1974
– Jak on się czuje? – Odbita piłeczka, bo Luiza zadała dokładnie to samo pytanie kilka minut temu, ale dotyczyło ono Marveliana. Minerwa zaś pytała o Assuarina.
Siedząca naprzeciw młoda czarownica westchnęła. Mimowolnie okręcała wokół palców pukiel złotych włosów. Minerwa wiedziała, że Louie tylko tutaj, w rezydencji, czuje się jak w domu – bo tu nie miała żadnych tajemnic, o które mogłaby się martwić. Albo przynajmniej Minerwa wiele planów układała na fundamencie nadziei, że tak było.
– Klątwa sięgnęła ramienia – odpowiedziała wreszcie Louie, jej ogromne, lodowato niebieskie oczy błyszczały mocniej niż zwykle.
– Tylko wizualnie, czy jego ogólny stan też się pogorszył? – spytała Minerwa, w duchu dziwiąc się, że współczucie wobec Louie przychodziło jej tak łatwo – w końcu dla Minerwy, Assuarin był nikim, ewentualnie jednym ze słabszych ogniw w kolczudze mającej chronić Marveliana.
– Ręka czasami mu drętwieje, ale oprócz tego nie. Mikstury od Slughorna działają, chociaż nawet gdyby nie działały, to nic bym nie wiedziała, Assuarin nie jest typem, który skarżyłby się. – Przez twarz Luizy przemknął czuły wyraz.
– Marvelian się tym martwi. Przez ostatni rok był coraz bardziej wycofany – zauważyła cicho Minerwa. W swoim myśleniu może błędnie bagatelizowała rolę Assuarina – w końcu to on był najważniejszym męskim wzorcem dla chłopca. Na pewno lepszym, niż mógłby być ojciec biologiczny, ale Minerwa wciąż bolała nad faktem, że Marvelian nie zbudował silnej więzi z Albusem.
– Nie martwi się o Assuarina, tylko o mnie. Obawia się, że jeśli Assuarin… straci sprawność albo umrze zanim on sam ukończy szkołę, będę w niebezpieczeństwie. Marvelian to skomplikowany chłopiec, lecz jego miłość do mnie… – Louie potrząsnęła głową. Najważniejsze zostało niedopowiedziane, ale zabolało Minerwę mocno. Nie żeby nie była tego świadoma. Od samego początku nauki syna w Hogwarcie widziała te subtelne, skrywane sygnały, iż Louie jest w jego życiu postacią pierwszoplanową, iż wszystkie inne relacje chłopca są budowane przez pryzmat jego miłości do kobiety, którą uważał za matkę. Światło Albusa załamywało się na tym pryzmacie. Iskierka Lily przechodziła w różową barwę tego, co należy chronić. Wątły płomyk Severusa stawał się mocniejszym światełkiem. A ciemność Minerwy? Zatruwała przezroczyste szkło pryzmatu.
Siedziały więc naprzeciw siebie. Dwie kobiety, które mogły uzurpować sobie tytuł matki Marveliana. Jedna spięta, nieustannie czujna, myślami wybiegająca daleko w przód, jednocześnie wnioski opierając na wydarzeniach dawno minionych. Kontrolująca każdy aspekt swojej podzielonej osobowości, każdy sznur swojej władzy, każdy ułamek swojej potęgi i każdą iskierkę swojej magii. Dla kontrastu druga, prawdziwa, promieniująca szczęściem z małych sukcesów, mocno przywiązana do teraźniejszości. Niedbająca o zewnętrzny świat, skupiona na swoim małym mikrokosmosie, do którego zaliczała się Minerwa, Assuarin i Marvelian.
– Czego się obawiasz, Minerwo? Teraz, kiedy Gildia, a więc właściwie ty, jesteś u władzy, a dwa horkruksy zostały zniszczone, Marvelian jest bezpieczniejszy niż kiedykolwiek. – Louie czuła się wyraźnie niekomfortowo pod ciężkim i przeszywającym, nieugiętym spojrzeniem szmaragdowych oczu.
– Voldemort na pewno nie poprzestał na dwóch horkruksach. – Minerwa posłużyła się bezpiecznym wariantem odpowiedzi – nie mogłaby zdradzić swoich prawdziwych, toksycznych myśli.
– Minerwo… jest coś, o czym muszę ci powiedzieć, zanim zaplanujesz dla mnie kolejną misję – powiedziała cicho Louie. Minerwa zmrużyła oczy. Ton młodszej czarownicy zasiał w niej ziarno niepokoju, ponieważ wskazywał na tajemnicę. Minerwa tolerowała tajemnice tylko wtedy, gdy były one jej własnymi.
– Spodziewam się dziecka.
Twarz starszej czarownicy nie drgnęła. Nie, Minerwa nie dopuszczała do siebie radości, którą odczuwała jako przybrana matka Louie. Słowa, które umniejszały jej rolę w życiu Marveliana ubodły ją na tyle mocno, że z łatwością weszła w rolę Minerwy– nieufnej, odtrącającej, karzącej.
– Kto wie? – Dwa słowa, obojętność wymierzona z precyzją mugolskiego chirurga.
– Nikt, nawet Assuarin. Jesteś pierwszą osobą – odpowiedziała spokojnie Louie. Wyniosłość, chłód Minerwy chyba powoli przestawały na nią działać. Podczas tych lat spędzonych w Hogwarcie, uodporniła się na nie. Gdyby sprowadzić to do alegorii ich szachowych pojedynków, dziś mógłby być pierwszy raz, kiedy Louie wygrała.
– Kiedy zamierzasz powiedzieć Marvelianowi? – Minerwa w duchu bała się jego reakcji. Wątpiła, by jej syn przyjął tą wiadomość dobrze. Do wakacji było jeszcze daleko – on nie wybaczy Luizie, jeśli dowie się zbyt późno.
– Chciałabym się z nim spotkać w Hogsmeade, w następny weekend. – Louie wciąż pozostawała dzielna, wciąż posługiwała się wymuszonym spokojem. Minerwa nagle poczuła dziwną, destrukcyjną potrzebę przełamania tego.
– W następny weekend zbiera się Gildia – oświadczyła nauczycielka, wyzywająco unosząc podbródek.
– Minerwo, to niczego nie zmienia…
– Ludwiko, to zmienia wszystko. Ten świat, kolejny… Nie rozumiesz, jak napięte będą od teraz relacje nas wszystkich? Marvelian nie zniesie tego dobrze, uzna to dziecko za konkurencję, poczuje się niekochany i odrzucony. Chciałabym mieć pewność, że zwróci się wtedy do mnie, nie przeciw wszystkim i sobie, ale nie mam takiej gwarancji. A jeśli będę otwarta na jego zagubienie… wtedy ty uznasz to za zdradę… chociaż doskonale wiesz, że jestem gotowa to zrobić. – Minerwa czuła, że końcówki jej palców zaczynają lśnić, więc wstrząsnęła nimi z frustracją.
Tym razem, łzy popłynęły z oczu Louie. Ale Minerwa już nie dbała o to, czy wyrażały szok zrozumienia, smutek z powodu rozdźwięku czy też złość z braku gratulacji.
– Myślałam… to będzie dziewczynka… chciałam nazwać ją Minerwa… – zaszlochała Louie.
– Nie. To imię dla damy z rodu McGonagallów, a twoje dziecko nie będzie do niego należało, bez względu na pochodzenie twojej matki. – Minerwa uderzyła pięścią w stół, jej źrenice zwężyły się w ostrzegawcze szparki.
– Ja… nic nie powiedziałaś, kiedy zdradziłam, że wyszłam za Assuarina… myślałam… – W głos Louie wdarła się nuta oskarżenia, która tylko bardziej rozzłościła Minerwę.
– Wtedy nie wiedziałam, jak bardzo Marvelian wdał się w swoich rodziców. A ani ja, ani jego ojciec nie cierpimy się dzielić… ani władzą, ani uczuciem… niczym. – Starsza czarownica wstała i wyprostowała się na pełną wysokość.
– Nigdy nie…
– W korytarzu będzie czekał na ciebie dywan. W tym stanie nie powinnaś latać na smoku. Chcę co tydzień dostawać od ciebie listy odnośnie stanu twojego i Assuarina. Poród odbiorę osobiście. – Słowa Minerwy nie miały w sobie nic ciepłego – tym tonem rozkazywała żołnierzom, strofowała uczniów, przewodziła Gildii, a także, czego Louie nie mogła wiedzieć – poniżała śmierciożerców.
I tak jak na polu bitwy, tak jak w klasie, tak jak w pojedynku, Minerwa nie czekała na odpowiedź – teleportowała się z miejsca, mimo tego, że na rezydencję były nałożone te same potężne zaklęcia antyteleportacyjne co na Hogwart.
Gdy ujrzała przed sobą znajomy front Ivylerton House, wyglądający jakby nic się nie zmieniło, Minerwa zaczęła kwestionować rozsądek wybrania się tutaj akurat dzisiaj, w tak rozstrojonym emocjonalnie stanie. Zaraz jednak wyprostowała się i wyciągnęła różdżkę – McGonagallowie kierowali się rozumem, logiką i ewentualnie strzępami intuicji, a nie głupimi emocjami. Dzisiaj był dzień dobry jak każdy inny, a lepiej, by miała to już za sobą.
Nie zaglądała tu od przewrotu, traktując ten dom jak ziemię niczyją. Był więc niezamieszkały – bo Tom pamiętał, że Ivylerton House należało do niej i nie był na tyle głupi, by sprowadzić do niego swoją kochankę i bękarta. Ogród wydawał się nieco zapuszczony, ale stare zaklęcia, które na niego rzuciła, okazały się nietknięte, chociaż nieco ,,zwietrzałe". To drzwi zostały zapieczętowane inaczej niż zwykle – nie przez jej własną magię.
Syczała z irytacji, gdy rozpoznała starożytny zamek krwi – umożliwiający wejście tylko tym, których krew została uwzględniona przy rytuale rzucania zaklęcia. Ukuła się w palec – jedna kropla – nie zamierzała dać mu więcej. Drzwi otworzyły się, ukazując zaciemniony korytarz.
Co pięć kroków szukając wrogich klątw i zaklęć, Minerwa powoli zmierzała ku schodom. Jej usta na moment zadrżały, gdy zobaczyła na okiennym parapecie swoją filiżankę po herbacie i otwartą w połowie książkę o mrocznej naturze smoków. Stłumiła odruch dotknięcia nieprzeczytanych kartek i pięła się w górę, ku sypialni.
Tutaj panował porzucony rozgardiasz. Na toaletce wciąż leżała jej szczotka, w powietrzu unosił się wątły aromat ciężkich perfum lady Voldemort, a pościel na łóżku była zmięta, jakby dopiero co je opuścili. Jeden element nie pasował i Minerwa podeszła do niego, mocno ściskając różdżkę.
Na jej poduszce leżał notatnik. Pół godziny i dwadzieścia pięć zaklęć później, Minerwa wiedziała, że dziennik jest horkruksem, ale nie ma żadnych uroków mających go chronić, poza tymi, które rzuciła na niego sama, zanim podarowała go Tomowi. Dobrze pamiętała tamten moment – kiedy podbili ministerstwo, kiedy wydawało się, że nie ma do osiągnięcia nic więcej, kiedy zatracili się, a ona popełniła karygodny błąd. To była noc poczęcia Marveliana. Z tą myślą, sięgnęła po dziennik lorda Voldemorta.
Przed każdą inną osobą ta niepozorna książeczka ukazałaby puste, niezapisane kartki, ale Minerwa widziała jej zawartość dokładnie. Widząc nie zapiski, których mogłaby się spodziewać, ale rysunki… porażająco precyzyjne, prawdziwe… jak żywe, nie mogła zdecydować, czy czuje złość, irytację czy nostalgię.
Na każdej kartce była ona. Na przemian jako Minerwa McGonagall, piękna kobieta w konserwatywnych szatach, w szkolnym mundurku albo w sukienkach jak z Balu Noworocznego oraz lady Voldemort, w obcisłych sukniach, w satynowych koszulach nocnych, w seksownej bieliźnie, wreszcie naga – wszystkie akty porażająco piękne… jak i przedstawiona na nich kobieta… budząca pożądanie… Minerwa nie potrafiła nawet uwierzyć, że to jest naprawdę ona sama. Żyła z tą częścią swej osobowości od tak dawna, a jednak widząc jasną i ciemną stronę swojego życia, przedstawione odpowiednio na parzystych i nieparzystych stronach dziennika, miała wrażenie, że wcale siebie nie zna.
Ze zwykłego, ludzkiego punktu widzenia te obrazy były zbyt piękne, by je tak po prostu zniszczyć. Lecz zaraz potem Minerwa wyobraziła sobie twarz Albusa, jeśli ten jakimś cudem zdołałby ujrzeć treść dziennika… i zrozumiała, że ten horkruks czeka taki sam los jak wszystkie – płomienie Szatańskiej Pożogi.
Lecz dla zachowania pozorów… dla pewności, że to ona prowadzi i kontroluje tą grę… Tom musiał dostać sygnał czytelniejszy niż płonący dwór Riddle'ów, niż zburzona wieża Grindelwalda.
Tom musiał zrozumieć, że nie tylko profesor McGonagall pragnie się go pozbyć, ale lady Voldemort również. Gdyż tylko ta świadomość mogła wykurzyć go z kryjówki, w której się zaszył i zbierał siły. Minerwa nie mogła pozwolić, by zebrał ich zbyt wiele, żeby był gotów zaatakować znienacka. Skrupulatnie i z rozmysłem budowała nowy porządek na fundamentach starej Gildii i licząc na wsparcie nowej, ale Tom był zagrożeniem, na które nie mogła przymykać oczu, tak jak teraz przymykała je na jego rysunki.
Dziennik schowała do kieszeni szmaragdowych szat, które następnie transmutowała w wyzywającą, żółtoczerwoną suknię ze spódnicą z daleka przypominającą migoczące płomienie. Potem musiała jeszcze transfigurować siebie.
Kiedy jej figura robiła się pełniejsza, włosy zmieniały długość i kolor, a rysy traciły swój arystokratyczny charakter, Minerwa pocieszała się myślą, że być może to jest jedna z ostatnich tego typu transfiguracji na jakiś czas. Ot, ujście dla jej gniewu, polityczne zagranie godne najzręczniejszego manipulatora i przypomnienie, iż świat nie jest czarno–biały.
Z ciężarem horkruksa w ukrytej kieszeni, lady Voldemort opuściła Ivylerton House. Zerknęła jeszcze na swoje najświetniejsze dominium – ono nie mogło spłonąć – nawet jeśli powodem był jedynie skrywany sentymentalizm. Mocno zacisnąwszy palce na różdżce przyozdobionej rubinami, Czarna Pani teleportowała się.
Jeden, bardzo krótki moment, kiedy nikt ze zgromadzonych w atrium czarownic i czarodziejów jej jeszcze nie dostrzegł – gdy była po prostu jedną z wielu, w tłumie. Lecz to nie mogło trwać długo. Rzeczywiście, dokładnie trzy sekundy później rozległ się wrzask. Ludzie zaczęli się rozglądać, a nie mogąc pominąć ognistej sukni Czarnej Pani, rzucali się do ucieczki. Wystarczyło kilka minut, by przestrzeń w promieniu dwudziestu metrów od Minerwy pozostała zupełnie pusta.
Aurorzy szybko znaleźli się na miejscu, prowadzeni przez Franka Longbottoma. Minerwa przeklinała w myślach swoją niecierpliwość – minister był z dyplomatyczną misją we Francji, było więc logiczne, że przyjdzie jej rozmawiać z szefem biura Aurorów. A że Moody tropił Lestrange'ów, jego obowiązki przejmował Frank. Negocjacje z nim jawiły się raczej nudno i nużąco:
– Lady Voldemort, jest pani aresztowana za zbrodnie dokonane na brytyjskiej społeczności czarodziejów – odezwał się Longbottom. Musiała mu oddać – głos mu nie zadrżał nawet przy jej tytule.
Roześmiała się, ale to był manewr, celowy zabieg mający odwrócić uwagę od tego, co robiła naprawdę. Kominki płonęły prawie cały czas… ale jeden zapłonął nie na zielono, a na niebiesko… i wyszła z niego Minerwa McGonagall… w ciężkich, nauczycielskich szatach, z okularami na nosie.
Rozdwojenie jaźni… było bolesne, nawet bardzo, zatem obie kobiety skrzywiły się na swój widok. Lady Voldemort, w tym momencie goszcząca w sobie więcej z esencji, z duszy Minerwy, pomyślała o tym, jak niedoskonała jest iluzja – profesor McGonagall brakowało zwyczajowego, kociego wdzięku, a gdyby zdjęła okulary, zieleń jej oczu byłaby dziwnie przytłumiona. Z kolei profesor McGonagall myślała o tym, jaką bestię miała przed sobą, jak wyzywającą, prowokującą i nieodparcie irytującą osobowością promieniowała lady Voldemort.
– Wreszcie ktoś, z kim mogłabym porozmawiać jak równa z równą. Słyszałam, że ładnie pogoniłaś Czarnego Pana, lady McGonagall! – zawołała lady Voldemort, robiąc kilka ostrożnych kroków w bok, w stronę fontanny Magicznego Braterstwa, której już przywrócono wygląd sprzed przewrotu.
– Longbottom, odsuń się i zabierz stąd cywili – warknęła profesor McGonagall, głosem nieznoszącym sprzeciwu. Frank przełknął ślinę, ale cofnął się i zaczął dyskretnie prosić aurorów, by zabierali gapiów, którzy chcieli obejrzeć lady Voldemort zza prymitywnych kryjówek za kominkami i kratami wind.
– Wiesz, że nigdy się ode mnie nie uwolnisz, dopóki sama nie skonasz! – wrzasnęła lady Voldemort, wiedząc, że jeśli zaraz nie da ujścia swojej mocy, ta skorumpuje jej słowa, jej myśli. Rozkaże jej wykrzyczeć wszystkie kłamstwa…
Profesor McGonagall zaatakowała pierwsza. Doskonale wiedząc jakiego czaru użyje i w którą stronę go pośle, lady Voldemort jedynie uskoczyła w lewo, uśmiechając się.
Ludzi szalonych często pyta się, co mają na myśli, mówiąc, że walczą sami ze sobą. Ale nawet najkrwawsze bitwy, jakie Minerwa przeprowadzała między dwoma granicznymi biegunami swojej osobowości nie mogły się równać z fizycznym starciem między dwoma ciałami, pomiędzy którymi była teraz podzielona jej dusza.
Lady Voldemort syknęła, gdy jedno z zaklęć smagnęło ją po kostce, przez co nie poruszała się już tak szybko – z drugiej strony, profesor McGonagall nie miała swej stuprocentowej prędkości. Urok Czarnej Pani otarł się o bok skupionej, czarnowłosej kobiety, wyrywając kawałek szat i dosięgając ciała. Pierwsza krew, która jednak nie plamiła posadzki, ale tego nikt nie widział. Nikt nie dostrzegł, że zarówno strzępy szat, jak i kropelki krwi znikały, gdy tylko odrywały się od lady McGonagall.
– Bombarda! – wymruczała Minerwa, chociaż druga część jej już nurkowała za fontannę, a czar urwał jedynie kawałek kamiennego gzymsu.
– Minerwa, Minerwa, Minerwa! Bohaterka, której nikt nie uznaje! Ta, która wydrapała oczy Grindelwalda! Wiesz, że on nadal przeklinał ciebie, kiedy zdychał?! Kotek Dumbledore'a, wiecznie w jego cieniu! – zawołała lady Voldemort, dostrzegając kątem oka Albusa, który pojawił się w jednym z kominków na czas, żeby usłyszeć te słowa.
Nadgarstek Minerwy śmignął, a złoty centaur z fontanny wierzgnął kopytem, zmuszając lady Voldemort do szybkiego uniku. Albus wyciągnął różdżkę, ale na razie przezornie się nie wtrącał.
– Taka byłaś silna, tak? Ale uległaś, oddałaś się najgorszemu potworowi na ziemi dla władzy, która i tak wyślizguje ci się z rąk! – wrzasnęła profesor McGonagall, z gniewem i frustracją… będącymi tylko iluzją jej prawdziwego szkockiego temperamentu.
– To nie ja zdradziłam! To nie ja porzucam wszystkich, według schematów z przyszłości, które nigdy się nie powtórzą, w pogoni za tym, co dawno zostało odebrane! Minerwa Perfekcyjna McGonagall, która nigdy nie powstanie, bo Athena o to zadbała! Kim byłaś w tamtym porządku? KIM BYŁAŚ, JEŚLI NIE BYŁAŚ MNĄ? – Lady Voldemort wyrzuciła w górę dziennik – horkruks. Przez chwilę jedynymi dźwiękami był szelest przewracanych w powietrzu wysoko w górze kartek i nieco miększy szelest sukni Czarnej Pani, która obracała się w rytuale przyzwania…
– Padnij! – wrzasnął Albus, pędząc ku Minerwie, pewnie przekonany, że płomień Szatańskiej Pożogi był wymierzony w nauczycielkę transmutacji.
Płomienie nie otoczyły Minerwy, która przewidująco wzniosła wokół wszystkich barierę z wody, błyszczącą zbyt mocno, by być zwykłą, źródlaną kranówką.
Wrzask wdarł się do umysłów wszystkich – w ten horkruks Tom włożył naprawdę solidny kawałek duszy. Pojedyncze płonące kartki wirowały w kierunku Minerwy i Albusa, który zaraz był przy niej. Sam ogień, nie znajdujący już nic do spalenia, opadł w dół, wprost na różdżkę czarodzieja z fontanny Magicznego Braterstwa.
Horkruks został zniszczony, to była pora na przechylenie szali. Lady Voldemort ożywiła zaklęciem złotego maga, jednocześnie z żalem przerzucając ogromną część duszy na profesor McGonagall.
– Zamierzam wykonać aurum aquae, Albusie – odezwała się cicho zastępczyni dyrektora Hogwartu, wyczuwając więcej kreatywności w swoim umyśle, więcej mocy w swoim ciele, więcej duszy do czerpania motywacji.
– Tylko to nie jest złoto, Minerwo. – Czarodziej machnął różdżką, ożywiając skrzata domowego. Skrzat wbiegł pod nogi złotej ożywionej figury maga, zatrzymując ją na moment.
– Jestem arcymistrzynią transmutacji, to wkrótce będzie złoto – oświadczyła czarownica, wznosząc różdżkę i ręce.
Dumbledore chronił ją przed czarodziejem, który płonął i podpalał wszystko, czego się dotknął, chociaż cofał z sykiem przed barierą, jaką Minerwa wzniosła wokół obserwujących starcie aurorów. Tymczasem lady Voldemort usiłowała wymyśleć sposób wyjścia z tego starcia z twarzą. Sama Minerwa była absolutnie skupiona.
To była magia, jakiej jeszcze nie widziano i o jakiej mistrzowie transmutacji mieli sobie szeptać jeszcze długo.
Bowiem pozłacane posągi, wyłączając czarodzieja i porzuconego skrzata, zmieniły się w prawdziwe, płynne złoto, zdolne opierać się płomieniom Szatańskiej Pożogi – gdyż nawet jeśli płomienie spalały cząsteczki złota, to w tempie dużo wolniejszym.
Lady Voldemort zacisnęła zęby i w starożytnym rytuale uwolnienia swojej energii w postaci ognistego alter ego okręciła się wokół własnej osi. Po drugiej strony zniszczonej fontanny Minerwa jak w zwierciadle robiła to samo, ale przyzywając ostateczną esencję wody… jako płynu podtrzymującego życie, nie odbierającego je. Vinculum szarpnęło, bo czarownica potrzebowała miłości, by tchnąć w wodę wystarczająco dużo mocy. To miłość była bowiem uczuciem, które pozwalało Minerwie McGonagall wygrywać z lady Voldemort, wciąż i wciąż.
Ognista postać lady Voldemort zwarła się z wodną postacią lady McGonagall w żywiołowym tańcu, wysoko ponad głowami wszystkich. Przez parę długich minut wydawało się, że żadna nie uzyskuje przewagi, że są zbyt dobrze dopasowane do siebie umiejętnościami i poziomem mocy, a pat jest nieunikniony. Lecz wtedy Albus dmuchnął i z pomocą swej magii utworzył powietrzny miecz, który wodna Minerwa ujęła w swe ociekające wodą dłonie i z całej siły wbiła broń w ognistą lady Voldemort.
Rzeczywista lady Voldemort zachwiała się. To był koniec politycznego przedstawienia, wyraźnego przekazania władzy, a jednocześnie czytelnego sygnału dla Toma. Tak więc Czarna Pani zniknęła, z trzaskiem, który można by uznać za teleportację, kiedy tak naprawdę do był trzask płuca Minerwy, zduszonego ogromem magii.
Nogi pod profesor McGonagall się nieco ugięły, gdy znów poczuła magiczną wagę całej swojej duszy w swym dość sponiewieranym ciele. Albus odruchowo podtrzymał ją, chociaż nie odważył okazać się więcej czułości. Czuła przez vinculum, że pragnął ją pocałować… ale jej brakowało powietrza.
– Moje płuco. Musisz je uleczyć, byśmy nie spłonęli – zawołała do niego niecierpliwie.
Delikatnie ułożył ją na ziemi i zaczął mamrotać lecznicze zaklęcia. Nie był uzdrowicielem, dlatego to nie było najprzyjemniejsze doznanie, kiedy transmutował rozerwaną tkankę w znów całą. Miał jednak na tyle wiedzy, by ją uzdrowić. Już po chwili mogła wziąć oddech. Jej klatka piersiowa pulsowała bólem, ale zacisnęła zęby i podniosła się, opierając na wyciągniętej dłoni Albusa.
Powiodła wzrokiem po absolutnym chaosie. Jej srebrzysto–wodna bariera wciąż chroniła gapiów i aurorów, ale wewnątrz wszystko płonęło – z kartek dziennika Szatańska Pożoga spłynęła na posadzkę, trawiąc i ją, zaś płynne złoto napełniło fontannę. Było go tak dużo, że przelewało się przez rozbity gzyms i tworzyło kałuże na ziemi, wciąż dymiące lekko.
– Masz dość sił? – Albus spytał z troską, widząc jej chmurne oblicze.
– W to nigdy nie wątp, mój dyrektorze – odpowiedziała, zmuszając się do uśmiechu i znów wzniosła różdżkę.
Wylewitowała złoto, a potem rozdzieliła je na kilkanaście idealnych kul, z których każdą posłała do płomieni. Z kuli transmutowała miniaturowe kopuły, które pokryły wciąż tlące się języki ognia. Następnie bardzo powoli zaczęła znosić barierę chroniącą wszystkich i przyzwała do siebie srebrzystą ciecz. Albus podtrzymywał jej drżącą dłoń, gdy czarowała, sprawiając, że srebrzysta woda rozlała się po złotych kopułach. Potem obydwoje pstryknęli palcami rąk wolnych od różdżek. Ciecz przesiąkła przez strukturę złota i zgasiła płomienie.
Minerwa odetchnęła, zostawiając Albusowi zadanie zebrania złota i transmutowania go w sztabki. Frank i aurorzy już biegli ku niej. Gryfonowi chyba odebrało mowę – wodził pomiędzy nią a rosnącym prostopadłościanem ze sztabek złota.
– Alicjo, dopilnuj, by całe to złoto zostało przekazane na rzecz szpitala św. Munga. Muszę ich odwiedzić, by sprawdzili, czy moje płuco zostało dobrze naprawione. – Pierwsze zdanie Minerwa skierowała do młodej auror, narzeczonej Longbottoma, zaś drugie do Albusa.
– Pani profesor… nic nie zrozumiałem… ale to było niesamowite… Szatańska Pożoga… – Longbottom wyraźnie miał problem z utworzeniem sensownego zdania.
– Wygląda na to, że lady Voldemort prowadzi własną krucjatę przeciwko dawnemu narzeczonemu. Little Hangleton i Nurmengard są zatem też jej sprawką. – Albus zmrużył swoje akwamarynowe oczy, wpatrując się w Minerwę.
– Gdybym chciała zabić Gellerta, zrobiłabym to już dawno, Albusie. – Minerwa uniosła podbródek, wyzywająco. Kiedy tylko odkryto płonący dom Riddle'ów i złamaną w połowie Mroczną Wieżę, Albus podejrzewał, że to Minerwa jest w to zamieszana. Wynikało to z tego, iż zniknęła z zamku w momencie pierwszego pożaru – by pomóc Assuarinowi. Podejrzenia Albusa trochę osłabły, bo gdy Louie nierozsądnie oddawała się swojej złości w Nurmengardzie, Minerwa leżała w ramionach dyrektora, ale dopiero teraz starszy mag wierzył, że Minerwa nie miała z tym nic wspólnego.
– Czy ona już się nie pojawi, pani profesor? – odważyła się wtrącić Alice.
– Nie mogę dać takiej gwarancji. Posprzątajcie ten bałagan. – Minerwa skrzywiła się, bo teraz krew z jej boku już ściekała na posadzkę, tworząc czerwone mazaje.
– Odeskortuję cię do św. Munga – zaproponował Albus. Ujęła jego ramię i pozwoliła się teleportować na londyńską ulicę. Skryli się w cieniu jednego z podwórek – jej rany mogły poczekać – Minerwa już oplotła rękami jego szyję i pocałowała go, mocno i namiętnie.
– Zatem lady Voldemort niszczy horkruksy swojego dawnego narzeczonego – odezwał się Albus, gdy oderwała swoje wargi od jego ust.
– Skąd wiesz o horkruksach? – Minerwa wiedziała, że podejrzewał różne rzeczy od dawna, ale musiała wiedzieć jak daleko sięgają te podejrzenia.
– Kiedy już było wiadomo, że Voldemort to Riddle, szukałem informacji związanych z nim. Horacy wyjawił mi, że chłopak interesował się sposobami osiągnięcia nieśmiertelności już w Hogwarcie. Ty skąd wiedziałaś? – Pytanie za pytanie, z oczekiwaniem szczerości za szczerość.
– Kiedy odeszłam, szukałam sposobów, by osłabić Czarnych Państwa. – Wzruszyła ramionami.
– Myślisz, że lady Voldemort również utworzyła horkruksy? Miałem takie dziwne wrażenie… jakby była rozdarta. Jakby jej dusza była rozdarta. – W głosie Albusa był strach. Co innego horkruksy Riddle'a, a co innego dążenie do nieśmiertelności jego demonicznej byłej partnerki.
– Nie. Lady Voldemort wie, że tworzenie horkruksów osłabia duszę, że pełna, integralna dusza jest zbyt cenna by ją dzielić i umieszczać w przedmiotach, które nie są niezniszczalne – stwierdziła Minerwa pocieszającym tonem.
– Poświęciłaś pewnie wiele czasu na studiowanie jej. Jakie są twoje tezy na temat lady Voldemort? – spytał Albus. Minerwa, obwiązująca swój bok kawałkiem wyczarowanego bandaża, zerknęła na niego:
– Lady Voldemort to enigma, Albusie. Nie wiem skąd się wzięła, ale jest wystarczająco potężna, by samej sięgnąć po władzę i ją utrzymać – powiedziała cicho czarownica.
– Po tym, co dziś usłyszałem, jestem skłonny twierdzić, że lady Voldemort, podobnie jak Athena, też pochodzi z tej dziwnej, alternatywnej rzeczywistości i toczy jakiś bój, którego reguł nawet nie jesteśmy w stanie się domyślać. – Albus sięgnął dłonią do policzka Minerwy – jego palce ciepłe i czułe.
– Nie wiem, czy twoja teoria jest prawdziwa, ale my mamy siebie, a ona niszczy osobę, która czyniła ją potężniejszą. – Minerwa przechyliła głowę, rozkoszując się jego dotykiem.
– Dzisiaj… jutro wszystkie gazety będą pisać o tobie, jak dzielna byłaś, mój kotku. – Albus zawahał się. Minerwa wiedziała, że on nie wie, jakie stanowisko jest gotowa objąć w kwestii swojego rozgłosu.
– Po św. Mungu chyba złożę wizytę w redakcji Proroka. Wymuszę kilka awansów ludzi z Gildii, bo nie ręczę za siebie, jeśli napiszą o mnie jako o ,,twoim kotku". – Mrugnęła do niego, ale Dumbledore wyłapał kontekst.
– Min, jeśli mówimy o kontekście posiadania, to jedynym niezaprzeczalnym faktem jest że ,,twoje" jest me serce. – I pochylił się znów, by pocałować ją delikatnie.
Kiedy ją całował, Minerwa zapominała o Louie i jej ciąży, o Tomie i jego rysunkach oraz o lady Voldemort. Ale też kiedy ją całował, nie umiała równie łatwo wyrzucić z pamięci Atheny.
Brak powietrza zmusił ich do rozdzielenia się. Minerwa wskazała sugestywnie na główną ulicę, prowadzącą do św. Munga. Albus pokiwał głową, ale zanim wyszli z podwórka, zatknął jej za ucho kosmyk włosów, który uciekł z koka. Zdumienie przemknęło po jego twarzy – gdy pokazał jej dłoń, leżała na niej mała złota kuleczka. Minerwa skupiła się i kulka zamieniła się w galeona.
Westchnęła, myśląc o tym, że jej życie przypomina dwie strony tej monety. Brzeg galeona, na którym moneta mogła ustać kilkanaście sekund, był jak rozdwojenie jaźni, którym się dzisiaj posłużyła. Kilkanaście sekund… w przeliczeniu na starcie, które musiało uświadomić wszystkim, iż dwie najpotężniejsze wiedźmy tej dekady to Minerwa McGonagall i lady Voldemort. Galeon.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Marvelian szedł w stronę zamku z zaciśniętymi pięściami, które lśniły lekkim blaskiem. Był spóźniony na spotkanie Gildii, ale nie spieszył się. Najpierw musiał uporządkować sobie to, czego dowiedział się godzinę temu.
Tak bardzo się niepokoił, kiedy mama przysłała list z prośbą o spotkanie w Hogsmeade, przy Wrzeszczącej Chacie. Musiał odwołać spotkanie z Severusem i Lily w Trzech Miotłach, ale to była jedynie niedogodność – doskonale wiedział, że matka nie chciałaby się z nim zobaczyć, gdyby nie miała do przekazania czegoś ważnego.
Kiedy ją więc zobaczył za Wrzeszczącą Chatą, natychmiast szukał wzrokiem jakiegoś znaku, co mogło się stać. Wciąż nie wiedział, co dokładnie urządziło Assuarina, że klątwa uczyniła jego całą rękę czarną, ale nie darowałby sobie, gdyby coś podobnego wydarzyło się mamie, a on nie byłby blisko. Analizując jej wygląd, nie było źle – przeciwnie, jej twarz była jakby okrąglejsza, a luźne szaty nie wisiały na niej – musiała przybrać trochę na wadze.
Wypytywała się go o Hogwart, o Gildię, o jego przyjaciół i nauczycieli. On zasypał ją pytaniami o Assuarina. Przez pół godziny rozmawiali, wiedząc, że to wstęp, że musi być coś jeszcze, prawdziwy powód tego spotkania.
Wtedy, jak grom z jasnego nieba:
,,Marvelianie, synku… będziesz miał siostrę. Jestem w ciąży."
Widział na jej twarzy strach, kiedy nie zareagował. Problem był tylko w tym, że nie wiedział jak. Co miał jej powiedzieć? Że się cieszy? Że gratuluje jej i Assuarinowi? Że nie może się doczekać? Że zawsze chciał mieć siostrę? Na Merlina, przecież nie mógł jej tak okłamać!
Kiedyś, jako mały chłopiec, bawiąc się z mugolskimi dziećmi, zastanawiał się, dlaczego oni mają braci i siostry, a on nie. Był już wtedy na tyle duży, że wiedział, skąd dzieci się brały. Tłumaczył sobie, że chodzi o bezpieczeństwo – dzieci, a także kobiety, które się ich spodziewały, były bardzo bezbronne. Z tym, że ten argument nadal był prawdziwy. Co się zmieniło, że matka postanowiła tak zaryzykować?
Powód pierwszy – Assuarin i niezbyt optymistyczna prognoza, że czeka go kilka lat życia. Z tym że według Marveliana, to był wspaniały powód, by nie pragnąć dziecka… w końcu kiedy Assuarin umrze, kto będzie chronił matkę i dziecko? Kto jej pomoże?
Powód drugi – nieobecność Marveliana. Chłopak wciąż pamiętał tamte słowa Assuarina na peronie dziewięć i trzy czwarte przed rozpoczęciem pierwszego roku nauki – matka bała się jego mocy. Być może dopuszczała do siebie możliwość, że mógłby skrzywdzić dziecko.
A mógłby?
Zerknął na swoje lśniące pięści, a potem na Hogwart. Nie rozumiał, jak mama mogła mu to zrobić. Oczywiście, gdy tylko stał, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami, zaraz podeszła do niego i przytuliła, powtarzając, że wciąż będzie kochać go tak samo mocno, że wciąż jest dla niej najważniejszy, że to dziecko, które już rozciągało jej brzuch niczego nie zmienia. Jednak ono już zmieniło coś – wymuszało przestrzeń pomiędzy nim a matką. Ta przestrzeń miała wszystkie elementy potrzebne, by zamienić się w przepaść nie do przeskoczenia.
Przecież to dziecko, ta dziewczynka, miała być dzieckiem absolutnej miłości, bo miała pochodzić nie tylko od mamy, ale też od jej ukochanego Assuarina! Gdzie to stawiało Marveliana, który nawet nie znał imienia swojego ojca? Matka zawsze była smutna, ilekroć ważył się o to zapytać, więc przestał. Było nieuniknione, że mama będzie kochać to dziecko bardziej.
Oddalał się od domu od chwili, w której dostał list, podpisany oczywiście przez McGonagall. Te dodatkowe lekcje, odkrywanie swojej magii, testowanie swojego potencjału, wreszcie błąd dołączenia do Gildii, która wymagała maksymalnego zaangażowania. Matka nie rozumiała jego wątpliwości i niepewności, tego dziwnego uczucia, które towarzyszyło mu zawsze, ilekroć znajdował się w towarzystwie McGonagall albo Dumbledore'a. Z tym że ta pierwsza wywoływała mnóstwo sprzecznych emocji w nim, zaś dyrektor budził jego jednoznaczną niechęć. Lecz kiedy wspominał o tym w domu, jego mama tylko powtarzała, że jest bardzo ważne, by nauczył się od dyrektorskiego duetu jak najwięcej, by traktował ich z szacunkiem i cieszył się uwagą, jaką mu poświęcają, bo są najpotężniejszymi magami z sercami po właściwej stronie.
Lecz czy sam Marvelian miał serce po właściwej stronie? Jak mógł mieć, kiedy zaczął nienawidzić to dziecko jeszcze zanim na dobre pojawiło się na tym świecie!
Zamek powitał go ciszą – kolejne przypomnienie, że był spóźniony na spotkanie Gildii. Ale nie czuł się gotowy na przeszywające spojrzenie szmaragdowych oczu. Momentami mógłby przysiąc, iż McGonagall jest w stanie odczytać jego myśli, mimo mocnych barier oklumencyjnych.
,,Wiedźma" – pomyślał, wspinając się po schodach.
Gildia wymagała od swoich członków bezwarunkowego posłuszeństwa wobec kobiety, która zaprzedała tej organizacji wiele ze swej energii i jeszcze więcej ze swej wiedzy. Dla ludzi, którzy szukali najlepszego sposobu realizacji swoich ambicji, to nie była zbyt wysoka cena, tym bardziej, że McGonagall potrafiła roztaczać wokół siebie aurę przyciągającą ambitnych jak światło przyciąga ćmę. Marvelian, który już na trzecim roku został kardynałem w tej szlachetnej organizacji, czuł się nieco tłamszony przez ogrom szacunku, jaki jego koledzy okazywali profesor McGonagall. Ich poddańcza służalczość momentami irytowała nawet ją, ale dla Marveliana była nie do zniesienia. Dlaczego oni nie widzieli, że poza ikoną, poza wizją czarownicy stulecia, McGonagall jest zwykłą kobietą, która… odczuwała ludzkie emocje, jak oni wszyscy?
Nie było łatwo to dostrzec, ale Marvelian bardzo dokładnie ją obserwował, pragnąc rozgryźć sekret jej potęgi. Po pierwsze, Minerwa McGonagall była osobą ceniącą swoją prywatność, ale jednocześnie nie lubiła, gdy nie doceniano jej wysiłków czy sukcesów. W relacjach z innymi operowała na poziomie wyniosłego dystansu albo uprzejmych manier, nie pozwalając sobie na uczucia, które zburzyłyby wizerunek dumnej wiedźmy czystej krwi, córy szkockiego klanu, pewnej siebie i swej magii. Lecz jednocześnie były momenty, kiedy odkrywała fascynujące zagięcia zbroi, którą się otaczała. Przebłyski pasji, kiedy mówiła o skomplikowanych transmutacjach. Chwile rozluźnienia, kiedy obserwowała jak jej polecenia wykonywane są szybko i sprawnie, wskazując na pedagogiczny sukces. Aż wreszcie jej interakcje z Dumbledore'm. Marvelian wciąż nie potrafił do końca doprecyzować, co tak naprawdę łączyło dyrektora z jego zastępczynią, ale często miał wrażenie, że na jakimś najwyższym, spirytualnym poziomie Dumbledore i McGonagall są komplementarnymi, pokrewnymi duszami.
Ślizgon zatrzymał się przed drzwiami komnaty, w której zbierała się Gildia. Naturalnie było po czasie – drzwi były zapieczętowane. Marvelian przez dziesięć minut męczył się, przypominając sobie wszystkie zaklęcia otwierające, jakich nauczył się na spotkaniach Gildii, aż wreszcie zamek ustąpił i drzwi się otworzyły.
Jego wyczucie czasu nie było najlepsze. Profesor McGonagall musiała prowadzić demonstrację dla całej Gildii, bo uczniowie siedzieli w rzędach, a ona stała na końcu klasy, z różdżką w górze. Gdy jednak Marvelian otworzył drzwi, wszyscy odwrócili się do niego.
– Dzień dobry, panie Zenaidov. – Lodowato zimny ton, który był w stanie przywołać w Marvelianie dreszcze biegnące po całym kręgosłupie.
– Dzień dobry, profesor McGonagall. Przepraszam za spóźnienie – odpowiedział, zamykając za sobą drzwi.
– Idź do gabinetu i przez pół godziny ćwicz fairneye – rozkazała czarownica, wskazując na drzwi prowadzące do niewielkiego gabinetu po prawej stronie.
Zwiesił głowę, czując krew napływającą do twarzy, kiedy wszyscy patrzyli na niego z mieszaniną irytacji, współczucia i zdumienia. Nie mieli pojęcia, czym jest fairneye – przedmiot jego ostatnich lekcji z profesor McGonagall. Myśleli, że ona narzuciła mu właśnie jakąś straszną karę za jego spóźnienie. Lecz nie, sprytna czarownica widziała wszystko. Fairneye pomagało opanować magię zdestabilizowaną przez silne emocje – redukowało lśnienie dłoni i uspokajało. Nauczycielka nie karała go, pomagała mu.
Bo fairneye było właśnie tym, czego potrzebowały jego skołatane nerwy. Ono pozwoliło mu kompletnie wyrzucić z głowy myśli o matce, o jeszcze nienarodzonej siostrze, o Assuarinie i bagnie, w jakim tkwili, poprzez klątwę, która zabijała starszego maga bez wyraźnego powodu. Przy fairneye była tylko magia. Kształtowanie jej wymagało skupienia się tylko i wyłącznie na energii, na tym, jak ona wpływała na ciało, bez szkodliwego, rozpraszającego wpływu uczuć i emocji.
Całe szczęście, że McGonagall tu była. Na wcześniejszym poziomie wzburzenia, Marvelian mógłby zdemolować pół zamku, zanim dotarłby do pokoju wspólnego, nawet nie pomyślawszy o fairneye. A tak, po pół godzinie czuł jak ogarnia go spokój, jak jest w stanie przyjrzeć się sytuacji na chłodno.
Jego matka będzie miała dziecko z Assuarinem. Marvelian zyska siostrę, która zajmie jego miejsce jako centrum świata Louie i Assuarina. Będzie ją nienawidził, lecz nie mógłby jej skrzywdzić, nie krzywdząc matki. Matki, przez którą czuł się zdradzony, ale którą wciąż kochał. Najlepiej będzie, jeśli spróbuje powoli odseparowywać się od domu – Assuarin i matka nie będą musieli się martwić, że jego nieprzewidywalna magia zrani ich cenne dziecko, nie będą musieli udawać, że dbają o niego tak samo.
– Długo jeszcze będziesz użalał się nad sobą? – W drzwiach stała Lily, która musiała znakomicie odczytać emocje, jakie wypłynęły na jego oblicze po skończeniu z fairneye.
– Bardzo jest na mnie zła? – spytał, podchodząc do rudowłosej Gryfonki.
– Trudno powiedzieć. Ale masz dołączyć do nas. Ćwiczymy działanie vecerpulis deflactae – odpowiedziała dziewczyna, poprawiając warkocz.
– Zaklęcie dostosowalnie wyczerpujące? – Marvelian poczuł ucisk w piersi na myśl o tym, że ominął go wykład o tym niesamowicie przydatnym uroku.
– Znasz je? – Teraz była kolej Lily na zdziwienie.
– Czytałem o nim – odparł. To była prawda – McGonagall od pierwszego roku pożyczała mu książki o magii do poczytania – wiele z nich było z Działu Ksiąg Zakazanych i właśnie tam natknął się na to zaklęcie. Vercerpulis deflactae sprawiało, że z każdym kolejnym zaklęciem przeciwnik słabł o dokładnie połowę energii potrzebnej do rzucenia tego zaklęcia.
Z powrotem w komnacie ćwiczebnej, członkowie Gildii byli pogrążeni w pojedynkach, a McGonagall krążyła między nimi, dając wskazówki i dzieląc się uwagami. Marvelian podszedł do Severusa. Dowiedział się, że ma ćwiczyć przeciwko Ślizgonowi i Lily. Dziewczyna pokazała mu ruch wymagany do przeprowadzenia zaklęcia i poprawiła jego wymowę inkantacji.
Kiedy Severus trafił Marveliana rzeczonym zaklęciem, było to bardzo dziwne uczucie. Zupełnie jakby coś wiązało grubymi nićmi magię Marveliana, nie pozwalając użyć za wiele, chroniąc go przed wyczerpaniem, gdyby sięgnął po zbyt potężne zaklęcie. Zgodnie z tym co dawno przeczytał o tym częściowo czarnomagicznym zaklęciu, najlepszą strategią po oberwaniu nim było przyspieszenie tempa pojedynku. Proste, niewymagające zaklęcia, rzucane z dużą prędkością, dawały szansę na zwycięstwo.
Marvelian uwielbiał się pojedynkować. Z jednej strony dlatego, że rzadko miał do tego okazję: rówieśnicy byli dla niego żadnymi przeciwnikami, Lucerna, dawna kardynał ucząca obrony przed czarną magią unikała pojedynków z nim od czasu incydentu, w którym o mało jej nie oskalpował. Z drugiej strony, tylko podczas pojedynków czuł, że naprawdę się rozwija.
Tak jak teraz, kiedy poruszał się szybciej niż Severus i Lily razem, używając nieskomplikowanych zaklęć, pragnąc by to trwało jak najdłużej i jednocześnie upewniając się, że zaklęcia posyłane w stronę Lily nie są zbyt mocne. Nie obchodziło go nic wokół – tylko on, jego różdżka i dwoje przeciwników.
Severus padł przez prosty czar spowalniający. Mając przed sobą już tylko Lily, Marvelian użył prostego zaklęcia, transmutującego jej warkocz w połowie w kłącze bluszczu, które unieruchomiło rękę dzierżącą różdżkę. Dopiero kiedy drewno upadło z trzaskiem zorientował się, że wszyscy przerwali swoje pojedynki, by ich obserwować.
Wymamrotał prędkie przeprosiny, szybko transmutując włosy Lily z powrotem do pierwotnego stanu. W całym zdenerwowaniu związanym z tym dniem, coś musiało pójść nie tak – warkocz Lily nie był rudy – był czarny.
– Lils, Zenaidov chyba pomylił cię z Snivelusem – twoje włosy też są teraz takie tłuste? – odezwał się James Potter, a połowa obecnych roześmiała się.
– Bez względu na kolor, moje włosy zawsze będą wyglądać lepiej niż ta szopa na twojej głowie, Potter. A czarny to kolor przystojnych czarodziejów – spójrz na Marveliana – daleko ci do niego w każdym względzie – odpowiedziała Lily, z dumą przesuwając po swoim warkoczu. Marvelian poczuł gorąco uderzające w policzki – oczywiście byłby ślepy, gdyby nie dostrzegał, że żeńska populacja Hogwartu uważa go za przystojnego, ale że za takiego uważa go też Lily – to było dużo ważniejsze.
– Lils, czemu ty zawsze musisz bronić Czarnych Książąt? Może niech pan ,,Nie Pytaj Mnie O Rodziców" i Smarkeus bronią się sami?! – wtrącił się Syriusz Black.
– Marvelian zmiótłby was wszystkich kiwnięciem palca – odpowiedział szybko Severus.
Marvelian, na wspomnienie ,,rodziców" poczuł palący gniew. Zacisnął palce na różdżce – lśniące palce na lśniącej różdżce. Nie cierpiał Pottera i Blacka od samego początku, od pierwszego roku nauki. Nie podobało mu się, że znęcali się nad Severusem, a Potter ostatnio zbyt często zaczepiał Lily.
– Odczep się, Potter. Nie radzę ci testować mojej cierpliwości, bo gorzko pożałujesz – rzekł cicho Marvelian.
– Ojej, Książę Mroku zabrał głos! Czyli jednak mamusia nauczyła cię mówić? – James wyszczerzył zęby, ale zaraz pobladł, bo jedno słowo zawibrowało w powietrzu:
– DOSYĆ.
Wszyscy wbili wzrok w profesor McGonagall, która podeszła do Lily i powiedziała:
– Jakkolwiek moim skromnym zdaniem czerń to najpiękniejszy kolor włosów, tobie do twarzy bardziej w naturalnym kolorze, panno Evans. – Pstryknięcie palców czarownicy i warkocz Lily znów był rudy.
Kiedy spojrzenie zielonych oczu zarówno Lily, jak i nauczycielki transmutacji spoczęło na Marvelianie, ten jakby dopiero zdał sobie sprawę, że włosy McGonagall, tak jak jego, były w odcieniu kruczej czerni.
– Pozwolę sobie częściowo zgodzić się z panem Snape'm. Potter, cała ta wymiana zdań była dziecinna i niepotrzebna, bo każdy szanujący się członek Gildii powinien rozpoznać przeciwnika, z którym nie jest w stanie wygrać. – To były słowa, które sprawiły, że przyjemne ciepło dumy zalało Marveliana.
– Pani profesor… – Potter popełnił kolejny błąd, odzywając się.
– Skończyłam rozmowę z tobą, Potter. Zenaidov, nie przykładałeś się do fairneye.
Ciepłe uczucie natychmiast wyparowało. Zazwyczaj byłoby zastąpione przez żal i poczucie winy, że ją rozczarował, ale dziś w jego arsenale była tylko złość. Jak mogła oczekiwać, że będzie opanowany albo rozluźniony, kiedy zaledwie kilka godzin temu dowiedział się o czymś, co nieodwracalnie zmieni jego życie?
– Mam ćwiczyć cały wieczór, pani profesor? – Marvelian nie krył irytacji w głosie. Fairneye pomogło, to ci gryfońscy głupcy znów wyprowadzili go z równowagi.
– Nie. Twoja moc potrzebuje ujścia, jeśli nie mamy być stratni tego wieczoru. Zróbcie miejsce, Zenaidov będzie się pojedynkował. – Wysoka czarownica uniosła różdżkę i zaczęła rzucać zaklęcia zabezpieczające komnatę.
– Z kim będę się pojedynkował, pani profesor? – Marvelian liczył, że będzie mógł dać nauczkę aroganckiemu trio z Gryffindoru – Potterowi, Blackowi i Lupinowi.
– Ze mną. – Odpowiedź wiedźmy zmroziła wszystkich, a Marveliana najbardziej.
Stał z szeroko otwartymi oczami, jego ciało ogarniało zimno, dreszcze przebiegały od stóp do czubka głowy, a na skroniach formowały się pierwsze krople potu. Nigdy… przez te wszystkie dodatkowe lekcje… McGonagall nie pozwalała mu podnieść różdżki na siebie w pojedynku. Nikomu w Gildii na to nie pozwalała. Panowało powszechne przekonanie, że była nietykalna, a gdyby już ktoś nawet pomyślał o mierzeniu się z nią, nie miał szans przetrwać dłużej niż pięć minut.
– Pani profesor, nie mógłbym… – Musiał spróbować ją przekonać, że to w tym momencie jest najgorszy możliwy pomysł. Że on nie zapanuje nad sobą, że będzie musiała go upokorzyć, a wtedy on załamie się… chyba nie tego chciała, prawda?
– Nonsens. Jako magowie Gildii, musicie być gotowi mierzyć się z ludźmi bardziej doświadczonymi, mającymi przewagę w ilości znanych zaklęć – stwierdziła belferskim tonem.
– Ale też jako magowie Gildii jesteśmy winni posłuszeństwo wobec pani. Jest wbrew najważniejszym zasadom tej organizacji, bym podniósł różdżkę na panią. – Marvelian desperacko pragnął, by zrozumiała, by… zlitowała się nad nim. Nie pomagało, że stała do niego bokiem, sprawdzając, czy jest dość miejsca na walkę, zamiast patrzeć mu w oczy. Bo gdyby popatrzyła wprost na niego, może zauważyłaby błaganie w jego własnych oczach.
– Bariera, którą wyczarowałam, będzie was chronić, ale muszę was prosić, byście nie ważyli się wyjść poza nią cokolwiek by się nie wydarzyło – zwróciła się McGonagall do wciąż zszokowanych uczniów.
– Nie mam zamiaru z panią walczyć, pani profesor! – zawołał Marvelian, teraz już kompletnie zdesperowany, widząc jak ona ustawia się w bitewnej pozie.
– Potrzebujesz tego, Marvelianie – powiedziała cicho ta enigmatyczna kobieta, kiedy jej szmaragdowe spojrzenie wreszcie spoczęło na nim. Marvelian przełknął ślinę – nigdy wcześniej nie zwróciła się do niego po imieniu. Musiał przyznać, że było coś niesamowitego w tym, jak jej szkocki akcent sprawił, że po raz pierwszy jego imię zawibrowało mocą.
Powinien był się spodziewać, że zaatakuje pierwsza. To była tylko Drętwota, ani za silna, ani za słaba. Jego Protego odbiło ją bez problemu.
Każdy kolejny jej atak był silniejszy. Każde następne zaklęcie bardziej skomplikowane. Ruchy coraz bardziej wyrafinowane. Skupienie za to niewzruszone. Dynamika idealnie w punkt. Gdyby Marvelian nie musiał wznosić się na wyżyny swoich defensywnych umiejętności, by unikać i odbijać jej zaklęcia, mógłby docenić lekcję, jaką dawała wszystkim. Mógłby w pełni zachwycić się jej stylem, techniką, precyzją. Ale też mógłby zatracić się w myśli, że oto ma przed sobą boginię wojny, że nie ma szans…
– Walcz! – warknęła profesor McGonagall, jej irytacja równie wyczuwalna w powietrzu jak delikatny zapach jej konwaliowych perfum. Bronił się już od pięciu minut.
,,Nie zaatakuję jej. Nie zranię jej. Nie skrzywdzę jej. Nie zawiodę jej. Nie pokocham jej" – powtarzał Marvelian jak mantrę w swoim umyśle, z każdym kolejnym zaklęciem gotów na cios, który go wreszcie powali, który zakończy to żałosne przedstawienie i będzie mógł odejść, z dala od Gildii, od Hogwartu, od matki i Assuarina, od Minerwy McGonagall.
– Ach! – jęknął. Jeden z paskudniejszych szatkujących uroków uszkodził jego łydkę. Widząc krew ściekającą po pociętej nogawce na drewniane deski podłogi, Marvelian podniósł oczy na swoją przeciwniczkę.
McGonagall zagryzała wargę, ale nie umiała ukryć strachu w swoich oczach, gdy widziała rubinowe krople. Dlaczego przejmowała się jego raną? Czyż nie o to jej chodziło, by wreszcie go zranić?
– NO DALEJ! ZAKOŃCZ TO! – wrzasnął Marvelian, rozkładając ręce.
Nie miał siły, był taki żałośnie słaby, nienawidził siebie i wszystkich wokół…
Zobaczył jak stojąca naprzeciw czarownica z udawaną radością unosi różdżkę, ale zamiast zaatakować, przesuwa nią po policzku … krwawa pręga natychmiast zaznaczyła porcelanową skórę kobiety, rubinowe krople ściekały po szczęce…
Marvelian nie widział jednak Minerwy McGonagall. Widział matkę, z radością obejmującą ogromny brzuch, chociaż dziecko, które dawało jej tyle satysfakcji miało być jej zgubą… zabierało jej energię, wysysało z niej moc, czyniło ją bezbronną i podatną na zranienie. A myśl, że robiła to sobie sama, na własne życzenie, z przekonaniem, że tego najbardziej pragnie… a jej miłość do Marveliana to za mało, bo teraz będzie miała kogoś, kto nie tylko ma sobie część niej, ale też Assuarina…
Coś pękło w Marvelianie. Nigdy nie czuł się tak zdradzony, zagubiony i zły jednocześnie. Nigdy tak bardzo nie pragnął dać ujścia swojej mocy. Spojrzał wprost w szmaragdowe oczy, kątem oka widząc ranę, jaką sama sobie zadała… sama to na siebie przywiodła…
Wybrał zaklęcie tnące, ale dużo silniejsze niż to, którym potraktowała swój policzek. Miał ochotę wrzeszczeć z frustracji, gdy uchyliła się, jakby dokładnie tego się spodziewała. Posłał w jej stronę kolejny urok, silniejszy. Krew spłynęła w dołeczek na jej policzku, gdy uśmiechnęła się. To było już zbyt wiele.
Ich pojedynek nabrał tempa, teraz, kiedy Marvelian atakował z całych sił, używając tych wszystkich wymyślnych zaklęć, których go nauczyła. Lecz jak przekonał się na własnej skórze, miała ich w arsenale o wiele więcej. Co chwila go czymś trafiała – niczym mocnym, co by go powaliło, ale na tyle uciążliwym, że dyszał ze zmęczenia, a pot ściekał po jego twarzy. Sama McGonagall była zbyt szybka – poruszała się jak miniaturowe tornado, co chwila rozbłyskujące kolejnym bolesnym zaklęciem.
Walczyli długo, co najmniej już od pół godziny. Wszyscy wiedzieli, że McGonagall nie używa klątw największego kalibru, by wydłużyć starcie, aby Gildia miała jeszcze więcej do zaobserwowania. Sam Marvelian wyrzucał z siebie magię w postaci coraz silniejszych zaklęć, które wstrząsały tarczą ustawioną przez nauczycielkę dla bezpieczeństwa oglądających. Stracił kontrolę, ale nie dbał o to. Chciał tylko ją dosięgnąć, zmusić do błędu, do przyznania się, że nie jest niezwyciężona…chciał, żeby poczuła ten sam ból co on… jak mogła się tak zranić…
– Spadeneo! – Transmutował lecący ku niemu lodowy sopel w sztylet i z całą siłą jaką był w stanie w sobie wskrzesać, posłał w jej stronę.
Za barierą rozległ się zbiorowy wrzask, kiedy sztylet wbił się w ramię zastępczyni dyrektora. Jej przepiękna, ozdobiona szmaragdami różdżka opadła na ziemię. Marvelian zamarł, zafascynowany sposobem, w jaki rubinowa krew barwiła aksamit szmaragdowej wierzchniej szaty czarownicy.
– Expelliarmus. Flipendo – powiedziała McGonagall z kamiennym spokojem. Różdżka Marveliana posłusznie trafiła do jej dłoni, a on sam upadł ciężko na plecy, ścięty z nóg.
Następnie czarownica upuściła różdżkę chłopaka na ziemię u swych stóp, a lewą ręką sięgnęła do prawego ramienia. Długie palce zacisnęły się na rączce sztyletu. Kilka osób krzyknęło, gdy wyjęła ostrze gładkim szarpnięciem, a dziesiątki rubinowych kropel przyozdobiły podłogę.
Sam Marvelian nie odważył się podnieść, patrzył z ziemi jak McGonagall krzywi się, likwidując barierę, a wszyscy spieszą ku niej, już przekrzykując się w zapewnieniach, że sprowadzą dyrektora i panią Pomfrey.
– Nie, zostańcie. Snape, przywołaj dla mnie krzesło. Zenaidov, wstawaj. – Choć jej głos nie stracił dowódczego zaśpiewu, było w nim zmęczenie. Severus musiał być kompletnie rozstrojony, bo nie przywołał krzesła różdżką, tylko przyniósł je. W tym czasie profesor McGonagall… Minerwa… zdjęła wierzchnią szatę, po prostu przesuwając dłonią po szwach, zmuszając je do rozstąpienia się. Szmaragdowy aksamit wraz z grubą warstwą nauczycielskiej szaty rozlał się u jej stóp. Pod spodem miała skromną, ale piękną suknię w kolorze leśnej zieleni, na dole rozszerzaną, na górze przylegającą ciasno do jej sylwetki, ale co zdumiewające, była ona bez rękawów, wiązana pod szyją, z wyeksponowanymi ramionami.
Te wszystkie spostrzeżenia Marvelian poczynił, wstawszy i zbliżywszy się, kiedy usiadła. Jego wzrok skupił się na brzydkiej ranie w jej ramieniu. Głęboka, czerwona szrama, wciąż wypluwająca z siebie krew, znaczyła skórę, której choć daleko do nieskazitelności, wcześniej musiała być porcelanowo biała. Marvelian westchnął, widząc dziesiątki blizn – niektóre po ranach dużo gorszych niż ta dzisiejsza, niektóre w kształcie idealnych, pięcioramiennych gwiazd, a inne ledwie widoczne, ale też będące pamiątką po czymś.
– Zenaidov, ulecz ranę. Musisz być w stanie naprawiać swoje ewentualne błędy – odezwała się nauczycielka.
Zawahał się. Oczywiście znał zaklęcie. Tylko przeprowadzenie go na … niej, było jak … świętokradztwo.
– Marvelianie, pospiesz się. – Lily podniosła z ziemi jego różdżkę i już wciskała ją w jego dłoń.
Szmaragdowe oczy nastolatka i starszej czarownicy spotkały się, gdy wycelował w ranę. W jej oczach było coś więcej… nie litość, nie współczucie, nie zrozumienie… ale coś, co Marvelian do tego momentu utożsamiał jedynie z matką – miłość.
– Vulnera Sanentur – powiedział, a potem powtórzył jeszcze trzykrotnie.
Wszyscy z fascynacją obserwowali jak rana zasklepia się, aż została jedynie wątła, lekko czerwona blizna.
– Dziękuję, panie Zenaidov. Zapamiętajcie dobrze zaklęcie, którego użył wasz kolega ze Slytherinu – w przypadku głębszych ran Vulnera jest najskuteczniejsze, bo powstrzymuje także wewnętrzne krwawienie. Panie Lupin, co jeszcze należałoby zrobić? – Profesor McGonagall poprawiła kosmyk włosów, który wymknął się z jej koka. Marvelian podejrzewał, że musi czuć się niezbyt komfortowo, bez grubych nauczycielskich szat. On sam był dziwnie zawstydzony, oglądając jak idealnie prezentowała się sylwetka wyprostowanej wiedźmy.
– Wetrzeć wsiąkający eliksir odkażający, pani profesor. Zapobiegłby on ewentualnemu zakażeniu – odpowiedział Lupin.
– Accio eliksir odkażający – powiedział cicho Marvelian – nie wspominałaby o tym, gdyby nie miała tu zapasów. W istocie, z gabinetu nadleciała niewielka buteleczka.
– Chyba na dziś wystarczy. Chciałabym, by każde z was wypisało na następne zajęcia wszystkie zaklęcia, jakie rozpoznaliście podczas mojego pojedynku z panem Zenaidovem. Wraz z wyjaśnieniami, do czego jest jaki czar. Pragnę też, byście na kolejnym spotkaniu byli w stanie wyczerpująco wyjaśnić, dlaczego odebranie różdżki przeciwnikowi nie jest przez wszystkich postrzegane jako zwycięstwo. Zbadajcie również limity i ograniczenia magii bezróżdżkowej. Do widzenia – oznajmiła profesor McGonagall dymisjonującym tonem.
Uczniowie powoli zaczęli opuszczać komnatę. Lily lekko ścisnęła ramię Marveliana i rzekła:
– Porozmawiamy jutro, w sowiarni. – Jej oczy w kolorze sosnowych igieł były pełne współczucia i niepokoju jednocześnie, ale zanim Marvelian wydobył z niej jakiś komentarz, Severus już pociągnął ją do wyjścia.
Lupin zamknął za sobą drzwi – był ostatni, zostawiając Marveliana samego z… McGonagall.
– Maść – rzuciła czarownica, wyciągając dłoń. Marvelian ukląkł, jego głowa nagle poniżej jej i spytał:
– Mogę? – Wskazał końcem różdżki jej ramię. Nie rozumiał, dlaczego miał potrzebę…
– Panie Zenaidov, nic mi nie jest i jestem w stanie…
– Proszę. – Rzadko sięgał po to słowo, ale kiedy to robił, zazwyczaj zdziałało cuda. Tak było i tym razem. Westchnęła i odchyliła lekko głowę, podczas gdy on rozlał nieco maści na swoją dłoń.
Nie drgnęła, chociaż wszyscy zawsze narzekali, że Marvelian ma wyjątkowo zimne dłonie. Ten brak reakcji musiał wynikać jednak z faktu, że jej skóra była równie zimna. Chłopak ostrożnie przesuwał palcami po czerwonej bliźnie, dokładnie rozsmarowując miksturę. W pewnym momencie mocniej przycisnął dłoń, co poskutkowało cichym sykiem. Cofnął się, czując rumieniec na policzkach:
– Przepraszam – wymamrotał. Tego słowa też rzadko używał, ale teraz było na miejscu.
– Poczułeś się lepiej? – powiedziała to tak, że nie sposób było określić, czy to była ironia, troska, czy może obojętne zapytanie. Spojrzał na nią.
Kap. Kropla krwi z rany na policzku skapnęła na zieloną szatę na piersi. Uniósł różdżkę, ale złapała go za nadgarstek.
– Ulecz to bez różdżki i niewerbalnie – rozkazała.
Potrząsnął głową:
– Jeśli coś pójdzie nie tak, ślad może pozostać do końca życia – zaprotestował. Chodziło o jej policzek, o jej twarz, na Merlina! A on wciąż nie czuł się zdolny do zapanowania nad swoją magią!
Jak mogła mu tak ufać?!
Wtem zrozumiał. To poraziło go prawie tak mocno jak rewelacje matki. Minerwa McGonagall wszystko sprowadzała do lekcji, które trzeba było zdać, by przejść przez życie obronną ręką. Tak jak fairneye wcześniej, tak teraz to zaufanie było doskonale wymierzone, by mu pomóc się opanować. Jedyne co się nie zgadzało, to fakt, że ona nie mogła wiedzieć, że właśnie ten brak zaufania ze strony własnej matki tak bardzo go zranił.
Matka nie ufała mu, że nie skrzywdziłby swojego ewentualnego rodzeństwa. A Minerwa McGonagall, najpotężniejsza wiedźma swego pokolenia ufała mu z własną twarzą, z swoim życiem, bo przecież lekki ruch nadgarstka i sztylet wbiłby się w serce…
– Zarówno moja krew, jak i szata są dosyć cenne, więc ulecz to, Marvelianie. – Znów użyła jego imienia, sprawiając, że na powrót skupił na niej swoją uwagę.
Pokiwał solennie głową. Podejrzewał, że gdyby przesunął dłonią po zielonym materiale, odkryłby, że szata jest wykonana z tkaniny najwyższej jakości. A jej krew… była najczystsza w całej Szkocji… jako córa najświetniejszego szkockiego klanu była żywym symbolem czarownicy czystej krwi.
Uniósł rękę i bardzo ostrożnie przesunął opuszkami palców po skaleczeniu, z całych sił skupiając się na zaklęciu. Końce jego palców zabarwiły się na czerwono, ale rana zniknęła. Nie została nawet blizna, jedynie nieco zaschniętej krwi.
– Nie ma śladu – powiedział, sam zdumiony tym faktem. Lecz profesor McGonagall uniosła kąciki ust, jakby najzwyczajniej w świecie się tego spodziewała. Machnęła dłonią i z szat leżących pod krzesłem poszybowała do niej tartanowa chusteczka, którą otarła swój policzek.
– Dziękuję. – Czuł konieczność wypowiedzenia tego słowa głośno, z mocą. Cofnął się, gdy wstała i przywołała różdżkę do ręki, a potem spojrzała na niego badawczo:
– Opowiesz mi, co się stało? – Dawała mu wybór. Mógł odmówić, czuł, że ma tą możliwość. Lecz z drugiej strony, przy zaufaniu, jakim go dziś obdarzyła, czuł się winny jej…
Podążając za nią do gabinetu, pomyślał, że właśnie to definiowało wiele z jego relacji z profesor McGonagall. Czuł się zobowiązany wobec niej. Ogrom wiedzy, jaką się z nim dzieliła, jej zrozumienie względem nieprzewidywalności jego magii, wreszcie pozycja, na jaką wywyższała go w Gildii. Były momenty, że bardzo chciał móc ją znienawidzić, odmówić jej szacunku, czy choćby powiedzieć złe słowo, ale nie potrafił. Przy wszystkim, co ta kobieta robiła dla niego, zupełnie bezinteresownie… chociaż z drugiej strony nie, to nie wynikało tylko z jej obowiązków. Ona wiedziała, że jest potężny, że będzie cennym sojusznikiem… albo nawet żołnierzem w każdej bitwie, dlatego wiązała go ze sobą i na tym etapie był gotów porzucić nadzieję, że będzie w stanie się od tego uwolnić. Uwolnić od niej.
– Siadaj. – Nauczycielka wskazała kanapę przed kominkiem. Gabinet był mały, oprócz biurka, dwóch krzeseł, szafek z książkami oraz kanapy nie było tu nic więcej. McGonagall podeszła do jednej z szafek i uniosła prawą rękę, ale zaraz się skrzywiła i przywołała z szafki kraciastą puszkę.
– Pani ramię… nie chciałem… przepraszam. – Marvelian nie miał pojęcia, skąd wziął się u niego ten niepokój, ale jednocześnie gdyby ten pojedynek zranił McGonagall bardziej niż dawała po sobie poznać, to jego dług wobec niej wzrósłby jeszcze bardziej.
– To chwilowy dyskomfort, po którym jutro nie będzie śladu. Piernikową traszkę? – Usiadła na kanapie obok niego, podając mu kraciastą puszkę. Wyjął jedno ciastko, kątem oka widząc, że usunęła zaklęciem ślady krwi z zielonej sukni. Wgryzł się w ciastko – smakowało cudownie – ostro i korzennie.
– Więc? Byłeś w Hogsmeade, zanim spóźniłeś się na spotkanie Gildii – pomagała mu zacząć. Skąd wiedziała, gdzie był? Kolejna z jej wielu tajemnic.
– Matka poprosiła mnie o spotkanie. Wiedziałem, że ma do przekazania coś ważnego – powiedział, sięgając po kolejne ciastko.
Profesor McGonagall nie popędzała go. Uniosła jednak pytająco brwi – z udawaną ciekawością. Ile wiedziała, ile się domyślała… to było chwilowo nieistotne. Była gotowa go wysłuchać.
– Oznajmiła mi, że będę miał siostrę, że spodziewa się dziecka. – Z chwilą, w której wypowiedział to głośno, jego ramiona zadrżały. By to ukryć, odłożył kraciastą puszkę, usiłując jednocześnie przywołać kojący smak piernikowych traszek.
– Zrozumiałe, że wzburzyło to twoją magię – odezwała się cicho ciemnowłosa czarownica. Marvelian poczuł nawrót początkowych emocji w związku z tą wiadomością:
– Nie rozumiem, dlaczego ona tak się naraża… w księgach było, że dla potężnych wiedźm porody są trudne… a jeszcze on umiera i nie będzie mógł jej pomóc… do tego ja jestem w Hogwarcie… więc dziecko będzie bezpieczne… ale nie powinienem wracać do nich na wakacje… przecież nie będę w stanie kontrolować swojej mocy… będą kochać ją mocniej… będą wreszcie naprawdę szczęśliwi… ja powinienem usunąć się w cień… żeby moja nienawiść do niej nie kuła w oczy… to tak łatwo się mówi… ale będą bezbronni…– Marvelian już nie panował nad słowami, które zlewały się w zatrważającą jąkaninę. Do tego jego całe ciało drżało, w mizernej próbie stłumienia szlochu, a zdradzieckie łzy zaburzały pole widzenia.
Bardzo ostrożnie i delikatnie ta kobieta… profesor McGonagall… Minerwa… złapała go za rękę. Jej dłonie były zimne, ale sam dotyk był łagodzący. Nie odzywała się – zresztą co mogłaby powiedzieć? Gdyby stwierdziła, że go rozumie, nie uwierzyłby jej – była jedynaczką. Gdyby powiedziała, że nie pojmuje jego wzburzenia, odepchnąłby ją – ale na to była zbyt szlachetna. Gdyby rzekła, że jest jej przykro, uznałby to za pusty frazes – których ona nie używała.
– To jest za wiele. Było trudno gdy Assuarin się pojawił, ale wtedy wiedziałem, że on nigdy nie wejdzie między mnie a mamę. A to dziecko – ono już nas od siebie oddaliło. – Marvelian uniósł wolną rękę do oczu, by otrzeć łzy, chwilowo wściekły, że tak się rozkleił, że zdradził wszystko i to przed kim! Przed samą McGonagall! Teraz ona już znała jego największą słabość, teraz już na zawsze pozostanie w jej służbie…jako jej pionek… niezdolny do wyjścia ponad szczegół, jakim dla niej musiała być jego relacja z matką – nic niewarta miłość syna do matki… której strategiczny umysł nie rozumiał… musiała go mieć za tak słabego… może nawet rozumiała strach mamy, Louie, że Marvelian stanowi zagrożenie…
Nie powiedziała nic, co zdradziłoby jej myśli. Jedynie zaczęła nucić. To była ta sama melodia co sprzed trzech lat, z ceremonii przydziału. Szkocka kołysanka, której delikatne nuty zdawały się trafiać do samego serca Marveliana, zmiękczając ostatnie mury kontroli, jakie miał.
Zanim na dobre zorientował się, co się z nim dzieje, pochylił się do niej, do Minerwy, objął rękoma jej smukłą sylwetkę i zaczął bezwstydnie szlochać w jej pierś, mocząc rzęsistymi łzami materiał, który jak już wiedział, był cudownie miękki, najwyższej jakości.
Gdyby nie był tak rozemocjonowany, odnotowałby, że Minerwa nie zesztywniała, że jedynie otoczyła ramionami jego drżące, czternastoletnie ciało i schyliła głowę, by oprzeć policzek o czubek jego głowy. Marvelian jednak był zupełnie zasłuchany w stabilne bicie jej serca i wibrujące nuty kołysanki, której nie przestała nucić.
Uspokajał się. Jego własne serce zwalniało, by dostosować swój rytm do słodkiej melodii, jego ciało już tak się nie trzęsło, a łzy nie napływały na nowo. Zasypiał, doświadczając tego dziwnego uczucia, że jest bezpieczny i kochany. Jego głowa ześlizgnęła się na kolana Minerwy.
Marvelian po obudzeniu nie wiedział, że całą noc przespał na kolanach swojej prawdziwej, biologicznej matki, która z miłością gładziła jego czarne włosy. Kiedy się obudził, leżał na sofie w gabinecie, ale sam. Okryty był jednak tartanowym kocem, pachnącym konwaliami. Obok na ziemi leżała puszka z piernikowymi traszkami.
Jedząc korzenne ciastko, Marvelian usiłował sobie przypomnieć, co powiedział, co zdradził i kiedy tak naprawdę zasnął, ale jego wspomnienia były jakby rozmyte. Wreszcie się poddał, bo wiedział, że bez względu na wszystko, zawdzięczał Minerwie McGonagall już wystarczająco wiele.
