1979 a

Severusowi z niecierpliwości i ekscytacji trzęsły się dłonie, gdy przekręcał klucz w obdrapanych drzwiach na poddaszu zdewastowanej kamienicy na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Marvelian otulił się mocniej płaszczem, usiłując stłumić mdłości. Poświęcał się już bardzo długo. Jego romans z Severusem nie przynosił Minerwie oczekiwanych korzyści. Snape nie wykorzystał swojej okazji. Jeśli Rebecca była prawą ręką Voldemorta, to Bellatriks awansowała na jego lewą, ratując Reginę, córkę Czarnego Pana z ataku Longbottoma na dom Carrowów. Severus i skupiona wokół niego grupka najmłodszych śmierciożerców byli jedynie mięsem armatnim… albo tak wydawało się Marvelianowi, chociaż Minerwa nie zgadzała się z nim w tej kwestii.

– To nie są żadne luksusy, ale czuj się swobodnie. – Severus uśmiechnął się do niego, wprowadzając go do obskurnego mieszkania. Była to kawalerska klitka – jeden pokój, z mikroskopijną łazienką i meblami, które lata świetności dawno miały za sobą, do tego stopnia, że po transmutowaniu ich w coś bardziej wyszukanego, rozpadłyby się. Kuchnię zamieniono w laboratorium do warzenia eliksirów. Marvelian wiedział, że przy porównaniu tego miejsca z gospodami, w których się spotykali, to miejsce wypada bardzo ubogo, ale Severus upierał się, by nie wydawali zbyt wielu galeonów. Marvelian nie mógł zaprosić kochanka do swojego służbowego mieszkania, zapewnionego dzięki stażowi w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów – bowiem Longbottom i Moody już wywęszyli, że Severus jest śmierciożercą.

– Napijesz się czegoś? Wina, piwa, whisky? – Severus poprawił swoje tłuste włosy i ruszył do szafki, która kiedyś musiała poważnie oberwać zaklęciem eksplodującym – przekrzywione drzwiczki wisiały smutno.

– Nie masz ciemnego Anuren, prawda? – spytał Marvelian, wspominając ulubione wino Assuarina… który pewnie w tym momencie był już kompletnie pokryty fizyczną manifestacją zabijającej go klątwy.

– To niemieckie? – Severus przekrzywił głowę.

– Rosyjskie. Kiedyś przyniosę ci butelkę. Dzisiaj wystarczy Ognista. – Marvelian przycupnął na szarej kanapie. Wiedział, że Severusowi nie wystarczy wiele, by szumiało mu w głowie, z kolei on sam wykazywał zdumiewającą odporność na whisky.

Stuknęli się szklankami. By zniwelować ciszę, Marvelian zapytał:

– Czarny Pan zlecił ci coś nowego? – Młody czarodziej starał się, by jego ton był kompletnie nonszalancki.

– Mam szpiegować Dumbledore'a. Ale dopiero od jutra, mamy więc mnóstwo czasu. – Severus przesunął się do Marveliana sugestywnie. Marvelian zignorował instynkt nakazujący odsunąć się.

– Musisz być ostrożny. Dumbledore może sprawia niegroźne wrażenie, ale nie powinno się go nie doceniać. – Marvelian położył dłoń na kolanie Severusa, udając troskę.

– Martwisz się o mnie, Velian? – Severus pochylił się, jego ciepły oddech połaskotał policzek Marveliana.

Tak samo jak niezliczoną ilość razy wcześniej, Marvelian zmusił się do pocałowania Severusa. Jakim cudem ciemnooki mężczyzna nadal nie zorientował się, że w tych pocałunkach nie ma ani drobiny prawdziwego uczucia, tego Marvelian nie rozumiał. Lecz rozmyślanie nad tym nie prowadziło do niczego dobrego. Pogłębiało frustrację i potęgowało szansę, że Severus jednak wyczuje odrazę Marveliana. Być może myślenie w tych momentach o Lily mogłoby pomóc, ale wyobrażanie sobie jej na miejscu Severusa, kiedy to natarczywe i dominujące usta pieściły jego wargi, było jak świętokradztwo.

– Ach, Velian…– Severus zaczął szybko obsypywać pocałunkami szyję Marveliana, jednocześnie sięgając do szat zielonookiego mężczyzny.

– Sev, powoli. – Marvelian wyplątał się z objęć czarodzieja, by odstawić pustą szklankę.

– Nie widzieliśmy się od tak dawna… martwiłem się… Czarny Pan wypytywał o kardynałów… – Severus oddychał szybko, na jego policzkach rumieńce. Marvelian zesztywniał:

– Voldemort pytał o kardynałów? Nowych? – Natychmiast przypomniał sobie jak Minerwa odmówiła mu informacji o tym, kogo powołała na stanowiska kardynalskie w ramach trzeciej generacji Gildii Szachów. Był pewien, że na miejsce Lily był to najstarszy z dzieci Weasley'ów, chyba Bill. A co do reszty, nie miał pojęcia.

– Nie, dzieci w Hogwarcie nie interesują go. Znów interesował się tobą i… szlamą Pottera. – Severus ostatnie dwa słowa wypluł jak przekleństwo. Marvelian nie pozwolił, by te obraźliwe określenie spowodowało jakikolwiek przebłysk emocji, chociaż wewnętrznie, miał ochotę rzucić na Severusa jakąś bolesną klątwę.

– Co mu powiedziałeś? – spytał z pozornie umiarkowanym zainteresowaniem.

– Że ty jesteś intensywnie chroniony przez McGonagall, a szlama pewnie ukryje się pod zaklęciem Fideliusa, jak już idiota Potter sprzeda dom po swoich rodzicach. Strażnikiem Tajemnicy prawdopodobnie zostanie któryś z Huncwotów. Bellatriks poleruje różdżkę na zdrajcę Blacka – odpowiedział Severus, nie kryjąc nienawiści w tonie. Marvelian wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem po małej przestrzeni – po pierwsze po to, by wprowadzić nieco dystansu miedzy sobą a Severusem, a po drugie po to, by móc pomyśleć w spokoju.

Potter, Black i Lupin poza byciem członkami Gildii wstąpili też do Zakonu. Dumbledore musiał polecić im zaklęcie Fideliusa. Dlaczego jednak Lily zdawała się na przyjaciół męża, kiedy powinna uczynić Minerwę albo Albusa Strażnikiem Tajemnicy? Postanowił, że zapyta o to Minerwę przy najbliższej okazji.

– Czarny Pan ukarał cię za to, że nie udało ci się mnie zwerbować? – Marvelian wbił w Severusa nieugięte spojrzenie.

– Kilka Cruciatusów. – Severus wzruszył ramionami, podkreślając, że to żadna cena.

– Przykro mi – rzekł automatycznie Marvelian.

Zapadła cisza. Severus pożądliwie lustrował wzrokiem wyprostowanego Marveliana, który tymczasem zastanawiał się, jak długo wytrzyma… kiedy czara goryczy się przeleje… bo przyjaźń Severusa już straciła na znaczeniu, gdyż teraz Marvelian zaczynał już nienawidzić tego mężczyzny, jego szczeniackiej miłości, jego pragnienia przypodobania się tym potężnym, u władzy.

Rozległ się przeraźliwy pisk. Marvelian zareagował instynktownie, ozdobiona granatami różdżka śmignęła, czerwony promień trafił dokładnie w … pokrytego ropiejącymi bąblami szczura.

– Avada Kedavra. – Severus jak od niechcenia machnął swoją różdżką, zabijając zwierzę. Marvelian zrobił krok w stronę zwierzęcia… natychmiast rozpoznając chorobę, której symptomem były ropiejące bąble na futrze zwierzęcia.

– Smocza Ospa – powiedział, unosząc pytająco brwi.

– Nie zarazisz się od niego, bo w przeciwieństwie do naturalnej Smoczej Ospy, organizm zainfekowany sztuczną nie produkuje prątków, jedynie pozwala się im rozwijać w sobie – wyjaśnił Severus, a kolejnym machnięciem różdżki usunął szczura. Marvelian zacisnął mocniej swoje palce na różdżce.

Kiedy ostatnio śledził Lily, płakała nad swoimi teściami, którzy zmarli właśnie na tą, sztuczną odmianę tej choroby.

– Istnieje lek na sztuczną Smoczą Ospę, czy tak jak na naturalną, infekcja oznacza wyrok śmierci? – spytał Marvelian, a chyba coś zdradził swoim głosem albo wyrazem twarzy, bo Severus podniósł się z kanapy.

– Jeszcze nie znalazłem szczepionki albo antidotum – wyszeptał Severus z determinacją, która zdradzała jego wiarę, w to, że to tylko kwestia czasu.

– Nie wynalazłeś… to ty wyizolowałeś sztuczne prątki… na rozkaz Voldemorta… – Marvelian cofnął się, gdy dotarło do niego z całą mocą, że to Severus stał za łzami Lily, to on pozbawił jej prawie całej rodziny…

Gniew zawrzał w Marvelianie. Przymykał oczy na to, ile śmierci Severus już miał na sumieniu, ignorował wyraźne sygnały, że Snape nie zawaha się przed niczym w swej służbie Czarnemu Panu, byle nie chodziło o samego Marveliana. Lecz to… opracowanie biologicznej broni, która o mały włos nie … przecież gdyby Minerwa nie zasugerowała w ostatnim momencie przeniesienia ślubu do domu Potterów… proszek Rudolfa mógłby trafić Lily…

– Wiedziałeś, że prątki Smoczej Ospy zostaną wykorzystane na ślubie Lily? – spytał Marvelian z powagą. Severus zmarszczył czoło, ale szybko zaprotestował:

– Nie wiedziałem nawet, że Czarny Pan planuje atak na tamten ślub! Wypadłem z łask, kiedy okazało się, że McGonagall podmieniła tamten medalion! – zawołał Severus, usiłując podejść do Marveliana, ale zatrzymał się, widząc jaśniejącą rękę ukochanego. Sam Marvelian miał ochotę wykrzyczeć, że to nie Minerwa podmieniła medalion, ale on sam, niemniej jednak zdradzenie tej informacji nie przysłużyłoby się nikomu.

– Miałem zaproszenie na tamten ślub, Sev – wysyczał Marvelian.

Mężczyzna, który znieruchomiał przed wyciągniętą różdżką Marveliana, teraz pobladł. Myśl o utracie Marveliana musiała być dla niego koszmarna – jednocześnie nie miał pojęcia, że ona właśnie stawała się rzeczywistością.

– Gdyby… nie sądziłem, że Czarny Pan powierzy prątki Rudolfowi! To nie miała być broń masowego rażenia… a gdyby… dzięki Merlinowi, że nie… ale znalazłbym antidotum – oświadczył Severus, patrząc na Marveliana z błaganiem.

– Naprawdę? Zdążyłbyś? Bo Slughorn i uzdrowiciele z św. Munga głowią się nad tym od roku i nadal nie mają satysfakcjonujących rezultatów! – warknął Marvelian. Pamiętał, że był strzęp nadziei, że antidotum zostanie znalezione zanim rodzice Pottera umrą… ich magiczna, czysta krew walczyła… rodzice Lily zmarli jako pierwsi… tak bardzo cierpiała… a Marvelian nie mógł jej pocieszyć.

– Velian… musiałem wrócić do łask Czarnego Pana. Uwierz mi, gdybyś tylko postanowił się do niego przyłączyć… on doceniłby cię. Nie byłbyś jego pionkiem, jak u McGonagall. Z twoją mocą, być może obiecałby ci nawet rękę swojej córki… – Severus rozmarzył się.

Marvelian poczuł żółć podchodzącą do gardła. Regina była jego siedmioletnią, przyrodnią siostrą! A dla McGonagall nie był pionkiem… tego był pewien. Severus nie miał prawa sugerować, że było inaczej… Severus zagrażał Lily… to był koniec.

– Nie potrzebuję płaszczyć się przed Voldemortem, zaprzedawać duszy diabłu, by czuć się kimś więcej, Severusie – powiedział twardo. Severus zmarszczył czoło, jego oczy rozbłysły niepokojem.

– Zaprzedałeś duszę McGonagall – oskarżył wreszcie Severus Marveliana, bo chyba nic innego nie przyszło mu do głowy, a wyczuwał, że traci grunt pod nogami.

– Ona przynajmniej ma całą duszę. A twój Czarny Pan? Powiedział ci, po co szukał medalionu Slytherina? Nie, bo dla niego jesteś nikim. – Marvelian bezlitośnie cedził słowa. Severus skrzywił się. To go ubodło.

– Z Czarnym Panem mógłbyś tyle osiągnąć… nie rozumiem, jak możesz odrzucać taką szansę. Tym bardziej, że Czarny Pan nie będzie cię ignorował wiecznie, a ja mogę nie być w stanie powstrzymać go przed zaatakowaniem cię. Byłbyś bezpieczniejszy, z nim. – Severus sięgnął ręką do dłoni Marveliana dzierżącej różdżkę, ale dawny prefekt Slytherinu zasyczał ostrzegawczo.

– Nie. Jeśli to jest moment, w którym musimy wybrać swoją drogę, to ja odmawiam podążania za lordem Voldemortem. Jeśli ty chcesz kontynuować swoją pełną sukcesów karierę śmierciożercy, to chyba musimy się rozstać. – Marvelian mówił lodowatym tonem, jednocześnie wiedząc, że Minerwa nie będzie zadowolona z tego obrotu spraw. Że być może dojdzie do wniosku, iż zraniony, odrzucony Severus jest zbyt niebezpieczny i lepiej będzie się go pozbyć… chyba że…

– Czarny Pan każe zdrajców bolesną śmiercią. A McGonagall nic by ci nie zrobiła, gdybyś postanowił odejść z Gildii. Jest przecież szlachetna. Velian, nie możemy się rozstać. – Severus złożył ręce, jakby chciał się modlić.

– Nie wierzysz, że bym cię obronił? Czy tobie zależy jedynie na potędze i prominentnym miejscu przy Voldemorcie? – Marvelian wiedział, że ta kłótnia właśnie przechodzi w starcie woli – który z nich będzie bardziej uparty, który postawi na swoim?

– Przecież nie o to chodzi! Ja chcę dla ciebie jak najlepiej! Dlaczego tego nie widzisz? Dlaczego nie chcesz być ze mną, kiedy razem, przy boku Czarnego Pana, czeka nas tyle możliwości? Nie kochasz mnie dość?! – Severus upadł na kolana, w jego ciemnych oczach pojawiły się łzy.

Tym razem Marvelian nie mógł zmusić się do skrywania odrazy na swojej twarzy. Zapłakany, błagający i przerażony Severus na kolanach wydawał mu się zupełnie żałosny. Ogarnął go wstyd, że przez rok był w stanie udawać miłość do tej skorumpowanej, skompromitowanej, odrażającej postaci.

– Musimy to zakończyć, Severusie. Jesteśmy trucizną dla siebie nawzajem. Obaj będziemy bezpieczniejsi, jeśli się rozstaniemy. – Marvelian ze wszystkich sił starał się utrzymywać spokój i opanowanie. Lecz ten gniew tam był. Bo Severus przyłożył rękę do cierpienia Lily.

– Zaczekaj, wyjaśnimy to… nie możesz mnie tak zostawić, przecież … ja… kocham cię! – Załkał Severus.

– Pracuj nad szczepionką. – Marvelian wycofał się do samych drzwi, nie ufając Severusowi na tyle, by odwrócić się do niego plecami w tym momencie.

– Marvelianie…stworzę ją dla ciebie. – Severus otarł policzki. Marvelian zmusił się do ciepłego uśmiechu, a potem wyszedł. Biegł po schodach kamienicy ile tchu w piersi, a gdy tylko wyszedł na zaciemnioną ulicę Śmiertelnego Nokturnu, teleportował się.

Krążył po całej Wielkiej Brytanii, bo Voldemort mógł nauczyć Severusa tropienia na podstawie szczątkowych śladów sygnatury pozostawianych przy teleportacji. Dopiero po dziesiątym zniknięciu pojawił się tam, gdzie przywiodło go serce.

Dom Potterów był imponujący, ale ogólnie majestatyczne wrażenie psuł znak z napisem ,,Na sprzedaż". Marvelian podszedł do bramy, przy której zainstalowano mugolski domofon. Nacisnął guzik.

– Kto tam? – Chociaż zniekształcony przez mugolskie urządzenie, to był głos, który Marvelian potrzebował usłyszeć.

– Kardynał Marvelian Zenaidov do Jej Eminencji Lily Potter. Błogosławieni czystego serca – powiedział w tajnym pozdrowieniu.

– Albowiem oni Boga oglądać będą – odpowiedziała, a zaraz potem brama otworzyła się.

Maszerował szybko. Ledwie odnotował, jak imponująco prezentuje się rodzinne gniazdo Potterów. W Slytherinie powtarzano plotki, że gdyby James ożenił się z dziewczyną, która wniosłaby solidne wiano, mógłby zatrzymać ten dom. Marvelian nawet nie próbował go porównywać ze swoim skromnym, służbowym mieszkaniem.

Lily czekała na niego w drzwiach. Kiedy zatrzymał się przed nią, aż zabrakło mu słów – wyglądała przepięknie – jej płomiennorude włosy rozpuszczone, a zielona sukienka podkreślała jej oczy – w kolorze sosnowych igieł. Nie mógł rzec, by promieniała, bo na jej twarzy malował się niepokój – to było ich pierwsze spotkanie, odkąd opuścili Hogwart.

– Wasza Świątobliwość? – Uniosła kąciki ust – to był ich dziecięcy żart. Kiedy zostali kardynałami, a widać było, że Minerwa widzi Marveliana raczej jako swojego papieża, Lily często droczyła się z nim, używając papieskich alegorii.

– Musimy porozmawiać. – Marvelian ujął jej wyciągniętą dłoń i złożył na niej pocałunek. Widział, że przymknęła oczy – czyżby ona…

– Chodź. – Złapała go za rękę i pociągnęła korytarzem pełnych portretów Potterów. Przeszli przez dwa wystawne salony i jadalnię, aż wreszcie znaleźli się w wysokim pomieszczeniu pełnym roślin. To była oranżeria – rosnące tu egzotyczne okazy musiały być marzeniem każdego pasjonującego się zielarstwem.

– Tutaj nie ma portretów, które mogłyby nas podsłuchać. – Lily zaprowadziła go do wygodnej kanapy, ponad którą pięły się mięsiste kłącza, obsypane krwistoczerwonymi kwiatuszkami.

– A Potter? – Marvelian nie mógł przemóc się, by użyć imienia jej męża.

– James wyruszył godzinę temu na parodniową misję Zakonu. – Przywołała tacę z herbatą i usiadła obok niego. Teraz już wiedział, skąd ten niepokój w niej.

– Ty nie wstąpiłaś do Zakonu – stwierdził, ale potaknęła, dodając:

– Zawsze uważałam moje związki z Gildią za silniejsze. Nie chciałam być jak Longbottom, wiecznie rozdarta między Dumbledore'm a McGonagall – odpowiedziała ze spokojem, chociaż jej dłoń nieco drżała, gdy nalewała herbaty do jego filiżanki.

– Słusznie. – Udał zainteresowanie otaczającymi ich roślinami. Samo patrzenie na nią wzmacniało pokusę, której nie mógł dzisiaj ulec.

– Velian, co się stało? Nie chodzi o Gildię, prawda? – Położyła dłoń na jego ramieniu. Przez całe jego ciało przeszedł ciepły dreszcz.

– Ja… Severus… musiałem go zostawić… Minerwa jeszcze nie wie… nie mogłem tego znosić już dłużej… – Odwrócił głowę, by nie widziała jak mocno błyszczą mu oczy, jak poczucie winy, niepokój i odraza do samego siebie konsumują go bez reszty.

– To nie jest koniec świata. Minerwa musi mieć inne źródła informacji w wewnętrznym kręgu Voldemorta. – Lily próbowała go pocieszyć, ale bardzo ostrożnie, wyłącznie logicznymi argumentami. Gdyby odwołała się do tych natury emocjonalnej… gdyby zapytała, co poróżniło Marveliana i Severusa, albo gdyby co gorsza dociekała, czy Marvelian naprawdę kochał przyjaciela ze Slytherinu…

– Lily… – Zadrżał, zaciskając powieki, nie będąc już w stanie ukrywać tego jak bardzo był rozdarty.

– Już dobrze. Minerwa zrozumie. – Lily przysunęła się do niego, odebrała mu filiżankę z drżących rąk i odstawiła na stolik.

– Tak. Tylko dlaczego? Dlaczego ona … dba o mnie, chociaż ma wszelkie powody, by mnie nienawidzić? Nie jestem dla niej bronią, narzędziem, marionetką… przeciwnie. Tak dobrze nie potrafiłaby tego zagrać nawet najlepsza aktorka. – Marvelian przełamał się i spojrzał na Lily, wprost i bez ogródek zajrzał w jej oczy, jakby tam mógł znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. Zachłysnął się, bo dostrzegł w nich to, co zawsze pragnął zobaczyć właśnie w tych tęczówkach o kolorze sosnowych igieł.

– Bo Minerwa cię ukształtowała. W ten sposób, że bardzo łatwo jest cię kochać – odpowiedziała cicho Lily, pochylając się ku niemu.

– Jeśli to był jej plan, żeby związać mnie z Severusem… – Marvelian potrząsnął głową. Minerwa nigdy nie rozkazała mu zaangażować się emocjonalnie w związek z Snape'm. To on nie widział innego wyjścia, wierzył, że jeśli Sev uwierzy w romantycznie odwzajemnioną miłość, plan Minerwy zostanie wypełniony.

– To mógł być jej plan, by Severus nie szukał zemsty właśnie w tym momencie – bo raz cię pokochawszy, nie można przestać – wyszeptała czarownica, sięgając dłonią do jego policzka. Jej dotyk był ciepły i delikatny – nie natarczywy i dominujący, jak z Severusem.

– Lecz jeśli Severus zacznie szukać zemsty … na tobie? – Marvelian nawet nie próbował już ukryć strachu, jaki nim wstrząsał na myśl o tym, jak śmierciożercy mogliby zranić Lily.

Ona tymczasem otworzyła szeroko oczy w autentycznym szoku. Zupełnie jakby wcale nie domyślała się, że on kocha ją od dawna, że robił to wszystko dla jej bezpieczeństwa, że zaprzedał swoją duszę Minerwie głównie dla niej, dla Lily.

– Dlaczego Severus miałby szukać zemsty na mnie, Marvelianie? – spytała z powagą. Miała rację, to należało powiedzieć głośno – jaki był sens ukrywania tego przed nią?

– Bo mógłby domyślić się, że to ciebie naprawdę kocham – rzekł, ani na moment nie odrywając wzroku od jej twarzy.

Gdy zamrugała, zobaczył łzy lśniące w jej oczach. Jego serce na moment rozświetliła nadzieja, że być może ona również… wciąż…

– Marvelianie… ja nigdy nie przestałam cię kochać. – Decyzja była jej. To ona pocałowała go – jej wargi na jego ustach lekkie jak muśnięcia piórkiem. Odpowiedział na ten pocałunek, ale nie pogłębiał go – delektował się nim. Chciał go zapamiętać w najdrobniejszych szczegółach, bo być może to było jedyne, na co mógł liczyć.

– Lily…– Westchnął, gdy przestał czuć jej ciepłe usta. Został jej zapach, a nadchodziła tęsknota.

– Nie. Minerwa wierzy, że to ty pokonasz Voldemorta. A to oznacza, że możemy nie mieć więcej okazji… nawet jeśli ja ze wszystkich sił będę walczyć o każdą chwilę w tobą. Zróbmy to. Proszę. Chcę mieć to wspomnienie. – Ujęła jego twarz w swoje dłonie, zdeterminowana i taka piękna…

Jak Marvelian miał się oprzeć, jak miał się opamiętać? Wśród roślin i kwiatów oranżerii, które przypominały Eden, jak miał pamiętać o zagrożeniu? W domu Pottera, pustym i opuszczonym przez gospodarza, dlaczego miałby o nim myśleć? Z Lily, oszałamiającą urodą, dodatkowo szczerze wciąż miłującą go? Chętną…przecież jej ciało było takie ciepłe, rozgrzane, gdy wodził palcami po jej nagiej skórze… nawet przez jego zziębnięte zazwyczaj kończyny przepływały gorące dreszcze…

Zielona sukienka, a pod nią, och, seledynowa bielizna. Te pocałunki, którymi go obsypywała. Płomiennorude włosy, jakby stworzone do przeczesywania palcami. Urocze piegi, na jej nieco zadartym nosie, które chciał wycałować, wszystkie. Krągłe i jędrne piersi, którym pragnął poświęcić maksimum uwagi. Odważne, gryfońskie dłonie, już wyplątujące go z szat. Długie i smukłe nogi, zaskakująco silne, gdy wskoczyła mu na kolana i oplotła go nimi w pasie. Jeśli do tego dodać promieniującą z niej miłość… Marvelian był zgubiony na dobre, ale wiedział, że czas na analizowanie i ocenę swojej pełnej poczytalności przyjdzie później. Na razie była tylko ta cudowna kobieta.

Kochali się wolno, ale namiętnie na kanapie w oranżerii. Długo, lecz ile czasu upłynęło zorientowali się dopiero, gdy kwiaty wokół nich zaczęły się zamykać, z nadchodzącym wieczorem. Rozmawiali mało, bo żadne z nich nie umiało ubrać w słowa tej sytuacji, w której się znaleźli. Oboje bali się, że któreś stwierdzi, że to pierwszy i ostatni raz, że są tysiące powodów, podług których nie powinni byli tego robić, a jeszcze więcej, że nie powinni tego kontynuować. Czyż naiwne nie było myślenie, że wzajemna miłość jest wystarczającym powodem?

Z ich dwójki, to Lily była córą Gryffindoru, to ona wreszcie zebrała legendarną odwagę, by spytać:

– Powtórzymy to? – Przynajmniej nie patrzyła na niego błagalnie, ale już sam fakt, że leżała naga w jego ramionach rozpraszał go, osłabiał jego zdolność logicznego rozpatrzenia całej sprawy.

– To nie będzie dla ciebie bezpieczne, Lils. – Był zbyt słaby na jej urok, by rozwinąć ten argument.

– Ale da mi choć odrobinę szczęścia, Velian. – Uścisnęła jego dłoń. Nie bała się. Oni, Gryfoni, umieli sięgać po swoje spełnienie. Nie zatrzymywali się, by myśleć o konsekwencjach.

– Jak nasz romans wpasowuje się w plany Minerwy, w twoje małżeństwo z Potterem, w moje odejście od Severusa? Tańczymy na krawędzi przepaści, kochana. – Mimo gorzkiego wydźwięku jego słów, objął jej talię mocniej lewą ręką.

– Tak, ale jeśli spadnę, to z tobą. Severus nie dowie się, podobnie jak James, bo będziemy ostrożni, a Minerwa… ją trzeba poinformować jak najszybciej. – Lily westchnęła. Jako kardynał Gildii, traktowanie Minerwy z czcią należną starożytnej bogini było dla niej chlebem powszednim, lecz też jako kardynał, Lily wiedziała, że Minerwa nie znosiła nowych niewiadomych w swoich planach, we wzorach, w jakie układała ludzkie losy.

– Ja to zrobię – zdecydował, a potem przyciągnął Lily do siebie. Tylko jej bliskość mogła dać mu siłę potrzebną do … stawienia czoła Minerwie.

Półtorej godziny później opuszczał rodzinny dom Potterów. Robiło się już ciemno, gdy teleportował się pod bramy Hogwartu. Co jednak zdumiewające, gabinet Minerwy był zamknięty, a w pokoju nauczycielskim powiedziano mu, że nauczycielka transmutacji opuściła zamek godzinę temu i nie podała, gdzie jej szukać. Dumbledore'a również nie było w szkole, ale on był na umówionym spotkaniu w ministerstwie.

Marvelian zmarszczył brwi. Musiało wydarzyć się coś istotnego, jeśli Minerwa zostawiła Hogwart. Bez niej i Dumbledore'a zamek wydawał się być dużo bardziej bezbronny. Z drugiej strony, gdyby chodziło o Voldemorta albo Gildię, zastępczyni dyrektora wysłałaby swojego patronusa. Postanowiwszy wysłać do niej sowę z prośbą o spotkanie, Marvelian wrócił do swojego mieszkania.

Zdjęcie zaklęć ochronnych zawsze trochę trwało. Tym bardziej, że dzisiaj umysł Marveliana dryfował – naturalnie wciąż w kierunku Lily. Dlatego dopiero gdy ruszył do maleńkiej kuchni, by przygotować coś do jedzenia, zauważył czekającą na parapecie wronę. Westchnął. Tylko matka używała wron do korespondencji i to odkąd ukończył Hogwart.

Nie widział się z matką od tamtego pamiętnego Bożego Narodzenia. Nie był gotów na spotkanie z nią twarzą w twarz. Podjął jednak próbę naprawy relacji, wysyłając do niej list, w którym stwierdził, że nie będzie poruszał z nią tematu swego ojca oraz że wciąż ją kocha i nie ma żalu, iż trzymała to przed nim w tajemnicy. Odpowiedziała wtedy listem pełnym miłości i w większości pustych frazesów. Marvelian podejrzewał, że nie wiedziała, ile zdradziła mu Minerwa.

Od tamtej pory regularnie korespondowali – on opowiadał jej o Hogwarcie, rzeczach, których się uczył, o nieistotnych banałach. Ona opisywała życie na Hebrydach, postępy klątwy Assuarina i dziecięcą magię Laurany. Dzisiejszy list był inny. Szyfrowany tak jak poprzednie, ale krótki. Prosiła, by wrócił do domu.

Księżyc był już wysoko na niebie, kiedy zapukał do drzwi chatki na Hebrydach. Nikt nie odpowiedział, Marvelian wyciągnął więc różdżkę i pełen złych przeczuć, wszedł do środka. W głównej izbie nie było nikogo, ale w sypialni paliło się światło.

– Marvelian? – Słaby męski głos powitał młodego czarodzieja.

– Assuarin. – Marvelian skinął głową, zszokowany. Jego ojczym leżał na łóżku, przykryty kołdrą, ale leżące na niej ręce były całkiem czarne, jakby przypalone, pokryte poparzeniami trzeciego stopnia. W dłoniach przypominających trzęsące się szpony Assuarin trzymał różdżkę. Przerażające było to, że czarna, fizyczna manifestacja klątwy już sięgała jego szyi, czyniąc głowę jedyną nieporażoną klątwą częścią ciała. Zmarszczki, szary odcień skóry i cienie pod oczami były jednak dowodem na to, że klątwa powodowała wiele bólu.

– Jesteś moim bratem? – W kącie siedziała dziewczynka o brązowych włosach i turkusowych oczach.

– Tak, Laurano. Gdzie jest mamusia? – Marvelian zmusił się do uśmiechu, chociaż Laurana zawsze napawała go dziwnym, trudnym do zidentyfikowania uczuciem. Pustką, obojętnością.

– Wyszła. Znowu. – Usta dziewczynki zadrżały, mocniej objęła pluszowego lwa, którym bawiła się wcześniej.

– Jest na wzgórzach. Spotyka się z kimś. Pewnie z Dumbledore'm albo tym, kto pociąga za sznurki naszego losu. Bądź delikatny, Marvelianie, bo ona nie czuje się ostatnio najlepiej. – Assuarin zmrużył oczy. W jego wypowiedzi przewijał się żal, smutek, niechęć, ale też czułość, niepewność i lęk. Zaniepokojony tym Marvelian pokiwał głową i wyszedł, nie oglądając się ani na ojczyma, ani na przyrodnią siostrę.

Wzgórza oddalone były od chatki o jakieś dwa kilometry i zawsze stanowiły dla Marveliana miejsce, które kojarzył z nieograniczoną wolnością i majestatem Szkocji. W wakacje spędzał tam mnóstwo czasu, leżąc na smaganych wiatrem, płaskich głazach, obserwując kołujące w powietrzu czarne hebrydzkie.

Młody mężczyzna zatrzymał się u stóp najwyższego z wzgórz, bowiem na jego szczycie naprzeciw siebie stały dwie kłócące się czarownice. Jego serce na moment przystanęło, gdy zorientował się, że zgięta w pół, skrzywiona z bólu kobieta to jego matka, Louie, zaś wyprostowana, wyniosła wiedźma, wokół której strzelały mikroskopijne wyładowania elektryczne, to Minerwa.

– Błagam… musisz mnie zrozumieć. – Głos Louie był cichy, łamiący serce. Marvelian ruszył w górę, chociaż instynkt nakazywał mu uciekać – nigdy nie widział Minerwy tak wściekłej.

– Zrozumieć? Naprawdę masz mnie za tak głupią, że uwierzę, iż ten bękart będzie kolejnym dzieckiem Assuarina? Poświęciłam lata na studiowanie klątw! Nawet, gdyby Assuarin był w stanie wzbudzić w tobie jakąś pasję, to na pewno nie jest zdolny do spłodzenia dziecka! – wrzasnęła Minerwa, wnosząc obie dłonie, jaśniejące srebrem. Marvelian wstrzymał oddech. Jeśli dobrze rozumiał słowa Minerwy… matka była zbyt skulona, by mógł ocenić rozmiar jej brzucha… ale jeśli była w ciąży… to ojcem dziecka nie mógł być Assuarin…

– Nie pozbędę się tego dziecka. Proszę cię tylko o pomoc. Odmówisz mi tego, po tym wszystkim co dla ciebie... aaaaach! – Louie upadła na kolana, co sprawiło, że Marvelian znów ruszył w górę. Zawahał się, słysząc lodowaty ton Minerwy:

– Nie waż się. Kto jest ojcem tego dziecka?

– Nie mogę ci powiedzieć.

Marvelian miał ochotę wrzeszczeć do matki, że popełnia błąd, że Minerwie nie odmawia się informacji. Nie zdążył jednak – pełne nienawiści słowa przecięły powietrze jak bicz:

– Dziwka. Jaka matka, taka córka.

Co zdumiewające, Louie zdołała się wyprostować i spojrzeć w oczy Minerwy, zanim rzekła, ze strachem, ale i z determinacją:

– Tak? Nie pomyślałaś może o tym, że mamy to po tobie?

Rozległ się symboliczny plask, bo Minerwa na ułamek sekundy znalazła się wystarczająco blisko Louie, by zdzielić ją w twarz z siłą, która posłała młodszą kobietę znów na kolana. Nie rozumiejąc nic w prowadzonej rozmowy, lecz jednocześnie nie mogąc znieść przemocy pomiędzy dwiema z trzech najważniejszych kobiet swojego życia, Marvelian podbiegł do Louie i dźwignął ją, protekcyjnie stając pomiędzy matką a Minerwą.

– Marvelianie… – Louie przywarła do jego ramienia – jej policzki były mokre od łez. Minerwa zmrużyła oczy.

– Jesteś w kolejnej ciąży, mamo? – spytał cicho Marvelian Louie, ale nie spuszczał oczu z jaśniejącej szmaragdowym blaskiem różdżki Minerwy.

– Tak. Marvelianie, przysięgnij, że gdyby… coś mi się stało… zaopiekujesz się tym dzieckiem i Lauraną. Nie pozwól, by wpadły w ręce … McGonagall. – Marvelian nie mógł znieść widoku roztrzęsionej matki. Lecz potrzebował też odpowiedzi.

– Kto jest ojcem? Voldemort? – Marvelian spojrzał w lodowate, szafirowe z strachu oczy matki.

– Nie. Ojciec dziecka nie jest stąd, więc jest równie przeklęty co ja. – Kiedy Louie rozchyliła usta w rozmarzonym uśmiechu, Marvelian dostrzegł coś, co go przeraziło – zalążki szaleństwa.

W oddali Minerwa wydała z siebie pełen gniewu i frustracji okrzyk, a potem zawyła:

– Ty głupia dziewczyno! Nie wystarczy już, że twoja matka naruszyła strukturę czasu?! Kim jest ten czarodziej?! – Potężna wiedźma chyba już kompletnie traciła kontrolę nad sobą.

– Jest tym dzieckiem, którego tutaj nigdy nie będziesz mieć! Jest synem twoim i Albusa! – wrzasnęła Louie.

Marvelian zareagował instynktownie, gdy ogromny ładunek niszczycielskiej energii pomknął w ich stronę – czarodziej pchnął matkę z powrotem na ziemię, ale atak rozmył się tuż przed nimi. Gdy uniósł głowę i zobaczył jakim blaskiem płonęły oczy Minerwy, zrozumiał, że ta czarownica nie mogłaby ich skrzywdzić… chociaż po słowach wypowiedzianych przez Louie miałaby do tego prawo.

– Athena i dawno martwa wiedźma są jedynymi, które przybyły z innych czasów. Zostałaś oszukana, bo moje dzieci z tamtej chronologii nie były dziećmi Albusa. Dlatego kluczowe jest, bym odnalazła tego maga… który cię okłamał, wykorzystał i skrzywdził. – Tak szybko jak poddawała się gniewowi, tak prędko teraz Minerwa zdawała się uspokajać. Sam Marvelian czuł, że głowa pęka mu od zagadek, z jego perspektywy, nierozwiązywalnych.

– On nie chce mieć z tobą nic wspólnego! I nie dziwię się, bo prawdopodobnie on jest jedynym dzieckiem Albusa, podczas gdy twoje kolejne dzieci… musiały już mieć za ojca… hmmm, wszechpotężna Minerwa McGonagall, znienawidzona przez pokolenia swoich potomków… może Voldemorta? – Louie odepchnęła od siebie Marveliana…co mógł widzieć jedynie jako samobójczy gest… bo różdżka Minerwy świsnęła zbyt szybko, żeby czarodziej zdołał zareagować…

Louie upadła ciężko na plecy.

– Mamo! – Marvelian rzucił się ku niej – leżała jak sparaliżowana. Jej oczy były szeroko otwarte, ale klatka piersiowa unosiła się. Minerwa nie zabiła Louie. A choć w jakiś sposób musiała skrzywdzić jego matkę… Marvelian czuł się dziwnie wyzuty z emocji względem leżącej na ziemi kobiety. Widział tylko jej nieco zaokrąglony brzuch… a poczucie zdrady, jakie spłynęło na niego kiedyś, przed narodzinami Laurany, teraz było silniejsze niż wcześniej.

Minerwa podeszła powoli, z wyciągniętą różdżką. Nie przypominała tej surowej nauczycielki transmutacji – wiatr zmuszał jej szaty do łopotu, włosy wymykały się z surowego koka, na policzkach malowały się szkarłatne rumieńce złości, usta miała zaciśnięte w wąską linię, a jej oczy zdawały się być zdolne do miotania błyskawic.

– I co teraz? Przy Petryfikusie Totalusie nie odpowie na twoje pytania! – Marvelian mimo wszystko wolał nie myśleć o alternatywie – bo gdyby Minerwa chciała zabić Louie, nie zdołałby jej powstrzymać.

Młody czarodziej zapomniał, że jego matka była bardzo silną czarownicą – zwykły Petrifikus Totalus nie mógł działać na nią długo. Otworzyła oczy i zapytała cicho:

– Minerwo? – Jej ton już pozbawiony złości, już tylko lęk i błaganie w szafirowych oczach pełnych łez.

– Śmiałaś o tym pomyśleć. Chociaż ja przygarnęłam cię, a jesteś córką ludzi, którzy zamienili moją młodość w piekło. Choć zaufałam ci z tym, co miałam najcenniejszego. Pomimo tego, że przywitałam twoją córkę na świecie. Kochałam cię jak własne dziecko… a ty byłaś gotowa mnie zdradzić. – Minerwa mówiła wolno, dobitnie, z smutkiem, od którego krajało się serce. Do Louie to nie trafiało:

– Nie będę o to pytać, zabiorę to podejrzenie do grobu, ale w zamian ty nie możesz szukać ojca mojego dziecka. – Louie dźwignęła się na nogi. Rzuciła tylko krótkie spojrzenie na Marveliana.

– Czy on wie, że jesteś w ciąży? – spytał mag, widząc kątem oka, że Minerwa jest zszokowana i rozpaczliwie usiłuje opanować na powrót swoją magię.

– Nie. Ale będę zmuszona mu powiedzieć, nie przejdę przez tą ciążę sama. – Louie wzruszyła ramionami.

– Nie chciałaś mu mówić, chciałaś go porzucić, by poczekać aż Assuarin umrze? – Marvelian wiedział, że jego słowa są szorstkie, ale to było bardzo logiczne wytłumaczenie.

– Nie chciałam ranić Assuarina i Laurany. Nie zasługują na to, bym ich porzuciła. – Louie odwróciła się na moment w kierunku chatki.

– Ja ci pomogę. Odbiorę poród, jeśli będzie trzeba. – Marvelian nie robił tego ani dla Assuarina, ani dla Laurany, chociaż ich sytuacja byłaby katastrofalna, gdyby matka postanowiła od nich odejść. Nie, Marvelian robił to ze względu na swoją relację z matką – owszem, zdradziła kolejny raz… z rozmysłem podejmowała same błędne decyzje… ale wciąż była jego matką, kochał ją. Tym bardziej, że po upojnie spędzonych godzinach z Lily, Marvelian miał już nieco inną perspektywę.

Louie spojrzała na niego z czystą miłością, a potem objęła go mocno. Ponad jej ramieniem Marvelian widział jak knykcie Minerwy bieleją na różdżce.

– Co… co on ci powiedział o … tamtej… mnie? – spytała cicho Minerwa, gdy Louie już wyplątała się z objęć Marveliana.

– Minerwo… – Louie potrząsnęła głową. Marvelian miał ochotę nią potrząsnąć. Po co te wszystkie sekrety?

– Idź do diabła. – Minerwa odwróciła się i ruszyła w dół zbocza. Marvelian spojrzał na matkę, która zagryzała wargi – była na krawędzi płaczu.

– Nie umiem jej kochać tak jak wcześniej. Klątwa przestaje działać – oznajmiła Louie, obserwując powoli oddalającą się kobietę.

– Zraniłaś ją. Chroniła cię przez całe życie… a ty odrzucasz to, podejmując kolejne ryzyko. – Marvelian nie mógł powstrzymać wymownego spojrzenia na brzuch matki.

– Możesz mi nie wierzyć, ale to jest tego warte. Chociaż pewnie moja matka mówiła to samo, będąc w ciąży ze mną. – Louie zamyśliła się.

– Twoja matka? – Marvelian wstrzymał oddech. Matka nigdy nie wspominała o swoich rodzicach. Assuarin wielokrotnie opowiadał o swoim dzieciństwie, ale Louie nie. Kiedy w Hogwarcie inne dzieci opowiadały o dziadkach, Marvelian milczał.

– Jestem córką Atheny Dumbledore i Gellerta Grindelwalda, Marvelianie. Jestem dzieckiem kobiety, która przybyła tu z przyszłości, by wiążąc się z Albusem, zniszczyć wszystko. Jestem dziedziczką człowieka, który miał na sumieniu miliony i prawie przeprowadził gwałt stelarny na Minerwie. – Chociaż to wszystko brzmiało zupełnie nieprawdopodobnie, nie można było mieć wątpliwości, że Louie mówi prawdę.

Marvelian zachwiał się – był wnukiem Grindelwalda i synem Voldemorta? Gdzie to go stawiało? Widział jak Minerwa oddala się coraz bardziej i nie umiał wyobrazić sobie, jak to możliwe, by go … nie nienawidziła. Przecież dług, jaki on i matka mieli wobec tej czarownicy…

– Biegnij za nią. Zapytaj ją o wszystko, co jest gotowa ci zdradzić. A cokolwiek ci powie, wiedz, iż to nie zmienia faktu, że bardzo cię kocham i że wciąż kocham ją. – Louie otarła łzy. Marvelian nie zatrzymał się, by ją objąć. Pobiegł za Minerwą. Do granicy obszaru wyłączonego z teleportacji miała już bardzo blisko. Dlatego biegł tak szybko, jak się dało.

Już, moment, trzask towarzyszący znikaniu, by pojawić się gdzieś indziej… ale Marvelian zdążył. Złapał ją za łokieć i jej magia pociągnęła ich oboje.

Jakimś cudem utrzymał się na nogach, gdy po wylądowaniu natychmiast ją puścił. Nie zwróciła na niego uwagi, tylko ruszyła ku imponującej bramie z kutego żelaza. Otworzył szeroko oczy, na widok stylizowanego ,,M" na szczycie bramy. Kiedy Minerwa zdejmowała niezliczone zaklęcia ochronne, on uświadamiał sobie, że stoi przed bramą rezydencji McGonagallów.

– Wchodzisz, czy nie? – Pytanie nie podszyte niczym, ociekające obojętnością. Ruszył ku wciąż zatrzaśniętej bramie, za wysoką czarownicą. Uśmiechnął się, gdy przeszła przez pręty jakby były powietrzem. Nie były, bo czuł wyraźne magiczne łaskotanie, gdy sam przez nie przenikał.

Uprzejmie odczekał, aż nałożyła zaklęcia z powrotem. Nie próbował podsłuchiwać, ale rozpoznał zaledwie ćwierć z rzucanych czarów – to musiało być najlepiej chronione miejsce w Szkocji, wyłączając Hogwart.

Czuł się jak w baśni. Było coś na wskroś magicznego w tym doskonale utrzymanym ogrodzie, w majestatycznej alei dębowo–lipowej, której drzewa były jak milczące olbrzymy. Równo przycięty trawnik i krzewy bez ani jednego zwiędłego kwiatu natychmiast wskazywały na dużą ilość skrzatów domowych albo skomplikowaną, ogrodniczą magię. A sama rezydencja… Marvelian inaczej ją sobie wyobrażał. Spodziewał się delikatnego, kobiecego pałacu, czegoś wyrafinowanego – a miał przed sobą surową i na pierwszy rzut oka toporną bryłę, chociaż dobrze dopasowaną do krajobrazu. Dopiero gdy znaleźli się bliżej, można było zauważyć szczegóły architektonicznych perełek.

Drzwi otworzyły się przed nimi, a statecznie wyglądająca skrzatka, ubrana w tartanową serwetę, zgięła się w ukłonie:

– Najjaśniejsza Pani, witamy w domu. – Skrzatka odebrała wierzchnią szatę od Minerwy, jednocześnie zerkając na Marveliana.

– Marvelianie, to jest Hortensja, zawiadująca skrzatami domowymi w rezydencji McGonagallów. Hortensjo, pan Zenaidov jest moim gościem. – Czarownica dokonała prezentacji. Marvelian skinął głową, kiedy skrzatka dygnęła i zniknęła.

– Zapraszam. – Minerwa poprowadziła go galerią pełną wyniosłych i milczących portretów. Były uszeregowane chronologicznie. Tuż przy wejściu były malowidła przedstawiające rycerzy w pełnych zbrojach i kobiety w średniowiecznych sukniach. Dalej byli już mężczyźni ubrani w rodzinny tartan – zmieniającą się modę można było zaobserwować raczej w sukniach czarownic. Uwiecznieni na portretach ludzie promieniowali władzą i pewnością siebie – wielu miało ciemne włosy i zielone oczy. Taki typ urody miał też mag na ostatnim portrecie, lecz nie można było powiedzieć, by był podobny do Marveliana – miał zupełnie inne rysy twarzy. Na obrazie nie przedstawiono jego żony.

– Powiedziano, że żaden malarz nie oddałby piękna mojej Clary – odezwał się namalowany mag. Marvelian cofnął się, przerażony, że pytanie było tak wyraźnie wypisane na jego twarzy.

– Moja matka była uważana za najpiękniejszą czarownicę swojego pokolenia. Jednak oprócz urody nie miała innych przymiotów. Wszystko zawdzięczam McGonagallom. – Minerwa zatrzymała się obok Marveliana, na jej twarzy dziwna melancholia.

– To jest … twój ojciec? Ambasador? – Marvelian miał mgliste wspomnienie plotek, powtarzanych w Slytherinie, iż ojciec nauczycielki transmutacji był cenionym dyplomatą, zamordowanym z żoną przez jakiegoś szaleńca.

– Tak. Lord Robert Harold McGonagall – oświadczyła, z dumą i czułością.

– Podoba mi się imię Harold – stwierdził Marvelian. Przez myśl mu przeszło, że mógłby nazwać tak swojego syna. Zaraz jednak skrzywił się – jego syn miałby w drzewie genealogicznym Grindelwalda i Voldemorta – jakie dziecko na to zasługiwało?

– Ma dobre, protekcyjne numerologiczno–runiczne konotacje. Litera H wiąże się z leczeniem, ochroną – Hogwart, Hogsmeade. Ale tak naprawdę, to moja babka miała dość oklepanych, szkockich Alisterów, Aidanów, Malcolmów i Duncanów. – Minerwa wskazała mu drzwi po lewej stronie.

Westchnął, gdy znalazł się w imponującej bibliotece. Regały z ciemnego drewna ciągnęły się od ziemi do sufitu piętro wyżej. To pomieszczenie w niczym nie ustępowało hogwardzkiej bibliotece, a wszechobecny tartan dodawał pomieszczeniu wyniosłej atmosfery.

– Przeczytałaś je wszystkie? – zapytał Marvelian, nie mogąc wyjść z podziwu.

– Żyję już dość długo – odpowiedziała, wskazując mu wygodną kanapę przy kominku. Zaskoczyła go, przywołując dwie miski z pożywną zupą – nie jadł od rana i w tym momencie był już naprawdę głodny.

Zupa, oprócz posilenia ich zmęczonych organizmów, miała też inne zadanie – była pożywką dla potrzebnej ciszy. Marvelian rozpamiętywał każde wypowiedziane słowo, każdą wyłapaną informację, wreszcie szokujące rewelacje jego matki. To składało się w całość – jeśli Louie rzeczywiście była córką Atheny i Grindelwalda, to McGonagall musiała mieć ją na oku od samego początku. O ile za początek można uznać przybycie do Hogwartu. Co działo się z matką wcześniej? Czy Louie została wychowana przez Athenę? Gdzie Athena była teraz? Dlaczego Minerwa… uczyniła Louie kardynałem… czy Voldemort z tego względu … czy szukał dziedzica z matką… ale …

Łyżka opadła do pustej miski, brzdęk jednoznacznie wskazywał na frustrację. Minerwa usunęła naczynia leniwym ruchem dłoni. Nie pierwszy raz Marvelian podziwiał jej zdolności w magii bez użycia różdżki.

– Masz wiele pytań. – Starsza czarownica rozpoczęła rozmowę.

– Opowiedz mi o mojej matce. Nic o niej nie wiem. – Marvelian czuł złość na samego siebie – nigdy nie pytał, bo nie chciał sprawiać matce bólu.

Opowieść McGonagall była zupełnie nieprawdopodobna, jak baśń, ale bez pewności, że wszystko skończy się dobrze. Najpierw Athena… potomkini McGonagallów w którymś pokoleniu, przybywająca z przyszłości, by wyjść za Albusa Dumbledore. Zniszczona struktura czasu, gdy nienawiść do wyobrażenia ,,Minerwy", pcha Athenę w ramiona Grindelwalda. Z tamtej rzeczywistości jest jeszcze dziwna wiedźma, której części osobowości przejmują Mordred i Morrigan, bliźnięta. Mordred zabija McGonagallów, ale ginie z ręki Theresy, babki Minerwy. Morrigan poprzysięga szkockiemu klanowi zemstę. Wojna rozpoczyna się na dobre, gdy Athena nie wystarcza Grindelwaldowi i on atakuje Theresę w Hogwarcie. Wojna nie oszczędza nikogo – Athena rodzi Louie, a ci, którzy o tym wiedzą, sądzą, że ojcem dziecka jest Dumbledore. McGonagall walczy, usiłując opóźnić marsz Grindelwalda na Londyn. Po przegranej bitwie wycofuje się do sanktuarium rezydencji. Athena zdradza swoje prawdziwe, szalone oblicze i nikt nie wie, co stało się z Louie. Grindelwald zostaje pokonany przez Dumbledore'a, lecz ujawnia swój długoletni romans z Atheną, co pozwala stwierdzić, że jest biologicznym ojcem Louie. Athena znika. Louie pojawia się ponownie kilka lat później, w mugolskim, katolickim sierocińcu. Minerwa i Albus rozpoznają w niej dziecko Atheny, ale sama dziewczynka nic nie pamięta. Dumbledore prosi Minerwę, by nie patrzyła na Louie przez pryzmat zbrodni jej rodziców. Louie niestrudzenie szuka kontaktu z Minerwą… rodzi się między nimi przyjaźń. Dziewczyna wciąż jest uczennicą, gdy Voldemort atakuje ją po raz pierwszy. Torturowana Cruciatusem przez lady Voldemort, odnosi poważne obrażenia, ratując Albusa, którego traktuje jak ojca. Później Minerwa odchodzi z Hogwartu, poróżniona z dyrektorem, Louie opuszcza zamek niedługo później. Wszyscy wierzą, że kardynał Gildii znalazła schronienie w rezydencji swojej mistrzyni, ale tak nie jest.

– Została zgwałcona przez Voldemorta. Jej ucieczka musiała być dramatyczna, inaczej nie spocząłby, póki by jej nie znalazł. A kiedy przybyła do ciebie, okazało się że jest w ciąży. Dałaś jej wszystko – wsparcie, schronienia w całej Europie… byle nikt nas nie odnalazł, żyliśmy na krawędzi sekretu. Mogliśmy wrócić dopiero gdy przyszedł czas, bym znalazł się w Hogwarcie. – Marvelian dokończył. Minerwa odwróciła głowę.

Gdzieś w oddali tykał zabytkowy zegar. Być może, gdyby Marvelian dostatecznie się skupił, usłyszałby szelest dawno minionych szeptów, rozmów, które toczyły się przez wieki w tym samym miejscu, pomiędzy kolejnymi pokoleniami szkockiego klanu…, którego w jakiś pokręcony sposób był częścią.

– Jestem twoim potomkiem. – Te słowa wypowiedziane głośno brzmiały absurdalnie. W swojej prostocie były jednak porażająco prawdziwe. Wiedziała o tym i ona, gdy potaknęła, patrząc mu w oczy – takie same jak jej własne… bo miał je po niej.

– Masz merlinowe wzory krwi, tak jak ja. – Minerwa odwróciła wzrok, by skupić go na trzymanej w palcach różdżce.

– Ale czy to czyni matkę i mnie twoimi dziedzicami? Bo ,,Minerwa McGonagall", której geny mamy w sobie, nie była tobą. Chyba że… to nie jest tak nieodwracalnie zniszczone, by się nie zapętlić. – Marvelian wiedział, że każde słowo z tej rozmowy jest trudne i bolesne dla nich obojga. Wstał i usiadł obok niej. W przypływie jakiejś dziwnej ,,protekcyjności" położył swoje dłonie na jej rękach.

– Nie wiem nic o tamtej Minerwie, by móc to stwierdzić… ale pogodziłam się z tym. – Czarownica westchnęła.

– Minerwo… przecież nie jest za późno. – Sam nie wiedział dokładnie na co. Na szczęście dla niej? Na jej spokój i satysfakcję? Na dzieci… które miałaby, gdyby…

– Nie. Nie jestem nią. Nie miałam szansy się nią stać i kiedy się o tym dowiedziałam, nie chciałam. Dopiero teraz… – Potrząsnęła głową, jakby karciła się za wyjątkowo głupią myśl.

– Chciałabyś go poznać. Syna tamtej Minerwy i tamtego Albusa, który uwiódł moją matkę. – Marvelian miał wrażenie, że jego żołądek skręca się z implikacji tego wszystkiego.

– On musiał ją oszukać. Nie mógł przybyć tu z Atheną, a później też nie, bo to nie jest już czas, do którego mógłby się cofnąć, tylko zupełnie nowa chronologia. – Gdzieś poza smutkiem tam wciąż był porażający intelekt, widzący czas jako szereg płaszczyzn, które Marvelianowi jawiły się jako nieogarnione.

– Czy… Grindelwald… czy to przez niego… nie masz … ach… – Marvelian jąkał się, bojąc się ubrać w słowa swój strach – ale matka wspominała o gwałcie stelarnym i on widział te blizny, te gwiazdy na jej skórze…

– Daruj sobie litość, bo wciąż jestem zdolna do posiadania potomstwa. Nie zdecydowałam się na nie z powodów, które powinieneś rozumieć, zważywszy na twoją reakcję na wieść o kolejnej…siostrze. – Minerwa gwałtownie zabrała swoje dłonie i odsunęła się na tyle, na ile pozwalała kanapa. Sprytnie przekręciła swoją wypowiedź, by odsunąć uwagę od siebie, ale on nie zamierzał tego tak zostawić – nie czuł względem niej litości. To mógł być jakiś rodzaj współczucia, ale ten wynikający bezpośrednio z miłości.

– To nie jest litość. Faktem jest, że twoje dziecko byłoby najpotężniejszym magiem naszej społeczności, co czyniłoby je pierwszym celem dla obojga z Czarnych Państwa i Atheny. Wiem, że dążysz do tego, by móc ostatecznie pokonać ich wszystkich, że twoim marzeniem jest świat, w którym nie musiałabyś się martwić bezpieczeństwem swoich ewentualnych dzieci i że masz ogromną nadzieję, iż kiedy już uda ci się to osiągnąć, nie będzie za późno. Ja zrobię wszystko, by ci pomóc, bo funkcjonując pod twoimi skrzydłami przez ostatnią dekadę, mogę jednoznacznie stwierdzić, że byłabyś cudowną matką. – Ta mała mowa kosztowała Marveliana wiele, a jednocześnie nigdy nie był z siebie bardziej dumny. Bo kiedy Minerwa spojrzała na niego, w jej oczach błyszczały łzy… prawdziwe łzy Minerwy McGonagall. One czyniły ją ludzką, one uzasadniały fakt, którego nie mógł już negować – kochał ją w sposób podobny do uczucia, jakim darzył matkę.

– Dziękuję – wyszeptała, zamrugawszy, pewnie usiłując zminimalizować błyszczenie oczu. W obliczu tylu tajemnic, które dziś przed nim odkryła, Marvelian nie mógł po prostu siedzieć i czekać aż ona na powrót zbuduje mur oddzielający ją od wszystkich. Przysunął się do niej i objął ją. Najpierw zesztywniała, ale potem położyła głowę na jego ramieniu. Zaskoczyło go, jak drobna teraz się wydawała – niczym zagubiona dziewczynka. Delikatnie przesuwał palcami po paśmie włosów, które wymknęły się z jej koka – nigdy nie widział jej tak bezbronnej, a przecież jeszcze parę godzin temu widział błyskawice kumulujące się wokół sylwetki Minerwy.

– Jeśli ten czarodziej spróbuje zbliżyć się do matki i dowiem się, kim jest i gdzie go szukać, to powiem ci – obiecał cicho czarodziej, wciąż jednak mając w pamięci determinację na twarzy matki, gdy odmówiła zdradzenia tożsamości człowieka, który… skradł jej serce? Czy który ją oszukał i wykorzystał?

– Naprawdę zamierzasz przejść przez to z nią? Przez ciążę, przez poród? To nie było dla niej proste przy Lauranie… a miała wsparcie Assuarina i … moje przy porodzie… teraz nie mam już nic, co mogłabym jej dać…– Minerwa uniosła głowę i ubrała w słowa kilka ważnych wątpliwości.

– Możesz jej wybaczyć. A ja … jest moją matką. Zrobię wszystko, co będzie trzeba. – Marvelian widział grymas, jaki jego słowa wywołały na twarzy starszej czarownicy.

– To może być trudne do ukrycia przed Severusem… – zaczęła, ale urwała, gdy Marvelian odsunął się nieco. W tym prostym geście pozyskania nieco dystansu dla jej nadchodzącego niezadowolenia, Marvelian odsłonił przed nią prawdę, że…

– Coś jest nie tak z Snape'm. – Jej przeszywające spojrzenie nie pozostawiało już mu pola manewru.

– Rozstaliśmy się. Nie w kompletnym gniewie, ale nie mogłem już ciągnąć tego dłużej. To Severus wyizolował prątki Smoczej Ospy, które ograbiły Lily z prawie całej rodziny – wyznał Marvelian, nieśmiało licząc na … chociaż trochę zrozumienia, nie kompletne potępienie.

– Ale to nie wszystko, prawda? – Jej ton był zaskakująco łagodny. A brak reakcji na te ujawnione rewelacje, te komplikacje… bardzo poważne, odkąd Severus awansował wśród śmierciożerców… to napełniło Marveliana nieprzyjemnym podejrzeniem. Minerwa musiała dawno wiedzieć o zaangażowaniu Snape'a w wyprodukowanie proszku sztucznej Smoczej Ospy. Co więcej, musiała od dawna zakładać, że wymuszony związek Marveliana i Severusa nie przetrwa próby czasu. Była mądrzejsza. Znała siłę prawdziwej miłości…w końcu wciąż tkwiła przy Albusie, który wielokrotnie podkreślał znaczenie takiego uczucia.

– Lily… nie potrafię … – Nie był w stanie dokończyć. Poza tym, przecież ona musiała go zrozumieć… dzisiaj też zachowywała się niezgodnie z wyznawanymi przez siebie zasadami. Minerwa dziś zniosła kolejną barierę, która wcześniej wydawała się Marvelianowi nienaruszalna.

– Marvelianie, bądź ostrożny. Zrobisz jak uważasz, ale Lily nie powinna wiedzieć o twoim pochodzeniu, o całej historii Louie, o zaburzonej chronologii. – Minerwa przesunęła dłonią po jego skroni, w geście, który potwierdził, że jego rozterki nie były dla niej tylko przeszkodą, problemem.

– We właściwym czasie, Lily byłaby szczęśliwa z Jamesem, prawda? Nie byłoby mojej matki, nie byłoby mnie… – Marvelian usiłował uśmiechnąć się, ale jak mogłoby być mu do śmiechu, kiedy dzisiaj odkrył, że sam jest czasoprzestrzenną anomalią?

– Albus wierzy, że byłby martwy. Właśnie wszedł na teren rezydencji. Musiało wydarzyć się coś ważnego, inaczej nie szukałby mnie tutaj osobiście. – Minerwa wstała i uniosła różdżkę. Marvelian obserwował, jak kilkoma subtelnymi machnięciami poprawia swoje włosy i szaty, a jednocześnie mag analizował jej słowa.

Zatem Dumbledore wierzył, że w tamtej innej chronologii zaznał nieco szczęścia z Minerwą, ale potem… zginął, umarł, może został zamordowany i ona… ruszyła dalej, naprzód, aż znalazła kogoś, z kim założyła rodzinę, a z unii tej wywodziła się Athena. Tak, Marvelian już dostrzegał, że to rozumowanie mogło martwić Minerwę. To mogła mieć na myśli też jego matka. Niemniej jednak zasugerowanie, że ,,tamta" Minerwa mogła założyć rodzinę z lordem Voldemortem… to był cios poniżej pasa, którego Marvelian wciąż nie wybaczył matce. Skupił się jednak na tym, co nadal go prześladowało:

– Nie masz mi za złe tej sytuacji z Lily i Severusem? – Wiedział, że mają jeszcze kilka minut, zanim Dumbledore wejdzie do rezydencji.

Minerwa nałożyła na nos okulary i przywołała książkę, zapewne dla zachowania pozorów. Gdy zerknęła na Marveliana zza prostokątnych szkieł, był prawie pewien, że widział w jej szmaragdowych oczach czułość:

– Nie. McGonagallowie wpajali swoim dzieciom, że rodzina jest najważniejsza. W jakiś pokrętny sposób jesteś moją rodziną, więc jeśli Lily złamie ci serce, to niech Merlin trzyma ją z dala od mojej różdżki. – Czarownica posłała mu pełny, prawdziwy uśmiech.

Marvelian odpowiedział tym samym, jednocześnie rozkoszując się tym rzadkim zaszczytem – bo ilu mogło w ciągu jednego dnia widzieć Minerwę McGonagall rozgniewaną, załamaną, zasmuconą, radosną i roześmianą?