1975 a
Luiza uśmiechnęła się. Widok Albusa, kołyszącego i zabawiającego uradowane niemowlę rozczulał – to było właśnie to, czego potrzebowała, czego jej brakowało, a z czego nie zdawała sobie sprawy.
Dumbledore był dla niej jak ojciec. Był tym, z którym czuła się bezpieczniejsza niż zazwyczaj, który potrafił odpędzić jej zmartwienia i wątpliwości. Nie widziała go od tamtego krótkiego spotkania w szpitalu i teraz po prostu musiała go zobaczyć. Była taka szczęśliwa, gdy Minerwa się zgodziła.
Tyle się zmieniło. Luiza nawet nie wiedziała jak uszeregować wszystkie punkty zwrotne. Ostatecznie zaczęła od tych najbliższych.
Po pierwsze, Albus. Było wiele ciężarów na jego ramionach – kierowanie Hogwartem, Zakonem, wybieganie myślami wprzód bez posiadania najważniejszych składowych. Lata nieustannej walki i zamartwiania się odciskały na dyrektorze swoje piętno – na jego czole pojawiły się pierwsze stałe zmarszczki, a na jego skroniach i brodzie kasztan ustępował srebru. Było jednak coś, co niezmiernie cieszyło Luizę – jego oczy znów migotały. Wiedziała, że to zasługa Minerwy. Tylko kiedy Minerwa była blisko Albusa, kiedy współpracowali i nie oddalali się od siebie, Dumbledore miał siłę i motywację, by prowadzić ich społeczność ku światłu.
Po drugie, dziecko w jego ramionach. Jej cudowna córeczka. Na samą myśl o niej Luizę zalewało przyjemne ciepło. Cokolwiek nie myśleli Minerwa i Marvelian, Luiza była pewna, że tej jednej decyzji nie będzie żałować. Tak, źle znosiła ciążę, bo dziecko było bardzo potężne – nie tak potężne jak Marvelian, ale też Luiza czuła się słabszą czarownicą niż Minerwa. Poród był długi i trudny – gdyby nie Minerwa, jej zimna krew i opanowanie, przebijające się przez maskę Eliksiru Wielosokowego, Luiza wątpiła, by przeszłaby przez to bez szwanku. Lecz radość na twarzy Assuarina, gdy trzymał swoją córkę! Ta miłość, z jaką głaskał ją zdrową ręką!
To Assuarin wybrał imię. Laurana. Luizie się podobało – oczywiście nie było tak piękne jak jej pierwotny wybór: ,,Minerwa", lecz z braku zgody…
– Ach. – Luiza westchnęła. Jej stosunki z Minerwą wciąż były napięte. Starsza wiedźma nie mogła jej wybaczyć dodania nowej niewiadomej do swoich dalekosiężnych planów. Częściowo Luiza rozumiała ten gniew i urazę – bo Laurana wyraźnie odsunęła od nich Marveliana.
Właśnie, po trzecie, Marvelian. On celowo odseparowywał się od ich rodziny. Nie przybył na święta, podczas wakacji przebywał na Hebrydach zaledwie tydzień i niezbyt wylewnie powitał swoją ,,siostrę". Resztę wolnego spędził w domach członków starszej Gildii, zbierając doświadczenie w operowaniu wszystkimi poziomami organizacji. Razem z Kasjuszem uczestniczył w zebraniach Wizengamotu, z Lucerną studiował prawo pod okiem mistrzyni Amelii Bones, z Frankiem brał udział w misjach aurorów, z Arthurem poznawał mugolskie struktury władzy, a inni zabierali go do św. Munga, Departamentu Tajemnic, czy Instytutów. Chociaż czternastolatek nie widział Minerwy przez całe wakacje, to ona stała za każdym jego krokiem, każdym celem.
Po czwarte, Minerwa. Nauczycielka ostrzegała Luizę, że nie zawaha się przed niczym dla Marveliana i teraz Luiza już widziała, że to nie były słowa rzucone na wiatr. Subtelnie, niewidzialnymi nićmi, albo raczej grubymi sznurami, Minerwa przywiązywała Marveliana do siebie. Czy wykorzystywała jego słabość, czy jedynie zapewniała mu wsparcie i pociechę, Luiza nie miała pojęcia. Jednak kiedy ujrzała oczy Marveliana wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczył swoją siostrę… to było jakby znów widziała oczy Minerwy dowiadującej się o ciąży Luizy. To ją przerażało. Bo choć miała pewność, że Minerwa nie nastawiałaby swego syna przeciwko Louie, to czy miała tą samą gwarancję, iż potężna wiedźma będzie próbowała zatrzymać jego naturalną niechęć wobec Laurany, którą postrzegał jako rywalkę w kwestii matczynych uczuć Luizy?
– Marvelian musi być zachwycony taką słodką siostrzyczką. – Głos Albusa niósł w sobie nieme pytanie. Mag spędzał sporo czasu z Marvelianem w Hogwarcie, mógł zauważyć, że chłopiec dystansuje się od domu – bowiem Dumbledore wierzył, iż Marvelian jest pierwszym dzieckiem Luizy i Assuarina.
– Różnica wieku jest raczej duża – skomentowała sucho Luiza. Zatroskane spojrzenie świdrujących akwamarynowych oczu jej nie ominęło.
– Minerwa ma na niego oko – dodał pocieszająco czarodziej. Luiza zmusiła się do uśmiechu.
Nawet teraz, Minerwa miała dodatkową lekcję z Marvelianem, by chłopiec czasem nie dostrzegł matki i siostry. Marvelian, podobnie jak Assuarin, nie miał pojęcia, jak blisko Luiza była z Minerwą i Albusem.
– Ciekawe, do kogo będzie podobna mała Laurana? – zaszczebiotał Albus do gaworzącego niemowlęcia. Musiał czerpać satysfakcję, że nie ma w niej prawie nic z Grindelwalda.
Dziewczynka miała twarz Assuarina, z jego kanciastymi kośćmi policzkowymi i nieco spiczastym podbródkiem. Jej włosy były hybrydą jego czerni i jej blondu, tworząc piękny, czekoladowy meszek na delikatnej główce. Oczy miała duże, nieco mniej odznaczające się niż oczy samej Louie, ale w tym samym kształcie. Miały ciekawą charakterystykę – raz wydawały się być lodowato niebieskie, a raz lekko zielone.
– Jest pewne, że będzie potężną czarownicą. Ma merlinowe wzory krwi – zdradziła Louie. Albus na moment przymknął oczy, a potem pochylił się, by ucałować główkę dziecka.
– Louie, jeśli chcesz o coś zapytać, to śmiało – rzekł wreszcie mag, spoglądając na nią zza okularów połówek.
– Próbowałeś jej szukać? Atheny, mojej matki? – Kwestia jej własnego pochodzenia uderzyła ze zwielokrotnioną siłą po narodzinach Laurany.
– Nie. Wiedziałem, że w konfrontacji z nią nie znajdę w sobie siły, by się jej pozbyć raz na zawsze – odpowiedział szczerze.
– Pozbyć? Ale dlaczego, przecież… Minerwa. – Louie znała Albusa na tyle, by wiedzieć, że bez względu na to, jak bardzo Athena zdradziła i zraniła go, nie widziałby żadnego sensu w jej śmierci, musiał więc być jeszcze jakiś czynnik. Była nim Minerwa.
– Moja droga, gdyby Minerwa chciała, wyśledziłaby Athenę i zabiłaby ją. Lecz Minerwa wierzy w równowagę magiczną – nie zrobi tego, bo mimo całej swojej nienawiści do mojej żony, Athena jest jej potomkinią, jest z przyszłości i wie rzeczy, które wciąż mogą być cenne nawet dla tego pokręconego świata. – Albus podszedł do Louie i przekazał jej Lauranę, podczas gdy jego słowa powoli docierały do Luizy.
– Ale wymagać tego od ciebie… byle tylko równowaga była zachowana… to prawie nieludzkie. Nie ożeniłbyś się z Atheną, gdybyś jej nie kochał. – Louie o mało nie zakrztusiła się, gdy zobaczyła czysty ból w akwamarynowych tęczówkach.
– Minerwa nie wymaga ode mnie, bym zabił Athenę, nawet jeśli jej nadzieją jest, że ona padnie z mojej różdżki, która wcześniej była różdzką Grindelwalda. Moje uczucia do Atheny… myślę, że od samego początku kluczowe było, iż ona jest potomkinią Minerwy – wyjaśnił cicho dyrektor – jego oczy pełne łez.
Louie nauczyła się już kojarzyć zrozumienie z zimnymi dreszczami, przebiegającymi przez całe ciało. Teraz było podobnie.
– Sądzisz, że zakochałeś się w niej, bo było w niej coś z Minerwy? Że w tym alternatywnym świecie pomiędzy tobą a Minerwą było coś więcej? Ale czy to nie czyniłoby Atheny także twoją potomkinią? – Louie czuła, jak jej głowa pęka od nadmiaru przetwarzanych informacji, że zaraz nadciągnie migrena… będzie musiała poprosić Assuarina o eliksir na to po powrocie.
– Myślę, że są jakieś granice i że Athena nie związałaby się z własnym praprapradziadkiem. Z tego, co wywnioskowałem z jej rzadkich słów dotyczących alternatywnego świata, nie byłem tam szczęśliwy… Podejrzewam, że tamta wersja mnie spotkała tamtą Minerwę i może nawet było między nimi coś pięknego, ale ja… on… umarliśmy… a tamta Minerwa żyła dalej, założyła rodzinę i przeszła do legendy. – Albus otarł łzy rękawem błękitnej szaty.
Była logika w tym rozumowaniu. Luiza pomyślała, że początkowo, Athena mogła po prostu chcieć uratować i uszczęśliwić Albusa. Potem jej nienawiść do Minerwy wzięła w górę… i ten świat wzbogacił się w kolejną anomalię – Louie, ją samą.
– Czy uważasz, że oprócz mojej matki ktoś jeszcze mógł się przenieść? – spytała tonem, który można by uznać za błagalny.
– Nie wiem. – Albus wzruszył ramionami, ale Louie miała okropne wrażenie, że czarodziej nie mówi jej wszystkiego.
Bo skąd mógł się wziąć tamten dziwny nieznajomy, którego pozostawiła w Nurmegardzie, by spłonął? Ten, który znał jej imię? Który wyglądał jak Albus, ale młodszy i z oczami takimi jak Marvelian i Minerwa? Ten, którego usta smakowały jak ambrozja?
– Louie, wszystko w porządku? – Albus delikatnie dotknął jej ramienia.
– Tak, ale chyba powinnam już wracać. – Luiza przywołała płaszcz.
– Bardzo się cieszę, że mnie odwiedziłaś i że mogłem zobaczyć małą Lauranę. – Albus ucałował policzek Luizy i główkę dziewczynki w jej ramionach.
– Podziękuj Minerwie. Laurana albo ja – którejś z nas nie byłoby tutaj, gdyby nie Minerwa. Chociaż jakby się nad tym głębiej zastanowić, to obie byśmy nie istniały, gdyby nie Minerwa. – Louie uśmiechnęła się gorzko, narzuciła wielki kaptur na twarz i opuściła gabinet, skrywając śpiącą Lauranę w swych ramionach.
Była na jednym z niższych korytarzy, gdy usłyszała odgłosy wzburzonej kłótni. Nikt nie powinien jej widzieć, zatem postanowiła zaczekać, aż dwójka nastolatków przeniesie się gdzieś indziej ze swoją dyskusją.
– Ile razy mam przepraszać, Lily?! Dobrze wiesz, że nie myślę tak naprawdę! A Marvelian już wystarczająco mnie ukarał!
– Zmieniłeś się, Severusie. Twoje nowe towarzystwo sprowadza cię na złą drogę! Jak mogłeś… myślałeś, że nazwanie mnie szlamą przybliży cię do Marveliana?
– Oddaliłaś się od niego i pozwalasz, by kręcił się wokół ciebie Potter i Huncwoci!
– Marvelian sam mnie odsuwa, bo poświęca się w pełni Gildii, jak wszyscy powinniśmy! Jeśli on mi ufa i wie, że nie musi się o mnie martwić, bo zawsze będę dla niego, w jakiejkolwiek roli, to dlaczego ty nie potrafisz?
– Gildia! To rozrywa go od środka! McGonagall postawiła go pod ścianą. Może wy wszyscy sądzicie, że to wielki zaszczyt dla niego, być namaszczonym na jej pierwszego egzekutora, dziedzica, papieża, ale to jest tak naprawdę zniewolenie!
– Jak możesz być tak niewdzięczny? Byłbyś nikim, gdyby Marvelian nie przekonał profesor McGonagall, że jesteś godzien dołączenia do Gildii!
– Wdzięczność! Rozumiem, że jako Gryfonka jesteś ślepa na fakt, że to są tak naprawdę kajdany, ale Marvelian to widzi i ja nie pozwolę, by to go zniszczyło!
– A co zrobisz? Zbierzesz Petera i tych żałosnych Ślizgonów, porwiesz Marveliana i udasz się na poszukiwania Sam–Wiesz–Kogo?
– Czarny Pan przyjmie Marveliana z otwartymi ramionami i uwolni go spod wpływu McGonagall! Tylko ty nie możesz się mieszać!
– Twój Czarny Pan zabija takie szlamy jak ja. Tego pragniesz? Mojej śmierci? Byś wreszcie miał Marveliana tylko dla siebie?
– Lily…
– Nie, Sev. Nie chcę cię znać i zrobię wszystko co w mojej mocy, by utrzymać Marveliana z dala od Sam–Wiesz–Kogo.
To były ostatnie słowa w tej kłótni. Luiza wraz z Lauraną skryła się za jedną ze zbroi, gdy wyminęła ją ładna dziewczyna o rudych włosach i zielonych oczach, teraz lśniących od łez i złości. Chwilę później w nieco innym kierunku przeszedł zgarbiony chłopak o prominentnym nosie i czarnych, tłustych włosach.
Luiza szybko ruszyła schodami w dół, by jak najszybciej wydostać się z zamku, opuścić tereny szkoły, teleportować się do domu, przekazać Lauranę Assuarinowi i … i co? Co mogła zrobić?
Zażądać spotkania z synem? Na tym etapie ich relacje były tak napięte, że to mogłoby jedynie przynieść odwrotny efekt – nie mogła być pewna czy Marvelian nie narażałby się tylko po to, by zrobić jej na złość. Jego listy były ostatnio tak suche w tonie…
Zawiadomić Minerwę? Starsza czarownica musiała bardzo dokładnie monitorować Marveliana i jego przyjaciół – było wątpliwe, by o tym nie wiedziała, albo się tego nie domyślała. Być może właśnie to był powód, dla którego zacieśniała swoją więź z Marvelianem. Może wcale nie chodziło o pokazanie jej, Luizie, że kiedy ona samolubnie zawiodła, Minerwa była tam dla niego. Nie, McGonagall była taktykiem – było prawdopodobne, że jej działania miały oddalić Marveliana od Voldemorta. Fakt, że oddalały go też od Luizy mógł być tylko skutkiem ubocznym.
– Kochanie, wszystko w porządku? – Gdy Assuarin pytał, ona wciąż była pogrążona w myślach.
– Martwię się o Marveliana. Jeśli Voldemort obieca mu wolną rękę, to może go skusić swoimi ideałami. – Luiza nie wyjaśniała, skąd wziął się jej nagły niepokój, ale też Assuarin nie pytał.
– Marvelian ma pewne tendencje ku czarnej magii, ale w Hogwarcie nie pozwolą mu zbłądzić. – Mąż zabrał Lauranę z rąk Luizy, jednocześnie całując ją delikatnie w policzek.
– Voldemort też był uczniem Hogwartu – zauważyła Louie, chociaż niezwykle trudno było jej wyobrazić sobie bladego potwora o szkarłatnych oczach w szkolnym mundurku. Zaraz jednak przypomniał jej się portret przedstawiający Riddle'ów. Marvelian w pewnym sensie przypominał urodą Toma Riddle'a seniora. W swoich wyborach równie dobrze mógł przypominać Czarnego Pana.
– Tak, ale z tego co udało mi się ustalić, wtedy zastępcą dyrektora była twoja matka, a nie Minerwa McGonagall. Kochanie, może moje możliwości śledzenia tutejszej polityki są ograniczone, ale wszystkie przesłanki wskazują, że jako członek Gildii, Marvelian nie wpadnie w łapy Voldemorta, chyba że takie będzie życzenie zastępczyni dyrektora Hogwartu. – Assuarin ostrożnie ułożył Lauranę w kołysce.
Luiza nie rozmawiała z nim na ten temat dalej. Assuarin i tak już podejrzewał, że Louie w swoim czasie była nie tylko uczennicą Hogwartu, ale również członkinią Gildii. Stąd już łatwo było wysnuć wniosek, że była blisko z dyrekcją Hogwartu, tak jak teraz Marvelian.
Wielu myślało, że lady Voldemort i lady McGonagall wykurzyły Voldemorta na dobre, że gdziekolwiek się zaszył, już nigdy nie znajdzie tylu popleczników, by móc uderzyć i odebrać władzę rządowi opartemu na starej Gildii. Louie sama w to wierzyła, szczególnie kiedy kilka horkruksów Voldemorta zostało zniszczonych. Teraz jednak… obawiała się, że Voldemort wciąż stanowił niebezpieczeństwo. Bowiem gdyby Marvelian przyłączył się do niego, chyba nawet Minerwa i Albus nie byliby w stanie go zatrzymać.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
– Szszszszszsszpanieeeeee.
– Słyszałeś coś?
– Nie. Ale czy ty słuchasz mnie?
Piętnastoletni Marvelian westchnął. Towarzystwo Severusa i Petera było ostatnim, czego dzisiaj pragnął. Tym bardziej, że wciąż gniewał się na Seva o to, jak ten potraktował Lily.
Jakby bez najlepszych przyjaciół skaczących sobie do gardeł nie miał wiele na głowie! Gildia wymagała od niego mnóstwo uwagi, a do tego wszystkiego należało dodać SUMY, transmutacyjne turnieje i budowanie podwalin pod swoją polityczną karierę.
– Severusie, nie jestem zainteresowany spotkaniem z Malfoy'em. Pettigrew, powinieneś skupić się na nauce, a nie na udawaniu śmierciożercy. – Marvelian wstał, ale zbyt gwałtownie, zwracając na siebie uwagę chichoczących w kącie pokoju wspólnego Ślizgonek.
– Marvelianie, może pomógłbyś nam w tej pracy domowej na transmutację? Nietoperzyca McGonagall znów zadała nam za dużo! – Romilda Spencer zatrzepotała rzęsami w uwodzicielskiej próbie zwrócenia na siebie uwagi.
– Profesor McGonagall. I nie mam najmniejszej ochoty wam pomagać – warknął Marvelian, zmierzając w stronę swojego pokoju prefekta.
Nawet nie poczekał, by zobaczyć rozczarowanie na twarzach dziewcząt. Zatrzasnął drzwi swojego pokoju na tyle sugestywnie, by Severus nie próbował pukać.
Opierając się o drzwi plecami, Marvelian powiódł wzrokiem po pomieszczeniu. Czasami zastanawiał się, czy jego życie wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby zamiast srebra i zieleni widział złoto i szkarłat Gryffindoru. Nie musiałby użerać się z Peterem, nie miałby problemu z Severusem, byłby bliżej Lily i opiekunką jego domu byłaby Minerwa, a nie gnuśny Slughorn.
Potrząsnął głową. Był Ślizgonem z krwi i kości. Umiał manipulować, przewidywać, knuć i spiskować – wiele z tych cech czyniło go tak efektownym kardynałem Gildii, prefektem Slytherinu i kandydatem do wysokich stanowisk w politycznej karierze. Nigdy też nie negował swojej fascynacji czarną magią.
To nie było pytanie dlaczego on, Marvelian Zenaidov wylądował w Slytherinie – odpowiedź była jasna i prosta. Zagadnienie, które stanowiło paradoks, to jakim cudem Minerwa McGonagall została przydzielona do Gryffindoru? Miała wszystkie cechy, które cenił sobie Salazar Slytherin. Z jej ponadprzeciętną inteligencją, miłością do zdobywania wiedzy i genialnym taktycznym zmysłem, nadawałaby się równie świetnie do Ravenclawu. Nie brakowało jej też lojalności, chociaż może uprzejmość brała drugie miejsce po jej szkockim temperamencie. Ale Gryffindor? Odwaga…
Potrząsnął głową. Znów myślał o niej, zapuszczając się w niebezpieczne rejony, gdzie jedynym kompasem była intuicja i dobrze rozwinięty zmysł obserwacji. To nie służyło niczemu dobremu. Wywoływało jedynie wstyd, frustrację i niezrozumienie. Bowiem usiłując zrozumieć ją, docierało do niego, że tak naprawdę nie rozumie wcale samego siebie.
Usiadł na łóżku, tak że mógł widzieć swoje odbicie w lustrze. Najpierw kontemplował ćwiczenie fairneye, ale porzucił tą myśl. Patrząc na cienie pod swoimi zielonymi oczami, wiedział, że sen z powiek spędza mu ten dziwny, syczący głos. Nie potrafił znaleźć jego źródła, ale częstotliwość i natężenie swoistych nawoływań wzrastały i denerwowały go ponad miarę.
Minęło kilka godzin, które były spokojne – Marvelian zdołał przeczytać kilka rozdziałów fascynującej książki o klątwach długotrwałych, ale wiedział, że sen nie przyjdzie szybko. Postanowił przejść się po zamku – to nie był dzień jego patrolu, ale przynajmniej istniała spora szansa, że spotka Lily – która wraz z Lupinem została prefektem Gryffindoru w tym roku.
Pokój wspólny Ślizgonów był pusty, pomijając Severusa zwiniętego w kłębek w fotelu przed kominkiem. Marvelian westchnął, ale przywołał koc i okrył… beznadziejnie zakochanego w nim przyjaciela.
Na początku Marvelian wierzył, że Sev zakochany był w Lily – znali się od dziecka, a jej przydział do Gryffindoru nie osłabił więzi pomiędzy nimi przez pierwsze trzy lata. Lily więcej czasu spędzała z nimi niż ze swoimi kolegami i koleżankami z Gryffindoru. Potem jednak, w zeszłym roku, kiedy Marvelian czuł się paskudnie z powodu narodzin Laurany, a Minerwa mocniej wciągała go w Gildię, zaczął zauważać, że Severus bardziej dba o niego samego, niż o Lily.
Najpierw starał się to ignorować, wierząc, że Severus odzyska rozum i zajmie się choćby tymi rozchichotanymi Ślizgonkami. Sam Marvelian nie miał złudzeń – Severus był jego najlepszym przyjacielem od samego początku i nie wyobrażał sobie utraty tej przyjaźni, ale tam nigdy nie było i nie będzie miejsca na coś więcej. Nie kochał Seva w ten sposób. Po jakimś czasie było już jasne, że ignorowanie Severusa niewiele daje. Próbował więc go odpychać, co nie okazało się być najlepszym pomysłem – bowiem odrzucony Severus związał się z Pettigrewem i towarzystwem dzieci śmierciożerców.
Tu zaś z grę wchodził prawdziwy konflikt interesów. Severus zdradzał Gildię, bo chęć otrzymania Mrocznego Znaku bez zgody Minerwy była właśnie zdradą. W obowiązku Marveliana było poinformowanie nauczycielki transmutacji. Wiedział jednak, że to będzie jednoznaczna deklaracja i prawdopodobnie gwóźdź do trumny w jego przyjaźni z Severusem.
– Ksssssiążżżżżżęęęę… – Znów ten głos, dobiegający ze ścian korytarza trzeciego piętra.
Przyspieszył w stronę Wieży Astronomicznej – odkrył, że im wyżej, tym dziwny głos był mniej wyraźny, gorzej słyszalny. W swoim pośpiechu prawie wpadł na Lily.
– Marvelian? Wszystko w porządku? – Gryfonka złapała go za łokieć, kiedy przymknął oczy – pachniała lasem, bo używała szamponu z esencją z sosny.
– Tak, Lils. Zamyśliłem się tylko. – Przywołał na twarz uśmiech.
– Velian. Coś cię martwi. Chodzi o Seva, o rodzinę czy o Minerwę? – Lily położyła obie dłonie na jego ramionach. Był zbyt zmęczony, by walczyć z troskliwym spojrzeniem jej zielonych oczu.
– O wszystkich po trochu. Severus i Peter nalegają, bym zobaczył się z Malfoy'em w sprawie spotkania z Voldemortem. Jeśli Minerwa jeszcze o tym nie wie, to ważne jest, by dowiedziała się ode mnie, inaczej będę zdrajcą w takim samym stopniu co Sev. – Marvelian wbił wzrok w czubki swoich butów.
– Uważam, że powinieneś jej powiedzieć, Velian. Oraz zapytać ją o opinię na temat Voldemorta. Chyba że… och, Velian. – Lily zasłoniła dłonią usta i potrząsnęła głową.
– Chciałbym poznać Voldemorta. Zobaczyć, co czyniło go przeciwnikiem równym Dumbledore'owi. Co sprawia, że moi rodzice tak się go boją. Nie jestem już dzieckiem, roztaczanie nade mną ochronnej bańki nie jest konieczne – wymamrotał Marvelian, robiąc krok do przodu. Lily wiedziała, że w tym momencie potrzebuje pociechy i rozchyliła ramiona. Ślizgon objął ją, kładąc głowę na jej ramieniu.
– Marvelianie, wiesz, że będę cię popierać bez oglądania się na Severusa, Gryfonów czy Dumbledore'a, ale jeśli zdecydujesz się postąpić wbrew woli Minerwy, to nie wyjdziemy z tego razem – wyszeptała Lily do jego ucha z powagą. Uścisnął ją mocniej.
– Lils, ona…
– Kocha cię.
Oderwał się od dziewczyny, by spojrzeć w jej oczy, w kolorze sosnowego igliwia. Widział prawdę i wiarę w te słowa. Jednocześnie dostrzegał też miłość Lily do niego samego.
Pochylił się, bardzo nieznacznie, nie przestając patrzeć na jej twarz, szukając najmniejszego śladu wątpliwości, niepewności czy ostatecznie, niechęci. Ale nie znalazł. Lily chciała tego, pragnęła tego może nawet bardziej niż on sam. Jego serce ścisnęło się na myśl o tym, ile ta dziewczyna wyrzeczeń podejmowała, by być przy nim, by wspierać go, wbrew wszelkim przeciwnościom. Był jej winien… winien… był zobowiązany…
Ich usta zetknęły się, ale z jego inicjatywy. Fakt, że jej wargi były dużo cieplejsze, nie zdziwił go. Bardziej chyba jej odruchowa reakcja, gdy objęła jego szyję, przyciągając go bliżej. Pocałunek pogłębiał się, zdecydowanie bardziej żywiołowy z jej strony. Marvelian usiłował rozłożyć na czynniki pierwsze towarzyszące temu uczucia – ciepło, ekscytacja, spokój, wreszcie poczucie winy. Przerwał pocałunek.
– Lily… przepraszam cię…– Sam nie wiedział, jak miał jej to powiedzieć.
– Nie. Nie przepraszaj, powiedz mi jedynie, szczerze i bez ogródek, czy tam, gdzie podążasz, jest miejsce i dla mnie. Bo muszę wiedzieć, czy warto, bym na ciebie czekała. – Lily czule pogładziła go po policzku.
Marvelian dawno nie był tak rozdarty. Kochał Lily. Jednocześnie nie mogła podążać za nim. Nie wiedziała jak głęboko sięga ciemność w jego duszy. Marvelian desperacko pragnął ją chronić. Nawet przed sobą samym, jeśli było trzeba. Z nim czekało ją tylko cierpienie. Nie, powinna spróbować być szczęśliwą z kimś innym.
– Nie czekaj na mnie, Lily. Kocham cię, ale zasługujesz na coś innego. – W myślach błagał, by zrozumiała, by to nie zniszczyło kolejnej relacji, która stanowiła podwalinę jego harmonii.
– Rozumiem. Naprawdę. Dziękuję ci za szczerość. Przyjaciele tak długo jak wiąże nas Gildia? – Lily wyciągnęła do niego rękę. Uścisnął ją mocno, nie kryjąc westchnienia ulgi.
– Tak, Lils. – Musnął wargami jej ciepły policzek.
– Spokojnych snów, Marvelianie – odpowiedziała dziewczyna i odeszła w kierunku wieży Gryffindoru.
Długo obserwował schody, na których zniknęła. Przez myśl mu przeszło, że może właśnie popełnia jeden z większych życiowych błędów. Ale zaraz coś przerwało te rozmyślania:
– Ssssssspanieeeee. – Szept, bardziej żywy i podekscytowany niż wcześniej.
Jednocześnie, na korytarzu było słychać znajomy głos:
– Jak na to wpadłaś? Dlaczego akurat teraz? – Dyrektor był wyraźnie zaniepokojony.
– Wiedziałam, że nigdy nie uwierzyłeś w winę Hagrida. A pochodzenie Toma badałam od dawna. Jeśli zaś teksty Godryka nie kłamią, jest wysoce prawdopodobne, że wejście jest na tym piętrze. – odpowiedziała Minerwa McGonagall – szkocki akcent obficie znaczący tą wypowiedź zdradzał jej zdenerwowanie.
– W łazience. Tam zginęła Marta. Na Merlina, Minerwo, czy Godryk napisał coś o tej grozie, która ma się tam znajdować? – Było coś dziwnie kojącego w sposobie, w jaki Dumbledore wymawiał imię swojej zastępczyni. Zaintrygowany, Marvelian postanowił ich śledzić.
– To bazyliszek, Albusie – odpowiedziała bez strachu, ale ze smutkiem. W tym momencie Marvelian pomyślał o tej odwadze, która zdecydowała o umieszczeniu jej w Gryffindorze.
Bo ze wszystkiego, co Marvelian wiedział o bazyliszkach, najważniejsza była jedna informacja – należało się ich bać.
Dyrektorski duet wszedł do łazienki, w której najczęściej rezydowała Jęcząca Marta. Marvelian nie mógł powstrzymać ciekawości. Ustawił się pod drzwiami, podsłuchując.
– Co jeśli tylko dziedzic może otworzyć Komnatę? – pytał Dumbledore.
– To skomplikuje sprawę – odpowiedziała Minerwa ze spokojem. Marvelian żałował, że nie widzi jej twarzy. Jego własne kolana były jak z waty. Nie miał pojęcia, o czym dokładnie mówili, ale bał się.
– Otwórz się. – Głos McGonagall był dużo bardziej syczący, ale Marvelian rozumiał ją. Tymczasem:
– Minerwo, słyszałaś to? Ten syk? – spytał dyrektor z agitacją.
– Nie, ale chyba znalazłam wejście – odpowiedziała już normalnym tonem Minerwa.
Coś zatrzeszczało i zazgrzytało, podczas gdy Marvelian nadstawiał uszu. Chwilę później dało się słyszeć dwa westchnienia.
– Pójdę pierwszy – zaoferował Dumbledore.
– Moje zmysły są bardziej wyczulone – odpowiedziała i rozległ się szelest.
– Minerwo! – krzyknął dyrektor, strach ewidentny w jego głosie. Marvelian dopiero po kilku sekundach zorientował się, że dokładnie ten sam strach kursuje w jego własnym umyśle.
Ślizgon odczekał jeszcze pięć minut i mocno trzymając różdżkę w garści, wszedł do łazienki. Westchnął ze zdumienia, widząc okrągły otwór w miejscu, gdzie znajdowały się umywalki. A potem zobaczył kratkę zasuwającą się … i nie namyślając się, Marvelian wskoczył w ciemny wlot.
Zamknął oczy, pamiętając o tym, że spojrzenie bazyliszka zabija. Tak przynajmniej twierdził autor książki traktującej o magicznych stworzeniach powiązanych z czarną magią i Marvelian był gotów w to wierzyć. Zjechał po swego rodzaju rurze albo pochylni i wylądował po kostki w wodzie. Udało mu się złapać równowagę. Wciąż z zamkniętymi oczami, nasłuchiwał. Gdzieś w oddali wydawało mu się, że słyszy ludzkie głosy, ale nic ponad to. Ostrożnie otworzył oczy i rozejrzał się.
Znajdował się w kulistej komnacie, która musiała stanowić jakąś część systemu kanalizacyjnego Hogwartu. Po prawej znajdował się portal i ciemny korytarz. Marvelian podszedł do ściany, przyłożył do niej lewą rękę ( w prawej wciąż trzymał mocno różdżkę), zamknął oczy i ruszył do przodu.
W pewnym momencie pionowe ściany zamieniały się w żywą skałę, a podłoże było na tyle nierówne, że Marvelian upadał kilka razy, ale nie odważył się otworzyć oczu. Wszystko zmieniło się, gdy usłyszał rozmowę:
– Może go tu nie ma, Minerwo.
– Nie odzywaj się. I pamiętaj, jako jedno.
– Pani…przybyłaś. By zapoznać mnie z moim nowym panem? – To był zupełnie nowy głos, wywołujący ciarki na skórze Marveliana.
– Pani… czekałem tak długo, aż złączone zostaną dwie linie mojego pierwszego pana, Salazara.
Tym razem Marvelian słyszał odgłos, który jednoznacznie kojarzył mu się z sunięciem czegoś ciężkiego po mokrej posadzce. Chłopak zacisnął zęby, zastanawiając się, kim był ten mag, nazywający Minerwę ,,panią". Wtem nagle rozległ się dźwięk, który Marvelian nazwałby trzepotem skrzydeł… a zaraz potem melodyjny krzyk, gdy coś dziwnie ciepłego musnęło go, skrytego za kawałkiem skały.
– Pani, co to za stworzenie? Czemu ono… AAAAAAA! – Wrzask czarodzieja wwiercał się w czaszkę Marveliana. Ślizgon czuł krople krwi cieknące po brodzie z przygryzionej wargi. Jednocześnie rozpacz, strach, ból… jaki wibrował w tym krzyku, wydawały się fizycznie dusić Marveliana.
– Przybyłam cię zabić. Albusie, otwórz oczy! – zawołała McGonagall.
Marvelian otworzył swoje. Znieruchomiał, gdy wyjrzał za skałę, za którą się ukrywał. Przed nim było koliste wejście do imponującej komnaty, na której końcu majaczyła ogromna głowa posągu jakiegoś czarodzieja. Lecz przed tym, pomiędzy dwoma rzędami kamiennych węży rozgrywało się starcie, które mroziło krew w żyłach.
Czerwono–złoty feniks Dumbledore'a raz za razem wbijał pazury w oczodoły bazyliszka. Marvelian zrozumiał, że ptak oślepił gada. Co wcale nie przesądzało o wyniku walki – bo bazyliszek nie był całkiem bezbronny. Sam Marvelian nigdy wcześniej nie widział tak przerażającego stworzenia – ogromny wąż miał około piętnastu metrów długości, w najszerszym miejscu musiał mieć prawie metr średnicy, a jego kły lśniły na kilkanaście centymetrów.
Profesor McGonagall gdzieś zniknęła, pojawiła się za to ogromna, złota lwica, która bez żadnego lęku skoczyła na cielsko węża, wbiła zęby i pazury w jego skórę, wywołując kolejny syczący wrzask bólu – to był moment, w którym Marvelian zorientował się, że słyszał głos bazyliszka.
Tymczasem, nieprawdopodobne, Dumbledore szamotał się z czymś, co przypominało starą i sfatygowaną Tiarę Przydziału. Marvelian miał ochotę wrzeszczeć na dyrektora. Dlaczego Dumbledore nie walczył, dlaczego nie próbował zabić bazyliszka…?
Olbrzymi wąż zgiął się, a potem rozprostował, zrzucając z siebie lwicę. Oczy Marveliana musiały być wielkości spodków, gdy lwica w locie zmieniła się w Minerwę i wylądowała w płytkim kanale po prawej. Plusk zaalarmował bazyliszka, który musiał mieć świetny słuch. Zgroza ścisnęła trzewia Marveliana, gdy wąż zanurkował w stronę kobiety…
– NIEEEEEEE! – wydarł się Marvelian, wyskakując za skały, wpadając do komnaty z różdżką w dłoni.
Za późno – bazyliszek złapał za łydkę czarownicy, chociaż puścił ją wraz z krzykiem Marveliana. Dumbledore odwrócił się, jego twarz pobladła ze strachu. W ręku czarodzieja coś błysnęło.
– Panie?
Bazyliszek miał trzy możliwości ataku – bezbronna McGonagall, będąca najbliżej niego, poszarzały Dumbledore, po przeciwnej stronie oraz Marvelian na wprost. Wybrał opcje dwie trzecie. Jego ciało wyprężyło się do przodu, podczas gdy ogonem machnął w lewo, bez wysiłku przewracając dyrektora.
– MARVELIAN! – Do tej pory nastoletni chłopak nawet nie był sobie w stanie wyobrazić, że taki dźwięk może wydobyć się z ust surowej profesor McGonagall. Podczas gdy Marvelian zdołał jedynie wznieść tarczę, która była nędzną ochroną przed kilkunastometrowym wężem, McGonagall udało dźwignąć się w górę, wyrzucić całe ciało naprzód… transmutować się w coś, czego Marvelian nie zidentyfikował, ale co na pewno było ciężkie i przygwoździć na moment łeb bazyliszka do ziemi.
– Panie!
Wąż strząsnął z siebie brudną i zakrwawioną kobietę. Ona jednak z nadzwyczajną wolą walki rzuciła się ku Marvelianowi, z łatwością przeszła przez jego tarczę i zbiła z nóg, osłaniając własnym ciałem.
Agonalny syk zawibrował w głowie Marveliana, który zdołał jeszcze dostrzec, jak Dumbledore unosi świetlisty miecz i jednym, szybkim cięciem przepoławia bazyliszka. Potężny łeb opadł z głuchym łoskotem zaledwie kilka metrów od plątaniny dwóch ciał, jaką stanowił teraz Marvelian z Minerwą. Łeb podrygiwał jeszcze w pośmiertnych drgawkach, ale Marvelian nie był w stanie na to patrzeć – wtulił głowę we włosy Minerwy McGonagall, pachnące kojąco, konwaliami.
– Minerwo! – Dumbledore opadł na kolana tuż przy nich.
McGonagall chyba usiłowała się podnieść, lecz Marvelian trzymał ją mocno. Mało co już tu rozumiał, jedynym sensownym odruchem było przywieranie do niej.
– Nic ci nie jest? – spytała bardzo cicho, z troską.
– Marvelianie, już możesz puścić profesor McGonagall. Jest ranna, trzeba ją jak najszybciej zabrać do skrzydła szpitalnego – powiedział dyrektor z niecierpliwością.
– Najpierw musisz wypreparować ze mnie jad, Albusie – odezwała się kobieta bardzo słabym głosem. Marvelian czuł, jak gwiazdki zaczynają wirować mu przed oczami. Jad bazyliszka! Przecież był śmiertelny! A gad wgryzł się w jej nogę!
– Minerwo… – Dumbledore przemieścił się, koniec haczykowatego nosa maga pochylał się nad jej poszarpaną łydką. Było oczywiste, że jego szybka prognoza nie mogła być optymistyczna. Ponad ramieniem czarownicy Marvelian widział poszarpany materiał szat, krwawą mięśniową miazgę i chyba nawet biel kości. Żołądek podszedł mu do gardła.
– Jad skrystalizuje się tam za jakąś minutę. Musisz go wyciąć jak najszybciej. – McGonagall jakimś cudem znajdowała w sobie siły, by instruować dyrektora.
– Min, to będzie bolało. Kamień jest wielkości kurzego jaja – rzekł Dumbledore zbolałym tonem.
– Marvelianie, trzymaj mnie mocno – wyszeptała wiedźma do ucha chłopca, który zintensyfikował uścisk na jej talii.
Kątem oka widział jak Dumbledore unosi jaśniejącą różdżkę i niczym sztylet wkłada ją w ziejącą ranę… i zaczyna ciąć… wycinać coś.
Minerwa krzyczała, lecz wcześniej musiała użyć jakiegoś zaklęcia, gdyż jej wrzask był kompletnie niesłyszalny dla nikogo. Marvelian mógł tylko stwierdzić, że krzyczała z bólu, bo otwierała usta, a jej twarz coraz bardziej wykrzywiała się w grymasie. Przez jej ciało przechodziły dziwne, na wpół magiczne skurcze, jakby chciała się wyrwać, ale Dumbledore jedną ręką mocno unieruchamiał jej nogę, a Marvelian całą resztę ciała.
– Już! Już prawie! Min, trzymaj się… Mam! – wykrzyczał dyrektor, blady, spocony i zdenerwowany – z rany wylewitował coś, co przypominało ogromny szmaragd – wielkości kurzego jaja. Zanim Marvelian dobrze się przyjrzał, czarodziej schował go do kieszeni, wyczarował bandaże i zaczął obwiązywać nogę swojej zastępczyni…
– Pani profesor… – wychrypiał Marvelian, z powrotem zerkając na jej twarz – jej oczy zamknięte zbyt długo. Jednak jego cichy szept sprawił, że poderwała powieki:
– Ma…Marvelian. – Jęknęła i zamknęła oczy, a na jej twarzy na moment zagościła błogość, jakiej jeszcze nigdy nie widział na tym szlachetnym obliczu.
– Szybko. – Dumbledore bez słowa wyjaśnienia złapał nauczycielkę transmutacji i uniósł, bez najmniejszego wysiłku, jakby była bezwładną lalką. Marvelian wypuścił ją i sam się podniósł, odnotowując, że wszyscy troje są brudni od krwi bazyliszka.
– Podnieś jej różdżkę i złap się mnie mocno, chłopcze. Fawkes! – Starszy czarodziej nawet nie ukrywał strachu i bólu na swojej twarzy, gdy zerknął na nieprzytomną kobietę w swoich ramionach. Marvelian szybko pochwycił różdżkę swoją i Minerwy, a potem podbiegł do Dumbledore'a i mocno złapał się jego łokcia. Z góry nadleciał przepiękny feniks, zacisnął szpony na ramieniu maga i zapłonął…
Gdy Marvelian otworzył zamknięte naprędce oczy, znajdowali się w skrzydle szpitalnym. Dumbledore nie marnował czasu, prędko ułożył swoją zastępczynię na pierwszym wolnym łóżku i zawołał szkolną pielęgniarkę.
Kolejne kilka godzin minęło dla Marveliana jakby był w transie. Najpierw siedział cicho w kącie skrzydła szpitalnego, obserwując jak pani Pomfrey usiłuje poskładać rozszarpaną łydkę Minerwy. Pielęgniarka zatrzymała się nad nim tylko na moment, by upewnić się, że nic mu nie jest – lecz krew na jego szatach nie należała do niego, tylko do bazyliszka albo Minerwy. Dumbledore pomagał Pomfrey, ale sam wyglądał, jakby zaraz miał paść z wyczerpania.
– Albusie, co z jej klasami? Ona od rana powinna prowadzić lekcje – spytała cicho pani Pomfrey, wlewając kolejną miksturę w usta profesor McGonagall.
– Zastąpię ją – odpowiedział natychmiast dyrektor.
– Jeśli masz jutro utrzymać się na nogach, to powinieneś się przespać. Gdyby nastąpiła jakaś zmiana, dam ci znać. – Pani Pomfrey położyła dłoń na ramieniu czarodzieja. Ten westchnął.
– Będę wiedział. Ale masz rację – wymamrotał. Marvelian wstrzymał oddech, gdy Dumbledore pochylił się nad nieprzytomną Minerwą – jednak pocałował ją tylko w policzek. Jeśli cokolwiek powiedział, Ślizgon siedział za daleko, by to usłyszeć.
Dumbledore zebrał z sąsiedniego łóżka Fawkesa, Tiarę Przydziału i zakrwawioną klingę. Ruszył do drzwi, ale wtedy zauważył Marveliana.
– Panie Zenaidov, czy możesz mi wyjaśnić, jak znalazłeś się w Komnacie Tajemnic? – Mimo wszystko, w głosie dyrektora była troska, to Marvelian musiał mu oddać.
– Usłyszałem głosy i poszedłem za państwem. – Chłopak zwiesił głowę. To nie było kłamstwo.
– Zdajesz sobie sprawę, że gdybyś zjawił się zanim Fawkes wydrapał bazyliszkowi oczy, byłbyś martwy? Że wciąż mogłeś zginąć… na Merlina, Marvelianie, ona… – Dumbledore urwał i oparł się o furtynę, usiłując uspokoić oddech.
– Zwalczyła jad bazyliszka, profesorze. A pan go zabił. Co to za miecz? – Marvelian prędko wykorzystał słabość maga do zmiany tematu.
– Rowena musiała przekazać swoim potomkom jakiś gen odporności, umiejętność wyparcia trucizny. A to jest miecz Godryka Gryffindora. – Dumbledore podał ku miecz, chwyciwszy go za brudną klingę.
Marvelian syknął i cofnął dłoń, gdy na skórze jego dłoni pojawiły się bąble oparzeń. Dyrektor szybko wymamrotał zaklęcie chłodzące i uśmierzające ból.
– Dziwne. Ale być może miecza nie może dotknąć nikt ze Slytherinu? Wszystko w porządku, panie Zenaidov? – Tym razem Dumbledore promieniował akademicką ciekawością – jedną z niewielu cech, którą dzielił z Marvelianem.
– Tak, panie profesorze, to pewnie reakcja na jakieś starożytne zaklęcie. Czy ja mógłbym nie iść dzisiaj na lekcje… czy mógłbym tutaj zostać? – Marvelian przeniósł wzrok na jedyne zajęte łóżko. Oblicze dyrektora złagodniało.
– Oczywiście, panie Zenaidov. – Starszy mężczyzna pocieszająco ścisnął ramię nastolatka i wyszedł.
Minerwa nie wybudziła się do rana. Pani Pomfrey przywołała Marvelianowi czyste szaty i zmusiła go, by poszedł do Wielkiej Sali na śniadanie. Chłopak szybko coś zjadł – trudno było mu cokolwiek przełknąć, bo przed oczami wciąż widział jej wykrzywioną bólem twarz, w uszach dźwięczał jej krzyk, a jedzenie smakowało metalicznie, jak krew. Severus chciał z nim rozmawiać, ale Marvelian zbył go szybko. Lily rzucała mu tylko zaniepokojone spojrzenia ze stołu Gryfonów.
Po śniadaniu Marvelian udał się do biblioteki i wypożyczył wszystko, co było związane z historią Hogwartu. Przez całe przedpołudnie siedział przy łóżku Minerwy, usiłując znaleźć cokolwiek dotyczącego ,,Komnaty Tajemnic". To, co znalazł, niewiele wyjaśniało. Komnata była przedmiotem legend i miała być wybudowana przez Salazara po jego kłótni z Godrykiem. Według ksiąg, Komnatę mógł otworzyć jedynie prawowity dziedzic Slytherina, podobnie jak tylko prawdziwy Gryfon mógł przyzwać miecz Godryka.
Dumbledore przyniósł Marvelianowi obiad. Starszy mag dokładnie wypytał panią Pomfrey o stan swojej zastępczyni – ogrom czułości, jaki dyrektor okazywał nieprzytomnej kobiecie nie pozostawał złudzeń – Albus kochał Minerwę. Marvelian nie był w stanie określić, jaki to był rodzaj miłości, ale było to na pewno coś, co można było miłością nazwać.
Po południu, gdy dyrektor poszedł nadzorować szlabany, a pani Pomfrey została oddelegowana do obserwacji meczu quidditcha, Marvelian został sam z Minerwą w pustym skrzydle szpitalnym. Nie mógł zebrać się do szukania kolejnych wzmianek o Komnacie. Siedział nieruchomo, trzymając w obu dłoniach jej zimną, bezwładną rękę i wpatrywał się w jej twarz, wciąż pełną tego dziwnie niepasującego, błogiego wyrazu.
Dlaczego myśl o rannej… albo gorzej, martwej Minerwie McGonagall tak go przerażała, jego, Marveliana Zenaidova? Przecież jedyne co ich wiązało, to Gildia. A przez ostatnie tygodnie Marvelian widział to powiązanie jako rodzaj ograniczenia, zniewolenia. Dlaczego wtedy, tam… gdy bazyliszek omal jej nie zabił… dlaczego świat dla Marveliana zatrzymał się na te kilka chwil? Ona była tylko nauczycielką. Dowiedział się od niej wiele, ale czyż nie czułby się wolny i szczęśliwszy, gdyby nie musiał odpowiadać przed nią, być lojalnym wobec niej? Czyż wszystko nie byłoby łatwiejsze, gdyby nie był jej winien posłuszeństwa?
Dlaczego wybrała jego? Namaściła go na najważniejszą osobę po sobie w obu poziomach Gildii Szachów. Uczyniła go więcej niż kardynałem – był papieżem we wszystkim, poza formalną tytulaturą. Ale czy oprócz mocy coś go wyróżniało?
,,Pochodzenie" – podszepnął irytujący głos w głowie.
Na myśl o matce, o jej tajemnicach, o zagrożeniu, Assuarinie, Lauranie i pytaniach, które zawsze bał zadać, Marvelian zamknął oczy.
Wtedy zaś poczuł delikatny ucisk na swoich palcach.
Przestraszony, prędko otworzył oczy, przekonany, że wyobraźnia płata mu figle. Lecz nie, powitało go czyste spojrzenie szmaragdowych oczu.
– Pani profesor… zawiadomię panią Pomfrey. – Nigdy nie zaoferowała mu, by zwracał się do niej po imieniu, ale w myślach… mniej więcej od roku często nazywał ją ,,Minerwą".
– Nie. Nic mi nie będzie – zaprotestowała. Jej głos był chrapliwy. Marvelian podał jej szklankę wody – bardzo ostrożnie przychylił ją do ust czarownicy, starając się nie patrzeć wprost w intensywnie zielone oczy.
– Potrzebuje pani czegoś jeszcze? Mam zawiadomić profesora Dumbledore? – Marvelian zmusił się do zaoferowania tego.
– Nie. Tobie nic się nie stało? – Przebiegła wzrokiem po całej jego sylwetce. Potrząsnął głową, mimo wszystko wzruszony, że interesowała się nim, że zapytała się o niego, a nie o Dumbledore'a.
– Nie powinieneś był się tam znaleźć. – Jej ton był spokojny, podszyty złością, ale raczej na samą siebie, że do tego dopuściła.
– Od dawna słyszałem głos bazyliszka. Pytanie, dlaczego? – Marvelian wiedział, że musi postawić wszystko na jedną kartę, że jeśli ma z niej cokolwiek wyciągnąć, to teraz.
– Bo jesteś wężousty – odpowiedziała ze zmęczeniem, zapadając się nieco w poduszki.
– Pani również – zauważył, unosząc brwi.
– Ja mam jedynie do tego inklinacje, nie jest to coś, czego nie można się nauczyć. – Potrząsnęła głową.
– Ale Komnatę Tajemnic mógł otworzyć tylko dziedzic Slytherina. – Mimo wszystko, podziwiał jej samokontrolę – jej twarz nawet nie drgnęła.
– Według niejasnych legend. W istocie może ją otworzyć każdy, kto zna wężową mowę, natomiast tylko dziedzic byłby w stanie kontrolować bazyliszka – wyjaśniła.
– Kto nim jest? Dziedzicem? Czy może dziedziczką? – Marvelian zmrużył oczy, chociaż paliła go skóra na twarzy – pamiętał, że bazyliszek nazwał Minerwę ,,panią".
– Dziedzicem jest Voldemort. To on otworzył komnatę lata temu, kiedy zginęła Marta. Jednak ze względu na to, że jest półkrwi, że plami go mugolska krew ojca, a dziedzicem jest po kądzieli, nie miał pełnej kontroli nad bazyliszkiem – zdradziła. Marvelian miał wrażenie, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody. Voldemort… tak, to składało się w jedną całość.
– A pani? – Teraz Marvelian nie mógł się wycofać, musiał wiedzieć, jak ona wpasowywała się w to wszystko.
– McGonagallowie są owocem romansu Roweny i Salazara. Mamy inklinację do wężowej mowy, a jad bazyliszka nie zabija nas, lecz krystalizuje się w ciele, umożliwiając usunięcie go. Przynajmniej takie są moje wnioski z tego, co wydarzyło się kilkanaście godzin temu. – Przez tą wypowiedź przemknęło echo dumy. Sam Marvelian już rozumiał, skąd jej królewska postawa – mieć w drzewie genealogicznym dwoje założycieli Hogwartu… niebywałe.
– Skąd wężoustość u mnie? – Tym razem spojrzał jej w oczy. Zamarł, widząc pojedynczą łzę spływającą z czarnych rzęs na blady policzek.
– Nie wiem. – Dwa słowa, wypowiedziane głosem tak słabym, że nie był w stanie jej uwierzyć.
Podejrzenie wkradło się w jego serce, w jego myśli… matka nigdy, przenigdy nie mówiła nic o ojcu. Ból sprawiało jej każde pytanie o niego. Ta nieustanna ucieczka, to szukanie ochrony. Imperatyw ze strony matki by trafił do Hogwartu, pod skrzydła Dumbledore'a. McGonagall, ze wszystkich sił wiążąca go do siebie, byle tylko… był po jej stronie, byle czasem nie wpadł w łapy Voldemorta…
– Nie. Nie. – Marvalian chciał się cofnąć, chciał gdzieś uciec, ale zielonooka czarownica złapała go za nadgarstek żelaznym uchwytem.
– Zostań. Nie zostawiaj mnie tu samej – wyszeptała, jej oczy lśniące. Marvelian nigdy nie wyobrażał sobie słyszeć jej błagającej. A teraz… czego od niego oczekiwała? Pociechy? Deklaracji lojalności?
– Rzuciła się pani między mnie a bazyliszka. Miałbym panią zostawić? – Usiadł i ostrożnie przesunął swoją dłoń, by uścisnąć jej palce, które jeszcze chwilę wcześniej miażdżyły jego nadgarstek.
– Minerwa dla ciebie, Marvelianie. – Przez moment miał wrażenie, że się przesłyszał. Widział jednak stateczny błysk zdecydowania w jej szmaragdowych oczach. Skłonił głowę z szacunkiem.
– Jestem zaszczycony, Minerwo – powiedział, rozkoszując się brzmieniem jej imienia. Ono niosło ze sobą niemal boską potęgę, godność rzymskich cesarzy i piękno dziwnie pasujące do noszącej je kobiety.
– Nie mów nikomu, że jesteś wężousty. Nie wspominaj o Komnacie Tajemnic. Nie wyciągaj pochopnych wniosków – mówiła szybko, w ostatnim momencie przenosząc wzrok na drzwi, jakby wiedziała, że dokładnie kilka sekund później one otworzą się:
– Minerwo! – Dumbledore błyskawicznie znalazł się z jej drugiej strony, już trzymał ją za drugą rękę.
– Transmutacja? – Jej głos twardy, jak generała pytającego o stan swoich wojsk.
– Niczym się nie martw. Wszystko mamy pod kontrolą – odpowiedział Dumbledore, na moment ze zdumieniem zerkając na na Marveliana, jakby zastanawiał się co chłopak tutaj robi.
– Pod kontrolą. – Minerwa zamknęła oczy, a kiedy jej uścisk na palcach Marveliana rozluźnił się, chłopak ostrożnie uwolnił rękę i wycofał się.
Był przy drzwiach, gdy odwrócił się, by jeszcze raz na nią spojrzeć. To był jeden z tych momentów, kiedy wydawało mu się, że choć ona i Dumbledore nie wymieniają się żadnymi słowami, chociaż nawet nie utrzymują ułatwiającego legilimencję kontaktu wzrokowego, jednak porozumiewają się na jakimś metafizycznym poziomie.
Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
Zamierzał zastosować się do tej rady. Logika i twarde dowody. Nie domysły i poszlaki. Pojawiły się pytania, należało znaleźć odpowiedź. U źródła.
,,Matka się ucieszy" – pomyślał. Bowiem planował wrócić na święta do domu.
