1975 b

Tak bardzo wyrósł. To była pierwsza myśl, jaka jej towarzyszyła, gdy wszedł do salonu. Był już tak wysoki jak ona. Mogła się spodziewać, że będzie przynajmniej wzrostu Assuarina. Bądź co bądź, Minerwa była bardzo wysoką czarownicą.

Drugą myślą Luizy było, że coś go dręczy. Jego szmaragdowe oczy nie były tak przejrzyste jak zwykle, lecz zasnute dziwną mgłą. Uśmiechnął się i objął ją – na moment mogła zignorować swoje obawy. A potem Laurana w kołysce za nią zapłakała. Marvelian zesztywniał momentalnie.

– Dobrze mieć cię w domu na święta – powiedziała szybko Luiza.

– Jak podróż? – spytał Assuarin, kiedy Marvelian wydostał się z jej objęć. Z racji geograficznych niuansów Marvelian przyleciał z Hogsmeade na miotle – najprostszym i najbezpieczniejszym środku transportu.

– Wiatr nie pomagał, ale chyba zdążyłem przed większą burzą. – Marvelian uścisnął zdrową rękę czarodzieja. Twarz chłopaka na moment wykrzywiła się w złości – musiał odnotować, że klątwa postępowała, obejmując już całą rękę Assuarina aż do ramienia oraz prawą nogę aż do kolana.

Świece zamrugały, jakby zwiastowały nadchodzącą burzę. Jednak cała trójka wiedziała, że wątłość płomyków to działanie dziecięcej magii Laurany, która musiała wyczuć potężną sygnaturę Marveliana.

– Pójdę po więcej drwa do kominków – mruknął Assuarin, świadomy napięcia w powietrzu. Louie uśmiechnęła się niepewnie, kiedy Marvelian powoli podszedł do kołyski.

– Witaj, księżniczko – powiedział cicho, ostrożnie wyciągając dłoń do dziewczynki, która złapała go za palec. Louie wstrzymała oddech, zauważywszy, że oczy Laurany były w tym momencie bardziej zielone niż niebieskie. Wciąż jednak nie tak szmaragdowe jak piękne tęczówki Marveliana.

– Urosła. – Marvelian uniósł kąciki ust, ale to było sztuczne, wymuszone.

– Ty również. – Luiza wiedziała, że musi znaleźć sposób na rozluźnienie ciężkiej atmosfery i to jak najszybciej. – Kolacja jest prawie gotowa, może nakryłbyś do stołu? – dodała, kierując się do kuchni. Marvelian wymruczał coś o skrzatach domowych, ale posłusznie zabrał się za rozkładanie talerzy.

Wigilijna kolacja przebiegła w dość swobodnej atmosferze. Assuarin mówił najwięcej, zręcznie sterując konwersacją tak, by nie zahaczać o niebezpieczne tematy. Luiza karmiła Lauranę, nieco rozczarowana, że Marvelian nie chce podzielić się żadnymi wieściami z Hogwartu. Ona sama nie mogła go wypytywać, przynajmniej nie wprost. Bowiem kiedy spytała o Lily i Severusa, zirytowany Marvelian zbył ją, jakby dwójka jego najbliższych przyjaciół nie była warta wspomnienia. Był moment, w którym Luiza pragnęła zapytać chłopaka o Minerwę i Albusa, ale ugryzła się w język i pozwoliła Assuarinowi opowiadać dalej o rosnących cenach ingrediencji.

Po kolacji Assuarin zaproponował, że uśpi Lauranę i wraz z dziewczynką zniknął za drzwiami sypialni. Luiza wiedziała, że mąż dawał jej przestrzeń do prywatnej rozmowy z Marvelianem. Usiedli przed kominkiem. Chłopak wyciągnął z kieszeni małe pudełko, powiększył je zaklęciem i otworzył. W nozdrza Louie uderzył zaskakująco znajomy, korzenny zapach:

– Piernikową traszkę? – spytał Marvelian, wyciągając ku niej pudełko. Luiza była w stanie jedynie potrząsnąć głową, bo jej gardło zrobiło się nagle bardzo suche. To nie mógł być przypadek. Te ciastka były atrybutem.

– Opowiesz mi co cię trapi, synku? – Louie nie wiedziała, jakim cudem te słowa przeszły jej przez usta, ale poczuła ulgę, gdy tylko je wypowiedziała.

– Trapią mnie tajemnice, mamo. – chłopak uniósł głowę. Tyle bólu na jego twarzy…Louie chciała móc go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, tak jak wtedy, gdy był dzieckiem. Ale już nie był nim. Był prawie mężczyzną.

– W naszym życiu jest ich pełno i pewnie będzie jeszcze więcej. Magia jest tajemnicą. – Luiza wzruszyła ramionami. Jej serce biło jak oszalałe.

Nagle coś zdumiewającego, Marvelian wydał z siebie przeciągły syk i z wyczekiwaniem spojrzał na Luizę, która jedynie uniosła pytająco brwi:

– Coś ci dolega? – Ten głęboki syk już kompletnie wytrącił ją z równowagi – co działo się z jej dzieckiem?

– Nie zrozumiałaś, prawda? Zatem nie odziedziczyłem tego po twojej stronie. – Marvelian zacisnął pięści. Jego ton sugerował, że nagle Luiza potwierdziła jego najgorsze obawy.

– Czego nie zrozumiałam? – Przekrzywiła głowę, w ptasi sposób. Och, gdyby tak mogła zmienić się w swoją animagiczną formę i w locie zapomnieć o wszystkim!

– Zadałem ci pytanie w wężowym języku. Nie odpowiedziałaś, bo nie jesteś wężousta. Ja jestem – oznajmił. Minęło kilka sekund, zanim jego słowa wsiąkły.

Pytanie pierwsze: Czy Minerwa była wężousta? Czy ta jedna cecha mogła naprowadzić Marveliana na trop jego prawdziwej matki? Czy właśnie tym miała być ta rozmowa dla niego, ostatecznym potwierdzeniem podejrzeń, że był w centrum masywnego kłamstwa?

Pytanie drugie, jeśli nie Minerwa, to skąd… czy druga część drzewa genealogicznego Marveliana mogła nieść ze sobą gen znajomości wężowej mowy?

– To dla mnie zaskoczenie, synku. Pewnie przeczytałeś, że ta umiejętność charakteryzowała czarnoksiężników, lecz to tylko przesądy, podobnie jak twierdzenie, że każdy Ślizgon jest zły. – Luiza usiłowała mówić spokojnym i kojącym tonem, ale w sposobie, w jaki Marvelian mrużył oczy, wiedziała, że widzi próbę przekierowania rozmowy z toru… który był bardzo niebezpieczny.

– Chciałbym, żebyś odpowiedziała szczerze na moje pytania, mamo. Kocham cię i nie zniosę kłamstw z twojej strony – powiedział z powagą. Luiza miała wrażenie, jakby ktoś przyciskał jej różdżkę do gardła – Marvelian nie dawał jej wyboru – nie mogła odmówić, nie zniszczywszy ich relacji, a kłamstwo… on miał tą samą zdolność co Minerwa, wykrywał nieprawdę bez wysiłku.

– Marvelianie, są pewne rzeczy, których przysięgałam, że nie zdradzę. Przysięgałam na twoje życie. – Spróbowała ostrożnego wybiegu, ale tym razem jego oczy zapłonęły gniewem.

– Spójrz mi w oczy, matko i powiedz, że nie możesz odpowiedzieć na pytania, które spodziewasz się usłyszeć – rzekł twardo, nieustępliwie. Czuła łzy cisnące się do oczu.

Dlaczego wszystko sprowadzało się do pytania, czy kochała bardziej Marveliana, czy Minerwę? Przecież wybranie pomiędzy nimi było niemożliwe!

– Pytaj – wyszeptała, natychmiast żałując wypowiedzenia tego słowa.

Ciemnowłosy nastolatek przysunął się tak, by była zmuszona patrzeć mu w oczy i zapytał:

– Czy moim ojcem jest Voldemort?

Jej oczy musiały rozszerzyć się ze zdumienia, a serce przyspieszyło rytm bicia – głuche dudnienie zdawało się tłumić wszystkie zmysły Luizy. Przed jej oczami natychmiast pojawiło się wspomnienie tamtego strasznego człowieka, o płonących szkarłatem oczach, bladej skórze… nie robiącego sobie nic z jej cierpień…

Przecież to była najbardziej absurdalna myśl, która nigdy nie zagościłaby sama z siebie w umyśle Louie! Minerwa McGonagall i lord Voldemort? Przecież dzieliło ich wszystko! Stali po dwóch przeciwnych stronach konfliktu! Minerwa nie mogłaby… kochała Dumbledore'a! A Voldemort…

– Mamusiu?

Ojcem Marveliana musiał być bardzo potężny czarodziej. A jeśli się przyjrzeć… rysy chłopaka z każdym rokiem coraz mniej przypominały rysy Minerwy – jego twarz przywodziła raczej wspomnienie portretu z domu Riddle'ów… dlatego Tom senior wydawał się jej tak znajomy… Wężowa mowa – Czarny Pan się nią posługiwał, przecież to zostało zdradzone, kiedy gazety opisywały tą podstawioną nauczycielkę zmieniającą się w węża.

Boże, czy ona naprawdę dopuszczała do siebie myśl, że ojcem Marveliana mógłby być lord Voldemort? Jeśli miała pewność, że jego matką była Minerwa McGonagall?

Z drugiej strony, tajemnica, jaką Minerwa otaczała siebie i to dziecko… do tego niebezpieczeństwo… jakie groziło Marvelianowi głównie ze strony Czarnych Państwa…

– Nnie wiem… – wyszeptała Louie, nagle przestając już być pewną czegokolwiek.

– Nie wiesz? Byłaś… byłaś gwałcona?

Złapał ją za ręce, gdy ze świstem wciągnęła powietrze.

Czy Minerwa… Minerwa…

– O Boże, o Boże… – Łzy pociekły po policzkach Luizy na myśl o tym, że Voldemort mógłby…

Tylko… zbyt wiele rzeczy nie pasowało. Minerwa nie zachowywała się jakby… przecież Luiza zauważyłaby … coś byłoby wiadomo… gdyby Voldemort zdołał złapać i upokorzyć lady McGonagall obwieściłby to całemu światu… chyba że… lady Voldemort mogła … ale potencjalny dziedzic… Nie, to był ślepy zaułek. Minerwa nie zatrzymałaby dziecka z gwałtu. Ale czy Minerwa zatrzymałaby dziecko Voldemorta? Kochałaby Marveliana tak mocno, gdyby wiedziała, że jego ojcem jest najgorszy czarnoksiężnik po Grindelwaldzie? Nie. Na pewno nie.

To był absurd, czysty absurd! Ojcem Marveliana nie mógł być Voldemort. Minerwa miała swoje sekrety, ale to było nie do pomyślenia. Luiza czuła obrzydzenie do samej siebie, że śmiała wziąć to pod uwagę.

– Voldemort nie jest twoim ojcem – oświadczyła, patrząc Marvelianowi prosto w oczy. W te zielone oczy, przed którymi nie potrafiła ukryć własnych wątpliwości.

– Ty wierzysz, że może nim być – stwierdził powoli, z bólem. Nie była w stanie go okłamać. Minerwa nauczyła go zbyt wiele.

– Nie, nie, to nie jest tak jak ci się wydaje… – próbowała protestować, ale Marvelian już prostował się i zawołał:

– Assuarin!

Z sypialni dobiegł ich płacz dziecka.

– Do cholery, Marvelianie! Już prawie spała! – Assuarin pojawił się, Laurana w jego ramionach. Zmarszczył brwi, widząc łzy na twarzy Luizy.

– Zaopiekuj się matką. Ona potrzebuje twojej miłości – oznajmił Marvelian, ruszając do drzwi.

– NIE! Marvelianie… on nie jest twoim ojcem! Ale zabije cię, jeśli do niego pójdziesz, błagam, zaklinam cię… nie szukaj go! – Louie zerwała się z fotela i złapała za szaty Marveliana. Młodzieńcze oblicze posmutniało.

– Nie martw się matko, nie jestem głupcem. Gdyby mnie rozpoznał jako swoje dziecko, postawiłbym w niebezpieczeństwie nie tylko siebie, ale też ciebie, a pośrednio Assuarina i Lauranę. A gdyby nawet był gotów uznać mnie jako swego dziedzica, lady Voldemort stanowi dużo gorsze zagrożenie. – Marvelian chwycił ją za ramiona i odsunął od siebie.

– Nie możesz myśleć o dołączeniu do nich! Wychowałam cię lepiej… poza tym oni cię zabiją… Marvelianie, synku… porozmawiajmy… on nie jest twoim ojcem, nie może nim być… ja nie byłam… nie zgwałcił mnie… – szlochała Louie, coraz bardziej podnosząc głos, zdesperowana. On nie mógł teraz odejść… był w niebezpieczeństwie… I Minerwa.

– Nie musisz już kłamać, żeby mnie chronić, mamo. Widzę w twoich oczach, że cierpiałaś z ręki jego, albo z ręki lady Voldemort czy śmierciożerców. On jest moim ojcem… mam po nim tą fascynację ciemnością, czarną magią… i to jest na tyle silne, że mogłoby obrócić w niwecz całe twoje wychowanie. Mógłbym się do niego przyłączyć, nawet myślałem o tym, zanim odkryłem swoją wężoustość. Lecz w swojej desperacji zakorzenienia mnie po właściwiej stronie konfliktu podjęłaś decyzję, która pozwoliła mi dostrzec, że być może moim przeznaczeniem nie jest być dziedzicem Voldemorta, lecz jego upadkiem. – Marvelian uśmiechnął się słabo. Luiza mrugała szybko, usiłując zrozumieć cokolwiek z jego słów… fascynacja czarną magią? Tak po prostu, kiedy tyle godzin poświęciła na tłumaczenie mu, że pewne rodzaje magii istnieją tylko by zadawać ból i cierpienie? Decyzja? Upadek Voldemorta?

– Jaką decyzję? – wycharczała, szukając odpowiedzi w jego oczach.

– Zachęcałaś mnie, praktycznie wepchnęłaś mnie pod skrzydła profesor McGonagall. Pytanie, skąd wiedziałaś, że ona jest jedyną osobą zdolną oczyścić moją duszę? – Łza uciekła z oka Marveliana, gdy wypowiadał szkockie nazwisko.

Luiza dyszała ciężko, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Czuła, jakby jej umysł miał zaraz eksplodować. Informacji było za dużo. Voldemort ojcem Marveliana? Możliwość gwałtu na Minerwie? Marvelian jako upadek Czarnego Pana? Gdzie tu była ta nić, łącząca i spajająca wszystko?

– Marvelianie… w co ona wierzy? – Louie zrozumiała, że jeśli tutaj ktokolwiek rozumiał wszystkie krzywizny tego nierozwiązywalnego węzła, była to Minerwa.

– W siebie. Najważniejsze jest, byśmy my wierzyli w nią. – Marvelian błyskawicznie pochylił się i ucałował czoło Louie, a potem wybiegł z niewielkiego domku na Hebrydach.

– MARVELIAN! – Louie popędziła za nim, ale było za późno… bowiem chłopak teleportował się, mimo braku licencji.

– Louie? – Assuarin mocno osłaniał zdrowym i chorym ramieniem Lauranę przed śnieżną zamiecią, która rozpętała się nad Hebrydami.

– On nie może… nie może wpaść w łapy lorda albo lady Voldemort. Muszę go znaleźć i zaalarmować … ją. Muszę… – Luiza już nie kontrolowała słów, które wydobywały się z niej w formie okropnego bełkotu.

– Twój syn nie jest głupi. Nic mu nie będzie, pewnie wrócił do Hogwartu – usiłował pocieszyć ją Assuarin.

– Nie rozumiesz. On wierzy, że Voldemort jest jego ojcem, a Minerwa musiała przekłamać to tak, by wierzył, że on jest tym, który pokona Czarnego Pana! – zawołała Luiza, a płatki śniegu roztapiały się na jej twarzy i mieszały z łzami.

Assuarin był w ciężkim szoku. Oczywiście rozumiał z tego wszystkiego jeszcze mniej niż ona. Mocniej zacisnął swój uścisk wokół becików z Lauraną.

– Chodź do domu. Musisz ochłonąć i zastanowić się, co dalej. Jeśli Marvelian jest dzieckiem Voldemorta to i tak jest przeklęty. – Dopiero po chwili Assuarin zorientował się, jaki błąd popełnił, wypowiadając na głos to ostatnie zdanie.

– Jeśli ktokolwiek jest tutaj przeklęty, to tylko ja! – wykrzyknęła Louie i teleportowała się, tak gwałtownie, że ogłuszający trzask przebił się nawet przez ryczącą zamieć.

Przez moment nie była pewna, gdzie wylądowała – jej kolana uderzyły mocno w ośnieżony bruk. Zdążyła się rozejrzeć na tyle, by zobaczyć ciemne kształty budynków… była na ulicy… w jakiejś wiosce… gdzie ją u licha wyniosło? Niezbyt mądrze chciała teleportować się do Hogwartu…

– Hej piękna, co robisz tu sama, w święta? – W zasięgu jej wzroku pojawiły się trzy pary stóp. Uniosła głowę – przed nią stało trzech czarodziejów, nie kryjących się ze swoimi szatami, od których wyraźnie pachniało alkoholem.

– Patrzcie, zapłakana księżniczka. Nie płacz, to nie przystoi w Boże Narodzenie. – Jeden z nich wyciągnął do niej rękę. Luiza zignorowała ją i podniosła się. Już wiedziała, gdzie się znajduje – kilka metrów dalej dostrzegła pyszniący się szyld ,,Trzech Mioteł". Była w Hogsmeade.

– Nawet nie masz płaszcza, cała drżysz. Chodź, postawimy ci drinka. Nikt nie powinien być sam, w święta. – Jeden z mężczyzn, najmniej odurzony alkoholem, wyciągnął do niej dłoń. Louie zerknęła na ulicę, która wiodła do bramy Hogwartu.

– Boże… – wyszeptała, kiedy dwóch nieznajomych złapało ją z obu stron za łokcie i zaczęło prowadzić w kierunku gospody. Była zbyt zmęczona, zszokowana i pełna strachu o Marveliana, by na dobre odnotować co się z nią dzieje.

Jej umysł był jak huśtawka – przeskakiwał na przemian pomiędzy obrazem Minerwy i Marveliana. Zawiodła ich oboje… bo powinna była stanowczo i ostatecznie wybić Marvelianowi z głowy pomysł, że może być synem Voldemorta. Jednak nie mogła mieć pewności… tajemnice zaczynały już odbierać jej powietrze.

Ognista lała się strumieniami w Trzech Miotłach. Świąteczna atmosfera udzieliła się wszystkim. Śpiewano bożonarodzeniowe piosenki, tańczono do dźwięków zaczarowanego pianina, śmiano się i ze wszystkich sił usiłowano zagłuszyć samotność. Louie jedynie piła. Szklanka po szklance, aż cały świat wirował.

Przez ostatnie kilkanaście lat, ale też wcześniej, Luiza żyła w ciągłym strachu, w ciągłym napięciu. Nigdzie nie czuła się naprawdę bezpieczna i jednocześnie naprawdę szczęśliwa. Zawsze był ten niepokój – jeśli nie o Minerwę, to o Marveliana, a ostatnio także o Assuarina i Lauranę. Louie operowała na nieustannej czujności, z wysokim stężeniem adrenaliny, wszędzie widząc potencjalne niebezpieczeństwa. Teraz, kiedy syn, dla którego poświęciła wszystko, opuścił ją, czy cokolwiek jej zostało?

Była przeklęta, bo była córką Atheny Dumbledore. Łyk bursztynowego płynu dla osłodzenia tej myśli. Grymas, gdy gorzkość płynu podrażniła jej kubki smakowe. Ktoś napełnił jej szklankę po raz kolejny.

Bum. Jeden z jej towarzyszy, którego imienia nawet nie pamiętała, opadł ciężko na stół. Luiza roześmiała się z innymi, którzy przystroili go wieńcem z gałązek ostrokrzewu. Inny członek pijanego towarzystwa pociągnął ją na parkiet. Bezlitośnie deptała mu po stopach, kołysząc się na wszystkie strony i drąc się do taktów świątecznej przyśpiewki. W końcu i on zległ w kącie. Louie wyciągnęła różdżkę i wyczarowała mu królicze uszy, ku uciesze zgromadzonej gawiedzi.

Przez godzinę na zmianę piła i świetnie się bawiła używając na równie pijanych czarodziejach i czarownicach coraz bardziej wymyślnych transmutacji. Ktoś podpytał o jej imię – podała to prawdziwe, nadane na samym początku:

– Zdrowie Ludwiki, naszej świątecznej przyjaciółki! – Ktoś zawołał, a zaraz odpowiedział chór.

– Zdrowie McGonagall, kłamliwej suki, która nauczyła mnie transmutacji! – wrzasnęła Louie na cały głos.

Zapadła cisza, bo nagle drzwi się otworzyły. W progu stał wysoki mag w ośnieżonym, ciężkim płaszczu, a wszyscy zadrżeli, ponieważ promieniował niesamowicie potężną aurą:

– Dumbledore? – Któraś z obecnych czarownic odważyła się zapytać.

– Nie. – Mag odrzucił kaptur. Podobieństwo do dyrektora Hogwartu było uderzające, ale jego oczy były szmaragdowe.

– Tyyyyy… – Louie usiłowała wyszarpnąć różdżkę z kieszeni, lecz była zbyt pijana, by ustać na miękkich nogach. Bała się. To musiała być jej wyobraźnia. On nie istniał naprawdę. Był tylko postacią z jej koszmarów, ujawniającą się w nich, kiedy dowiedziała się, jak przeklęta jest jej przeszłość i przyszłość.

Nawet jeśli istniał, to zostawiła go, by spłonął. Nie mógł przeżyć Szatańskiej Pożogi. Po prostu nie mógł. A jednak szedł ku niej, z wyciągniętymi dłońmi, z szokiem i ulgą, z niezrozumieniem i radością…

– Ach… – Jęknęła, pragnąc jedynie uciec, ale nogi się pod nią ugięły. Upadłaby, gdyby nie złapały ją jego silne ramiona.

– Mam cię – mruknął. Chciała sięgnąć po różdżkę, by go rozbroić, lecz był szybszy. Jej różdżka już znalazła się w jego drugiej ręce, gdy zaczął ostrożnie prowadzić ją do drzwi.

– Zaraz, dokąd zabiera pan Ludwikę? – zapytał ktoś z głębi baru.

– Do domu, to moja siostra – odpowiedział nieznajomy.

– Nie jesteśmy podobni – wyszeptała Louie, mocno złapawszy go za szyję – inaczej nie byłaby w stanie iść.

Nikt nie ważył się jej uratować, zanim nieznajomy o kasztanowych włosach i szmaragdowych oczach wyprowadził ją z gospody. Śnieg już nie padał, ale zaścielał ulicę. Czarodziej musiał skupić się tylko na tym, by zabrać ją z dala od Ognistej, bo teraz rozglądał się, jakby liczył, że coś pomoże podjąć mu decyzję.

Luiza podjęła ją za niego. Trzask mógł obudzić pół Hogsmeade – teleportowała ich.

– Co ty wyprawiasz? Gdzie jesteśmy? – zawołał czarodziej, gdy znaleźli się na pustej plaży.

– Za nami jest kryjówka w jaskini. Zaprowadź mnie tam – rozkazała Louie z całą godnością jaką zdołała w sobie wskrzesać.

Wzmocnił swój uścisk na jej talii, gdy brnęli przez mokry piasek ku prawie niewidocznej szczelinie w skalnej pionowej ścianie. Za nimi morze rozbijało się o brzeg gwałtownymi falami – nieokrzesane, nieposkromione.

Mag nie pytał czy wciąż są w Wielkiej Brytanii, ale z drugiej strony musiał podejrzewać, że Louie nie jest w stanie teleportować się zbyt daleko. Prowadził ją ostrożnie, lecz nie mogła mieć wątpliwości, że nie dałby jej uciec.

Wepchnął ją do szczeliny pierwszą – była tak wąska, że we dwoje naraz by się nie zmieścili. Louie, zataczając się, brnęła dalej, aż zatrzymała się przed drewnianymi drzwiami.

– Oddaj mi różdżkę – zażądała, ale nieznajomy pokręcił głową i zaczął rzucać swoje zaklęcia. Ku zdumieniu Luizy, drzwi się otworzyły.

Wnętrze jaskini było suche, z wkomponowanym w ścianę kominkiem, którego szyby odprowadzały dym z dala od szczeliny. W skale wykuto sporych rozmiarów półkę, na której rozłożono ciepłe, niedźwiedzie skóry. Na środku stał stół, a obok niego dwa bujane fotele. W kącie rozwieszono kotarę, za którą była łazienka. Wodę doprowadzano i odprowadzano do morza, a specjalnie zaczarowane filtry odsalały ją. To była jedna z piękniejszych kryjówek, jaką Minerwa poleciła Louie. Ona, Assuarin i Marvelian spędzili tu mnóstwo czasu, zanim było na tyle bezpiecznie, by mogli przenieść się na Hebrydy.

– Imponujące – mruknął czarodziej, wciąż stojąc przy drzwiach. Louie oparła się obiema rękami o stół – jej świat wirował.

– Jesteś z tamtego świata, jak moja matka, prawda? Jesteś dzieckiem tamtego Albusa i tamtej Minerwy – wymamrotała, bo ta jedna rzecz była dla niej nagle zaskakująco jasna. To było oczywiste, że on nie był stąd. Jego podobieństwo do Albusa uderzające, jego oczy były takie same jak Minerwy, a także … mógł mieć środki, żeby poznać jej imię, żeby uratować się z płonącej Mrocznej Wieży… być może on stał za tym wszystkim…

– O czym ty mówisz? – Uniósł brwi, jakby podejrzewał ją o brak piątej klepki.

– Ale wiesz co, nie obchodzi mnie to. Przecież już samo moje istnienie jest anomalią! Nie musisz mi tego mówić, ja to wiem! Także jeśli przybyłeś żeby to wszystko naprawić, żeby jakoś wymazać moje istnienie z kart historii, to proszę bardzo! – krzyczała Louie. Jakaś część jej nie mogła uwierzyć, że przy takim stężeniu alkoholu w magicznej krwi może jeszcze wysławiać się tak elokwentnie. Lecz z drugiej strony, nigdy nie piła, nie znała reakcji swoich magicznych… merlinowych wzorów na tą konkretną używkę.

– Louie, nie mam pojęcia o czym mówisz. – Mężczyzna zrobił krok w jej stronę. Oddzielał ich stół, o który się opierała.

– Nic już nie ma znaczenia, słyszysz? Całe moje życie jest kłamstwem, porażką i rozczarowaniem. – Czuła łzy spływające znów po policzkach. Minerwa ją znienawidzi. Minerwa ją obwini. Jeśli Marvelian… wężousty Marvelian…

– Nie możesz tak mówić. Pamiętam cię. Byłaś dla mnie dobrą siostrą – odpowiedział czarodziej z prawie namacalnym smutkiem.

Uznała, że on nią manipuluje, albo że się przesłyszała, albo że wyobraźnia płata jej figle. Nie była jego siostrą! Czy nie widział tego – nie mieli ze sobą nic wspólnego! Nie pamiętała swojego dzieciństwa, ale to było nieistotne! On próbował odwrócić jej uwagę, tak naprawdę musiał być z tego drugiego, dobrego i nieprzeklętego świata…

Assuarin stwierdził, że Marvelian jest przeklęty! Ale nie…

Nagle Louie wrzasnęła, gdy poraziła ją straszliwa myśl. Athena nie pochodziła ze związku Minerwy z Albusem, ale z jakiejś innej unii. Co jeśli w jakiś pokrętny sposób, Athena pochodziła od linii Marveliana?

Co jeśli jej syn był jednym z jej przodków w tym normalnym świecie? Albo raczej nie jej, tylko Atheny?

– Louie, uspokój się. Znalazłem cię, wszystko ci opowiem, ty wszystko mi opowiesz, i absolutnie wszystko będzie dobrze – rzekł czarodziej, patrząc na nią ze współczuciem, ale bez zrozumienia.

Luiza zrozumiała, że to jest największe kłamstwo, jakie ktokolwiek jej zaoferował. Bezpośrednio, by udowodnić mu jego błąd, by skomplikować to jeszcze bardziej, ale głównie po to by poczuć coś innego, co zagłuszyłoby jej ból i zagubienie, Louie z całej siły odepchnęła dzielący ich stół.

Nieznajomy miał zbyt wolną reakcję. Zesztywniał jedynie, gdy Louie oplotła rękoma jego szyję i pocałowała go prosto w usta, mocno i namiętnie. Nie zważała na jego chwilowy brak odzewu – przycisnęła do niego całe swoje ciało (był rozkosznie ciepły) oraz dominująco wsunęła język w jego usta, pogłębiając pocałunek.

Boże, jak tego potrzebowała! Smakował cudownie, lepiej niż zapamiętała z tamtego dziwnego spotkania w Nurmengardzie. Chociaż spodziewała się, że ją odepchnie, gdy początkowy szok minie, zobaczyła błysk ciekawości w jego oczach, kiedy oderwała od niego na moment swoje wargi.

– Nie powinnaś była tego robić – wyszeptał, delikatnie łapiąc ją za ramiona.

– Tak jak moja matka nie powinna wychodzić za Albusa i zdradzać go z Grindelwaldem. Jestem przeklęta. Odczaruj mnie – odparła, wyzywająco unosząc głowę.

– Louie…, Athena jest też moją matką – powiedział, sięgając dłonią do jej policzka.

– Nie. Twoją matką jest Minerwa – stwierdziła z przekonaniem. Wierzyła w to. Może nie była to Minerwa, którą znała i kochała… ale czy ktoś poznał ją całkowicie? Czy ktoś kochał ją tak, jak na to zasługuje? Louie na pewno nie.

Łzy pojawiły się też w jego oczach. Nie wierzył jej. Nie rozumiała dlaczego. Czy nie patrzył w lustro? To nie miało dla niej znaczenia. Liczyło się tylko to, że on mógł pozwolić jej zapomnieć. O wszystkim. Wspięła się na palce, by pocałować go znów.

Tym razem bardzo ostrożnie odpowiedział na jej pocałunek. Ciepłe i miękkie wargi poruszały się lekko, w rytmie z jej własnymi ustami. Męskie dłonie ścisnęły jej ramiona mocniej, jakby nie do końca wierzył, że Louie jest rzeczywista. By go lepiej przekonać, rozchyliła szerzej wargi, by dać mu więcej dostępu… ach, jego pocałunek był pobudzający, przesyłający dreszcze przez jej całe ciało. Sięgnęła do jego szat… czuła buchające od niego gorąco. Potrzebowała tego, w tym momencie. Jej ciało dopominało się czyjejś ciepłej i rozgrzanej skóry, jak najbliżej…

Jęknęła, co chyba dodało mu odwagi… ,którą musiał mieć za nich oboje, bo Louie chociaż częściowo wierzyła, że jej działania podyktowane są w połowie jej emocjonalnym rozstrojeniem, a w połowie spożytym alkoholem. Przesunął się, by obsypać pocałunkami jej szyję. Zrzuciła z niego ciężki, przemoczony śniegiem podróżny płaszcz. Pod spodem miał ciemnozielone szaty.

Delikatnie pieścił całą linię jej szyi, od ucha do ramienia, po drodze rozpinając guziki jej szat. Niesamowite, że nawet najdelikatniejsze muśnięcia jego ust rozpalały pożądanie Luizy do nieprzeżywanych wcześniej doznań. Naprawdę, to do tej pory nie śmiała nawet wyobrażać sobie, że można odczuwać pożądanie tak silne.

Dużo czasu nie minęło, zanim ich szaty z całości wylądowały na zimnym podłożu. Przez moment wpatrywali się w siebie. Louie westchnęła – nigdy wcześniej nie widziała tak pięknego mężczyzny. Wszystko było w nim idealne – strzelista sylwetka, szerokie ramiona, twarz o arystokratycznych rysach, jedwabiste, kasztanowe włosy i zielone oczy, teraz wyraźnie pociemniałe z pożądania. Nigdy, przenigdy nie sądziła, że akurat to dominujące uczucie ujrzy kiedykolwiek w szmaragdowych oczach, które tyle razy pojawiały się w jej snach. Zadrżała – z ekscytacji, oczekiwania, zimna?

– Nie powinniśmy… – Zawahał się, wodząc wzrokiem po jej nagiej figurze.

– Nie obchodzi mnie, co było ci zapisane w gwiazdach, bo tam na pewno nie było miejsca dla mnie. Chciałabym się jednak tam wznieść, z tobą – wyszeptała, niwelując dystans pomiędzy nimi.

– Louie… – Jęknął, kiedy położyła zimne dłonie na jego nagiej piersi.

– Twoje imię? – spytała cicho, nieco zażenowana, że nie pomyślała, by zapytać o to wcześniej.

– Alberwan – odpowiedział. Uśmiechnęła się. Czy jakiekolwiek imię pasowało do niego lepiej? Nie, to było idealne i dodatkowo potwierdzało jej teorię o jego pochodzeniu.

– Kochaj się ze mną – poprosiła. Chciała, żeby ujrzał całą tą ogromną potrzebę w jej oczach. Potrzebę zapomnienia, pragnienie zatracenia się, chęć dokonania czegoś zupełnie zakazanego.

Złapał ją w talii i szybko przeniósł na skalną półkę, z czułością układając jej ciało na niedźwiedzich skórach, całując, pieszcząc, smakując…

Louie miała do tej pory tylko dwóch kochanków i zawsze sądziła, że pobłogosławiono ją w tej kwestii ogromnym szczęściem – bo zarówno Frank, jak i Assuarin wydawali się być spełnieniem marzeń każdej kobiety. Ale to… och to… był zupełnie inny poziom. Alberwan… ile razy wołała jego imię w doznaniach najwyższej rozkoszy tej nocy? Jak wspaniale on był dopasowany do niej? Jak wciąż obydwoje znajdowali siły, by spełniać kolejne fantazje? To nie miało granic, to było lepsze niż wszystko, co Louie przeżyła kiedykolwiek. Alberwan był jednocześnie czulszy niż Frank i bardziej satysfakcjonujący niż Assuarin.

Dlaczego wszystko, co tworzyła Minerwa McGonagall, było tak perfekcyjne?

Kiedy Louie się obudziła, musiał być środek Bożego Narodzenia. Obudziła się sama, w dniu, w którym nikt nie powinien być sam. Mimo tego, że była okryta niedźwiedzimi skórami, a w kominku płonął ogień, zadrżała. Już brakowało jej jego ciała, już tęskniła za tym poczuciem spełnienia, jakie ją ogarnęło wtedy, gdy ich kończyny były splątane w pragnieniu maksymalnego zbliżenia. Już czuła się dziwnie pusta, wyzuta z fizycznych sił, z magicznej energii, z chęci do czegokolwiek.

– Alberwan? – Rozejrzała się bezradnie, licząc, że odnajdzie jego szaty, że poszedł jedynie po drewno do kominka… ale nie – były tylko jej ubrania, złożone i osamotnione na stole. Nie zostawił nic, żadnego dowodu na to, że tu w ogóle był.

Jedynym dowodem miały być ślady jego ust na jej skórze, już blednące. Rozpłakała się. Co miała teraz zrobić? Gdzie miała go szukać? Jak on mógł ją tak po prostu zostawić, porzucić? Samą?

Kochała go. To musiała być miłość. To nie było tylko pożądanie, alkohol i nagromadzony stres. Nawet nie czuła wstydu. Nie żałowała. Przeciwnie, marzyła, by dane było jej to przeżyć jeszcze raz.

Słone łzy ciekły jej po twarzy, gdy wstała i podeszła do kominka. W tym wszystkim, była potworną egoistką i hipokrytką. Myślała tylko o sobie. Liczyło się tylko jej zapomnienie, jej zatracenie, jej rozkosz. Nie mogła mieć wątpliwości, że fizycznie, na tym najniższym poziomie ludzkich instynktów, zaspokoiła go wspaniale. Ale jeśli chodziło o sferę uczuciową… Miał wszystkie powody, by ją zostawić bez pożegnania, by zniknąć. Przecież uwiodła go, chociaż powtarzał, że to jest błąd. Wykorzystała go, a jeśli oprócz wyglądu odziedziczył po Albusie również szlachetność, to musiał czuć się winny. Mógł obwiniać się, że skorzystał z jej odurzenia. Mógł nie chcieć jej już nigdy więcej widzieć.

Jedna noc zapomnienia. Louie nawet nie potrafiła objąć umysłem konsekwencji wszystkiego, co zrobiła wczorajszego dnia. Marvelian i jej niezdolność do przekonania go, że wyciągnął błędne wnioski, że Voldemort nie może być jego ojcem, że nie jest owocem gwałtu. Zawiodła swojego syna, ale co równie straszne, zawiodła Minerwę. Jak śmiała dopuścić do siebie myśl, że Minerwa...?

Jeszcze Assuarin i Laurana. Człowiek, któremu przysięgała wierność i dziecko, które było bezbronne, bo nie mogło liczyć na wzmocnioną ochronę Minerwy. Louie właśnie rozbiła całą swoją rodzinę. Jak miała wrócić, by mierzyć się z gniewem lady McGonagall? Jak miała spojrzeć w oczy swojemu mężowi, którego przecież też kochała, który dla niej poświęcił całe swoje życie i tak niewiele żądał w zamian, a ona odmówiła mu nawet tej podstawowej lojalności? Jak miała przytulić do piersi swoją córkę, ze świadomością, że sama okazała się tak zdradziecką dziwką jak jej własna, biologiczna matka?

Czy była jakaś szansa, żeby to naprawić? Musiała być, bo jakie wyjście pozostawało Luizie. Nie miała nic, co pozwoliłoby jej znaleźć Alberwana, gdyby postanowiła zrezygnować z całego swojego dotychczasowego życia. Poza tym, nie mogła zakładać, że dla niego ta noc znaczyła coś więcej, niż poddanie się prymitywnym instynktom. Nie znali się. Byli jedynie przeklętymi kochankami. Niczym więcej. Musiała w to uwierzyć, bo musiała wrócić.

Nie mogła pozwolić na to, by przez ten błąd cierpieli ci, którzy kochali ją. Minerwa, Marvelian, Assuarin, Laurana. Była im winna … jeśli nie prawdę, to chociaż powrót i próbę udawania, że nic się nie zmieniło. Nie zamierzała powielać schematów Atheny. Nie mogłaby porzucić swoich dzieci, Marveliana i Laurany. Nie chciała dokładać cierpień Assuarinowi – jej zdrada byłaby gwoździem do jego trumny.

Musiała przebłagać Boga, by dał jej siłę do okłamania Minerwy. Bo nikt nie mógł się dowiedzieć o tym, jak nisko Louie upadła tej nocy. Nawet jeśli tęsknota za Alberwanem będzie rozdzierać ją od środka, Luiza – Ludwika – Louie była zdeterminowana, by jego piękne kłamstwo stało się prawdą:

Wszystko będzie dobrze.