1977

Powinien był zapukać. Nie czułby obezwładniającego zażenowania, gdy ujrzał Nagini, w ludzkiej formie, oplecioną ciasno wokół półnagiej Bellatriks, ich usta zespolone w namiętnym pocałunku. Miał zamiar się wycofać po cichu, pozwalając im kontynuować, ale Nagini musiała wyczuć subtelny podmuch przeciągu. Na jej twarzy nie było śladu zawstydzenia, gdy przestała całować ciemnowłosą śmierciożerczynię i odwróciła się w jego stronę:

– Znalazłeś coś? – spytała jak gdyby nigdy nic, ignorując fakt, że Bellatriks zarumieniła się głęboko i przywarła do niej mocniej, w próbie zakrycia swoich nagich piersi.

– Nie. – Alberwan potrząsnął głową, odwrócił się i wyszedł, chociaż i tak zdążył dostrzec błysk rozczarowania w oczach Azjatki.

Nie chodziło o to, że otwarty romans Nagini i Bellatriks go drażnił – przeciwnie, uważał, iż cudownie, że dwie czarownice zdołały odnaleźć swój spokój i spełnienie razem. Były idealnie dopasowane w kwestii zgodności charakterów – Nagini łagodziła okrutną zapalczywość Belli, zaś Bella dodawała starszej czarownicy pasji. Co w tym wszystkim bolało Alberwana, to fakt, że ich miłość przypominała mu o … niej.

Usiadł na krześle przy łóżku wciąż unieruchomionej matki. Wielokrotnie w przeciągu zeszłego roku zastanawiał się, czy potępiłaby go za tą jedną noc słabości i zapomnienia. Ale z drugiej strony, czy naprawdę to była tylko noc słabości? Nie, to było coś dużo gorszego. Nawet jego matka nie posunęła się do czegoś tak odrażającego. Albus nie był jej przodkiem, jeśli więc go wykorzystała, to przynajmniej nie nosiło to znamion kazirodztwa.

A Alberwan spędził noc ze swoją przyrodnią siostrą.

Przez cały rok marzył, by to powtórzyć.

– Ach! – Uderzył pięścią w swoje kolano, ale ból w rzepce nie przyniósł ulgi.

Alberwan zawsze uważał się za czarodzieja znakomicie wychowanego, z mocnym kręgosłupem moralnym i nienaruszalnymi zasadami. Matka ciągle podkreślała szlachetność dążenia do bycia dobrym człowiekiem i to przyświecało Alberwanowi przez całe życie, będąc jednocześnie jego kompasem, kotwicą i przekleństwem.

Wychowywany bez męskiego wzorca, wobec kobiet zawsze przyjmował postawę pełną szacunku i galanterii. Nie oznaczało to, że w ciągu tych lat życia w Hogwarcie czy też potem, nie nawiązywał przypadkowych romansów – kobiety zdawały się ciągnąć do niego jak ćmy do światła. Lecz zawsze starał się, by jasne było, iż te często przygody na jedną noc, nie znaczą dla niego nic więcej.

Ale Louie… śnił o niej każdej nocy. Żadnej kobiety tak nie pragnął, żadna nie dała mu tak oszałamiającej przyjemności i żadna nie… zauroczyła go samą swoją magią…

Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem. Uniósł głowę i rozluźnił się nieco, dostrzegając Nagini. Malediktus nie wyglądała wcale jak po pełnym pasji poranku ze swoją dużo młodszą kochanką – odwrotnie, jej włosy były podtrzymywane w koku przez długie, chińskie szpilki, a ciało okrywały świeże, wyprasowane szaty. Kobieta obeszła łóżko, ucałowała policzek Atheny i usiadła z drugiej strony, na okiennym parapecie.

– Nie było cię ponad tydzień. Martwiłam się, a jednocześnie miałam nadzieję, że udało ci się coś znaleźć – odezwała się Nagini.

– Myślisz, że istnieje jakaś szansa, że ona kiedykolwiek się obudzi? – spytał Alberwan, zerkając na matkę, która wyglądała na dużo słabszą, niż kiedy zostawiał ją tu ponad tydzień temu.

– Nie wiem ile czasu nam zostało, ale raczej niewiele. – Nagini ubrała w słowa jego myśli.

Westchnął. Jedyna osoba, która mogła odpowiedzieć na jego pytania, miała umrzeć… bo on nie był w stanie znaleźć przeciwzaklęcia na zabijającą ją klątwę? Miał zawieść własną matkę? Przecież tylko ona mogła wiedzieć, o co chodziło Louie z tym innym światem… o ile te słowa nie były po prostu bełkotem pijanej czarownicy.

Do tego pytanie najważniejsze. Czy Athena Dumbledore była naprawdę jego matką?

Jeśli odpowiedź była twierdząca, był przeklęty ze względu na swoje uczucie, tęsknotę i pożądanie względem Louie, swej przyrodniej siostry.

Jeśli odpowiedź była przecząca, całe podstawy, na których zbudował swoje życie i które ukształtowały jego osobowość, ległyby w gruzach.

– Poza Atheną, dręczy cię coś jeszcze, od dłuższego czasu – przerwała ciszę Nagini. To było mocne stwierdzenie. Ale też Nagini pamiętała go jako dziecko, a przez ostatnie lata nauczyła się trafnie odczytywać jego emocje.

– Nie chcę o tym rozmawiać – odburknął, chociaż podejrzewał, że to jej nie zniechęci.

– Alberwanie, to zżera cię od środka. Daj sobie pomóc. – Nagini zwinnie zeskoczyła z parapetu i podeszła do niego.

– Czy… czy Athena kiedykolwiek wspominała coś o swoim pochodzeniu? O tym, skąd się tutaj wzięła? Zanim wyszła za Dumbledore'a? – zapytał cicho, patrząc na Nagini z nadzieją.

Czarownica zamyśliła się. Alberwan zakładał, że wspomina tamte stare dzieje, kiedy on był dzieckiem, zanim Malediktus oddała się w ręce Morrigan w zamian za Louie. Louie… zacisnął dłonie w pięści.

– Athena … w swoim szaleństwie dwukrotnie nazwała lady Voldemort anomalią tej chronologii. Sama twierdziła, że nie jest stąd, podobnie jak Morrigan. A mając okazję obserwować je obie… one posługiwały się magią, której nie używał nawet Dumbledore – ostrożnie powiedziała Nagini, kładąc mu dłoń na ramieniu.

Czarodziej zmarszczył czoło, myśląc intensywnie. Lady Voldemort… anomalia tej chronologii… merlinowe wzory, takie jak Minerwy… tamtej Minerwy… nie stąd… ze świstem wciągnął powietrze.

– Ona jest z przyszłości – wyszeptał. A wraz z tym olśnieniem miał wrażenie, jakby ktoś umieścił ogromny ciężar na jego ramionach. Nagini otworzyła szeroko oczy.

– Cholera. Ale skoro Athena wyszła za Dumbledore'a… to nic, co się wydarzyło, nie było takie samo – wywnioskowała mądrze Malediktus. W jej oczach zabłyszczały łzy, gdy zerknęła na kobietę leżącą na łóżku. Pewnie podobnie jak Alberwan, zastanawiała się, czy to nie spowodowało szaleństwa Atheny bardziej niż klątwy… bowiem wszystko, co wydarzyło się odkąd Athena odważyła się pokochać Albusa… było jej odpowiedzialnością.

– Uważasz, że jest możliwe, bym ja również nie był stąd? – zapytał, przypominając sobie słowa Louie… to by tłumaczyło, dlaczego Dumbledore go nie rozpoznał, a McGonagall, jeśli rzeczywiście… to było zbyt skomplikowane.

– Nie wiem, Alberwanie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że być może moim przeznaczeniem … było zgnić w tamtej klatce, albo spędzić resztę życia jako wąż. – Nagini schowała twarz w dłoniach, na pewno na okropne wspomnienie swej niewoli.

Alberwan czuł bezsilność, zatruwającą wszystkie logiczne działania. Nawet jeśli… Athena była z przyszłości i zupełnie zmieniła losy czasu, to nie był już w stanie tego naprawić. Jeśli on sam też był z jakiejś alternatywnej chronologii, to … jego uczucie do Louie może nie musiało być postrzegane jako zakazane…

– Powinienem porozmawiać z Dumbledore'm. I z McGonagall – stwierdził na głos, przypominając sobie chwile w św. Mungu.

– Sądzisz, że oni będą chętni pomóc Athenie? McGonagall zabije ją! – zaprotestowała Nagini.

Zawahał się. Nie miał w ręku faktów wystarczających, by zażądać wyjaśnień od Albusa, albo McGonagall. Przecież nie wiedział nic na temat tego, co działo się w czasie wojny, kiedy Dumbledore pokonał Grindelwalda. Tak naprawdę tkwił w błędnym kole.

– Co mam zatem robić? – spytał z rozpaczą. Nagini otarła łzy.

– Szukałeś przeciwzaklęcia bardzo długo, Alberwanie. Może pora pogodzić się z tym, że ona nigdy nie odpowie na twoje pytania i zacząć cieszyć się pełnią życia? Athena nie chciałaby, żebyś zmarnował swoją młodość próbując naprawić to, co ona zniszczyła, a co jest praktycznie nienaprawialne. – Czarownica ukucnęła, by patrzeć mu w oczy.

– Mam się poddać? Zostawić ją i gonić za… bliżej niezdefiniowanym mirażem szczęścia? Przecież próbowałem, Nagini. To nie mógł być przypadek, że trafiłem wtedy do Hogwartu. – Nie potrafił uwierzyć, że właśnie ona mu to proponowała.

– Zostałabym z Atheną i dałabym ci znać, kiedy … zobaczyłabym, że jej koniec jest bliski. Jeśli zaś mam ufać swojej intuicji, to twój miraż szczęścia od dobrych kilku miesięcy nie jest już taki niezdefiniowany. – Ujęła jego twarz w swoje dłonie – jej skóra jak zwykle, śliska, wężowa.

– Ja… – zaniemówił. Bo co miał jej powiedzieć? Że zakochał się w kobiecie, która mogła być jego siostrą?

– Alberwanie, Athena chciałaby, żebyś był szczęśliwy. – Nagini czule potarła jego policzek.

– Znalazłem Louie – wyznał. Ciężar spadł mu z serca, gdy Nagini na moment przymknęła oczy, a gdy je otworzyła, nie było w nich potępienia.

– Jest bezpieczna? – Niesamowite, że choć Nagini widziała Louie tylko ten jeden krótki moment, wciąż się o nią martwiła. Lecz z drugiej strony, może trudniej byłoby jej pogodzić się z myślą, że jej ogromne poświęcenie poszło na marne.

– Mieszka na Hebrydach pod nazwiskiem Zenaidov. Te informacje znalazłem wczoraj w mugolskich archiwach administracyjnych – zdradził. Lecz to było za mało, by Nagini pojęła jego emocjonalne rozchwianie.

– Powinieneś porozmawiać z nią, a nie z Dumbledore'm. Nie możesz oczekiwać, że wybaczy Athenie, ale ona zasługuje na wiedzę o klątwach, jakie na nią rzucono – stwierdziła kobieta–wąż, swoim hipnotyzującym, syczącym głosem.

– Ale … sama mówiłaś, że na Luizę Potwald musiano rzucić zaklęcie zapomnienia. Ona może nie chcieć mnie znać. – Alberwan sam nie wiedział, czemu nie mówi Nagini całej prawdy– ze wstydu?

– Jeśli wychował ją Dumbledore, to chociaż cię wysłucha. – Nagini może była śmierciożerczynią, ale pracując przez cztery lata w Hogwarcie nauczyła się poważać dyrektora tej szacownej szkoły.

– Nagini, jest tyle rzeczy, które mogą pójść nie tak… – Alberwan nawet nie wyobrażał sobie, że miałby po prostu usiąść i porozmawiać z Louie. Po tym, jak zostawił ją wtedy, nad morzem?

Bellatriks nigdy nie miała w zwyczaju pukać, co Alberwana często doprowadzało do irytacji, bo cenił sobie prywatność. Teraz też młodsza śmierciożerczyni wpadła do pokoju, z dzbanem pełnym czarnych porzeczek. Przystanęła, widząc minę Nagini.

– Coś jednak znalazłeś, co? – Dawna panna Black teraz była kobietą o bujnych kształtach – jej piersi zafalowały, gdy gwałtownie postawiła dzban na stoliku przy drzwiach i położyła obie dłonie na swoich pełnych biodrach.

Alberwan miał jej odpowiedzieć, że nie jej sprawa, gdy nagle Nagini wystrzeliła do przodu, przygwożdżając Bellatriks do ziemi. Alberwan prędko wyciągnął różdżkę, bo coś wleciało przez okno.

Widział to już kiedyś. Raz w życiu. Zapamiętał bardzo dokładnie. Teraz mógł jedynie drżeć, gdy czarna mgła przybierała dystyngowaną postać potężnej, ciemnej chimery.

Zarówno Bellatriks, jak i Nagini zatrzęsły się z wyraźnym strachem, gdy patronus przemówił głosem lady Voldemort:

Bellatriks Lestrange, pora, byś wróciła pod moje rozkazy. Jeśli nie chcesz, żebym was odnalazła i zrobiła Nagini krzywdę, to lepiej wróć do Wielkiej Brytanii. Twoim zadaniem jest dostanie się do wewnętrznego kręgu Czarnego Pana. Chcę, byś przysyłała do Ivylerton szyfrowane raporty dotyczące wszystkich działań lorda Voldemorta i jego śmierciożerców. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale jeśli nie dostarczysz pierwszego raportu za miesiąc, to ukarzę Nagini za jej podwójną zdradę i zmuszę cię, byś to oglądała.

Tak szybko i niespodziewanie jak się pojawił, ciemny patronus rozwiał się w mgłę. Nagini pomogła podnieść się bladej Belli.

– Musimy się jak najszybciej stąd ewakuować – powiedział Alberwan, już wznosząc różdżkę, by spakować najpotrzebniejsze rzeczy.

– Nie. Ciemny patronus nie ma możliwości śledzenia. Zaś znalezienie nas gdziekolwiek się udamy pewnie i tak nie będzie stanowić dla niej problemu. Lady Voldemort to wiedźma, która mogłaby mieć za wrogów wszystkich, a i tak wygrać –mówiła Bellatriks powoli, jakby nie ufała swojemu głosowi.

– Co zatem proponujesz? – Alberwan zaobserwował, że Nagini mocniej zaciska dłoń na ramieniu Belli.

– Wrócę do Voldemorta. – Młodsza kobieta wzruszyła ramionami, ale to miało jedynie zamaskować lęk.

– Nie. Nie możesz. On cię ukarze za zdradę… tyle razy ignorowałaś wezwanie! A nawet jeśli wymyślisz coś, w co uwierzy, to zmusi cię, byś wróciła do Rudolfa! – zaprotestowała Nagini. Alberwan dawno nie widział jej tak wzburzonej.

– Nie mogę pozwolić, żeby zrobiła ci krzywdę! Jestem ślizgońską księżniczką, pamiętacie? Poradzę sobie w gnieździe żmij. – Bellatriks wodziła między nimi błagalnym wzrokiem. Jej rozumowanie miało pewne znamiona logiki, ale Alberwan wiedział, że w kwestii Bellatriks Nagini nie kieruje się logiką.

– Wykluczone. Miałabym wysłać cię na pewną śmierć? – Każde kolejne słowo Nagini było bardziej syczące. Alberwan zastanawiał się, kiedy Malediktus przerzuci się na wężową mowę, którą on rozumiał w ułamku, a Bella wcale.

– Przecież lady Voldemort jest strategiem. Nie wysyłałaby mnie tam, gdyby nie wierzyła, że pożyję wystarczająco długo, by wysłać jej pierwszy raport – zauważyła Bellatriks.

– Ona poświęci cię bez mrugnięcia okiem i nawet nie będziesz wiedziała, w imię czego! Bello, błagam cię… – Nagini złapała Bellatriks za ramiona i obróciła twarzą do siebie.

– Nagini. Tylko lady Voldemort zawdzięczam wyrwanie się z niewoli. Muszę być wobec niej lojalna. Gdyby nie ona, nie miałybyśmy nawet tego krótkiego czasu… – Bellatriks pogładziła policzek Nagini, która kręciła głową:

– Wiesz, że nie mogę pójść z tobą, że Athena…

– Musisz z nią zostać. Wiem. Zresztą w Wielkiej Brytanii polowaliby na ciebie wszyscy – Czarny Pan, lady Voldemort, aurorzy i Gildia Szachów. – Bellatriks właśnie wykazywała się odwagą, którą Alberwan utożsamiałby raczej z Gryffindorem, co było totalnym zaskoczeniem.

– Alberwan może nam pomóc… jest potężny… – Nagini odwróciła się do niego, z błaganiem w oczach.

– On nie jest śmierciożercą, Nagini. Jest czysty. Nie mam pojęcia, ile Czarna Pani o nim wie, ale lepiej, by się jej nie narażał. Nie, postanowiłam. Wypełnię rozkazy lady Voldemort. Jeśli zginę, to wdzięczna, że dane mi było zasmakować twojej miłości. – Bellatriks objęła Nagini i pocałowała ją prosto w usta.

Alberwan czuł się jak intruz, obserwując ich namiętny pocałunek. Serce mu się krajało na myśl o tym, że ich miłość zostaje tak brutalnie stłumiona, zanim zdążyła na dobre rozkwitnąć. Nie żeby pokochał Bellatriks, ale dla dobra Nagini nie chciał, by cokolwiek jej się stało.

– Kiedy zamierzasz wyruszyć? – spytała cicho Nagini, gdy Bellatriks oderwała od niej swoje wargi i na chwilę ukryła twarz jej ramieniu.

– Jutro w południe. Tę noc… tę noc chcę spędzić z tobą. – Kilka łez spłynęło po policzkach Bellatriks.

Kocham cię – wysyczała Nagini w mowie wężów, wyprowadzając płaczącą Bellę z pokoju Atheny.

Ich obecna kryjówka nie miała grubych ścian, a Alberwan miał dobry słuch ze względu na swoje animagiczne zdolności. Musiał rzucić kilka praktycznych zaklęć, bo wyglądało na to, że ta noc miała być pożegnaniem pełnym pasji. Nie mógł winić dwóch kobiet, które ponad wszystko ceniły wolność i lojalność wobec tych, którzy im tą wolność ofiarowali. Lecz ich miłość znów przypomniała mu o Louie.

Może Nagini miała rację i powinien ją odszukać oraz opowiedzieć całą prawdę, wszystko co wiedział? Może powinien pokazać jej swe wspomnienia? Tylko czy wybaczyłaby mu? Zrobili to razem, ale ona miała wiele usprawiedliwień: wypiła tyle Ognistej, że ledwo trzymała się na nogach, coś musiało wcześniej rozchwiać ją emocjonalnie, wierzyła, że on jest z alternatywnej przeszłości… mógłby wymyślać wiele powodów, dla których wydawała się go potrzebować. A on? Nie miał na swoje usprawiedliwienie nic. Oczywiście atmosfera Bożego Narodzenia działała na niego depresyjnie, a w Hogsmeade zjawił się w naiwnym przekonaniu, że może spotka tam Albusa… zamiast tego znalazł Louie.

Następny dzień jawił się czarodziejowi jako wyjątkowo trudny. Szczególnie, że Bellatriks naprawdę go zadziwiała z każdym swoim gestem. Zaczęło się od tego, że miał łzy w oczach, gdy Ślizgonka pochyliła się nad nieprzytomną Atheną i ucałowała jej policzek, a potem wyszeptała:

– Chciałabym móc cię poznać i podziękować ci, za uratowanie kobiety, którą kocham. – To było słowa absolutnie szczere: Bellatriks na tym etapie nie miała już wątpliwości, że poza szacunkiem i przyjaźnią, pomiędzy Atheną a Nagini nie było nigdy nic więcej. Przynajmniej w romantycznym sensie – bowiem pozostawała jeszcze kwestia metafizycznej lojalności Malediktusa do swej wybawicielki. Lecz to, Bellatriks rozumiała bardzo dobrze.

Następnie dawna panna Black, niegdyś jedna z wielu uczennic Alberwana, podeszła do niego. Nie mógł nie zauważyć, jaką przemianę przeszła. Już nie była pałającą okrucieństwem i żądzą mordu nastolatką, pragnącą przypodobać się potężniejszym od siebie. Nie była zagubioną dziewczyną, ograniczaną przez pręty złotej klatki społecznej klasy i konwenansów. Teraz była kobietą pewną siebie i swojej miłości.

– Opiekuj się Nagini, dobrze? – Bellatriks objęła go, a potem ucałowała w oba policzki.

– Uważaj na siebie – zdołał jedynie powiedzieć, a jego głos drżał – gdyż wiedział, że Nagini będzie gasnąć szybciej niż Athena, gdyby Bellatriks coś się stało.

Nie potrafił powstrzymać łez, gdy Bellatriks podeszła do Nagini. Miłość, promieniująca z dwóch kobiet zdawała się wisieć w powietrzu…atmosfera była tak ciężka, że można by ją kroić nożem.

Ich pocałunek był pieczętującym pożegnaniem, a nie musiały nic mówić, bo w swoich oczach widziały całą prawdę. Dopuszczały do siebie myśl, że mogą nigdy więcej się nie zobaczyć. Że być może spotkają się ponownie dopiero za zasłoną, po śmierci. Tyle je dzieliło w tej rzeczywistości: ich pochodzenie, ich przeszłość, popełnione zbrodnie, powzięte decyzje oraz wszelkie możliwe zbiegi okoliczności. Lecz w miłości, nie dzieliło ich nic. Alberwan pomyślał, że jeżeli to uczucie usprawiedliwia je obie, to równie dobrze usprawiedliwiało jego i Louie…

Lecz czy kochał Louie tak mocno, tak głęboko? Czy jedynie pożądał jej, jak zakazany owoc na drzewie poznania dobra i zła? A co ważniejsze, czy ona czuła cokolwiek względem niego?

Obejmował długo szlochającą Nagini, kiedy Bellatriks zniknęła. Chciałby móc powiedzieć załamanej czarownicy, że to nie koniec, że wszystko będzie dobrze, ale nie potrafił kłamać zbyt przekonująco. Czy minęło wiele minut, wiele kwadransów, może nawet godzina – trudno było stwierdzić. Ale jeśli odejście Bellatriks miało mieć jakieś pozytywne konsekwencje, to na pewno należała do nich nowa świadomość – miłość była najważniejsza.

– Muszę z nią porozmawiać. Powinna mieć możliwość… poznania matki – powiedział cicho mag, odrywając się od drżącego ciała Nagini.

– Nie pozwól jej uwierzyć, że Athena jej nie kochała – odpowiedziała Malediktus, wycierając łzy.

Kolejne pożegnania, ale tym razem jakieś łatwiejsze: Nagini wierzyła… optymistycznie miała nadzieję, że Alberwan szybko powróci, wraz z Louie. Athena… była nieruchoma, jak zawsze. Sam Alberwan nawet już nie umiał rozpoznawać ani nazywać własnych uczuć.

Hebrydy. Czarodziej był na siebie zły, że nie wpadł na to wcześniej. Oczywiście priorytetem było szukanie sposobu przywrócenia Atheny do normalnego funkcjonowania, ale Alberwan czuł się okropnie, że jednocześnie nie sprawdzał bogactwa McGonagallów pod kątem ewentualnych miejsc, w których Minerwa mogłaby ukryć Louie.

Przecież te szkockie wysepki, na których gniazdowały czarne hebrydzkie, były idealną kryjówką dla kogoś, kto szukał cichego i spokojnego życia. Alberwan widział to teraz, stojąc na płaskim szczycie wzgórza, oglądając niewielki, kamienny domek z ogródkiem, położony malowniczo w dolinie, osłonięty od wiatru, który zmuszał szaty Alberwana do łopotu.

Zebrawszy całą odwagę, jakiej miał na pęczki, jak często zaznaczała Athena, Alberwan zszedł na dół, to płotu. Zaklęcia ochronne zdjął już wcześniej – męczył się z nimi ponad pół godziny – ostatecznie, to były czary rzucone przez samą lady McGonagall. Kto jak kto, ale ona znała się na magii.

Z racji tego, że zaklęcia uniemożliwiające podsłuch zostały przez niego zdjęte, Alberwan mógł usłyszeć odgłosy gwałtownej kłótni:

– Coś się zmieniło w ciągu tego roku! Kochanie, może w moim obecnym stanie nie mogę... ale jestem tu, dla ciebie! – Męski głos, bardziej zmęczony niż gniewny. Alberwan zwątpił, czy to aby na pewno jest właściwy adres.

– Może ja nie umiem pogodzić się z tym, że powoli odchodzisz! – zawołała kobieta, której głos Alberwan rozpoznał natychmiast – Louie.

– Przecież to wydarzyło się wcześniej, przyjęłaś to do wiadomości i przeszłaś z tym do porządku dziennego! Louie, co się wydarzyło w Boże Narodzenie? Obiecałem, że nie będę pytał o Marveliana, ale czuję, że tym razem chodzi o ciebie! – kontynuował mężczyzna.

Alberwan zmrużył oczy. Imię Marvelian nie mówiło mu absolutnie nic…z kolei pytanie o Boże Narodzenie… zmroziło go. Przecież wigilijną noc Louie spędziła z nim…

Zanim jednak Alberwan zdołał na dobre przyjąć te słowa do wiadomości, drzwi chatki otworzyły się. Zdezorientowany czarodziej mógł jedynie obserwować jak z wnętrza wybiegła mała dziewczynka… około trzyletnia. Miała ładne włosy w odcieniu mlecznej czekolady i niebiesko–zielone, prawie turkusowe oczy. Była roztrzęsiona, gdy jak wryta stanęła przed Alberwanem.

– Znów otworzyła drzwi za pomocą dziecięcej magii! Laurana! Laurana! – Za dziewczynką śpieszyła równie wyprowadzona z równowagi czarownica.

Kiedy Alberwan ujrzał Louie w tamtą zimową noc w Hogsmeade, była pijana. Teraz, kiedy zamarła z różdżką w dłoni, była zapłakana. Podobnie jak wtedy, jej szaty były mokre – lecz tym razem od łez, a nie od rozlanej Ognistej. Złote loki wirowały na wietrze, chociaż obecnie nie znaczyły ich małe gwiazdki śniegu.

– Mama! – Z ich trójki to mała dziewczynka najszybciej odzyskała zdolność mowy i przestraszona, uciekła, by schować się za spódnicą szat Louie.

– A… Alberwan? – Louie nie zrobiła kroku do przodu, a wyraz jej twarzy nie zostawiał złudzeń – poczucie winy było dominujące. Sam Alberwan miał wrażenie, jakby pływał pod lodową taflą, zamarzając, nie mogąc złapać powietrza, ani rozbić lodu nad głową.

Louie miała córkę… Miała rodzinę. A on to niszczył… już…

– Laurano, wracaj do taty. – Ludwika chyba podjęła jakąś decyzję, bo odwróciła się do córki, ucałowała ją w czubek głowy i popchnęła w kierunku domu.

– Louie! Wracaj, to trzeba wyjaśnić! – Z chatki dobiegł zmęczony, męski głos.

Ale kimkolwiek był ten mężczyzna, Louie najwyraźniej nie zamierzała mu nic wyjaśniać. Już biegła do Alberwana, z bólem w oczach, który sprawiał, że z zimno błękitnych, zrobiły się lodowato szafirowe.

– Zabierz mnie stąd – powiedziała błagalnym tonem, zarzucając mu ręce na szyję.

Alberwan zdążył zauważyć czyjąś ciemną sylwetkę w progu chatki, zanim ich teleportował.

Wylądowali w jednej z francuskich kryjówek Atheny. Louie wciąż przywierała do Alberwana, ukrywając twarz w jego szatach, trzymając się go tak kurczowo, jakby nie wierzyła, że jest prawdziwy. Na moment zanurzył nos w jej włosach, zastanawiając się od czego zacząć.

– Nic nie mów. Kochaj mnie – zaszlochała, ledwie zrozumiał jej słowa.

– Louie, to nie jest właściwe. Musimy poważnie porozmawiać… porównać nasze wersje zdarzeń… – zaczął szeptać, ale ona gwałtownie potrząsnęła głową:

– Nie! Posłuchaj, od roku tęsknię za tobą! Śnię o tobie każdej nocy! Rozpamiętuję twoje pocałunki! Myślisz, że nie wiem, jak bardzo to jest niewłaściwe?! Że powinnam skupić się na Marvelianie, na Lauranie, na moim mężu?! To mnie zabija, Alberwanie, bo nie wiem o tobie nic, a kocham cię, jak nie kochałam nikogo! – załkała, podnosząc do niego twarz.

– To może być kolejna klątwa. Jak ta, która nakazuje ci kochać McGonagall… – Rozpaczliwie usiłował znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie łączącej ich więzi. Bowiem jeśli to nie było jednostronne, jeśli ona po tej jednej nocy kochała go tak, jak on kochał ją… to musiało być przekleństwo. Była jego siostrą!

– Nie jestem przeklęta! Miłość nie jest przekleństwem! Błagam cię… – Wspięła się na palce, ujęła jego twarz w swoje dłonie i pocałowała go.

Ciało zdradzało go w najgorszy możliwy sposób. Zbyt długo śnił i marzył o tym pocałunku, by na niego nie odpowiedzieć.

– Louie…jesteś moją siostrą – powiedział, gdy na moment rozdzielili się, żeby złapać oddech.

– Nie. Kiedy jesteśmy tylko my dwoje, jestem Louie, twoją kochanką. Nie chcę wiedzieć i zdradzać nic więcej. Alberwanie, potrzebuję tego. Potrzebuję cię, bo inaczej całe moje życie się rozpadnie. – Położyła palec na jego ustach, ale nie zdołała uciszyć go skutecznie.

– Czego ode mnie oczekujesz? – wychrypiał, nienawidząc swoich rąk, które wbrew woli umysłu już błądziły po jej szatach.

– Spotykajmy się tu… zostawię ci świstoklik… jest zaklęcie… będziesz wiedział kiedy… – Sięgnęła do prawej ręki i zdjęła z niej… pierścionek zaręczynowy. Kiedy mamrotała nad nim zaklęcia, Alberwa wciągnął ze świstem powietrze.

To był pierścionek zaręczynowy matki… jej matki, Atheny. Dwa akwamaryny, tworzące serce, dar miłości Albusa Dumbledore'a. Ale jeśli znalazł się w rękach Louie, to znaczyło że:

– Assuarin – powiedział, przypomniawszy sobie tamtego przystojnego mężczyznę i ciemnowłosego chłopca… zatem miała dwójkę dzieci… minęło tyle lat… tamten chłopiec musiał już być u progu dorosłości… Miała rodzinę…

– Proszę cię… nie mogę o nim myśleć… Minerwa miała rację… nie powinnam była się z nim wiązać… Laurana… od początku powinnam była czekać na ciebie… – bełkotała czarownica.

Ich sytuacja była czystym szaleństwem. Przecież ich działania były sprzeczne z naturą. Alberwan wierzył, że jeśli ulegnie jej drugi raz, będzie to wbrew wszystkim zasadom, podług których starał się postępować. Nie chodziło już o chwilową, jednorazową słabość. Chodziło o gwałt na własnych przekonaniach, o złamanie swojego moralnego kręgosłupa, o prosty fakt, że jeśli znów da porwać się pragnieniu, nie będzie już umiał spojrzeć w lustro.

– Nie chcę znowu tęsknić do ciebie – wyszeptał, nienawidząc siebie za przyznanie się do tego głośno.

Bez względu na to, kim była jego matka i z której chronologii pochodziła, Alberwan wierzył w jedno – jego ojcem musiał być Albus Dumbledore, który chyba w każdym możliwym wydaniu uosabiał szlachetność i odwagę. Jako jego syn, jako syn Dumbledore'a, Alberwan zrozumiał, że musi zdobyć się na odwagę i być maksymalnie szczerym z tą czarownicą, która zaczarowała go.

– Tutaj i teraz, masz mnie. –Przysunęła się do niego, przekonana, że jego wcześniejsze słowa to sygnał poddawania się.

– Nie mógłbym żyć z myślą, że nie opowiedziałem ci całej prawdy i wykorzystałem cię, znów, Louie. Dlatego posłuchaj mnie, bo mam ci do opowiedzenia życie, którego nie pamiętasz. – Złapał ją za ramiona i zaprowadził do kanapy.

Mimo wszystko, była piękna, gdy wyłamywała sobie kostki u rąk, zdenerwowana i zaniepokojona. By nie martwić jej bardziej, tym bardziej, że wydawała się szanować jego decyzję, rozpoczął swoją opowieść.

Zaczął od tego, iż była córką Atheny Dumbledore i Gellerta Grindelwalda, a w momencie jej narodzin Albus nie wiedział o zdradzie żony i był przekonany, że Ludwika jest jego dzieckiem. Opisał Morrigan, składając w całość wszystkie porozrzucane strzępy informacji, jakie zgromadził głównie poprzez Nagini. Wytłumaczył, że Morrigan porwała Ludwikę i rzuciła na nią szereg klątw. Nie usprawiedliwiając Atheny snuł historię kobiety, która w swoim żalu za utraconym dzieckiem oddała się szaleństwu, a po wojnie zjeździła pół świata próbując ją odszukać. Wyjawił jak kluczowa była rola Nagini, jak bolesne jej poświęcenie. Na przedmurzu swojego umysłu pokazał jej swoje własne, najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa, w których Louie była obecna. Dzielił się swoim żalem i skonfundowaniem, gdy pewnego dnia z ich trójki zrobiła się dwójka. Wyjaśnił, że Athena nie zdołała przełamać klątw Morrigan i porzuciła Louie … z miłości. Nie pominął tego, jak Athena w końcu porzuciła i jego, by ostatecznie zapaść w szaleństwo z powodu klątwy, którą tylko on odpędzał. Przyznał się do spotkania Assuarina i podarowania mu pierścienia matki, w marnej próbie odcięcia się od niej. Z nostalgią opisał kilka lat spędzonych w Hogwarcie i to, jak wiele nauczył się od Albusa. Plastycznie przedstawił ucieczkę Nagini, jej przybycie do Wielkiej Brytanii, przyjęcie Mrocznego Znaku i służbę Czarnemu Państwu. Mówił i mówił… także o tym, jak Nagini na rozkaz lady Voldemort odnalazła Athenę, jak Morrigan padła z ręki Czarnej Pani, Albus nie był w stanie zabić Atheny, Nagini i Athena zdradziły lady Voldemort i uciekły, ale paraliżująca klątwa dosięgła Athenę. Alberwan nie zataił tego, co podsłuchał w św. Mungu, ani roli Bellatriks w tym wszystkim. Kiedy zakończył na podkreśleniu, jak usiłował przez ostatni rok znaleźć pomoc dla Atheny, musiało minąć naprawdę mnóstwo czasu – jego gardło było bardzo suche.

Louie transmutowała leżący na ziemi kawałek szkła w szklankę i napełniła ją wodą. Przyjął napój z wdzięcznością. Oczywiście zauważył, że Louie ze wszystkich sił stara się zachować spokój, ale większość informacji, jakie jej zdradził, musiały być dla niej szokiem. Wspomnienia, które jej pokazał, poruszyły ją, lecz nie odblokowały nic w jej pamięci. W sposobie, jaki wyłamywała sobie kostki u rąk, widział że ogromnym ciosem była dla niej wiadomość o klątwach Morrigan narzucających jej wewnętrzny przymus miłości do McGonagall. Sama kwestia Morrigan niepokoiła ją i widać było ulgę, gdy Alberwan powiedział, że tajemnicza bliźniaczka Mordreda zginęła. Co jednak go najbardziej niepokoiło, to fakt, że Louie obecny stan Atheny zdawał się nie obchodzić. Oraz jej milczenie. Spodziewał się łez, tysięcy pytań, totalnego załamania. Lecz ona jedynie strzelała kostkami u rąk, zginając i rozprostowując palce. Na serdecznym nosiła pierścień swojej matki i ślubną obrączkę.

Nie było chyba niczym zaskakującym, że Alberwan oczekiwał równie szczerej opowieści z jej strony oraz odpowiedzi na wiele jego pytań. Co zdradziła jej McGonagall, a co Albus? Co działo się z nią po opuszczeniu Hogwartu? Assuarin i wszystkie jego powiązania z nią. Tożsamość tego chłopca – jej syna? Tamto spotkanie w Nurmengardzie. Laurana. Wigilia Bożego Narodzenia. Cała jej wiedza na temat alternatywnego świata.

– Louie? – Delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.

– Wszystko, co powiedziałeś, nie ma znaczenia – odparła, z czymś, co rozpoznał jako żelazną determinację. Uparcie pragnęła wierzyć w swoje słowa.

– To ma ogromne znaczenie dla nas wszystkich: dla ciebie, dla mnie, dla Albusa, Minerwy, Atheny, Laurany… – urwał, bo potrząsnęła głową.

– Klątwy Morrigan może podsycały moje uczucia wobec Minerwy, ale nie mogły w żaden sposób wpływać na to, jak ona mnie traktowała. Nie wiedziała o nich, miała jedynie świadomość mojego pochodzenia, a mimo to pokochała mnie, jakbym była jej córką – oznajmiła Louie rezolutnie, z mocą.

– Ale Athena też kochała cię! – Alberwan miał wrażenie, że jego serce się kraje na wspomnienie umierającej, obłożonej klątwami czarownicy.

– Ty musisz być synem Minerwy, bo postrzegasz miłość tak samo jak ona. Dla was najwyższą formą kochania jest poświęcenie siebie, całej relacji, albo własnego szczęścia w imię tego, by kochana osoba żyła. Lecz ja nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć. Dla mnie Athena jest nikim. Nie chcę mieć z nią nic więcej wspólnego. Pamiętasz, zabiłam własnego ojca. Powinieneś uszanować moją decyzję, by odciąć się od matki, która odebrała mi wspomnienia dzieciństwa… wspomnienia ciebie… która popchnęła mnie w nierozwiązywalny splot zdarzeń. – Louie gniewnie otarła łzy – wyraźnie chciała wydawać się być silną i zdecydowaną.

– Lecz jeśli porozmawiamy z Minerwą… ona może mieć odpowiedź na pytanie, kim dla siebie jesteśmy, ona może pomóc nam znaleźć lekarstwo dla Atheny. – Alberwan wiedział, że jego marzenia są nierzeczywiste, że było mało prawdopodobne, iż ich wszystkich czeka happy end.

– Nie. Nic nie wiesz o Minerwie. Mówiąc jej to wszystko, co dziś powiedziałeś mnie, skrzywdziłbyś ją, a żądając od niej pomocy zraniłbyś ją ponad miarę. Ja nie mogę na to pozwolić. Zawdzięczam jej zbyt wiele, by wbić jej nóż w plecy, jak prawdziwa córka zdrajczyni. – Louie wyjęła z kieszeni różdżkę. Alberwan nie zareagował. Z różdżką Louie zapewne czuła się pewniej, chociaż przypuszczał, że Minerwa dobrze ją nauczyła magii bezróżdżkowej.

– Louie, przez cały rok powoli zabijała mnie świadomość, że zakochałem się we własnej siostrze, że moja miłość do ciebie nie jest wcale niewinna i braterska. – Alberwan na moment ukrył twarz w dłoniach.

– Nie jesteś moim bratem. Jesteś w podobnym wieku co ja. Musiałeś urodzić się w czasie wojny. Gdyby Athena miała drugie dziecko przede mną, albo przed tym, jak odeszła do Grindelwalda, Albus by o tym wiedział i znalazłby cię. Nie mogłeś zaś urodzić się w czasie, kiedy Athena podbijała Wielką Brytanię z Gellertem. Potem przy Athenie pojawiła się Nagini, tak? Jak duże okno nam to daje? Za małe. Nie możesz też być synem Minerwy, którą znam, bo…ktoś musiałby wiedzieć. I ja… wyczułabym to. Stąd mój wniosek, że podobnie jak Athena, jesteś z jakiejś alternatywnej chronologii. Zatem cokolwiek jest między nami… nie jest niewłaściwe z twojej strony – zakończyła, patrząc na niego z prawie dziecięcą nadzieją. Niemniej jednak w ostatnim zdaniu wyczuł spory ładunek melancholii i poczucia winy.

– Ale ty masz męża, dzieci… powinniśmy to zakończyć, ze względu na nich. – Alberwan sam nie rozumiał, jakim cudem te szlachetne słowa przeszły mu przez gardło.

– Assuarin umiera. Jego miłość do mnie jest tak idealistyczna jak ta pomiędzy Albusem a Minerwą. To jest najmniej samolubny człowiek, jakiego poznałam. Stłumi swoje cierpienie, żebym tylko ja była szczęśliwa. A szczęśliwa mogę być jedynie z tobą. – Louie zatrzęsła się ze szlochu, odgarniając z twarzy swoje złote loki.

– Louie, nie zrobię tego twojej córce. Nie zostawię Atheny. Nie proś mnie…bo już tamta jedna noc kosztowała nas zbyt wiele – błagał Alberwan. Lecz czy jego błaganie stało powyżej tego błagania w jej oczach?

– Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie pragniesz tego powtórzyć. Teraz. I później. A potem wciąż i wciąż. – Przysunęła się do niego, postanowienie wyraźne na jej twarzy. Zamierzała walczyć o to, co wierzyła, że jest miłością. Alberwan pomyślał przez moment, że tą niechęć do dopasowania się do już wpędzonych w obrót trybów czasu Louie musiała przejąć od Atheny.

Kiedy więc spojrzał w oczy o kolorze bladych szafirów, bowiem błękit pociemniał pod wpływem intensywności jej emocji, Alberwan nie umiał skłamać. Pochylił się i pocałował ją. Byli potępieni, oni oboje. Ona, anomalia czasoprzestrzenna i on, którego życie składało się z samych sekretów. Ich romans mógł tylko doprowadzić do tragedii i obydwoje to wiedzieli, a jednak nie umieli się powstrzymać. Bo też w jakiś absolutnie absurdalny sposób czuli, że są sobie przeznaczeni.

Łzy wyparowały pod wpływem gorąca. Serca biły szybciej, a pot na nagiej skórze lśnił w promieniach słońca wpadających do ładnie umeblowanej izby. Niespokojne oddechy zostały zastąpione przez jęki i westchnienia, a ostatecznie okrzyki ekstazy. Zdumiewające, jak łatwo było zapomnieć o wszystkim, poza nią. Alberwan nie wierzył wcześniej, że można zdradzić samego siebie, swoją duszę, ale teraz już wiedział, jak to wygląda.

Bo to nie był po prostu kolejny raz, po którym mieli się rozejść i usiłować rozszyfrować swoje życia osobno. To był początek częstych schadzek, już bez zadawania i odpowiadania na pytania, chociaż każdego poranka przed rozstaniem czuli się coraz bardziej brudni od rosnącej wagi sekretu. Alberwan w dalszym ciągu podróżował po świecie, szukając lekarstwa dla Atheny. Nagini powiedział, że nie zdołał odnaleźć siostry i Malediktus w to uwierzyła. Louie wracała do swojego męża i córki, a z tego, co Alberwan rozumiał, Assuarin ukrywał swój ból, widząc, że Louie potrzebuje go zdradzać.

A Albus i Minerwa? Nie wiedzieli nic. Louie zarzekała się, iż nie spotka się z Minerwą. Po pierwsze dlatego, że uważna wiedźma natychmiast wyczułaby, jak wiele się zmieniło. A po drugie, Louie wciąż kochała tą kobietę – klątwa czy nie, według córki Atheny Minerwa nie zasługiwała na taki cios z jej strony. Po trzecie, Alberwan uznał, że byłby hipokrytą, próbując porozumieć się z McGonagall poza plecami Louie. Nie uważał też, by jego zadaniem było niszczenie życia Albusa… ostatecznie, przecież nie mógł pojawić się w Hogwarcie i powiedzieć, że jest mu przykro, ale uważa się za syna jakiegoś wcielenia dyrektora i że poszukuje swojej matki.

Romans z Louie zmienił Alberwana. Nie potrafił określić, czy na lepsze, czy na gorsze, ale by móc żyć w jakiejś kruchej choćby równowadze z samym sobą, musiał ewoluować… transmutować się… z człowieka, który albo nieustannie martwił się przeszłością bądź przyszłością, w tego, który nie wykraczał myślami poza dany dzień. Jak długo ten stan, takie życie, ten romans miał trwać?

Alberwan wierzył, że to śmierć Atheny będzie kamieniem milowym, ponieważ wtedy nie będzie już nikogo, kto zdradziłby mu prawdę, nikogo, kto miałby w ręku tyle faktów, by go jednoznacznie potępić. Louie wierzyła, iż punktem zwrotnym będzie śmierć Assuarina, że wtedy wszystko się ułoży… oraz będzie mogła powiedzieć Minerwie o wszystkim. Może ich nadzieje były płonne i naiwne, ale bez nich, kim by byli? Skorupami ludzi, skrzywdzonymi przez okoliczności i zakręcony czas.

Kiedyś, Alberwan twierdził, że najtragiczniejszym romansem ich współczesnych czasów był ten pomiędzy Atheną a Albusem Dumbledore. Teraz było już jasne, że on i Louie przejęli pałeczkę po swoich rodzicach.