej wiosce. Z drewutni wyniósł miotłę – nigdy nie był w pobliżu Nurmengardu, zamierzał najpierw teleportować się do Lubeki i stamtąd polecieć do Mrocznej Wieży.
W Niemczech już świtało, gdy Alberwan wylądował przed imponującą, kamienną konstrukcją, piętrzącą się wysoko w niebo. Nurmengard zdawał się wyrastać z płaskiej skały, a dokładnie za wieżą morze kotłowało się – sina toń ścierała się z białymi bałwanami fal. Alberwan odłożył miotłę i mocno ściskając różdżkę w dłoni, ruszył do przodu.
Przed samymi drewniano–żelaznymi drzwiami zatrzymał się i zerknął w górę – nie widział czubka wieży – ginął on w chmurach, które mogły nieść ze sobą burzę – przez moment Alberwanowi wydawało się, że widzi na górze błysk.
Nad drzwiami wyryto napis ,,Dla większego dobra" w czterech językach: niemieckim, angielskim, łacińskim i starorunicznym. Alberwan uniósł lewą dłoń i załomotał.
Odpowiedziała mu cisza. Zmarszczył brwi. Dzięki wyszperaniu starych dokumentów w niemieckim ministerstwie magii, Alberwan wiedział, że za drzwiami była stróżówka zamieszkiwana przez czterech strażników z niemieckiego auroratu, z których ktoś powinien odpowiedzieć na pukanie. Ale nie, zza drzwi nie dobiegł go żaden dźwięk. Alberwan nacisnął klamkę i zachłysnął się : drzwi były otwarte! Unosząc defensywnie różdżkę, wszedł do środka.
Strażnicy zostali oszołomieni. Ich ciała ułożono w rzędzie w głównej sieni. Alberwan stwierdził, iż czar rzucono niedawno – może maksymalnie godzinę temu. Myśl, że mag, który oszołomił strażników, może wciąż być w wieży, na moment go zmroziła. Czarodziej jednak wziął się w garść i ruszył w górę. Równie prawdopodobny był scenariusz, że ktoś zdążył już uwolnić Grindelwalda i uciec z nim.
Powyżej kwater strażników znajdowały się dawne pracownie, w których powinny obecnie urzędować skrzaty domowe – jedyne istoty, które miały bezpośrednią styczność z Grindelwaldem. Lecz one również były nieprzytomne – Alberwan rozpoznał skutki eliksiru snu – tak niewielkie wagowo stworzenia wprowadzał on w rodzaj trwałej śpiączki. Coraz bardziej zaniepokojony, Alberwan wspinał się dalej.
Pomieszczenia na kolejnych kilkunastu piętrach były puste. Wspinaczka po dosyć szerokich schodach była męcząca, ale Alberwan uznał, że nie warto ryzykować lewitacji. Minął jeszcze piętro więzienne – Bellatriks powtórzyła mu plotki, że kiedyś przetrzymywano tu samego lorda Voldemorta.
Według wiedzy Alberwana, na samej górze znajdowały się dwie cele naprzeciw siebie. W jednej przetrzymywano Grindelwalda. W drugiej ustawiono szafę, za pomocą której wysłał na śmierć tysiące czarodziejów i czarownic. Widok tego mebla miał wzbudzać w nim skruchę i poczucie winy. Nieoficjalnie powtarzano, że docelowo, druga cela była przeznaczona dla Atheny Dumbledore.
Teraz jej syn zmierzał ku zamieszkanej celi, by uzyskać dla niej pomoc od jej kochanka. Czy los mógł być bardziej ironiczny?
Od najwyższego poziomu Nurmengardu Alberwana dzieliło dokładnie pół piętra, gdy usłyszał gniewny głos… znajomy… zatrważająco znajomy:
– Nie masz do mnie żadnych praw!
– Byłem pewien, że jesteś córką Albusa, inaczej zabiłbym cię zanim nabrałaś pierwszy oddech. – Okrutne słowa musiały wyjść z ust Grindelwalda. Przynajmniej czarnoksiężnik wciąż żył.
– Jestem córką Albusa! To on mnie wychował! – To był głos Louie. Serce Alberwana wywinęło młynka na myśl, że dziwnym zbiegiem okoliczności odnalazł swoją siostrę.
– Nie uwierzę, że mógłby przyjąć tą dziwkę, swoją żonę, z powrotem. – W głosie Gellerta nie było żadnych cieplejszych emocji – Alberwan nie rozumiał tego…
– Była tchórzliwą dziwką, uciekła. Ty oczywiście miałeś to gdzieś, zależało ci tylko na miłości Albusa – oskarżyła go Luiza i teraz Alberwan pojął – Grindelwald romansował z Atheną tylko dlatego, że była dla niego namiastką jego prawdziwej miłości, Albusa Dumbledore. W tym momencie Alberwan zaczął naprawdę współczuć Louie, zrodzonej z tej unii.
– Po co tu przyszłaś, czarci pomiocie? Zobaczyć się z tatusiem? – zadrwił zimno Grindelwald.
– Przyszłam zniszczyć coś, co dotrzymuje ci towarzystwa. A także zabić cię. Myślę, że zacznę od tego drugiego – odpowiedziała Louie głosem twardym, nieugiętym.
– Ta zdzira McGonagall wyświadczyła mi przysługę, że nie muszę cię teraz oglądać! – zawołał Grindelwald. Alberwan powoli skradał się po ostatnich stopniach.
– Giń z myślą, że Albus kocha ją bardziej i że mają szansę razem być szczęśliwi!
Grindelwad zawył jak dzikie zwierzę. Alberwan ledwo usłyszał kobiecy głos, wymawiający formułę zaklęcia:
– AVADA KEDAVRA!
Jeszcze krok, może uda się…
– NIE! – wrzasnął Alberwan w chwili, w której zielony promień trafił w pierś człowieka ze straszliwie zniekształconą górną częścią twarzy.
– Protego! – krzyknął instynktownie, bo w jego stronę już leciał czerwony promień. Kobieta, dzierżąca różdżkę, skrzącą się szafirami, nie wahała się.
– Louie… – wyszeptał, niewerbalnie odbijając wiązankę potężnych uroków. Jednak musiała to dosłyszeć, bo przestała go atakować, chociaż nie opuściła różdżki.
– Kim jesteś? – spytała po angielsku.
– Nie pamiętasz mnie? – wyrwało mu się, zanim się opamiętał.
Miał wrażenie, że jego serce łamie się na setki kawałków, gdy obrzuciła go uważnym spojrzeniem, zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
Bo on pamiętał ją doskonale. Mimo że minęło tak wiele czasu, mimo, że byli teraz dorosłymi ludźmi, każda komórka jego ciała krzyczała, że stojąca przed nim czarownica była tą Louie, z którą spędził część dzieciństwa.
Te złote włosy, te lodowato błękitne oczy, większe, często nadające jej twarzy zdziwiony wyraz oraz wąskie usta, teraz dodatkowo zaciśnięte mocno… to była ona.
– Mów, kim jesteś, albo giń, jak on. – Podbródkiem wskazała na zwłoki Grindelwalda. Alberwan mógł tylko wpatrywać się w jego twarz, z której ktoś wydrapał oczy – blizny ciągnęły się od krawędzi włosów do skraju podbródka. Grindelwald był potworem, tego nie można było zanegować. Miał na sumieniu więcej niż ktokolwiek, może poza Atheną, jeśli kroniki dokumentujące bitwy z jej udziałem nie były przesadzone. Ale martwy, nie mógł pomóc Alberwanowi. Nie mógł podać przeciwzaklęcia na klątwę.
– Dlaczego go zabiłaś? Przecież odbywał karę! – Alberwan nie mógł się z tym pogodzić, że siostra, którą dawno postawił na piedestale, która od zawsze jawiła mu się jako postać całkowicie niewinna, mogła zabić kogoś z zimną krwią.
Cynicznie wykorzystała jego moment rozproszenia.
– Incarcerous. Petrifikus. – Z jej różdżki wystrzeliły więzy, które natychmiast oplotły chwilowo bezwładne ciało Alberwana. Wyrosła na wiedźmę sporego kalibru, jeśli chodzi o magię – różdżka Alberwana upadła na ziemię, poza zasięg jego rąk, ale też powietrze wokół niego zostało pozbawione drobin magii, po które mógłby sięgnąć, by się uwolnić. Nie był jednak zupełnie bezbronny. Pozostała mu jeszcze animagiczna postać. Ale zanim się do tego uciekł, postanowił poczekać.
– Nie powinno go tu być. Kto wie, na czyich jest usługach? Należy go zabić – mamrotała Louie, przechodząc do drugiej celi. Alberwan westchnął, bo nawet nie obejrzała się ani na niego, ani na Grindelwalda.
Co tak naprawdę robiła tu Louie? Przecież jej celem nie było chyba zabicie ojca? Kto stał za tym wszystkim? Przecież Albus nie pozwoliłby jej tak zbrukać swojego sumienia!
– Albus wychował cię lepiej – odezwał się cicho Alberwan. Louie zamarła z dłonią na drzwiach szafy, stojącej w drugiej celi. Jednak nie odwróciła się, jedynie rzekła:
– Mam po rodzicach tylko mroczną naturę. Nawet światło Dumbledore'a nie mogło wyplenić jej całkowicie. A Grindelwald zasługiwał na śmierć. – Słowa zimne, okrutne i gorzkie. Alberwan aż poczuł łzy wkradające się w oczy…
Zaraz jednak zamrugał, bo Louie otworzyła szafę i zaczęła mamrotać zaklęcia. Przechylił się tak, by widzieć, co jest w środku.
Błyszczało złotem. To mógł być puchar – może jakieś przedstawienie św. Graala? Nie, było za małe. Raczej jakaś czarka. Zmrużył oczy… czy na złotej powierzchni wygrawerowano jakieś zwierzę?
– Szkoda, że tak zbezcześcił cudowną pamiątkę po Heldze – wymruczała do siebie Louie.
Alberwan spędził w Hogwarcie wystarczająco dużo czasu, by zrozumieć, że mały złoty puchar, skryty w szafie to tak naprawdę sławna czarka Helgi Hufflepuff. Już miał zapytać Louie, skąd czarka wzięła się tutaj, gdy rozpoznał skomplikowane ruchy, którym oddawało się jej ciało.
Louie wzniecała Szatańską Pożogę.
– Co ty wyprawiasz? Zwariowałaś? – wykrzyczał, ale ona go nie słuchała, kompletnie skupiona na zaklęciu. Alberwan z niezrozumieniem obserwował tą scenę. Nie czuł się kompletnie przygotowany na taki obrót sytuacji. Może spodziewał się, że ten dzień będzie trudny, że ta misja może się nie powieść, ale to?
Pierwsze pomarańczowe iskierki były niepozorne. Alberwan jednak wciąż pamiętał przestrogi matki, że nic nie rozprzestrzenia się tak szybko jak ten rodzaj czarnej magii. Tymczasem Louie cofnęła się. Ich uszy przeszył nieludzki wrzask, gdy płomienie liznęły czarkę. I chociaż Szatańska Pożoga nie wytwarzała dymu, Alberwan zakaszlał.
Louie odwróciła się i podeszła do niego. Nachyliła się tak, że brakowało kilku centymetrów, by stykali się nosami.
– Nie możesz opuścić tej wieży. Wiesz, może nawet trochę mi cię szkoda, bo masz piękne oczy – wyszeptała, a potem zupełnie niespodziewanie pocałowała go prosto w usta.
Alberwan odpowiedział na pocałunek, chociaż to był błąd, bo ona była jego siostrą, bo nic już z tego nie rozumiał, a wszystko wokół nich się paliło. Lecz jeśli to miał być jego ostatni prezent od siostry… która miała zostawić go tu na pewną śmierć…
Uśmiechała się, gdy sprężystym krokiem doskoczyła do okna. Mrugnął, oślepiony przez płomienie, zaczynające lizać jego szaty. A kiedy znów spojrzał na okno, na parapecie siedziała wrona.
Louie była animagiem!
Zaraz, przecież on też był animagiem!
Wrona odleciała, gdy Alberwan zmienił się w kuguchara i zrzucił z siebie tlące się więzy. Nie bacząc już na nic, popędził w dół schodów, a szalejące nad jego głową interno goniło go niemiłosiernie. Całe szczęście, że jego animagiczna forma była tak szybka. Oraz że spadała na cztery łapy.
Dopiero na samym dole przypomniał sobie o skrzatach domowych i aurorach. W pojedynkę, nie miał szans wyciągnąć ich wszystkich. Łykając łzy porażki, rozczarowania i szoku, wybiegł przed wieżę.
Płonęła już w połowie. Musiał uskoczyć przed spadającymi, tlącymi się kamieniami. I wtedy coś przyszło mu do głowy. Owszem, to wymagało energii, ale mógł uratować skrzaty i aurorów. A że dzisiaj raczej wszystko przegrał…
Wzniósł obie dłonie – w prawej ściskał różdżkę. Zaczął powoli, po cichu. Skończył wywrzaskując z siebie słowa, jakby były pociskami. Lecz to nie miało znaczenia. Liczyło się to, że wieża ,,złamała się" dwa piętra powyżej kondygnacji ze skrzatami. Huk był ogłuszający, gdy płonąca część więzienia Grindelwalda runęła do morza.
Mag wypuścił wstrzymywane powietrze obserwując jak ponad brzeg wznosi się fontanna złożona zarówno z wody, jak i z ognia, zmagających się w antagonistycznym tańcu. Alberwan z ulgą odnotował, że woda otoczyła ogień, zanim dwa żywioły opadły w dół, poza zasięg jego wzroku, zostawiając go samotnego, z żałosnym kikutem wieży sterczącym oskarżycielsko na tle płaskowyżu.
Louie… wciąż czuł smak jej ust.
