1976

– Valeriano, nie Valerino. – Spokojny, surowy głos upomniał Marveliana, transmutującego uschniętą roślinę w znów żywą.

Powtórzył inkantację długą na dwa zdania, zmieniając to jedno słowo, które wcześniej wypowiadał źle, co wyłapała z łatwością właściwą pedagogom. Uschnięte liście zazieleniły się, wyprostowały. Łodyga wystrzeliła w górę. Na końcu pojawił się piękny kwiat, który kształtem przypominał lilię.

– Lepiej. – Jedno słowo komplementu, ale dla Marveliana to było więcej niż dziesiątki nieszczerych pochlebstw.

Uniósł głowę, by spojrzeć na nią. Miał ten luksus, że nie patrzyła na niego, tylko na kuguchara na swoich kolanach. Marvelian poczuł dziwne ukłucie zazdrości, gdy widział jak eleganckie dłonie o długich palcach niespiesznie pieszczą futro zwierzęcia. On sam nigdy nie przekonał się do przerośniętego kota o dziwnym imieniu Aragonda, który musiał mieć podobne odczucia względem niego, bo syczał i wysuwał pazury ilekroć Marvelian chciał go pogłaskać.

Marvelian ledwie powstrzymał jęk frustracji, gdy ktoś załomotał w drzwi, ukrócając te cenne chwile obserwowania niesamowitej czarownicy. Udał, że wciąż studiuje księgę z czarnomagicznymi zaklęciami, chociaż kątem oka widział, jak uniosła rękę i magią bez użycia różdżki otworzyła drzwi.

Nie okazała zdumienia, chociaż obecność Franka Longbottoma w zamku nie była czymś oczywistym. Zastępca szefa Biura Aurorów oddychał szybko, musiał mieć do przekazania ważne wieści. Jednak na widok Marveliana zacisnął usta i zawahał się.

– Mów, Frank. – W jakiś magiczny sposób nawet coś, co kojarzyło się z zachęceniem i prośbą mogło być przekręcone w bezwzględny rozkaz przez tą enigmatyczną wiedźmę.

– Wczoraj przeprowadzili egzekucję Greengrassa. – Auror nie zajął krzesła, w naiwnym przekonaniu, że stojąc, nie zostanie sprowadzony do roli łajanego ucznia.

Minerwa McGonagall ze swoją pokerową twarzą ograłaby w karty każdego, tak pomyślał Marvelian, obserwując ją uważnie. Postanowił się wtrącić:

– To jakiś krewny Lucerny? – spytał swobodnie, jakby nie pytał jednej nauczycielki o koligacje rodzinne drugiej. Lucerna nauczała w Hogwarcie obrony przed czarną magią i była jednym z kardynałów starszej Gildii.

– Starszy brat – odpowiedziała Minerwa, ignorując zmarszczone czoło Franka.

– Ona jeszcze nie wie. Zamierzam udać się do niej, a potem do Dumbledore'a – odezwał się dawny gryfoński kardynał.

– Dumbledore zaraz się dowie, Moody pewnie właśnie zmierza do jego gabinetu. – Minerwa przymknęła na moment oczy. Nie pierwszy raz Marvelian podziwiał jej zdolności planowania i przewidywania, jednocześnie zastanawiając się, co łączy ją z dyrektorem.

– Pani profesor, egzekucja Greengrassa nie wróży dobrze dla innych. Nie lepiej byłoby ich wycofać? – Frank nerwowo potarł dłonie.

– Oni znają ryzyko, Longbottom. Jeśli zaś teraz się wycofają, to w końcu wierni Czarnemu Panu ich wytropią oraz zabiją i tak, za zdradę. Póki co, są bezpieczni. Greengrassa zabili, bo nie jest tajemnicą, że Lucerna uczy tutaj, przy boku moim i Albusa. A sam akt był podyktowany waszym ostatnim nalotem na dom Malfoy'a. – Czarownica pozwoliła, by kuguchar z jej kolan wskoczył na biurko, przemaszerował przed Frankiem i wspiął się na kredens, gdzie ułożył się do snu.

– Nic nie znaleźliśmy u Malfoy'a. – Frank potrząsnął głową. Marvelian uniósł kąciki ust – opłacony przez Malfoy'a Prorok nie zostawił suchej nitki na aurorach.

– Nie, ale wykurzyliście stamtąd Rebeccę i jej córkę. – Minerwa miała ten błysk w oku co kot, który upatrzył sobie kanarka. Marvelian nadstawił uszu – te informacje były ważne dla niego, osobiście.

– Wiedziała pani, że one się tam ukrywają? – Frank otworzył szeroko usta.

– Podejrzewałam – dwór Malfoy'ów to dość wygodna rezydencja. Zabójstwo Greengrassa to potwierdziło. – Minerwa przesunęła dłońmi po swojej pięknej różdżce, zapewne oczekując dalszych pytań.

– Po co zatem przeprowadzaliśmy nalot? One zdążyły uciec wcześniej, a my nic nie zyskaliśmy, straciliśmy jedynie. – Frank rozłożył ręce z niezrozumieniem.

– Uciekły, bo jeden z członków Gildii ostrzegł Voldemorta przed tym nalotem. – Czarownica zdjęła okulary – jej wzrok bez nich jeszcze bardziej hipnotyzujący.

– Odsłoniliśmy tego, który i tak był szpiegiem oczywistym, by Voldemort zaufał innemu z naszych ludzi. Genialne – wtrącił Marvelian, nie kryjąc podziwu dla taktycznych zdolności profesor McGonagall.

– Kto to jest? – Longbottom gubił się, bo był dowódcą, który sprawdzał się na polu bitwy, ale nie ponad mapą, gdzie tak naprawdę bitwy wygrywano.

– Masz wiadomość do dostarczenia Lucernie. – Czarownica machnęła ręką, otwierając na powrót drzwi. Longbottom nie śmiał kwestionować jej poleceń – wyszedł, ale jego pięści były zaciśnięte. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, Marvelian wślizgnął się na krzesło przed biurkiem.

– Najważniejszy szpieg w Gildii. Kto to? – spytał, postanawiając, że będzie patrzył jej w oczy. W większości ludzie odwracali wzrok, gdy wpatrywał się w nich zbyt długo, ale nie ona. Z nią zawsze przegrywał pojedynki na spojrzenia.

– Ostrożnie, bo wyjawiając ci to, wykonam na szachownicy ruch, który może jednocześnie przynieść nam porażkę i zwycięstwo. – Minerwa spokojnie wpatrywała się w niego, jakby zastanawiała się, na ile jest godzien tej informacji.

– Nam, Minerwo – złapał ją za słowo i użył jej imienia. Uwielbiał widzieć jej uśmiech – czyniła to rzadko, ale uśmiechała się zawsze, kiedy pokazywał, że uczy się od niej więcej niż formuł zaklęć.

Nasz szpieg w Gildii, albo raczej idealny materiał na naszego szpiega, to Severus Snape.

Biurko zatrzęsło się, gdy szok Marveliana postanowił ulotnić się wraz z niekontrolowanym wypływem magicznej mocy. Chłopak pomyślał, że tak musi czuć się szachowy król, otoczony przez figury przeciwnika, szachowany bezlitośnie. Jej ręka, spoczywająca płasko na biurku, unieruchomiła je, a w jej oczach błysnęło to straszne rozczarowanie – bo miał kontrolować swoją moc, bo wybuchy takie jak ten były niebezpieczne, bo nauczyła go lepiej – poczucie winy uderzyło go natychmiast. Lecz z drugiej strony, on wciąż nie mógł uwierzyć – jak ta kobieta mogła gardzić wróżbiarstwem, skoro przewidywała ruchy wszystkich graczy na kilka kolejek do przodu?

– Zatem doskonale wiedziałaś, że Severus usiłuje zbliżyć się do śmierciożerców – powiedział na głos Marvelian, w tym samym czasie wspominając, ile nocy ta sprawa spędzała mu sen z powiek. Jak czuł się odpowiedzialny za zdradę Severusa, jak czuł się winny.

– Oczywiście. Wiem także, że wielokrotnie próbował zauroczyć tą ideą ciebie. Jestem zadowolona, że nie uległeś. – Jej lewa ręka na moment powędrowała do serca, a podbródek obniżył się o centymetr w geście uznania, który Marvelian bardzo doceniał.

– Podsunęłaś mu informację, że aurorzy zrobią nalot na dom Malfoy'a, a on zdołał przekazać to do samego Voldemorta – wymamrotał Marvelian. Nie doceniał determinacji Severusa. W przeciwieństwie do siedzącej naprzeciw wiedźmy, która musiała znać jego najbliższego przyjaciela lepiej niż on sam. Ta myśl zabolała.

– Tak, przez co Severus niedługo awansuje na śmierciożercę – odpowiedziała Minerwa, lekko pocierając nadgarstek – niewątpliwie na myśl o tym, że wkrótce na nadgarstku Severusa pojawi się Mroczny Znak.

– Skąd pewność, że Severus będzie wierny tobie? Że nie będzie szpiegował na rzecz Voldemorta? – Marvelian uważał, że należy rozważyć możliwość, iż jest ktoś odporny na ten …przymus lojalności, jakiego wymagała Minerwa.

– Co jest najpotężniejszą magią na świecie, Marvelianie? – Czarownica otworzyła oczy nieco szerzej – z tego miejsca widział, że jej źrenice są jak kropeczki tonące w szmaragdowym morzu.

– Dumbledore twierdzi, że miłość – wyszeptał, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.

– Wierzysz mu? – Tym razem jej ton był prawie miękki.

– A powinienem? – Chciał poznać jej zdanie w tej kwestii… ponieważ jeśli chodziło o nazywanie, opisywanie własnych uczuć i emocji… była tak nieuchwytna jak dym.

– Tak, Marvelianie. Dlatego by utwierdzić lojalność Severusa względem… nas, będziesz musiał wykorzystać miłość Severusa do ciebie – mówiąc to, położyła obie dłonie płasko na biurku, jakby spodziewała się, że znów nie zapanuje nad swoimi emocjami. On jednak tym razem zachował kontrolę nad magią, chociaż w środku czuł podziw mieszający się z przerażeniem – jej naprawdę nic nie umykało.

– Co mam robić? – Był dumny, że głos zadrżał mu tylko trochę.

– Musisz udawać zainteresowanie tym, co robią śmierciożercy. Będziesz zdradzał Severusowi niektóre informacje, jednocześnie wyciągając od niego nazwiska śmierciożerców i ich kryjówki. Nie możesz jednak pozwolić na to, by on zorganizował ci jakiekolwiek spotkanie z Voldemortem. Blisko, ale nie zbyt blisko. – Dowódczy ton, rozkazy zdecydowane i precyzyjne. Jednak wciąż pozostawała niejasna kwestia:

– Mam udawać też miłość do niego? – spytał bezpośrednio, czując pot na skroni – nie miał pewności, czy będzie w stanie to zrobić. Severus był jego najlepszym przyjacielem – powtarzał to sobie od wielu dni, chociaż oddalali się od siebie. Jeśli Marvelian miał rozbudzić jego nadzieję, wykorzystać go, a potem perfidnie zdradzić czy porzucić, było pewne, że utraci tą cenną przyjaźń, która wiele dla niego znaczyła, w całym tym chaosie.

– Marvelianie, miłość jest najpotężniejszą z magii, dlatego trzeba postępować z nią wyjątkowo ostrożnie. – Splotła palce w podobny sposób, w jaki robił to zawsze Dumbledore.

– Nie kocham go – wyszeptał Marvelian. Jaki był sens w ukrywaniu tego, skoro ona pewnie i tak się domyślała?

– Ale zależy ci na nim. Okaż mu to. Bowiem jeśli on uwierzy, iż nie dbasz o niego, w swoim żalu może zagrozić tym, których naprawdę kochasz. Jak Lily. – Minerwa pochyliła się do przodu i złapała za rękę Marveliana ponad biurkiem. Jej dotyk był jak porażenie mugolską elektrycznością. Chociaż może ten efekt wywołały jej słowa?

Mrugał intensywnie, choć oczy i tak musiały mu błyszczeć. Jednocześnie chciał krzyczeć i milczeć. Nie ufał swoim oklumencyjnym barierom, nie ufał swoim myślom, zachowaniom. Jak wiele o nim wiedziała? Czy nie było już żadnych świętości, nienaruszalnych granic prywatności? Dlaczego on miał oddawać jej z siebie wszystko, a nie dostawał nic w zamian?

Musiała usłyszeć to ostatnie pytanie. Cofnęła swoją dłoń. Na moment chyba też widział żal i porażający smutek… jednak nie umiał jej czytać, nie ważne jak dokładnie ją obserwował. Powinien się pogodzić, że nigdy nie będzie rozgryzał jej sekretów tak łatwo, jak ona jego.

Wstała. On odruchowo też się podniósł – tego wymagały maniery. Obrócił się, kiedy wymijała go z szelestem szat. Zatrzymała się na moment przy ożywionym przez niego kwiecie.

– Ponad połowa magów próbujących tego zaklęcia tworzy różę. Ty powołałeś do życia lilię – rzekła, jakby to wszystko wyjaśniało.

– A ty? Co ożywiłaś ty, Minerwo? – Jeśli tyle wywnioskowała z wyboru kwiatu, to być może kwiat, który wybrała ona też miał jakieś znaczenie?

– Konwalię. Zaklęcie pokazała mi babka. – Czarownica skinęła głową portretowi wyniosłej kobiety o czarnych włosach i stalowoszarych oczach.

Nie wyjaśniając nic więcej, Minerwa wyszła z gabinetu. Marvelian szedł za nią, przez moment kontemplując, jak kojący jest miarowy stukot jej obcasów. Poruszała się z gracją właściwą jej animagicznej postaci, mimo że stawiała kroki dłuższe niż większość ludzi. Wielu musiało biec, by dotrzymać jej kroku. Marvelian po prostu przekładał stopy chyżej. Czuł jednak, że oddycha szybciej, gdy znaleźli się przed pustą ścianą na siódmym piętrze.

Wstrzymał oddech, gdy w murze nagle pojawiły się drzwi. Rozejrzawszy się czujnie, McGonagall weszła do środka, a on za nią. Już w środku westchnął. Znajdowali się w sporej komnacie, dziwnie przytulnej, z kanapami i fotelami przy kominku. Całą jedną ścianę zajmowały półki z książkami, w kącie przygotowano małe laboratorium do warzenia eliksirów, a w innym rogu stała sporych rozmiarów apteczka. Lecz był jeden przedmiot, który natychmiast zwrócił jego uwagę.

Na małym stoliku błyszczał piękny diadem. Marvelian, który wnikliwie badał historię Hogwartu po incydencie w Komnacie Tajemnic, rozpoznał diadem Roweny Ravenclaw. Jednak to nie obietnica ogromnej wiedzy go przyciągała… w tym przepięknym biżuteryjnym arcydziele było coś jeszcze, coś mrocznego, ale też znajomego.

Gdy spróbował się zbliżyć, odrzuciła go bariera.

– Ostrożnie. – Minerwa położyła dłoń na jego ramieniu. Marvelian spojrzał na nią pytająco:

– W ten sposób wiesz wszystko? Dzięki diademowi twojej przodkini? – Podejrzewał, że prawda była dużo bardziej złożona, kiedy pokręciła głową.

– To nie ja odnalazłam diadem uznawany za zaginiony. Zrobił to ten, którego kawałek duszy jest w diademie zaklęty – lord Voldemort – odpowiedziała.

Zimne dreszcze przebiegły przez całe ciało Marveliana, omijając tylko ramię, na którym leżała jej dłoń. Kawałek duszy… jego ojca. Przełknął ślinę.

Wciąż pamiętał tamtą chwilę, kiedy w bożonarodzeniową noc wrócił do Hogwartu i załomotał w drzwi jej gabinetu. Godzinę szlochał w jej ramionach, a nie zadała mu żadnego pytania. Pewnie domyślała się przyczyny jego załamania. Zanim jednak wyszedł, pożyczyła mu książkę.

To była jedna z tych książek, które w całości traktowały o czarnoksięstwie. Właśnie tam Marvelian czytał o przedmiotach, w których można było ukryć kawałek duszy… co czyniło maga nieśmiertelnym tak długo, jak owe przedmioty były bezpieczne.

– Horkruksy. – Specjalnie użył liczby mnogiej. Gdy przypomniał sobie, że niszczyły je jedynie Szatańska Pożoga albo jad bazyliszka, powiązał to z …

– Pojedynek z lady Voldemort.

– Zniszczyła wtedy jeden z horkruksów – potwierdziła Minerwa.

– Od tamtej pory szukasz reszty… skąd wziął się tutaj ten? Gdzie my w ogóle jesteśmy? – Nie był nawet pewien, czy nadal są w Hogwarcie.

– To jest Pokój Życzeń. Ukazuje się tym, którzy go potrzebują i przystosowuje się do potrzeb szukającego. Voldemort używał go w swoich szkolnych latach. Jako że Hogwart stanowił dla niego dom, pozostawił tu swój horkruks – wyjaśniła ze spokojem.

Marvelian, który znał podobiznę Voldemorta jedynie z zdjęć z gazet, nie potrafił wyobrazić sobie czarnoksiężnika w szkolnym mundurku.

– Skąd wiesz… to wszystko? – spytał chłopak, odwracając się do starszej czarownicy.

– Poświęciłam lata na badaniu przeszłości lorda Voldemorta i szukaniu przyczyn jego potęgi – odparła z dziwną goryczą.

– Co odkryłaś, oprócz tego? – Machnął ręką w kierunku diademu.

– Voldemort swoją potęgę zawdzięczał w większości lady Voldemort. Teraz, gdy poróżnili się, mamy szansę zniszczyć słabsze z nich. – Wyprostowała się, zupełnie jakby wiedziała, że kolejne słowa będą trudne, dla ich obojga.

Od incydentu z Komnatą Tajemnic ona w żaden sposób nie okazała, by wnioski, jakie oboje wysnuli, wpłynęły na cokolwiek z jej strony. Przeciwnie, zdawała się ufać mu bardziej, powierzać więcej wiedzy i obowiązków. Co więcej, wiele z jej działań niosło czytelny przekaz – szkoliła go, by mógł pokonać Voldemorta. Kiedy wrócił od matki, z potwierdzeniem, które widział w lodowato niebieskich oczach, Minerwa nie odtrąciła go. Chciał wiedzieć dlaczego. Jak mogła aż tak wznieść się ponad swoje emocje i uczucia? Była genialnym strategiem, ale przecież to nie pozbawiało jej człowieczeństwa. A jaki człowiek dawałby tyle broni do ręki dziecku swojego największego wroga?

– Wiesz, że jestem jego synem. Jestem synem Voldemorta. – Po raz pierwszy powiedział to głośno. Wcale nie czuł ulgi. Może wstyd. Ale przede wszystkim, zagubienie. Rozpaczliwie nie chciał się załamać. Nie po raz kolejny. Jak miał odwdzięczyć się za pokładane w nim zaufanie, jeśli czuł się taki słaby, że pragnął jedynie szlochać w jej ramionach?

– Jesteś synem swojej matki. Dla mnie, tylko to się liczy. – Otarła łzę spływającą po jego policzku.

Powtórzył ten gest, zbierając krystaliczną kroplę z jej gładkiego policzka i zadał kolejne pytanie:

– Co wiesz o mojej matce?

– Wszystko – odpowiedziała, po raz pierwszy odwracając wzrok, przekręcając całe ciało w stronę diademu.

Marvelian gapił się na jej dumny profil, a szok wstrząsał jego wnętrznościami raz za razem, zostawiając go z wrażeniem, że serce podchodzi do gardła, a nerki wbijają się w płuca.

– Boże – wyszeptał i zachwiał się, bo dotarło do niego, że wzywanie mugolskiego Boga przejął od matki. Upadł na kolana, momentalnie podpierając się dłońmi. Jego palce natrafiły na miękki dywan.

A więc… to była McGonagall? Od samego początku? Wszystko, każdy ruch, każdy rok jego życia były zaplanowane… dyrygowane przez nią? Jego umysł zalały tysiące małych dowodów potwierdzających nową teorię. Kątem oka widział rąbek ekskluzywnych szat z materiału najwyższej jakości – McGonagall była bardzo bogata, mogła mieć środki zdolne utrzymywać jego, matkę i Assuarina. Wszystko co matka umiała… nie było kwestią tego, iż była wiedźmą dużego magicznego kalibru – matka nauczyła się tego od Minerwy. Zachłysnął się, kiedy przypomniał sobie swoją Ceremonię Przydziału – kołysanka nucona wtedy przez McGonagall była znajoma… jak blisko jego matka była starszej wiedźmy? Czemu matka zgodziła się na ten układ? Przecież praktycznie zaprzedała duszę Minerwie, zyskując tylko… ochronę dla niego. Było możliwe, że Minerwa chroniła jego i matkę, kiedy był niemowlęciem…

– Kim moja matka jest dla ciebie? – Podniósł głowę, ale nie resztę ciała – i tak miał zawsze patrzeć na Minerwę z dołu.

Zawahała się. Chciała uniknąć pytania? Skłamać? Wielu sądziło, że opiekunka Gryffindoru i wiedźma tak szlachetna jak McGonagall nie byłaby zdolna do kłamstwa, ale Marvelian miał solidne podstawy, by podejrzewać, że kłamstwo to jej chleb powszedni.

– Louie – Luiza Potwald, obecnie Zenaidov, była jednym z kardynałów pierwszej Gildii – powiedziała.

Ilość informacji, jakie Marvelian dziś uzyskał, przytłaczała go tak mocno, że był pewien, iż z kolejną jego cała kontrola pęknie. Lecz teraz, gdy miał kolejny kawałek układanki, mógł tylko usiłować go dopasować.

Gildia nie funkcjonowała jak większość organizacji. Rozdział pomiędzy starszą a nową Gildią był wyraźny i celowy – miał zapewniać bezpieczeństwo. Poza McGonagall nikt nie znał nazwisk wszystkich członków. Oczywiście, pamiętało się tych, z którymi ćwiczyło się zaklęcia w Hogwarcie, ale ci, którzy byli na ich miejscach lata temu to była zupełnie inna historia. Marvelian wiedział więcej, bo Minerwa ufała mu najbardziej – miał świadomość, że kardynałami byli Frank Longbottom, Lucerna Greengrass i Kasjusz Dench.

Brakowało kardynała ze Slytherinu… imię Luiza czasem padało… ale Marvelian zawsze zakładał, że ,,Louie" – zdrobnienie, jakim Assuarin nazywał jego matkę brało się od imienia ,,Ludwika" a nie ,,Luiza". Nigdy nie pytał matki o panieńskie nazwisko – w swojej tułaczce zmieniali tożsamości wielokrotnie.

Przed wydarzeniami w Komnacie Tajemnic Marvelian po prostu wierzył, że on i matka nie są z Wielkiej Brytanii, że podobnie jak Assuarin, pochodzą z jakiejś zapomnianej części Europy, a ukrywać się muszą przed złymi czarodziejami, którzy chcieliby skrzywdzić matkę dla mocy jej albo jego. Kiedy jednak sprowadzili się na Hebrydy (dom i ziemia musiały należeć do McGonagall) matka przejawiała dużą wiedzę o brytyjskiej społeczności magicznej, Hogwarcie i osobach zamieszanych w to wszystko. Powinien był domyślić się, że nie tylko uczęszczała do Hogwartu, ale musiała też być w jakiś sposób związana z McGonagall i Dumbledore'm. Czy jednak więź pomiędzy matką a Minerwą powstała wcześniej, czy genialna czarownica znakomicie wychwyciła okazję po narodzinach niego samego, już wtedy przewidując, że Marvelian będzie potężnym czarodziejem, pomocą… nie, narzędziem, zdolnym do pokonania Voldemorta?

– Nigdy nie myśl, że jesteś tylko moim pionkiem, Marvelianie – odezwała się cicho, wyciągając do niego dłoń.

Wyraz jej twarzy był taki sam, jak wtedy, kiedy rzuciła się pomiędzy niego a bazyliszka. Marvelian zrozumiał, że jedynie dla swoich planów, Minerwa nie ryzykowałaby własnego życia. Dlatego ujął jej dłoń i podniósł się.

– Nie boisz się, że popełniasz błąd, przywiązując się do ludzi, których będziesz zmuszona wykorzystać? Jak ja, moja matka, Dumbledore? – To pytanie wynikało z wieloletnich prób zrozumienia jej życiowej filozofii. Oraz konsekwentnej porażki w każdej z tych prób.

– Jeśli na szali jest wasze życie i wasza… pozwolę sobie stwierdzić… miłość do mnie, to uważasz, że wybór nie jest łatwy? – Odbiła piłeczkę, jakby próbowała go przekonać, że jednak świat jest czarno–biały.

– Nie mogę mówić za Dumbledore'a i matkę, chociaż ich działania nie pozostawiają złudzeń, ale musisz wiedzieć, że ja… – Marvelian urwał.

Kochał ją. Nie wiedział o niej wszystkiego, nie rozumiał jej, a mimo to widział w niej tą postać, której należała się bezwarunkowa miłość. Nie byłby… w zasadzie to byłby nikim, gdyby nie ona. Zawdzięczał jej wszystko. Życie… o ilu rzeczach najpewniej nie wiedział?

Przymknął oczy, gdy pochyliła się i ucałowała jego czoło. Jej usta były jednocześnie ciepłe i zimne – nie potrafił określić.

– Wiem – wyszeptała, wsuwając coś w jego dłoń.

Otworzył szeroko oczy, gdy ujrzał zakrzywiony kieł – ząb bazyliszka. W pierwszym odruchu pragnął cisnąć go jak najdalej od siebie, ale przecież nie tego od niego oczekiwała.

– Ty musisz to zrobić. Uwierz mi, rozumiem, że postać Voldemorta cię fascynuje, że nie czujesz awersji do czarnej magii, że czasem się zastanawiasz, czym tak naprawdę różnisz się od niego. – Rzeczywiście, w jej oczach było tyle zrozumienia, że Marwelian nie mógł mieć wątpliwości – rozumiała.

– Matka bardzo się starała, bym odróżniał dobro od zła. – Wzruszył ramionami. Jeszcze niedawno miał do matki o to nieuzasadnione pretensje, że nawet wychowując go, robiła wszystko, by nie zafascynował się czarną magią…

– Tak. Louie zawsze była świadoma ciemnej strony swojej własnej natury. Ale nauczyła cię czegoś jeszcze – odkrywania swojej zdolności do kochania. Voldemort nie potrafi kochać. – Zdradzając mu kolejne ważne informacje, Minerwa podprowadziła go do stolika, na którym błyszczał diadem Roweny.

– A lady Voldemort? Jego dziecko z Rebeccą? – Musiał zapytać. Gdzieś na dnie serca miał nadzieję, że być może można odwołać się do uczuć Voldemorta – jeśli nie by go … naprawić, to żeby go pokonać. Bo Marvelian wiedział, że jeśli miłość była siłą, to mogła też stać się słabością.

– Dziecko Rebeki nie będzie jego godnym następcą – on jest rozczarowany, że to dziewczynka, w dodatku Rebecca nie wykarmiła jej własną piersią, jej moc magiczna nijak się ma do mocy chociażby twojej matki, zaś bez odpowiedniej edukacji przeznaczeniem tej dziewczynki jest jedynie zginąć. – Pod koniec tej wypowiedzi wychwycił nutkę smutku, chociaż ogólny wydźwięk miał być twardy i obojętny.

– A lady Voldemort? Powiedziałaś wcześniej, że to jej zawdzięczał swoją potęgę. – Chyba pytał tylko po to, by odwlec nieuniknione – egzamin, mający wykazać, na ile jest w stanie zwalczyć czarną magię swego ojca.

– Tutaj nie jest istotne pytanie, czy on kochał lady Voldemort, tylko czy ona kochała jego – wyszeptała Minerwa, a oboje zatrzymali się przed diademem.

Marvelian spojrzał na nią – w te szmaragdowe oczy, które dziwnym trafem wyglądały tak jak jego własne, ale miały w sobie dużo więcej… mądrości? Nie umiał tego nazwać, ale jeśli jego oczy porównać do leśnej sadzawki, to jej były rozpadliną głębszą niż Rów Mariański. Tym razem widział zachętę, ciekawość, skrzętnie ukrywany niepokój i … miłość. Nie zanegowała, że czuje się do niego przywiązana. Była zbyt mądra na to, zresztą czy naprawdę potrzebował słów, gdy miał jej czyny? Gdyby go nie kochała, nie ratowałaby go… przecież rzuciła się wtedy w jego stronę, a nie w stronę Dumbledore'a.

Mając jej miłość i czując jej wiarę w to, że jest w stanie to zrobić, uniósł dłoń z kłem. Diadem błyszczał przepięknie – musiał wyglądać olśniewająco, szczególnie na głowie ciemnowłosej kobiety – a według wszystkich przekazów, Rowena miała czarne albo ciemnobrązowe włosy. Jednocześnie, Marvelian pomyślał, że Minerwa wyglądałaby w nim jak królowa.

A on, jej wierny wasal, pragnął przynieść w darze skarb smoka.

Ręka z kłem opadła, a z diademu wydobył się wrzask, który wstrząsnął Marvelianem. To wżerało się w jego własną duszę… nakazywało mu przestać… jakby ten akt był gwałtem na jego naturze… bo uwięziona w diademie cząstka duszy zdawała się apelować do jego aury, do jego jestestwa…

Ale przypomniał sobie, że to jest właśnie ten moment, w którym powinien ostatecznie określić, po czyjej staje stronie. A mając Minerwę McGonagall u boku, jak mógł wątpić? Wbił kieł mocniej w diadem, w sam środek centralnego szafiru… który błyszczał jak oczy matki, kiedy była szczęśliwa…

Ciemna substancja zabarwiła stół, ochlapała też dłoń Marveliana. On sam, chociaż nie zrobił nic fizycznie wyczerpującego, czuł się jakby przebiegł kilkanaście kilometrów – dyszał ciężko, był cały mokry, a jego kolana drżały. Zesztywniał, gdy Minerwa delikatnie ujęła go za łokieć. Upuścił umazany czarną mazią kieł na szczątki diademu. Czarownica tartanową chusteczką w skupieniu wycierała jego dłoń.

– To nie było łatwe – przyznał, wdzięczny, że nie patrzy wprost na niego.

– Nie, ale konieczne. Jestem bardzo dumna z tego, jak dobrze to zniosłeś – wymamrotała, puszczając jego rękę.

– Minerwo, czy Voldemort skrzywdził moją matkę, ponieważ była kardynałem Gildii? Pomagałaś jej, bo czułaś się winna? – Marvelian zrobił krok w stronę kanapy, ale czarownica potrząsnęła głową.

– Wyjdźmy stąd – zarządziła, nawet nie ukrywając grymasu na twarzy, gdy zerknęła na kanapy i fotele. Marvelian podejrzewał że jej reakcja była opóźnioną odrazą – być może dla niej, sygnatura Voldemorta wciąż była tu wyczuwalna.

Zamek był uśpiony, nie minęli ani jednego ucznia. Aragonda pobiegła w przeciwnym kierunku, złoty medalion na jej szyi. Szara Dama, zalana łzami, przefrunęła ponad ich głowami. Lucerna Greengrass, stojąc na balkonie, skinęła głową Minerwie. Jej oczy były zapuchnięte.

Minerwa najwyraźniej nie zamierzała odpowiadać na pytanie Marveliana, on nie zamierzał nalegać – i tak zdradziła mu dziś wiele. Widok Lucerny przypomniał mu jednak, że wiedźma, którą widział jako swoją mentorkę i arcymistrzynię, miała na sumieniu śmierć setek czarodziejów i czarownic. Jak mogła żyć z takim brzemieniem i jednocześnie wciąż roztaczać tą aurę gryfońskiej szlachetności i …dobra?

– Porozmawiam z nią później. Z Lucerną – rzekła czarownica, gdy znaleźli się z powrotem w jej gabinecie. Znów zdawała się obchodzić jego oklumencyjne bariery.

– Brat Lucerny umarł, bo ona jest kardynałem Gildii, ona będzie się obwiniać – wywnioskował Marvelian, jednocześnie nawiązując subtelnie do swojego poprzedniego pytania. Lecz Minerwa błyskawicznie obróciła kierunek rozmowy tak, by to on czuł się osaczony:

– Lily też jest kardynałem Gildii, obawiasz się o nią? – Zmrużyła oczy, wbijając w niego spojrzenie – nieme wyzwanie jasne.

– Lily jest kardynałem twojej Gildii Szachów. Wierzę, że nie dopuścisz, by coś jej się stało. – Marvelian zacisnął dłonie w pięści.

– Marvelianie… – Jej oczy zabłyszczały ostrzegawczo. On jednak w tej sprawie nie zamierzał odpuścić. Minerwa musiała zobaczyć, jak istotne dla niego było bezpieczeństwo Lily.

– Nie, Minerwo. Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko, bo praktycznie już teraz wielbię ziemię, po której chodzisz, dla ciebie stanę do walki z Voldemortem, pokonam go, jeśli ty tego sobie zażyczysz, ale proszę w zamian o tą jedną, jedyną rzecz. Chroń Lily. – Może i Marvelian był tylko nastolatkiem, może nie rozumiał jeszcze tej najpotężniejszej z magii, ale tego jednego był pewien w stu procentach – jeśli miał o coś walczyć, to o świat, w którym Lily byłaby bezpieczna.

– Naprawdę ją kochasz. Zdajesz sobie jednak sprawę, że twoja miłość do niej może przynieść jej cierpienie, dlatego rezygnujesz z niej. Rozumiem to lepiej, niż ci się wydaje. Nie musisz mnie prosić – są tysiące powodów, dla których będę chronić Lily, ale twoja miłość do niej jest najważniejszym i wystarczającym. – Potężna czarownica pozwoliła, by łza popłynęła po jednym z policzków. Marvelian mógł tylko wpatrywać się w nią i myśleć… z kogo ona zrezygnowała?

– Istnieje ogromna możliwość, że Lily znajdzie kogoś, z kim będzie szczęśliwa, zanim będę mógł zaoferować jej świat, w którym związek mugolaczki z synem Voldemorta nie będzie równał się wyrokowi śmierci. Ale wiedz, że to niczego nie zmienia. Ani mojej miłości do niej, ani mojego pragnienia, by ją chronić za wszelką cenę – dodał Marvelian, usiłując skupić się tylko na Lily – nie na tym okropnym przeczuciu, że może być zmuszony oglądać, jak ona oddaje się innemu…

– Co jeśli ,,wszystko co w mojej mocy" okaże się być za mało? – Minerwa nie okazała zdziwienia jego wyznaniem. Może nie wierzyła, że dotrzymałby tych słów. Zaś jej słowa… były niepokojące. Jak ona, najpotężniejsza wiedźma swojej generacji mogła nie wierzyć w siebie?

– Twoja moc jest niewyczerpywalna. A przynajmniej proszę, pozwól mi w to wierzyć. – Marvelian lekko musnął palcami jej dłoń.

– Dobrze. Masz moje słowo, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by Lily Evans była bezpieczna. – Uniosła lekko rękę, jakby chciała przypieczętować tą przysięgę uściskiem dłoni, ale on przyciągnął do siebie jej długie palce – na jednym lśnił sygnet McGonagallów – i ucałował jej dłoń.

– Dziękuję, Minerwo – wyszeptał, zanim odwrócił się do wyjścia.

Nie musiał dodawać za co. Ogrom sekretów, jakie dziś mu zdradziła, wciąż go przytłaczał. A te, które jeszcze musiała skrywać? Była ich niewyczerpywalnym źródłem.