1978
Zamek zdawał się być zupełnie uśpiony. Uczniowie nie ryzykowali przyłapania przez prefektów lub nauczycieli po godzinie ciszy nocnej. Rozprzestrzeniająca się po zamku plotka głosiła, że McGonagall jest w stanie znaleźć każdego, samej nie będąc wykrytą, nawet przez osławioną trójkę Huncwotów. A nie było tajemnicą, że surowa czarownica nie wahała się odejmować punktów żadnemu z domów.
Marvelian miękko stawiał stopy, starając poruszać się bezszelestnie. Minerwa potrafiła wiele rzeczy, a on wielokrotnie miał zaszczyt obserwować ją wyprawiającą różdżką czary, jakie nie śniły się hogwardzkim uczniom. Nie znaczyło to, że rozgryzł, jakim cudem umiała podejść każdego. Jako szpieg, nie zostawiała wskazówek.
Sam prefekt Slytherinu nie musiał się przejmować, iż ktoś go przyłapie, bowiem pomijając plakietkę na szacie, nauczyciele zdążyli się już przyzwyczaić, że dodatkowe zajęcia Marveliana z Minerwą i Albusem często przedłużały się do późnej nocy. Według samego dyrektora, w pokoju nauczycielskim plotkowano, iż dyrektorski duet przygotowuje Marveliana jako swoje następstwo. Dumbledore zgodził się z Marvelianem, że to absurdalna myśl – Ślizgon nie miał cierpliwości do nauczania. Minerwa odkryła to bardzo szybko po mianowaniu go kardynałem Gildii.
A jednak, było coś, co sprawiało, że Marvelian czuł się dziś bardzo nieswojo. Otuchy dodawał mu jedynie fakt, że robił to dla Minerwy, że jeśli ona wierzyła w niego, to musiał być w stanie to zrobić.
Przez cały zeszły rok delikatnie, krok po kroku dystansował się od Lily i zacieśniał swoją więź z Severusem. Na tym etapie, Severus ufał mu już na tyle, by pokazać swój świeży, Mroczny Znak. Lecz to wciąż było za mało. Marvelian musiał wykonać jakiś gest, który utwierdziłby Severusa w przekonaniu, że cała lojalność Marveliana wobec Minerwy to blef, tak jak uczestnictwo samego Snape'a w Gildii.
– MIAU!
Na początku, gdy Marvelian usłyszał żałosne miauczenie i syczenie, zamarł. Ale zaraz potem zaniepokoił się – animagiczną formą Minerwy był kot. Wyszarpnął różdżkę i popędził do drzwi, zza których dobiegały odgłosy szamotaniny – drzwi od pustej klasy transmutacji.
Wystarczył ułamek sekundy, by Marvelian dostrzegł, iż futro kota szarpiącego się z Severusem jest kasztanowe, a nie szare i zaklęcie oszałamiające trafiło zwierzę, a nie chłopaka.
– Velian! Dobrze, że jesteś. Ten nieznośny futrzak ugryzł mnie w nadgarstek, dlatego upuściłem różdżkę. – Ciemne oczy Severusa rozbłysły, gdy dostrzegł Marveliana.
– Aragonda – odruchowo poprawił go Marvelian.
– Co?
– Futrzak ma na imię Aragonda. McGonagall raczej go lubi, na twoim miejscu nie robiłbym kugucharowi krzywdy. – Marvelian bardzo starał się, by jego głos był spokojny. Zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak tego wieczoru.
– Skoro zwierzak ma na imię Aragonda, to nie zastanawiało cię nigdy, dlaczego na jego szyi jest medalion z pojedynczym ,,S"? Bo ja wiem, Czarny Pan mi to zdradził! – Severus ułożył nieprzytomnego kuguchara na szkolnej ławce, sięgając do złotego medalionu, wiszącego u szyi zwierzęcia. Marvelian pytająco uniósł brwi. Oczywiście, że się nad tym zastanawiał. Lecz nigdy nie zapytał o to Minerwy.
– To jest medalion samego Salazara Slytherina! Czarny Pan polecił mi go zdobyć… zaufał mi ze swym dziedzictwem. To tak, jakby naznaczył mnie na jednego ze swoich … najwierniejszych i najważniejszych śmierciożerców. – Severus triumfalnie odczepił łańcuszek z medalionem z szyi Aragondy.
Marvelian poczuł dziwny ucisk w żołądku, kiedy przyjaciel podetknął mu stary medalion pod nos. Ozdobne ,,S" było w istocie płaskorzeźbą przedstawiającą węża. Nie mogło być wątpliwości, że był to przedmiot powiązany z jednym z założycieli Hogwartu. Co jednak najbardziej wytrącało Marveliana z równowagi to fakt, iż medalion był … jego dziedzictwem.
Czy Voldemort… tak, musiał pożądać ten przedmiot nie tyle z sentymentalizmu względem swojego przodka, co z chęci uczynienia go horkruksem. Zimne dreszcze przemknęły przez ciało Marveliana na wspomnienie diademu Roweny. Nie mógł dopuścić, by Voldemort stworzył kolejne horkruksy…
– Twoja ręka. – Marvelian musiał szybko coś wymyślić. By zagrać na czas, wyczarował czysty bandaż.
Severus uśmiechnął się, gdy Marvelian ujął jego rękę, wyszeptał zaklęcie leczące i zabrał się za bandażowanie. Marvelian niby przypadkowo gładził skórę drugiego chłopaka w niezranionych miejscach.
– Czarny Pan ufa ci coraz bardziej – zauważył ostrożnie Marvelian, uderzając w pychę Severusa.
– Tak. Ostatnio zaprosił mnie na zebranie starszyzny. Bellatriks usiłuje z powrotem wkupić się w jego łaski, mordując kogo się da, ale on nie ufa jej nawet tak jak mi! – Severus wypiął dumnie pierś. Marvelian zacisnął usta – Bellatriks ostatnio urządziła udany zamach na Kasjusza – gdy go znaleźli, zwykle śliwkowe szaty Wizengamotu były czerwone od krwi.
– Sev… musisz być ostrożny. McGonagall cię podejrzewa. Skąd wiesz, czy ten medalion nie jest przynętą, pułapką? Ona nie zawaha się przed wyeliminowaniem cię. – Marvelian przesunął swoją dłoń na policzek Severusa.
– Nic mi nie zrobi, póki jestem tu uczniem. A potem… będziemy wolni od Gildii. Nie musisz się martwić McGonagall. Czarny Pan przyjmie cię z otwartymi ramionami. – Severus przechylił głowę, opierając ją o rękę Marveliana.
– Zerwanie z Gildią nie będzie łatwe, Sev. Jestem kardynałem. McGonagall nauczyła mnie wszystkiego. Podług zasad, którymi powinienem się kierować, moje przymykanie oczu na twoją zdradę jest niewłaściwe. – Marvelian westchnął i pochylił się, by patrzeć w oczy Severusa.
– Ale jeszcze tego nie zrobiłeś. Nie doniosłeś na mnie – wyszeptał Severus, patrząc na Marveliana z prawie dziecięcą nadzieją.
– Bo cholernie zależy mi na tobie, Sev. – Marvelian nie mrugał, wiedząc, że jego oczy pozostają szmaragdowo, krystalicznie czyste – Severus zobaczy w nich to, co pragnie. Nie dostrzeże kłamstwa.
– Velian… Czarny Pan nic o tobie nie wie. Nie powiedziałem mu, bo nie wiedziałem… nie chciałem, by coś ci groziło… ze względu na to, że jesteś kardynałem – wyznał Severus, sięgając po rękę Marveliana i składając delikatny pocałunek na wierzchu dłoni.
– Dziękuję, Sev. Czy mógłbyś przedstawić mnie mu, kiedy ukończymy Hogwart? Ja… jeszcze nie czuję się gotowy, by zostać śmierciożercą. McGonagall będzie się mścić… uderzy w ciebie… nie mogę pozwolić, by coś ci się stało ze względu na mnie. – Marvelian zrobił krok do przodu – nie dzieliła ich już praktycznie żadna przestrzeń.
Severus przysunął się tak, że ich nosy prawie się stykały. Patrzeli sobie w oczy – Severus szukał zgody i przyzwolenia… i tyle Marvelian był w stanie w sobie wskrzesać, ale przypuszczał, że brak pożądania musi być widoczny, kontrastujący mocno z pragnieniem w ciemnych tęczówkach Severusa.
– Kocham cię. – Słowa Severusa, chociaż cichutkie, uderzyły Marveliana ciepłym oddechem… były większym ciosem niż podmuch huraganu.
Marvelian przymknął oczy, a Severus złapał za zielono–srebrny, ślizgonski krawat i przyciągnął go do siebie. Ich usta spotkały się. Pierwszym wrażeniem Marveliana było okropne porównanie – wargi Severusa były silne, dominujące, porywcze i gwałtowne – zupełnie inne niż usta Lily. A jednak Marvelian zmusił się do odpowiedzi, do rozchylenia swoich ust, pozwalając, by język Severusa błądził w środku.
Śmierciożerca, szybko awansujący w szeregach sług Czarnego Pana równie szybko sięgnął do ciemnego swetra Marveliana. Zielone oczy zamknęły się, by nie było w nich widać niechęci, kiedy sweter wylądował na podłodze, a pachnące eliksirami dłonie Severusa już błądziły po mięśniach Marveliana. Zielonooki chłopak zmusił się do działania i chwycił za znoszone szaty Severusa. Severus całował Marveliana gorączkowo, podczas gdy blade palce rozpięły spodnie i popchnęły je w dół, aż zjechały do kostek.
Jęk frustracji uciekł z ust Severusa, gdy Marvelian cofnął się, oswobadzając nogi z nogawek, a jednocześnie sięgając po różdżkę. Snape uśmiechnął się jednak szeroko, gdy Marvelian po prostu transmutował jedną z ławek w wygodną kanapę.
– Och, Velian… a jeśli ktoś… – wydyszał Severus, pociągając Marveliana w kierunku kanapy.
– McGonagall jest na konferencji transmutacyjnej. Możemy tu zostać do późnego rana – odpowiedział Marvelian zachrypniętym głosem. Wypowiedzenie na głos nazwiska Minerwy dodało mu jednak sił, by… kontynuować…
Kardynał Gildii i śmierciożerca. Prefekt i wyrzutek. Książę Ciemności i książę Półkrwi.
Gdyby Minerwa nie nauczyła Marveliana, że najlepsi taktycy myślą długofalowo, nie byłby w stanie tego zrobić. Lecz logika podpowiadała, że musiał. To miało zapewnić przewagę Minerwie, co mogło prowadzić do upadku Voldemorta. A ostateczny upadek Voldemorta oznaczał życie bez strachu dla Lily. Cel, liczył się cel. Środki… nie.
Kiedy więc Severus zasypiał, obejmując mocno Marveliana, syn Czarnego Pana marzył o dziewczynie, która zapewne teraz spała w ramionach Jamesa Pottera, zadowolona i bezpieczna w pokoju wspólnym Gryffindoru.
Świtało, ale Severus spał twardo. Marvelian wyplątał się z jego objęć i starannie ubrał, czując się brudny i wykorzystany. Aragonda uciekła, jak przystało na mądrą przedstawicielkę kotowatych. Na pierwszej ławce leżał medalion Salazara Slytherina. Marvelian podszedł do niego. Złoto ciążyło w jego dłoni – westchnął, uświadomiwszy sobie, jak drogo zapłacił za ten kawałek historii. Wycelował w niego ozdobioną granatami różdżką i cicho zaintonował zaklęcie. Czar duplikujący, lecz z tych bardziej zaawansowanych – Severus nie będzie w stanie go wykryć, ale Voldemort już tak. Mimo wszystko Marvelian zadrżał, gdy pomyślał o tym, że gniew Czarnego Pana na pewno skupi się na Severusie – nawet jeśli Voldemort uwierzy, iż medalion od początku był przynętą, pułapką Minerwy.
Oryginał Marvelian schował do kieszeni i wyszedł. Poranek był wczesny, a Marvelian nie miał tak naprawdę dokąd się udać. Gdyby nie fakt, że Minerwy nie było, udałby się do jej gabinetu. A tak… właśnie w takich momentach ubolewał nad brakiem przyjaciół. Odkąd rozmyślnie unikał Lily, nie mógłby wyczekiwać na nią pod portretem Grubej Damy. Powrót do pokoju wspólnego Slytherinu nie wchodził w grę – to tam na pewno uda się Severus zaraz po obudzeniu. A jego Marvelian nie chciał w tym momencie oglądać.
Złapał się okiennego parapetu na siódmym piętrze, gdy poczuł pierwszą falą mdłości. Teraz fraza ,,zamknij oczy i myśl o Anglii" nabierała zupełnie innego znaczenia, przynajmniej w jego oczach. Nie chodziło o to, że nie dbał o Severusa – on wciąż pozostawał jego najlepszym przyjacielem. Problem tkwił w tym, że Marvelian nie kochał go, a ostatnia noc jawiła mu się jako potrójna zdrada: zdradzał swoją przyjaźń z Severusem, zdradzał swoją miłość do Lily i wreszcie zdradzał samego siebie.
Zacisnął zęby, gdy na pustej ścianie, obok której przechodził, nagle pojawiły się drzwi. Mocno zaciskając dłoń na różdżce, Marvelian wszedł do Pokoju Życzeń.
Wcześniej był tu tylko raz. Kiedy z Minerwą zniszczył horkruksa. Zniszczony diadem i kieł bazyliszka zniknęły, zostawiając jedynie pokój, będący marzeniem każdego czarnoksiężnika. Marvelian obejrzał czarnomagiczne przedmioty, przejrzał doskonale wyposażone alchemiczne laboratorium, wreszcie zatrzymał się przed regałem z książkami. Wybrał kilka tytułów i usiadł na kanapie przed kominkiem. Trudno było mu się skupić na pisanych słowach – jego umysł wciąż był pobudzony gwałtem na uczuciach, jaki Marvelian zafundował sobie kilka godzin temu.
Dopiero wzmianka o chimerze jako czarnomagicznym odpowiedniku animagicznej formy zwróciła jego uwagę. Nie słyszał o tym nigdy wcześniej. Zastanawiał się, czy Minerwa to spostrzegła i czy myślała kiedyś nad tym. Kiedy jednak przeczytał, że do posiadania wielu animagicznych form najczęściej konieczne jest przeprowadzenie czarnomagicznej transfuzji, odrzucił tą myśl. Minerwa nie przyjęłaby mocy od byle kogo. Marvelian obserwował ją z wielu różnych perspektyw. Nigdy nie przechwalała się swoim pochodzeniem tak, jak czynili to Ślizgoni, urodzeni jako członkowie nienaruszalnych rodów czystej krwi. Lecz też nigdy nie pozostawiała wątpliwości, że jest dumna z bycia córą McGonagallów.
Miał już odłożyć książkę, gdy ze środka wypadła magiczna fotografia. Podniósł ją, zaciekawiony. A potem zamarł.
Zdjęcie przedstawiało przystojnego chłopaka. Siedział swobodnie rozparty na tej samej kanapie na której teraz przycupnął Marvelian. Ubrany był w taki sam, ślizgoński strój. Promieniował pewnością siebie, jakby był w pełni świadomy, jak bardzo jest przystojny. Co jednak najciekawsze, ruchome zdjęcie w nieskończoność ukazywało jeden gest – przesyłany w powietrzu pocałunek.
Początkowo, Marvelian wodził palcem po fotografii, przerażony tym, jak podobny on sam był do tego chłopaka. Mieli dokładnie takie same rysy. Włosy Marveliana może były bardziej kręcone, a jego oczy oczywiście zielone, a nie ciemne, ale podobieństwo było uderzające.
Ludzie, którzy pamiętali go takim… na pewno Dumbledore… przecież połączyć fakty było bardzo prosto. Dlaczego wszyscy zdawali się przymykać oczy na oczywiste? Marvelian był synem Voldemorta… Czy wszyscy zapomnieli tą przystojną twarz, gdy przerodziła się ona w przerażającą woskową maskę z szkarłatnymi ślepiami płonącymi żądzą mordu? A może po prostu nie dopuszczali do siebie myśli, by … Czarny Pan brał udział w gwałtach, które były na porządku dziennym? Serce zakuło Marveliana na myśl o krzywdzie matki. Odrzucił od siebie zdjęcie, jakby parzyło.
Dopiero gdy wypuścił fotografię z rąk, zwrócił uwagę na coś jeszcze. Kim mogła być osoba robiąca zdjęcie, do której Voldemort posyłał pocałunek? Kto zdołał uchwycić moment, w którym bestia wyglądała po prostu jak zadowolony, zakochany chłopiec?
Rebecca – podpowiedział cichy, złośliwy głosik w jego umyśle. Minerwa wspominała, że bliźniaczki były niewiele młodsze od Czarnego Pana. Mogły też uczyć się w Hogwarcie w tamtym czasie. Nie mogła to być lady Voldemort. Wszystkie źródła donosiły, iż ta wiedźma musiała pochodzić zza granicy– inaczej ktoś by ją rozpoznał.
Marvelian wstał i ruszył do drzwi. Nie miał zamiaru odkładać książek ani zdjęcia. Chciał się stąd tylko wydostać. Pragnął, by Minerwa była w zamku. Jej obecność… była kojąca, a właśnie ukojenia potrzebował po całej tej nocy. Mocno zaciskał dłonie w pięści, pędząc po schodach na szczyt Wieży Astronomicznej. Może wiatr oczyściłby jego myśli?
Słońce już podniosło się nad jezioro. Ciepła bryza zwiastowała nieuniknione – lato. Dla Marveliana, koniec Hogwartu, początek jednej wielkiej niewiadomej. Na myśl o tym, że Lily najpewniej nie będzie na niego czekać, że znajdzie szczęście bez niego, choćby u boku tego aroganckiego Gryfona, Pottera, Marvelian czuł łzy napływające do oczu. Jeśli dodać do tego strach, że będzie musiał oszukiwać Severusa w dążeniu do pokonania własnego ojca, Marvelian trząsł się od szlochu.
Szybko jednak znieruchomiał i prędko otarł policzki, gdy usłyszał kroki na schodach. Odwrócił się z różdżką w dłoni. Nie opuścił jej, gdy na szczycie schodów pojawiła się znajoma sylwetka.
Albus Dumbledore wielu pierwszorocznym mógł kojarzyć się z ich wyobrażeniami o Merlinie. Jego długie włosy i broda były już bardziej białe niż kasztanowe. Okulary połówki skrywały migoczące, akwamarynowe oczy. Ekstrawaganckie szaty okrywały tyczkowatą sylwetkę czarodzieja. Łagodny uśmiech tylko utwierdzał w przekonaniu, że mag ten postępował zgodnie z szlachetnymi zasadami.
A jednak Marvelian nie umiał porzucić swojej wrodzonej niechęci to tego maga. Widział Dumbledore'a jako hipokrytę – ukrywającego się w Hogwarcie tchórza, który oszukiwał wszystkich, ukrywając swoją ogromną moc. Jeszcze jego enigmatyczna relacja z Minerwą… Marvelian nie ukrywał frustracji na swojej twarzy na widok dyrektora.
– Przychodzę w pokoju. – Dumbledore uniósł obie dłonie, a jego oczy zamigotały – jeśli podziwiać jakąś z cech tego maga, to na pewno jego nieustępliwość. Dyrektor przez siedem lat usiłował zaprzyjaźnić się z Marvelianem, ale ten konsekwetnie odmawiał porzucenia swojej nieprzychylności.
– W czym mogę pomóc, profesorze? – Marvelian nawet nie wysilał się, by jego głos brzmiał uprzejmie.
– Może to ja mógłbym pomóc tobie? – spytał łagodnie starszy mag.
– Nie sądzę. – Marvelian skrzyżował dłonie na piersi. Dumbledore uniósł brwi. Zazwyczaj, Marvelian dbał o to, by zachować uprzejmą atmosferę podczas ich rozmów.
– Coś cię gnębi, drogi chłopcze. Minerwy nie ma, ale zauważy to, gdy tylko wróci. Obaj nie chcemy jej martwić. – Dumbledore podszedł i usiadł na blance, bez cienia lęku przerzucając nogi na drugą stronę, jakby nie widział, że tam ziemia jest dopiero kilkadziesiąt metrów w dół.
– Co ją uczyniło czarownicą, jaką jest teraz? Profesor McGonagall? – Marvelian uznał, że w tym wypadku najlepszą taktyką będzie zmiana tematu.
– A jaką czarownicą jest teraz profesor McGonagall? – Dumbledore uśmiechnął się do wznoszącego słońca, jakby ono dzieliło się z nim jakimś sekretem.
– Potężną – odpowiedział bez wahania uczeń Slytherinu. Temu Dumbledore nie mógł zaprzeczyć.
– Jej decyzje. Nie pochodzenie, nie sploty wydarzeń, nie przeznaczenie. Jej wybory, kogo kochać, a kogo nienawidzić. – Dyrektor przymknął oczy, na jeden krótki moment pozwalając Marvelianowi ujrzeć jego magiczną sygnaturę… potężną, ale równocześnie znajomą, kojącą…
– Dlaczego nie zdecydowała się mnie nienawidzić? – Marvelian natychmiast pożałował tego, że wypowiedział to pytanie głośno.
– Bo jesteś do niej podobny – odpowiedział Dumbledore, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
Marvelian odruchowo sięgnął dłonią do twarzy. Wizualnie był podobny do Minerwy – też miał ciemne włosy i zielone oczy, chociaż rysy twarzy zupełnie inne. Kiedyś… lecz nie o to chodziło Albusowi.
– Ona jest lepsza ode mnie. Nie jest obciążona… tą ciemnością. – Marvelian przysunął się do blanki. Nie powinien tak szczerze rozmawiać z Dumbledore'm, ale potrzebował… ramienia, o które mógł się oprzeć.
– Minerwa ma w sobie równą ilość światła i mroku. Powołuje magię do życia i odbiera ją. Jest arcymistrzynią transmutacji – wykreowanie kolejnej maski dla świata nie stanowi dla niej problemu. Jeśli jednak chcesz poznać ją naprawdę, to nie powinieneś pytać dlaczego ona kogoś nienawidzi albo nie, tylko dlaczego kogoś kocha. – Albus położył dłoń na ramieniu Marveliana. To był moment, w którym Marvelian zrozumiał – Minerwa od samego początku zachęcała Albusa, by nie poddawał się w kwestii Marveliana. Ona wierzyła, że Dumbledore będzie mógł przyjąć na siebie rolę tego autorytetu, którego Marvelianowi zawsze brakowało, bo Assuarin nie spełniał oczekiwań chłopca.
– Dlaczego Minerwa kocha ciebie? – To już nie był czas i miejsce na uprzejme tytuły. Liczyła się odpowiedź.
– Bo jestem światłem, które zwalcza ciemność, usiłującą zawładnąć jej duszą. Bo kiedy nie może uciec od siebie, ucieka we mnie. Bo moja miłość chroni ją przed bólem. Bo jesteśmy związani, ona i ja. – Dumbledore uśmiechnął się z czułością, a jego oczy migotały szybko.
Może Marvelian w pełni nie rozumiał starszego czarodzieja, może byli zbyt różni, by zbudować relację, którą Minerwa chciałaby widzieć między nimi. Lecz tego dnia coś się zmieniło. Marvelian zrozumiał, że cokolwiek nadejdzie, nie będzie mógł zranić Dumbledore'a. Minerwa kochała Albusa. Ta informacja była kolejnym krokiem na drodze poznania jej.
Najważniejsze pytanie jednak wciąż pozostawało bez odpowiedzi:
Dlaczego Minerwa kochała jego samego, Marveliana?
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa narzuciła szlafrok na nagie ciało, wciąż jeszcze ciepłe od gorącej kąpieli, którą przed chwilą wzięła. Z lekkim niepokojem skierowała się do salonu, skąd dobiegał odgłos sowy skrobiącej w okno.
Niewielka i niepozorna sówka nie mogła przynieść dobrych wieści. Czarownica zaklęła, gdy już odszyfrowała zapisaną starożytnymi runami wiadomość. Co się wydarzyło, że Bellatriks chciała złożyć swój raport osobiście?
Minutę później Minerwa pod postacią czarnej gołębicy leciała ponad błoniami Hogwartu, by wylądować kawałek za bramą i teleportować się z miejsca do Ivylerton House. Czasu miała dziś rozpaczliwie mało. Wepchnęła tartanowy szlafrok do szafy w opuszczonym domostwie i wydobyła z kufra jedną z sukien lady Voldemort. Była to ciemnoczerwona, długa kreacja, z dekoltem w kształcie wąskiej litery ,,V" sięgającym do pępka. Połyskliwy roślinny wzór na materiale odznaczał się dopiero w ruchu, a wzrok przykuwały raczej półszlachetne kamienie w dużej ilości wszyte przy ramionach.
Wiele miesięcy upłynęło od momentu, w którym Minerwa wstępowała w transfiguracyjną formę lady Voldemort. W wyzywającej sukni i ciele, któremu brakowało wzrostu i gracji, czuła się bardzo nieswojo. Zanim na dobre przyzwyczaiła się do tej powłoki, ktoś zapukał w frontowe drzwi Ivylerton. Minerwa transmutowała jeszcze swoją różdżkę i przeczesawszy palcami, wciąż lekko wilgotne, ale szkarłatne włosy, ruszyła po schodach w dół.
Bellatriks przystanęła jak wryta, gdy drzwi się otworzyły. Jej oczy z podziwem lustrowały sylwetkę Czarnej Pani. Sama Minerwa ruszyła do salonu, szeleszcząc połami sukni, wiedząc, że śmierciożerczyni zawiesza wzrok na opiętych suknią biodrach. Wskazała pani Lestrange proste krzesło, a sama usiadła na wysokim fotelu, przypominającym tron.
– Jestem pod wrażeniem tego, że wciąż żyjesz, Bellatriks. – Minerwa rozpoczęła rozmowę, jednocześnie dokładnie przyglądając się siedzącej naprzeciw kobiecie. Bella nie wyglądała dobrze. Schudła, jej talia była bardziej zarysowana. Ciężkie powieki opadały, podkreślając ciemne cienie pod oczami. Kręcone sprężynki brązowych włosów wydawały się być suche i zniszczone. Na lewym policzku pyszniła się podłużna blizna, a na szyi malowały się purpurowe sińce, jakby ktoś niedawno próbował ją udusić.
– Niełatwo było przekonać Czarnego Pana, że jestem mu wierna ponad wszystko – odpowiedziała szczerze dawna Ślizgonka, krzyżując nogi. Jej postawa była napięta.
– Rudolfa przekonałaś łatwiej? – Minerwa uniosła brew. Była wobec Belli wyjątkowo okrutna – widziała to w sposobie w jakim kobieta otoczyła się ramionami, ignorując pytanie. Przecież już w momencie powoływania jej z powrotem było wiadomo, czego zażąda Rudolf od swojej… żony. Niemniej jednak Bellatriks to zniosła, krew Blacków w jej żyłach pozwoliła jej zacisnąć zęby i przetrwać.
Minerwa machnęła rubinową różdżką. Z ukrytego za rzędem książek sejfu do jej dłoni przylewitował zielony kamień. Bellatriks obserwowała z zaciekawieniem, jak lady Voldemort cicho mruczy transmutacyjne zaklęcie i kamień zmienia swój stan skupienia na płynny. Czarna Pani zamknęła zielony płyn w fiolce i podała ją śmierciożerczyni.
– To trucizna. Podaj ją Rudolfowi. Możesz ją dodać do tych eliksirów na niepłodność, które on bierze. Jeśli Czarny Pan rzeczywiście ci ufa, to nie oskarży cię o jego śmierć – przykazała Minerwa, z rozbawieniem obserwując rumieniec wkradający się na twarz Bellatriks, zdumionej tym, że lady Voldemort tak wiele wie o jej obecnym życiu.
– Czarny Pan nie lubi tracić wiernych sobie ludzi. Jak mam scementować jego zaufanie do mnie, by wycenił mnie na więcej niż Rudolfa? – Bellatriks oglądała fiolkę uważnie. Minerwa na moment zatonęła we wspomnieniach – ten zielony płyn kiedyś krążył w jej dziecięcych żyłach, a następnie został skrystalizowany przez krew Roweny i wypruty jej własną ręką. Rudolf umrze przez truciznę bazyliszka – szkoda że nie będzie wiedział, jakiego zaszczytu dostępuje.
– Aurorzy planują nalot na kryjówkę Rebeki i Reginy jutro z samego rana. Zjawisz się tam i uratujesz dziecko. To wyniesie cię ponad innych śmierciożerców, w tym twojego męża. – Minerwa mówiła beznamiętnie, bowiem wyczuwała ciekawość Bellatriks. Uczucia lady Voldemort względem kochanki i dziecka lorda Voldemorta – to mogło fascynować.
– Jest coś, co powinna pani wiedzieć, milady. – Bellatriks wierciła się na brzegu krzesła.
– Słucham. – Minerwa uniosła brwi. Marvelian ostatnio nie wyciągał za wiele z Severusa… o tym nie powinna myśleć, lepiej oszczędzać sobie bólu serca.
– Czarny Pan planuje atak na dzisiejszy ślub Pottera. Chce uderzyć w ten mugolski kościół, jako że rezydencja Potterów jest zbyt dobrze chroniona – zdradziła Bellatriks.
Minerwa otworzyła szeroko oczy. To komplikowało wszystko. I dlaczego o tym nie wiedziała?
– Kto ma tam być? – spytała starsza czarownica, chociaż Bellatriks musiała domyślić się poprzedniego pytania.
– Czarny Pan wysyła mnie i krąg najbardziej zaufanych – przypuszcza, że McGonagall i Dumbledore pojawią się na ślubie. Mamy zabijać… ale on prawdopodobnie nie wierzy, że wyjdziemy z tego żywi. Chce się pozbyć tych, którym nie ufa. Inni o tym nie wiedzą, żeby podkreślić, iż to niby my jesteśmy elitą, a poza tym młodzi ostatnio wypadli z łask – wyjaśniała Bellatriks, splatając palce. Bała się, jej strach był wyraźnie wyczuwalny.
Lady Voldemort już zaprzęgała do pracy rozległe zasoby swojego umysłu. Nie mogła na razie stracić Bellatriks. Jako Czarna Pani, potrzebowała madame Lestrange jako swojego szpiega. By mieć czas na zebranie myśli, spytała:
– Czemu młodzi wypadli z łask? – Przed jej oczami zamigotała na moment twarz Severusa, ale odepchnęła ten obraz.
– Bo Snape dostał rozkaz zdobycia jakieś przedmiotu, który znajdował się w Hogwarcie, w posiadaniu McGonagall. Kiedy jednak go przyniósł, okazało się, ze to doskonale transmutowana kopia. Czarny Pan wpadł w szał, bo Snape zdemaskował się przed McGonagall. Od tamtej pory Snape i jego grupka są na samym dole hierarchii – wyjaśniła Bellatriks. Minerwa uniosła kąciki ust – kiedy medalion z szyi Aragondy zniknął, miała potwierdzenie, że Voldemort pragnie stworzyć nowe horkruksy. Nie doceniła tylko Marveliana, który musiał podmienić medaliony i zabrać oryginał – który należał mu się, jako jego dziedzictwo po mieczu. Wydarzenie to tłumaczyło też dlaczego Severus nie miał ostatnio dla nich zbyt wielu informacji.
– Czarny Pan wciąż nie pojął, że McGonagall nie jest na tyle głupia, by wierzyć, że zaledwie jej obecność zapewni nowożeńcom nietykalność? Szlama, co ma być panną młodą to kardynał jej Gildii. Jest mało prawdopodobne, byście znaleźli kogokolwiek w tamtym kościele. – Minerwa miała ochotę krzyczeć z frustracji – czas uciekał jej przez palce – miała zaledwie godzinę na ostrzeżenie Lily i Jamesa, by przenieśli ślub do rezydencji Potterów.
– Lord Voldemort uwierzy, że ktoś z nas zdradził, milady. On… nie docenia McGonagall. – Bellatriks spuściła głowę – pewnie podejrzewała, że gniew Toma skupi się na niej.
– Dlatego musisz zmusić Rudolfa, by wybrał się za ciebie na tą misję. Twoja śmierć dzisiaj byłaby mi bardzo nie na rękę. – Minerwa wbiła w Bellatriks kalkulujące spojrzenie. Śmierciożerczyni na moment poderwała głowę z nadzieją, a potem spuściła ją, zarumieniona.
– Ale jak, milady? – wyszeptała.
– Powiedz mu, że zdarzył się cud i jesteś w ciąży. – Minerwa wzruszyła ramionami, gdy Bellatriks otworzyła szeroko oczy.
– Miiilady… – Dłonie młodszej kobiety drżały.
– Jeśli mój plan przebiegnie bez zarzutu, to za parę dni twój mąż i tak będzie martwy. Masz do powiedzenia coś jeszcze? – Minerwa wstała, niecierpliwie pieszcząc palcami rubiny na różdżce.
– Wierzy pani, że McGonagall zastawi pułapkę w kościele? – Bellatriks też się podniosła, zupełnie pobladła.
– Jeśli to zrobi, to Czarny Pan będzie miał pewność, że ktoś go zdradził, a ty albo Rudolf będziecie martwi. Nie, lady McGonagall nie pozwoli na kościelną ceremonię ze względów bezpieczeństwa, ale nie sądzę, by wykorzystała okazję do zastawienia na was pułapki – beznamiętnie ciągnęła Minerwa.
– Ja… postaram się pani nie zawieść, milady. – Bellatriks dygnęła dworsko.
– Do twarzy ci będzie we wdowim kirze. – Lady Voldemort machnęła różdżką.
Gdy tylko drzwi Ivylerton zamknęły się za Bellatriks, Minerwa wyczarowała tuzin swoich kocich patronusów i posłała je do kluczowych osób. Jeden do Lily i Jamesa, by jak najszybciej uprzedzili gości, że ceremonia odbędzie się u nich w domu. Jeden do Marveliana, by tego wieczoru obserwował kościół, ale nie ujawniał się. Kolejny do Franka, by zaatakował dom Carrowów z samego rana. Następne do Gildii, by byli czujni.
Mając tylko pół godziny na przygotowanie się do ślubu, Minerwa pognała do sypialni w Ivylerton. Większość sukni lady Voldemort nie było czymś, w czym mogłaby pokazać się Minerwa McGonagall. Minerwie udało się jednak wygrzebać prostą suknię z przewiewnego materiału, opiętą w talii i biuście, powyżej równej kreski dekoltu ozdobioną przezroczysto–koronkowymi wzorami. Suknia nie była nawet nieprzyzwoita, pomijając jedynie fakt, że materiał wykluczał nawet najdyskretniejszą bieliznę. Miała też długie rozcięcie, w pół uda – ale przynajmniej to dawało swobodę ruchów, zarówno w tańcu, jak i w walce. Leżała też lepiej na wysokiej i smukłej lady McGonagall, niż na niższej i bardziej zaokrąglonej Czarnej Pani. Minerwa podpięła pasma włosów z boków, by nie opadały jej na twarz i transmutowała kolor kreacji – z czerni na delikatny, pastelowy błękit.
Przeklinała wszystkie środki ostrożności – zarówno te w Ivylerton, jak i te w Hogwarcie – dostanie się do szkoły zajęło jej kolejny cenny kwadrans. Adrenalina kursowała szybko w jej żyłach, gdy wydyszała hasło do gabinetu Albusa i wpadła do środka. Natychmiast poczuła na sobie wzrok wszystkich poprzedników obecnego dyrektora.
– Albusie! – zawołała, ignorując przeciągły gwizd Phineasa Nigellusa.
– Lily przysłała patronusa, ślub odbędzie się w ich domu, bo mugolski kościół jest zbyt niebezpieczny. Rodzice Jamesa mają przechwycić mugolskich gości… moja droga? – Albus mówił, zbiegając po kręconych schodach ze swoich prywatnych apartamentów. Zatrzymał się dopiero, ujrzawszy ją.
– Nie mamy za wiele czasu – rzuciła, przywołując ciemnogranatowy płaszcz ze swojego apartamentu. Kiedy go zakładała, Albus wyjął z tajnej skrytki klejnoty Hogwartu – chciała zaprotestować, ale to zabrałoby cenne minuty. Pozwoliła, by założył na jej głowę tiarę z diamentów i ametystów, a uszy przyozdobił girlandowymi kolczykami. Musiała przyznać, że wyglądał bardzo przystojnie w fioletowo–błękitnych szatach – te kolory dobrze pasowały do prawie białej już brody i włosów.
– Będą wodzić za tobą wzrokiem – powiedziała, poprawiając butonierkę, w której miał miniaturowy bukiecik z lilii i konwalii.
– I mówi to bogini piękna i elegancji – odpowiedział, wyciągając do niej ramię.
Ogromny dom Potterów był pięknie oświetlony, a ścieżka prowadząca do drzwi ukrytych za imponującą kolumnadą została obsadzona kwitnącymi intensywnie liliowcami. Minerwa i Albus jednak maszerowali szybko, nie zatrzymując się, by podziwiać dom i otaczający go ogród. Do rozpoczęcia ceremonii zostało dziesięć minut.
W drzwiach powitał ich James. Niczym uradowane dziecko podbiegł do Minerwy, zarzucił jej ręce na szyję i ucałował oba policzki. Czarownica zesztywniała, Albus przez vinculum wyczuł jej dyskomfort i odchrząknął znacząco.
– Pani profesor! Zjawili się w kościele, tak jak pani ostrzegła! Mama i papa w ostatniej chwili zabrali rodziców Lily i jej mugolskie kuzynki – opowiadał James, mierzwiąc swoje nieposłuszne ciemnobrązowe włosy.
– Moglibyśmy się z nimi zobaczyć? – spytał Albus – Minerwa milczała, w duchu drżąc o Marveliana – musiała jednak wierzyć, że jej syn będzie ostrożny, że nie wmieszał się w tamto starcie.
James wprowadził ich do domu, przez imponujący korytarz do bocznej komnaty, gdzie zbierali się inni goście. Minerwa szybko znalazła Fleamonta – Albus odesłał Jamesa z drużbą, Syriuszem, by przygotowali się należycie.
– Przyznaję, miałam wątpliwości co do tej Gildii, pani profesor, ale Lily utraciłaby pół rodziny w dniu ślubu, gdyby nie Gildia i pani, milady. – Eufemia była dużo bardziej gadatliwa niż Fleamont. Minerwa zignorowała jednak jej paplaninę i zwróciła się bezpośrednio do głowy rodziny Potterów:
– Kto tam był i co się wydarzyło? – Zdjęła płaszcz – oczy Fleamonta otworzyły się szerzej na widok jej sukni. Eufemia uderzyła go łokciem pod żebra, więc odpowiedział:
– Przewodził im Rudolf Lestrange. Nie było ich wielu – pięciu udało się nam i aurorom oszołomić. Moody wysłał jakąś dywizję, gdy tylko Lily go ostrzegła. Sam Lestrange sypnął na nas i mugolską rodzinę Lily jakimś ciemnoczerwonym proszkiem, a potem uciekł. – Fleamont wzruszył ramionami.
Minerwa odetchnęła z ulgą. Nie dlatego, że Potterowie i mugole przeżyli – dlatego, że Bellatriks wypełniała plan. A co do rodziców pana młodego i rodziny panny młodej… Minerwa zmrużyła oczy i pociągnęła nosem. Cofnęła się o krok, gdy jej wyczulony węch wreszcie rozpoznał dziwny zapach otaczający stojącą przed nią parę. Albus położył dłoń na jej ramieniu, ale wiedziała, że zauważył jej niepokój.
Rozległ się gong i po prawej otwarto drzwi do sali balowej. Francuskie okna też były otwarte – bowiem sama ceremonia zaślubin miała odbyć się na tarasie, tonącym w kwiatach. Kiedy zmierzali na swoje miejsca, Albus spytał cicho Minerwę:
– Ciemnoczerwony proszek? Ich oczy są przekrwione. Co to mogło być?
Nie zamierzała go okłamywać w tej sprawie.
– Szpiedzy donosili, że Tom usiłuje wyizolować prątki Smoczej Ospy. Z tego co podpowiadają mi zmysły, zainfekowani nie zarażają. Ale rodzice Jamesa umrą w ciągu pół roku, mugole pewnie szybciej, w przeciągu miesiąca. – Ze wszystkich sił usiłowała zachować obojętność, szczególnie w odpowiedzi na szok na jego twarzy.
– Powinniśmy im powiedzieć? – Złapał ją za rękę i splótł jej palce ze swoimi.
– Nie. Nie psujmy tego ślubu. Nie możemy nic zrobić, a i tak dowiedzą się w przeciągu paru dni, kiedy wystąpią objawy. – Uścisnęła jego rękę i przechyliła głowę, gdy jej uszy wychwyciły pierwsze takty weselnego marsza.
Obrócili się wszyscy, gdy ojciec Lily, z mocno przekrwionymi oczami, wprowadził swoją córkę. Dziewczyna wyglądała przepięknie – jej suknia w kolorze kości słoniowej była wykonana z lekkiego tiulu, na którym naszyto lilie, śnieżnobiałym haftem. W płomiennorudych włosach błyszczała perłowa tiara, pasująca do perłowych zębów, które Lily ukazywała w szerokim, na wpół prawdziwym uśmiechu.
James promieniował dumą i radością. Był po uszy zakochany w tej czarownicy, która za parę minut miała zostać jego małżonką. Patrząc na niego, Minerwa nie mogła jednak przestać myśleć o Marvelianie, który powinien teraz być na miejscu Jamesa. Zamiast tego jej syn być może … usiłował zwalczyć infekującą organizm Smoczą Ospę… nie, rozkazała mu się nie wychylać… przysłałby wiadomość… tak bardzo się o niego martwiła!
– Ogłaszam was, mężem i żoną! – Wraz z tymi słowami z różdżek wszystkich wystrzeliły złotobiałe iskry. James pochylił się i pocałował Lily z pasją. Albus zaklaskał, Minerwa zmusiła się, by unieść kąciki ust w czymś, co miało być pełnym zadowolenia uśmiechem.
To było wspaniałe wesele. Wszyscy bawili się wyśmienicie, odbijając szczęście promieniujące z młodej pary. Szampan lał się strumieniami, stoły uginały się pod ciężarem jedzenia, kwiaty odurzały zapachem, muzyka ogłuszała wesołymi tonami. Wielu z obecnych pozwoliło sobie zapomnieć o tym wszystkim, co ich społeczność przeszła, o strachu, który towarzyszył im nieustannie, o groźbie powrotu trudnych czasów. Śmiech, radość, spełnienie. A przede wszystkim, nadzieja. Zaraźliwa, ale równie zdradliwa nadzieja.
Minerwa przetańczyła wiele tańców zanim udało jej się wymknąć niepostrzeżenie na taras. Inni mogli zapomnieć, mogli pozwolić sobie na nadzieję, na wiarę w to, że przyjdą czasy, kiedy będą wszyscy żyć bez lęku. Ona nie miała tego luksusu. Była wiedźmą zbudowaną z tajemnic i sekretów – trwoga, iż one kiedyś wyjdą na jaw, towarzyszyła jej nieustannie.
– Tu się skryłaś. – Ten głos czasami powracał w snach Minerwy – lecz w nich nakazywał jej przeć… zachęcał ją… by się nie poddawała… wreszcie triumfalnie informował o powodzeniu….
– Obserwowałaś mnie całe wesele – odpowiedziała Minerwa, odwracając się do Caroline Evans.
Mugolska położna bardzo się postarzała, a mocno przekrwione oczy sugerowały, że Smocza Ospa nie odpuści – sięgnie po życie Caroline szybko i boleśnie. Lecz na jej twarzy malowała się spokojna łagodność, może wpadająca w wdzięczność.
– Wierz mi, zapamiętałam cię bardzo dobrze. Zresztą, nie zapomina się twarzy ludzi, którym zawdzięcza się życie. – Caroline skłoniła głowę. Minerwa rozłożyła ręce – ta kobieta nie mogła pamiętać, że z nawiązką odpłaciła się za tamten incydent podczas wojny.
– Historia zatoczyła koło. Gdybym cię wtedy nie uratowała, nie miałabym przyjemności bawić się na weselu twojej córki. – Minerwa nie pierwszy raz zastanawiała się, czy to czysty przypadek, że Lily jest czarownicą, czy być może Caroline zaabsorbowała coś podczas nadzwyczajnych narodzin Therseusa… Zielonooka czarownica przymknęła oczy, gdy przypomniała sobie jak Caroline kołysała w ramionach niemowlę o kasztanowych włoskach oddziedziczonych po ojcu…
– Mamo! – Na balkon wbiegła roześmiana Lily, unosząc w dłoniach spódnicę sukni ślubnej, zatrzymała się jednak, widząc dziwny ból na twarzy Minerwy, która otworzyła oczy.
– Profesor McGonagall, wszystko w porządku? – Dziewczyna wodziła wzrokiem pomiędzy matką a czarownicą, którą widziała jako matczyną figurę podczas lat swojej nauki w Hogwarcie.
– Oczywiście, Lily. – Minerwa obserwowała, jak matka i córka wymieniają spojrzenia, a potem starsza mugolka odchodzi, zostawiając je same.
Milczały. Aż Minerwa drgnęła, wyczuwając subtelne załamanie magii w powietrzu. Dobyła różdżki i rozejrzała się, zamierając na widok srebrnej mgły, sunącej ku niej po ziemi. Lily westchnęła, gdy mgła zaczęła przybierać kształt… ciemnoszarej pantery. Patronus odezwał się głosem, na dźwięk którego obie kobiety wstrzymały oddechy:
– Petunia przybyła spóźniona pół godziny. Zmodyfikowałem jej pamięć i odstawiłem na Privet Drive. Jestem bezpieczny. Proszek mnie nie dosięgnął. Przekaż Lily, że życzę jej szczęścia.
Po twarzy Lily popłynęły łzy. Minerwa pozwoliła, by ciepłe uczucie ulgi rozlało się w jej klatce piersiowej. Marvelian był bezpieczny. Trzymał się z dala od Smoczej Ospy. Jej kochany syn… nie mogła go nie podziwiać za poświęcenie, na jakie się dziś zdobył, jak mimo wszystko potrafił wykazać się zimną krwią.
– Petunia to twoja siostra? – spytała Minerwa, by nieco ukryć jak bardzo pocieszyło ją pojawienie się tego patronusa.
– Tak. Dzięki niebiosom, że on jest bezpieczny – wyszeptała Lily.
Minerwa odwróciła się do dziewczyny. Zrozumienie uderzyło w nią z siłą kilku Drętwot. A tragizm tego wszystkiego prawie odebrał jej mowę.
To nie była katastrofa tylko dlatego, że Marvelian kochał Lily z całą mocą swojego serca. Nie, dramat wynikał z tego, że Lily kochała go równie mocno. Mówiły to łzy spływające po jej policzkach, potwierdziły to wreszcie słowa:
– Nie kocham Jamesa tak, jak on kocha mnie. Moje serce zawsze będzie należeć do … Marveliana. – Dziewczyna pokonała dzielące je kilka kroków. Minerwa objęła ją, pozwalając jej płakać w swoje ramię. Jakiś ułamek romantycznej natury, kibicującej zakochanym młodym, podpowiadał Minerwie, by zdradziła Lily, że Marvelian kocha ją. Lecz taktyk, strateg protestował – Lily nie mogła wiedzieć, bo to postawiłoby w ogromnym niebezpieczeństwie wszystkich. Poza tym, to nie była decyzja Minerwy, tylko Marveliana.
– Myślałam, że może… kiedy opuścimy Hogwart… ale on wybrał Severusa… pewnie myśli, że jest w stanie nawrócić Seva, przeciągnąć go na twoją stronę… albo po prostu kocha go mocniej niż mnie… jedno jego spojrzenie i zostawiłabym Jamesa… – szlochała Lily, przywierając do Minerwy, jakby od tego zależało jej życie.
W jakiś sposób, Lily przypominała Minerwie o Louie, co nie było dobre. Minerwa nie powinna traktować Lily jak córki, bo to mogło się wiązać z jeszcze większym bólem serca dla nich wszystkich. Dlatego starsza czarownica złapała pannę młodą za ramiona, odsunęła od siebie i ująwszy różdżkę, zaczęła mruczeć zaklęcia mające zatrzeć wszystkie oznaki płaczu: rozmazany makijaż, uciekające spod perłowej tiary włosy, zapuchnięte oczy, wreszcie plamę na delikatnym materiale swojej własnej sukni.
– Lily, opuściłaś Hogwart, ale pozostajesz kardynałem Gildii, bez względu na to, czy dla mnie jesteś panną Evans czy panią Potter. Weź się w garść – powiedziała Minerwa tonem zimnym, beznamiętnym.
– A co jeśli ja chciałabym być panią Zenaidov? – Lily odważnie zapytała, zaciskając pięści – nie wierząc, że los odmawia jej szczęścia i miłości.
– To nie ma znaczenia. Byłabym nikim, gdybym ciągle myślała tylko o tym, że chciałabym być panią Dumbledore. My, wiedźmy, jeśli jesteśmy zapamiętywane, to przez nasze imiona – jak Morgana, jak Kirke, jak Medea, a nie przez nazwiska mężów czy ojców. Przejdę do historii jako Minerwa, a do mojego imienia będą jedynie dodawać kolejne tytuły. A ty…czy zapiszesz się w dziejach jako Lily, czy też zatrzesz się w piaskach czasu jako pani Potter… to zależy od ciebie. – Minerwa na moment opuściła bariery ukrywające jej magiczną aurę i sygnaturę – stała przed Lily jako czarownica płonąca srebrzystym blaskiem, potężna, władna i pewna siebie.
– Minerwo? – Na tarasie zaraz pojawił się Albus. Wyczuł przez vinculum, że Minerwa na moment przestała ukrywać się pod maską profesor McGonagall.
– Jesteś winien mi taniec. – Minerwa przeczesała jaśniejącą dłonią na wpół rozpuszczone włosy i z gracją ruszyła w jego kierunku.
– Walc? – Albus przechylił głowę, nadsłuchując muzyki, którą grano w sali balowej.
– Nie. Raczej tango – odpowiedziała Minerwa, ujmując jego ramię. Miała lepszy słuch i znała takty muzyki lepiej, chociaż Albus był wyśmienitym tancerzem, bo uczył się od Perenelle.
– Zobaczą… – wymruczał Albus, ale Minerwa jedynie się uśmiechnęła.
– Niech patrzą. Będą mieli co opowiadać wnukom. – Mrugnęła do niego, kiedy weszli do sali balowej. Lily podążyła za nimi, mamrocząc:
– Tego nie mogę przegapić.
Pary wycofywały się z parkietu, zmęczone poprzednim tańcem, a poza tym tango nie było łatwe – Lily pokręciła głową, gdy wyraźnie pijany James zaproponował, by spróbowali. Ci, którzy zachowali jeszcze trzeźwość, wbili spojrzenia w Minerwę, promieniującą czystą mocą.
Albus i Minerwa zajęli pozycje na środku parkietu. Czarodziej przymknął oczy, wiedząc, że vinculum poprowadzi go, a Minerwa pójdzie za nim. Takty żywiołowego tanga popłynęły, a razem z nimi ich ciała. Tańczyli, zapominając się zupełnie. Zawsze kiedy pozwalali sobie na tak wiele, vinculum rozświetlało ich ciała, ich myśli, wreszcie ich serca. Lecz nigdy… nie zatracali się tak bardzo w obecności innych. Bo zapatrzeni w siebie, nie mogli sobie nawet wyobrażać, co widzieli świadkowie tego tańca, jak to wyglądało w ich oczach.
Gdyby więc ich zapytać… świadków, weselnych gości, na wpół zamroczonych alkoholem a na wpół oślepionych skrzeniem skóry Minerwy, odpowiedzieliby oni, że nigdy czegoś takiego nie widzieli, że był to moment, który będą cenić i wspominać do końca swoich dni. Przyznaliby, że brakuje im słów, by to należycie opisać. A jeśli ich zmusić, by znaleźli frazy i wyrazy, rzekliby, że to było jak oglądanie magii w najczystszej, nieujarzmionej postaci.
Minerwa i Albus byli tak płynni, jak jeden organizm. Ich ciała poruszały się tak szybko, że zdawali się płynąć w powietrzu, unosić się nad ziemią i wirować poprzez atmosferę duszną od liliowego aromatu. Dumbledore oszukiwał swój wiek, wyginając się z gibkością nieznajomą nawet chłopcom, a jego biała broda i włosy wraz z fioletowo–błękitnymi szatami zlewały się w kolorową plamę. Sposób, w jaki jego dłonie błądziły po ciele Minerwy, jak jego oczy migotały do niej, nie pozostawiał złudzeń, że kobieta w jego ramionach jest dla niego cenniejsza niż świat wierzył. Z kolei Minerwa porzuciła zahamowania – można było ujrzeć jak kaskada jej włosów prawie zamiata podłogę w imponującym odchyleniu, czarne loki utrzymywane jedynie przez tiarę migoczącą tak jak oczy czarodzieja, który trzymał Minerwę mocno i pewnie. Można było dostrzec jak długie nogi czarownicy poruszają się z rytmem, zbyt szybkim, by ktokolwiek bez kociej gracji mógł za nim nadążyć. To był piekielnie zmysłowy, intymny taniec pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy chociaż wiedzieli o sobie nawzajem więcej niż wiedział o nich świat, wciąż nie wiedzieli wszystkiego. Bo on był układanką, której rozwiązanie jej umykało. Ona była tajemnicą, którą odkrywał wciąż na nowo. Razem byli sekretem… byli tymi związanymi łańcuchem miłości, który dzisiaj, tej nocy, można było zauważyć, jeśli wiedziało się, jak go szukać.
Muzyka ucichła, a para tańczących zamarła, z twarzami zwróconymi ku publiczności. Ona sugestywnie opierała się całym ciężarem o niego, jej plecy mocno oparte o jego klatkę piersiową. Ich prawe dłonie splecione, ręce wyprostowane, zwrócone wysoko w prawo. Jego lewa ręka nieco powyżej jej talii– długie palce sięgały lewej piersi, co czuła doskonale przez delikatny materiał sukienki. Nogi mieli rozstawione szeroko – rozcięcie sukni odsłaniało jej łydkę i sporą cześć prawego uda. Jej obcasy sprawiały, że byli prawie tego samego wzrostu – ich twarze wystarczająco blisko, by Albus przyjacielsko pocałował ją w policzek.
Z ust Lily wydobył się jęk zawodu. To wyrwało pozostałych obserwujących z marazmu – w całej sali balowej rozbrzmiały oklaski. Minerwa i Albus zostali otoczeni przez Huncwotów, usiłujących dowiedzieć się, gdzie para profesorów nauczyła się tańczyć tak dobrze. Albus był cierpliwy, ale Minerwa pozostawała zbyt pobudzona – marzyła tylko o tym, by teleportować się z nim wprost do Hogwartu, gdzie mogliby…
– Musisz mieć bardzo niegrzeczne myśli, kotku – przekazał Albus, prawdopodobnie wyczuwając nagrzewające się podnieceniem vinculum.
– Jestem sfrustrowana, że twoje szaty i ta suknia nie pozwalają nam tańczyć tak, jak bym chciała – odpowiedziała, zręcznie i z determinacją sterując nim w stronę wyjścia.
Minęło jeszcze pół godziny, zanim udało im się wyrwać z domu, w którym już unosił się wyraźny zapach choroby, tłumiony tylko częściowo przez porozstawiane wszędzie wazony z liliami. Minerwa pozwoliła sobie na westchnienie ulgi, gdy szła obok Albusa ścieżką do granic posiadłości Potterów. Do rana było jeszcze sporo czasu…
Rano wiele rzeczy miało się wyklarować. Lily będzie w pełni żoną Jamesa. Frank zaatakuje Carrowów, u których chroniła się Rebecca i jej córka, Regina. Bellatriks uratuje dziecko i konsekwentnie awansuje w szeregach śmierciożerców. Małe porządki na szachownicy.
Kiedy wylądowali przed bramą Hogwartu, a nie w gabinecie dyrektora, Minerwa zrozumiała, że Albus, mimo wyczuwania i odwzajemniania jej pożądania, pragnie z nią porozmawiać o czymś ważnym. Odezwał się jednak dopiero gdy już znaleźli się za bramą, w uświęconym sanktuarium terenów Hogwartu.
– Rozkazałaś Lily wyjść za Jamesa? – To pytanie sprawiło, że Minerwa zatrzymała się i zmrużyła oczy ze złością.
– Skąd ta myśl? Może twój świat kręci się wokół mnie, ale nie jestem przyczyną wszystkiego! – Złożyła dłonie na biodrach.
– Min, umiem rozpoznać prawdziwą miłość. Lily nie kocha Jamesa. – Albus skrzyżował ręce na piersi, jakby wyczuwał ognistą dyskusję.
– Jeśli spojrzeć na twoje małżeństwo… – To był cios poniżej pasa, ale też Minerwa nie najlepiej panowała nad swoim temperamentem w tym momencie – wypity szampan, pobudzający zmysły taniec, adrenalina…
– Marvelian nie odwzajemnia jej uczuć? – Albus nie dał zbić się z tropu. Przecież on też obserwował tych ludzi przez siedem lat ich nauki w Hogwarcie.
– Zostaw to, Albusie. Oni są częścią Gildii, są pod moją jurysdykcją – zaznaczyła, jej głos jednak zdradzał zmęczenie i niechęć do poważniejszej kłótni.
– Ale martwisz się tym. Jesteś w stanie mi obiecać, że kiedy obudzę się rano, będziesz spokojnie spać w moich ramionach, a nie zamartwiać się Lily, Jamesem, Severusem i Marvelianem? Albo może tylko Marvelianem? – Albus podszedł do niej i położył ciepłe dłonie na koronce na jej ramionach.
– Marvelian jest synem Louie – odpowiedziała, uciekając wzrokiem.
– Pokochałaś go jak własne dziecko? – Ujął długimi palcami jej podbródek i westchnął, widząc jak mocno błyszczą jej oczy.
– Nie wiem, jak kochałabym własne dziecko. – Zacisnęła powieki – nie mogła pozwolić, by wziął jej ból za coś innego niż żal. To kłamstwo ledwie przeszło jej przez gardło.
– Och, Minerwo. – Zamknął ją w objęciach.
Wspięła się na palce i pocałowała go. Niemniej jednak dla nich obojga ten pocałunek miał gorzki smak. Albus bowiem czuł, że czas przecieka mu przez palce, a kobieta, którą kochał wymyka mu się z rąk, trawiona przez koszmary, których nie zdołali pochować za sobą. Minerwa czuła gorycz, bo z dwojga jej dzieci dorosło to, którego ojcem był potwór.
Byli przeklęci, wszyscy.
