1979 b
Albus otulił się mocniej płaszczem, krocząc pustą główną ulicą Hogsmeade. Było już ciemno – sowy pohukiwały, w tę i z powrotem nosząc listy wszelakiej treści. Zawsze widząc sowę, Albus zastanawiał się, co może być napisane w niesionym przez nią liście. Czy to było podanie o pracę? Biznesowe notatki? Tajne plany sił ciemności? Matczyne zapytanie? A może miłosne wyznanie?
Zatrzymał się na środku ulicy, gdy wyczuł gniew i złość Minerwy przez vinculum. Po tylu latach, gdy jej bariery w tej materii bywały nadwyrężone, Albus już nauczył się rozpoznawać jej emocje. To było dla nich obojga bardzo ważne – wcześniej kiedy tylko Albus wyczuwał cokolwiek przez łańcuch miłości, martwił się i najchętniej porzuciłby wszystko, by pędzić jej na pomoc, nawet jeśli nie tego potrzebowała. Dzisiaj posłał jej tylko kojącą dawkę absolutnej miłości i ruszył dalej, zastanawiając się, co mogło tak wyprowadzić ją z równowagi.
Bezceremonialnie wmaszerował do gospody brata. Jego relacje z Aberforthem nigdy nie były dobre, ale Abe był wiernym członkiem Zakonu Feniksa i na tym gruncie budowali większość swoich interakcji. Wracanie do ich braterskich więzów, do tragedii Ariany, do błędu Atheny, do Gellerta… nie mogłoby przynieść nic dobrego, a było wciąż bardzo bolesne dla nich obu.
– Profesorze Dumbledore. – Aberforth wypluł pozdrowienie jak obelgę. Albus podszedł do baru. Sowa brata zawiadamiała go, że kandydatka na nauczycielkę wróżbiarstwa przybyła i chce się z nim zobaczyć. Tego oczekiwał, ale kilka godzin wcześniej. Ogromne spóźnienie nie świadczyło dobrze o owej wiedźmie – o tej porze mogła już darować sobie ściąganie go z zamku i przełożyć rozmowę kwalifikacyjną na jutro.
– Jest późno. Powinieneś się inaczej ubrać. Ci obdrapańcy w kącie jutro rozpowiedzą dziennikarskim hienom, że masz kochankę – burknął Aberforth, wycierając brudną szklankę.
– A Prorok wykorzysta to, by przypomnieć wszystkim, że wciąż jestem żonaty z bestią. – Albus zwiesił głowę – ten mechanizm działania prasy znał od dawna. Ilekroć widziano go z jakąś kobietą poza tymi pracującymi w Hogwarcie, rozpisywano się o jego nieszczęśliwym małżeństwie.
– Lady McGonagall poprzez Gildię ma jakiś rodzaj kontroli nad prasą. Dlaczego nie poprosisz jej, by wpłynęła na nich, żeby przestali cię oczerniać? Przecież jesteście bardzo blisko… – Lodowaty głos został szybko uciszony niewerbalnym zaklęciem. Albus zmrużył oczy i rzekł:
– Gdzie jest pani Trelawney?
Wciąż niezdolny do mówienia Aberforth uniósł trzy palce. Albus skinął głową i ruszył po schodach na piętro, gdzie były pokoje z nieparzystymi numerami. Pokręcił głową z niesmakiem na widok obdrapanej tapety na korytarzu i niedomytej podłodze – wielokrotnie proponował bratu wsparcie pieniężne albo chociaż przysłanie jakiegoś skrzata domowego do pomocy, ale Aberforth kategorycznie odmawiał.
Zapukał uprzejmie do drzwi z numerem trzy. Gdy te zostały otwarte z przeraźliwym skrzypieniem, Albus już był pewien, że nie zatrudni w Hogwarcie tej kobiety.
Nie uważał się za czarodzieja, który oceniał po wyglądzie, albo dawał się zwieść pozorom. Nie chodziło wcale o dziesiątki kolorowych chust, które tworzyły odzienie tej niskiej kobiety, przygniatając ją. Nie była to kwestia jej dziwnie otępiałego wyrazu twarzy, potęgowanego przez okulary upodabniające ją do wielkiej ważki. Problem stanowiła prawie niewyczuwalna magiczna sygnatura kobiety – to, co Albus widział z jej aury nie było ukryte, nie mogła więc tego fabrykować. Zatem… była prawie charłakiem.
Albus nie był już tym chłopcem, który odrzucał mugoli i magów pozbawionych przez los magicznej mocy. Przeciwnie, wiele z jego filantropijnych działań było skupionych na pomocy charłakom w wpasowaniu się w którąś ze społeczności. Lecz w kwestii Hogwartu… nauczyciele musieli mieć magiczne umiejętności. Celem Albusa było zgromadzenie w szkole nie tylko mistrzów swoich dziedzin, ale uniwersalnie uzdolnionych magów, którzy byliby gotowi bronić uczniów w razie czego.
– Sybilla Trelawney? Jestem Albus Dumbledore. – Wyciągnął do niej dłoń. Mimo wszystko, uprzejmość nakazywała ją wysłuchać.
– Oczywiście, proszę – odpowiedziała głosem, który przypominał skrzypienie pióra.
Rozmowa kwalifikacyjna trwała jakąś godzinę i utwierdziła Albusa w przekonaniu, że zatrudnienie tej kobiety byłoby błędem. Jej wiedza o wróżbiarstwie sprowadzała się do śmiesznych technik wróżenia z fusów, obserwowania kryształowej kuli i prowadzenia dziennika snów. Albus do tej wybuchowej mieszanki bzdur potrzebował jedynie mugolskich kart i horoskopów. Sam nigdy nie zbywał wróżbiarstwa w ten sam sposób co Minerwa, która wykreśliłaby je z programu nauczania. Albus wierzył, że wróżbiarstwo powinno być postrzegane tak, jak czynią to centaury.
Zapytał więc o to Sybillę, a ona nazwymyślała go, uważając centaury za istoty gorsze od czarodziejów (,,chabety" jak to określiła). W tym momencie nie miał już wątpliwości. By nieco rozluźnić atmosferę przed rozczarowaniem jej, spytał o jej sławną babkę, jasnowidzącą Kassandrę. Rozmowa przedłużyła się o kolejny kwadrans, a Albus zyskał tylko kolejne dowody na to, że Sybilla jest oszustką.
Już miał jej powiedzieć, że niestety nie zostanie nową nauczycielką wróżbiarstwa, gdy wyraz twarzy kobiety diametralnie się zmienił. Jej rozbiegane oczy znieruchomiały i zrobiły się szkliste, a dłonie zastygły w górze, w przerwanej gestykulacji. Kiedy się odezwała, jej głos był chrapliwy:
– ,, Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...Zrodzony z tej, która nosi dwie dusze. A przybędzie, gdy córka położnej tego świata powije dziecko, mające odwrócić losy trzeciego z magicznych światów. A choć Czarny Pan naznaczył noszącą dwie dusze jako równą sobie, ona ma moc, jakiej Czarny Pan nie zna...Kaledońska lwica musi zginąć z ręki z nią związanego, bo ona nie może żyć, więc i związany nie przeżyje...Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana przybędzie, zrodzony z tej, której duszę rozszczepiła niszcząca czas.''
Albus otworzył szeroko oczy. To była przepowiednia. Prawdziwa, bo nosiła wszystkie symptomy… Albus już kiedyś był świadkiem profetycznego transu, w wykonaniu profesor Vatblasky. Zaraz jednak skupił się na samych słowach… ten, który pokona Voldemorta… zrodzony z tej, która nosi dwie dusze…
Dwie dusze… rozszczepione przez niszczącą czas…
– Nosząca dwie dusze… to Louie? Sybillo, czy nosząca dwie dusze to Ludwika, Luiza… córka Atheny? – Złapał czarownicę za ramiona i potrząsnął nią, ale ona patrzyła na niego ze zdumieniem i niezrozumieniem, a okulary prawie zsunęły się z jej nosa kiedy… rozległo się skrzypienie…
Przeciąg otworzył uchylone drzwi, ukazując bladą twarz Severusa Snape'a, który wcześniej musiał przyciskać ucho do drewna…
Zanim Albus porwał różdżkę, zanim rzucił się ku drzwiom, wołając niedawnego ucznia Hogwartu… Severus uciekł… z potencjalnie niebezpieczną wiedzą…
Kaledońska lwica… musi zginąć z ręki z nią związanego…
Kaledonia. Szkocja. Lwica. Gryffindor. Związany. Vinculum. MINERWA.
Albus wiedział, że nie ma czasu do stracenia. Musiał jej to powtórzyć, musiał jej to przekazać… Snape był w Gildii, był przyjacielem Marveliana, może można było go powstrzymać, przed powtórzeniem tego Voldemortowi… bo Severus był również śmierciożercą.
– To mam tę pracę? – Ktoś pociągnął go za rękaw szaty.
Sybilla Trelawney wygłosiła przepowiednię dotyczącą upadku Voldemorta… to stawiało ją w ogromnym niebezpieczeństwie. Albus nie mógł po prostu pozwolić jej odejść. Było jasne, że w szkole nie będzie miał z niej większego pożytku, ale Hogwart był teraz dla niej najbezpieczniejszym miejscem.
– Tak. Może poszlibyśmy tam od razu? Pokazałbym pani apartamenty… są gotowe do zamieszkania i dużo lepsze niż ten pokoik… – Albus wyciągnął do Sybilli rękę z dobrodusznym uśmiechem, choć wewnętrznie gotował się z niecierpliwości.
Na szczęście Trelawney zgodziła się i już kilka minut później Albus eskortował ją do zamku. Gdy wychodził, Aberforth wyganiał pijanych magów – prawdopodobnie oni też byli przyczyną tego, że jego brat przepuścił na górę Severusa…
Czarownica, która z miejsca dostała tytuł profesor Trelawney była zachwycona apartamentem w północnej wieży. Przydzieliwszy jej skrzata domowego, Albus pozostawił ją, by się urządziła, a sam popędził do wieży Gryffindoru. Jako dyrektor, wiedział, że Minerwy nie ma w zamku, ale liczył, że portret Theresy podpowie mu, czy szukać jej w rezydencji.
Theresa potwierdziła, że Minerwa jest w szkockim gnieździe McGonagallów. Zostawiwszy Filiusowi list, by zadbał o zamek podczas ich nieobecności, Albus teleportował się pod bramę rezydencji. Zaklęcia były tak dopasowane do jego magicznej sygnatury, że nie odrzuciły go jako wroga, jedynie powiadomiły gospodynię o jego przybyciu. Kilka minut później brama zamigotała, sygnalizując otwarcie.
Maszerując w kierunku imponującego budynku, Albus usiłował sobie przypomnieć, kiedy był tu po raz ostatni. Choć wiele z jego własnej magii zostało wplecione w rezydencję podczas odbudowy po wojnie w Grindelwaldem, Minerwa nie zapraszała go tu często. W jakiś sposób milcząco ustalili, że jej rodzinny dom jest nienaruszalnym, świętym terytorium.
Drzwi otworzyły się przed nim, skrzat domowy odebrał jego płaszcz. Albus instynktownie skierował się ku bibliotece, po drodze z szacunkiem kłaniając się portretowi Roberta. Gdy wszedł do znajomego pomieszczenia pełnego książek, zamarł na moment.
Na jednej z kanap siedziała Minerwa – na pierwszy rzut oka jak zwykle nieporuszona – włosy w koku, książka w dłoniach, okulary na nosie… ale też jej usta były wygięte w czułym, delikatnym uśmiechu…, który sprawiał, że kolana Albusa natychmiast zmiękły…
Zaraz potem jednak dostrzegł, że ten uśmiech nie był przeznaczony dla niego, tylko dla czarodzieja, siedzącego naprzeciw niej. Marvelian Zenaidov. Syn Louie. Człowiek, którego mogła tyczyć się przepowiednia, którą właśnie usłyszał. Czy to on miał pokonać Voldemorta? Na to Minerwa zdawała się liczyć, wspierając go wszystkimi możliwymi środkami. Ale w międzyczasie pokochała go jak syna…
– Profesorze Dumbledore. – Marvelian skłonił uprzejmie głowę. Albus kątem oka widział, że Minerwa zaprasza go gestem na kanapę, na miejsce obok siebie. Lecz przyglądał się głównie Marvelianowi…, którego rewerencja względem Minerwy teraz już ewoluowała w miłość…
– Mam nadzieję, że nie przeszkodziłem w sprawach Gildii – odezwał się wreszcie Albus, siadając obok Minerwy – blisko, ale nie za blisko.
– Nie. Marvelian jest tutaj w charakterze mojego gościa. – Minerwa odłożyła książkę i spojrzała na Albusa – w jej słowach było ostrzeżenie. Nie powinien próbować rozgryzać jej relacji z ,,papieżem" Gildii. Musiała też wyczuć to drobniutkie ukłucie zazdrości – stąd jej wzniesione brwi.
– Czy w Hogwarcie wszystko w porządku, sir? – wtrącił się Marvelian. Odważnie. Jakby czuł się tu jak w domu. Albus przywołał na twarz gorzki uśmiech:
– Tak, moje najście wiąże się raczej z Gildią… zatem dobrze, że zastałem tu was dwoje.
– Albusie… Gildia jest poza twoją jurysdykcją. – Ostrzeżenie było wyraźne w głosie Minerwy.
– Tak, ale chyba mam prawo spytać, czy jeden z jej członków, który mnie śledził i mógł usłyszeć coś, czego nie powinien, jest godzien zaufania? – Albus odwrócił się do niej, by spojrzeć jej prosto w oczy i przekazać powagę sytuacji.
– Kto? Bo wierz mi, nie potrzebuję wysyłać nikogo do śledzenia ciebie, żeby wiedzieć gdzie jesteś. – Oczy Minerwy rozbłysły, jakby jeszcze nie widziała… ach, była rozstrojona. Teraz, gdy wyczuł silny ładunek ciepła przez vinculum, zrozumiał, że dawno się nie oczyszczała, a wcześniej coś ją rozgniewało…
– Severus Snape – odezwał się Marvelian, więc Albus i Minerwa równocześnie odwrócili się do niego. Młody mężczyzna westchnął i dodał:
– Taki miał rozkaz od Czarnego Pana. – Była w tych słowach jakaś gorycz, jakieś rozżarzone węgle odrazy i gniewu.
– A więc? Jaka jest szansa, że Snape powtórzy Voldemortowi zasłyszane informacje? Czy macie możliwość powstrzymania go? – Albus wodził wzrokiem między Minerwą a Marvelianem. Przeraziło go poczucie winy na twarzy Ślizgona.
– Severus Snape jest wrogiem. – Minerwa wypowiedziała to z taką finalnością, jakby ogłaszała wyrok śmierci. Albus dostrzegł, że Marvelian też to wyczuł, bo pobladł zauważalnie.
– Jesteś pewna? Przecież jest członkiem Gildii, przyjacielem Marveliana.. – Albus musiał spróbować… wszak bez nadziei, że uda się powstrzymać Severusa, będą zgubieni, wszyscy…
– Dla Gildii jesteś nietykalny, Snape zdradził Gildię w momencie, w którym zaczął cię śledzić – odpowiedziała zimno Minerwa.
– Powtórzy Voldemortowi wszystko – potwierdził Marvelian, dziwnie zasmucony.
Minerwa westchnęła i potarła skronie w rzadkim dla niej wyrazie słabości. Albus zaniepokoił się tym – ona nigdy nie pozwalała sobie na takie zagubienie w obecności byłego ucznia, członka Gildii… to był kolejny dowód na to, że Marvelian już przebił się przez pierwsze z jej murów.
– Ja już pójdę… i tak nadużyłem hojności i gościnności gospodyni – nieśmiało rzekł Marvelian, wstając. Minerwa machnęła ręką:
– Nonsens. Skrzaty przygotowały dla ciebie gościnny apartament. Mam nadzieję, że dołączysz do nas na śniadanie o siódmej, zanim wszyscy rozejdziemy się do swoich obowiązków. – Ton Minerwy nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. Albus widział, jak Marvelian zerka na niego – oboje wiedzieli, że noc w rezydencji to jest zaszczyt, którego może nie doświadczą już nigdy. Albus jedynie marzył, by dane mu było spędzić tę noc blisko Minerwy, tu, gdzie nie miała barier…
– Dobrej nocy, profesorze Dumbledore. Dobrej nocy, lady McGonagall. – Marvelian skinął głową Albusowi, a potem zupełnie nieoczekiwanie podszedł do Minerwy i delikatnie ucałował jej policzek. Albus otworzył szeroko oczy… bo czarownica pozwoliła na ten gest, gdy on spodziewał się, że potraktuje Marveliana jakimś urokiem…
Wciąż zszokowany, Albus odruchowo rzucił cały wachlarz zaklęć uniemożliwiających podsłuch, gdy drzwi za Marvelianem się zamknęły. Przeklinał w duchu, że nie pomyślał o tym podczas rozmowy kwalifikacyjnej z profesor Trelawney.
– Co się stało? – spytał pierwszy i nie musiał precyzować, bo wiedziała, że chodzi mu o gniew, który wyczuł wcześniej przez vinculum.
– Louie jest w kolejnej ciąży.– Minerwa zacisnęła dłonie na różdżce. Albus natychmiast poczuł zalewające go zimno.
– Pokłóciłyście się o to? – W trzewiach czuł, już przy narodzinach Laurany, że Minerwa nie pochwala powiększania … swojej rodziny. Teraz miał pewność.
– Jak mam chronić ich wszystkich? Kiedy w końcu cenna, merlinowa krew zostanie przelana, a ja nie będę mogła temu zapobiec? – Minerwa pozwoliła, by do głosu doszedł jej strach. Lecz on nie tłumaczył gniewu.
– Jesteś zła, bo to nie jest dobry moment? Gellert nie żyje, Athena jest prawdopodobnie wciąż sparaliżowana czarem lady Voldemort… jedynym zagrożeniem są Czarni Państwo, a oni być może wykończą siebie nawzajem. Może właśnie to jest ten moment, w którym powinno się pomyśleć o dzieciach, o owocach miłości… – Ujął jej podbródek, by spojrzała na niego.
Widział łzy, którym nie zamierzała pozwolić wypłynąć. Bo jego słowa już nie dotyczyły Louie i jej dzieci… nie, ich sens sięgał głębiej, do samych żywych splotów łańcucha miłości pomiędzy nim samym a Minerwą.
Czas nigdy nie był po stronie ich dwojga. Po pierwsze, ich różnica wieku. Po drugie, katastrofa w postaci Atheny. Należało więc się spodziewać, że i w tej kwestii zostaną ograbieni z możliwości… zaznania tego szczęścia… z braku czasu.
– Nie możemy sobie na to pozwolić. Nie widzisz, jak wiele kosztuje nas ciągłe drżenie o Louie, a ona… mnie i ją musi dzielić dobrych kilka pokoleń. My… gdybyś tego doświadczył i gdyby to zostało ci odebrane… przetrwałbyś to? – Jej pytanie musiał pozostawić bez odpowiedzi. Ze wszystkich racjonalnych punktów widzenia, miała rację. Miejsce, jakie zajmowali w świecie, wciąż nierozwiązany konflikt z Voldemortem. Nie mogli sobie pozwolić na dziecko. Jedyne co go pocieszało, to fakt, że nie sięgnęła po argument jego nierozwiązanego małżeństwa z Atheną.
– A Marvelian? – Uczepił się tego, chociaż to mógł być dla niej temat równie bolesny.
– Wie… o Athenie, o Louie. Jest moim dziedzicem, zasługuje na tą wiedzę. – Odwróciła wzrok. Albus pokiwał głową – zatem nie przewidziało mu się to – Minerwa kochała Marveliana jak swojego … wnuka, potomka, dziedzica? Nieistotne, znaczenie miało to, że była w stanie zrobić wiele dla bezpieczeństwa tego czarodzieja. Co czyniło opowiedzenie jej o przepowiedni jeszcze trudniejszym.
Na moment jednak Albus zatrzymał się przy postaci Ślizgona. Marvelian miał w sobie pewną ciemność, gorycz mroku, która często niepokoiła Albusa. Tłumaczył sobie, że to nieracjonalny lęk – w końcu Minerwa też miała pewne predyspozycje w kierunku zainteresowania czarną magią.
Ale dziś? A może nawet wcześniej… jeszcze gdy Zenaidov był w Hogwarcie… w każdym razie teraz, Albus widział, że Marvelian kocha Minerwę… bardziej niż własną matkę, bo był tutaj, a nie z ciężarną Louie… zresztą Albus przecież wywnioskował to z twarzy młodego mężczyzny – Marvelian podziwiał i wielbił Minerwę do tego stopnia, że na jej rozkaz skoczyłby w ogień. Nie zaprotestował, gdy zasugerowała zawoalowaną groźbą, że kara za zdradę Severusa będzie surowa, a przecież Snape był jego najbliższym przyjacielem, może nawet kimś więcej.
– Zatem, co usłyszał Snape? – Minerwa musiała wziąć jego milczenie za przyzwolenie, albo obojętność względem Marveliana – w końcu to był jej potomek, jej dziedzic.
Albus westchnął i opowiedział jej o wszystkim. Jednocześnie obserwując ją, widział jak z jej twarzy znikają kolory, alabaster jej skóry blednie do bieli, a w jej oczach pogłębia się to, co przeczyło gryfońskiej odwadze – strach. Gdy skończył, opowiedziawszy również o tym, że Snape usłyszał jego podejrzenie, iż kobietą o dwóch duszach jest Louie, przez moment nie odzywała się.
– Wiem, że gardzisz wróżbiarstwem i na pewno nie pochwalisz mojej decyzji o zatrudnieniu Trelawney, ale Voldemort nie przymknie oczu na tą przepowiednię. – Nie dodał, że szczególnie iż traktuje ona o jego upadku – to było oczywiste.
– Powoli, zdanie po zdaniu. Musimy spojrzeć na nią z dwóch perspektyw – naszej i jego. Żeby wiedzieć, kogo chronić przed reperkusjami. – Minerwa wyprostowała się, na jej obliczu wyraźne zmęczenie. Umysł, który zazwyczaj pracował zbyt szybko, teraz musiał wypadać z toru. Albus rozpoczął:
– Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana.
– Jest pewne, że chodzi o Voldemorta. Tak nazywają go śmierciożercy. – Minerwa machnęła ręką.
– Zrodzony z tej, która nosi dwie dusze. Gdy tylko o tym usłyszałem, pomyślałem o Louie. Dwie dusze… to może odnosić się do jej dwóch imion, dwóch roli – Ludwika Grindelwald i Luiza Potwald –wyjaśniał Albus swoje rozumowanie. Minerwa nie była do końca przekonana, ale pokiwała głową i dodała:
– Snape słyszał twoje podejrzenie, przekaże to Voldemortowi, który przypomni sobie o Louie, kardynał Gildii, którą kiedyś usiłował zwerbować, a potem torturował w Hogsmeade. Będzie próbował ją odszukać. – Minerwa wzięła na siebie przedstawianie punktu widzenia Voldemorta.
– Myślisz, że może znaleźć Marveliana? Że odkryje, iż Louie ma syna, córkę… na Merlina i że spodziewa się kolejnego dziecka… przepowiednia musi odnosić się do Marveliana… twoja intuicja była słuszna… to Marvelian pokona Voldemorta. – Albus na moment potrząsnął głową, uświadomiwszy sobie, w jakim niebezpieczeństwie znalazła się rodzina Zenaidov'ów.
– Marvelian jest wyszkolony, by to zrobić. Z nim, Louie i reszta rodziny powinni być bezpieczni. – Minerwa machnęła ręką, by kontynuował.
– A przybędzie, gdy córka położnej tego świata powije dziecko, które odwróci losy trzeciego z magicznych światów.
Przez chwilę rozmyślali nad tajemniczymi słowami. To Albus przerwał ciszę:
– Cóż, jeśli uznamy, że świat Atheny jest pierwszy, nasz drugi, to nie jest niemożliwe, by nie istniał i trzeci, prawda? – rozpoczął od końca. Położna tego świata… to mogło odnosić się do Atheny… bez niej ten świat by nie powstał… ale Albus nie chciał przywoływać najpierw jej imienia…
– Tak. Położna… Matka Lily Potter była położoną – wtrąciła Minerwa, zaskakując Albusa. Wiedział, że chodzi o coś więcej – może o to, że Lily była kardynałem Gildii?
– Voldemort łatwo zdobędzie tą informację od Severusa. Zatem także Lily jest w niebezpieczeństwie. Polecę Jamesowi, by ukryli się pod zaklęciem Fideliusa – dodał Albus kojącym tonem.
– Co było dalej?
– A choć Czarny Pan naznaczył noszącą dwie dusze jako równą sobie, ona ma moc, jakiej Czarny Pan nie zna...
– Sądzisz, że może chodzić o tamtą sytuację w Hogsmeade?
– Louie nie powiedziała co się tam dokładnie stało… ale jeśli chodzi o nią…
– Musi chodzić o nią – powiedziała to z mocą, która zaniepokoiła Albusa. Nie naciskał jednak. Bo dwie dusze… któż jeśli nie Louie?
– Kaledońska lwica musi zginąć z ręki z nią związanego, bo ona nie może żyć, więc i związany nie przeżyje… – wyszeptał, chociaż słowa ledwie przechodziły mu przez gardło.
– Przynajmniej to jest oczywiste – odpowiedziała bez wątpliwości, łamiąc jego serce.
– Nie wierzę w to – wychrypiał, patrząc jej w oczy.
– Całe wróżbiarstwo jest kwestią wiary. Wracając do tematu, to kaledońska lwica bezdyskusyjnie oznacza mnie, a ty jesteś ze mną związany vinculum… muszę więc zginąć z twojej ręki…i oboje zginiemy, bo taka jest natura vinculum. Voldemort będzie wiedział, że chodzi o mnie i pewnie domyśli się, że chodzi o ciebie… to może nawet uśpić jego czujność…– Obojętność w głosie Minerwy przeszywała cały fundament życia Albusa.
– Kotku, nie mógłbym cię zabić. Na pewno nie świadomie i nie z rozmysłem. Cokolwiek byś nie zrobiła, będę cię kochać, zawsze. – Albus ujął jej zimne dłonie.
– Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana przybędzie, zrodzony z tej, której duszę rozszczepiła niszcząca czas – odpowiedziała, ignorując jego wyznanie… zbierając siły… odrzucając słabość, niezrozumienie i lęk.
– To tylko mocniej wskazuje na Louie. Niszcząca czas to bez wątpienia Athena. A ona rozszczepiła duszę Louie, odbierając jej wspomnienia, z Ludwiki transmutując ją w Luizę – rozumował Albus. Minerwa westchnęła, ale jeśli miała jakieś inne wytłumaczenie, to nie zamierzała się nim dzielić.
– Trzeba wzmocnić ochronę Louie i Lily. – Minerwa nieoczekiwanie przysunęła się do Albusa i oparła o niego, wtulając twarz w jego ramię.
– Voldemort pośle do nich śmierciożerców. Sam będzie ścigał Marveliana – wywnioskował Albus. Minerwa przycisnęła się do niego mocniej.
– Martwi mnie, że w przepowiedni nie ma ani słowa o lady Voldemort. A jeśli ona nie zniszczy wszystkich horkruksów, to szanse Marveliana na pokonanie Czarnego Pana maleją – wyznała czarownica, przesuwając dłonią po jego piersi, w okolicach serca.
– Ona nie jest niepokonana i jest sama. My mamy siebie. – Albus złożył delikatny pocałunek na czubku jej głowy. Zamknęła oczy, obejmując jego szyję.
Albus ostrożnie wsunął ręce pod jej szczupłe, ostatnio zbyt chude ciało i podniósł ją, z minimalnym wysiłkiem. Nucąc coś przypominającego kołysankę wyniósł ją z biblioteki. Po drodze ignorował zaciekawione spojrzenia portretów jej przodków – obrazy były zdjęte, gdy pomagał jej odbudowywać rezydencję… większość z nich musiała go pamiętać raczej jako jej profesora, jako przyjaciela jej ojca… widział jak zaciskają usta, protekcyjnie zaniepokojeni. Zasnęła na dobre, gdy wspinali się po schodach. Korytarz był długi, ale Albus pamiętał dokładnie, za którymi drzwiami był jej dziecinny pokój. Obok znajdowała się sypialnia dekady temu należąca do babki Theresy. Ilekroć Minerwa wracała do rezydencji, tam czuła się najbezpieczniej – to wyjawiła Albusowi którejś nocy. Dzisiaj więc skierował się właśnie tam.
Łóżko było ogromne. Położył ją na nim z maksymalną delikatnością. Nie próbował transmutować jej szat – Minerwa nie lubiła, gdy z jej ciałem działo się cokolwiek, czego nie kontrolowała. Ułożył jej okulary i różdżkę na szafce nocnej. Okrył ją kołdrą. Obserwował jak śpi… wciąż niespokojna, wyraźnie ścigana przez koszmary…nowe czy stare?
Miał odejść, czy zostać? Zastanawiał się zbyt długo… bo wyszeptała:
– Chodź tu? – To nie był rozkaz, to nawet nie była propozycja. Prośba, ale wciąż nie błaganie. Bez słowa wspiął się na łóżko i przysunął do niej.
Wyplątała się z kołdry i zaczęła go całować. Mógł wyczuć w tym pocałunku zarówno jej gniew na Louie, jak i chęć ochrony Marveliana, lęk związany z przepowiednią. W odpowiedzi miał jedynie swoją miłość... całował ją, nie pierwszy raz zastanawiając się, czy to wystarczy, czy Minerwa nie ma wrażenia, że jej życie zostało zmarnowane, że on ją hamuje… miała wszystko, co potrzebne do osiągnięcia wielkości. A kryła się w jego cieniu…
Zręczne palce wyplątywały go z szat. Minerwa znała go już na wylot, wiedziała, gdzie dotknąć, by wątpliwości wyparowywały, jedna po drugiej, z każdym muśnięciem jej dłoni. Teraz, gdy ona już była w pełni rozbudzona, gdy było jasne, czego chciała, pozwolił sobie sięgnąć do materiału jej ubrań.
– Jesteś pewna? – spytał, zaraz lekko pieszcząc jej ucho ustami, a potem wsuwając jedną z dłoni między jej rozchylone lekko nogi.
Musiała wiedzieć, że jego pytanie nie odnosiło się do czynności, której mieli się oddać. Nie, chodziło o czas. Czy była pewna, że chce tego dzisiaj? Po tym szalonym dniu, wyczerpującym dla nich obojga? Chodziło również o miejsce. Czy naprawdę chciała to robić w swoim rodzinnym domu, w sanktuarium pokoi jej babki? Albus odsunął się i znieruchomiał, dając jej czas do namysłu.
– Tak. Jestem pewna. Potrzebuję cię. Chcę żebyś wiedział, że nie przeraża mnie wizja śmierci z twojej ręki. Przeciwnie, pragnę, żebyś to ty mnie zabił, kiedy przyjdzie na to czas. Jesteś jedyną osobą, która będzie miała do tego prawo – powiedziała, sięgając po jego brodę i przyciągając jego twarz do swojej, by patrzył jej w oczy.
– Minerwo… co ty mówisz… natura vinculum nie pozwoliłaby… – Albus był zbyt poruszony jej słowami, by utworzyć spójną wypowiedź.
– Przepraszam… ja tylko chcę odejść z tobą… – Po tych słowach pocałowała go znów. Nie widział w jej zachowaniu sensu, wszystko wokół niego traciło już znaczenie…
Cholerne zagadki, ile z nich miał jeszcze dziś usłyszeć?
– Albusie… – Przycisnęła swoje ciało do niego z impetem, z potrzebą niepodważalną.
Miał jej odmówić? Kaledońskiej lwicy, związanej z nim na zawsze?
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Ogrody królewskie w Kew dopiero miały odzyskać swoje piękno po wyjątkowo ciężkiej zimie. Wiosna potrafiła czynić jednak cuda – na drzewach pojawiały się soczysto zielone liście, krzewy zazieleniały się, a z ziemi nieśmiało wynurzały się kwiaty. To jeszcze nie był czas, w którym dziesiątki mugoli odwiedzałyby ten pomnik wystawiony przez ludzi naturze. Dzisiaj, tylko kilkoro ogrodników kręciło się w pobliżu, a oni nie zwracali najmniejszej uwagi na czarodzieja skrytego pod zaklęciem Kameleona. Dobrze, bo byliby wściekli, gdyby mogli widzieć bukiet przebiśniegów w jego dłoni.
Nie widzieli też czarownicy w czarnym kostiumie opinającym jej krągłe kształty, spacerującej pomiędzy rozwijającymi się krzewami. Czarownicy, która błyskawicznie wyciągnęła różdżkę na widok maga.
– Iloma punktami nagrodziłeś mnie za moją ostatnią transmutację w Hogwarcie? – spytała z ostrożnością, która jednak nie zbiła go z tropu.
– Nie nagrodziłem cię punktami, cofnąłem szlaban, który zarobiłaś wcześniej – odpowiedział, wyciągając do niej bukiet przebiśniegów.
– Witaj, Alberwanie. – Jej palce musnęły jego nadgarstek, gdy odebrała kwiaty.
– Dobrze cię widzieć, Bello – odpowiedział.
Alberwan skłamałby jednak, gdyby rzekł, że wyglądała równie dobrze jak te miesiące temu, gdy ich opuszczała. Straciła na wadze, jej twarz była poszarzała. Wargi musiała często zagryzać … czy ze zdenerwowania, ze zmartwienia, albo ze strachu, tego nie wiedział.
– Jak czuje się Nagini? – Zgodnie z jego przypuszczeniami, pierwsze pytanie Bellatriks dotyczyło jej wężowej kochanki.
– Martwi się o ciebie, ale poza tym wszystko w porządku. Dotarły do nas wieści o śmierci Rudolfa. – Alberwan dokładnie obserwował reakcję Bellatriks.
Najpierw ulga, że z Nagini wszystko w porządku. Napięte zmartwieniem ramiona opadły. Potem, gdy dotarły do niej słowa o Rudolfie, jej ramiona trzęsły się… ale z gniewu i nienawiści.
– Zabiłam go na rozkaz Czarnej Pani. Dodałam trucizny do jego leków na niepłodność – odpowiedziała głosem ociekającym niechęcią i pogardą.
– Czarna Pani… widziałaś się z nią? – Alberwan zadrżał na myśl o tym, że to spotkanie może być efektem rozkazu niebezpiecznej wiedźmy.
– Raz. Ale regularnie przesyłam jej raporty… kilka razy dostałam pisemne rozkazy. Ona wie o wszystkim, co dzieje się wśród śmierciożerców – wyjawiła Bellatriks, nie pozostawiając wątpliwości co do swojej lojalności względem wrogiej lady Voldemort.
– Wiesz, co ona planuje? – Alberwan nie widział sensu w owijaniu w bawełnę.
– Była cicho bardzo długo. A Czarny Pan nieustannie zwiększa swoją wiedzę o czarnej magii i swą moc. Myślę, że lady Voldemort uderzy z nadejściem przyszłego roku… Czarny Pan zaś będzie musiał spróbować przejąć Hogwart… bowiem on chce, by Regina uczyła się w zamku – objaśniała śmierciożerczyni, okręcając wokół palców sprężynowy lok.
– Regina? – Alberwan usiłował wygrzebać z pamięci wszystko, co wiedział o śmierciożercach.
– Córka Czarnego Pana i Rebeki, jednej z bliźniaczek. Nie powinnam ci tego mówić, ale gdybyś potrzebował cennej informacji, żeby chronić albo ratować Nagini, to wiedz, że Rebecca tylko Malfoy'om ufa na tyle, by zajmowali się jej córką. Młodym Malfoy'om, czyli Lucjuszowi i … mojej siostrze, Narcyzie. – Bellatriks usiłowała się uśmiechnąć.
– Cyzia trafiła lepiej niż ty? – spytał Alberwan, gotów zaoferować swoje współczucie w obliczu społecznej niesprawiedliwości.
– Na pewno. Ale jest w ciąży i martwię się, że poprzez przyjaźń, jaką stworzyła z Rebeccą, wpadnie w kłopoty – wyznała Bellatriks.
– Chciałaś się ze mną spotkać, bo martwisz się o swoją siostrę? – Alberwan wiedział, że Bella jest gotowa wiele zaryzykować dla Narcyzy, ale ich dzisiejsze spotkanie było bardzo ryzykowne.
– Nie, głupcze. Chciałam cię ostrzec, że Czarny Pan interesuje się …Louie… Luizą Potwald. – Bellatriks złapała go za łokieć, gdy zachwiał się, jakby zadała mu mocny cios.
Zmrużył swoje zielone oczy, patrząc w twarz śmierciożerczyni. Wzruszyła ramionami – przeszli razem zbyt wiele, by mógł ją onieśmielić zwykłym spojrzeniem.
– To imię przewijało się w rozmowach twoich i Nagini, kiedy myśleliście, że jestem poza zasięgiem słuchu – przyznała, krzyżując ręce na piersi.
– Dlaczego Voldemort się nią interesuje? – Alberwan nie umiał stłumić niepokoju.
Nie widział się z Louie od dwóch miesięcy. Wcześniej spotykali się regularnie… zazwyczaj wykorzystując każdą skradzioną wspólną chwilę. Ale zawsze to ona wybierała czas kolejnego spotkania… zawsze czekał na rozgrzewanie się zaręczynowego pierścionka matki, które informowało, że ukochana czeka w którejś z kryjówek… ale od kilku tygodni pierścień był zimny… a Alberwan się martwił.
– To ma związek z jakąś przepowiednią, podsłuchaną przez Snape'a. Podobno Dumbledore wydedukował, że osoba, która ma być powiązana z upadkiem Czarnego Pana to Louie… śmierciożercy odkryli, że chodzi o Louie Potwald, kardynała Gildii Szachów, która zniknęła przed ukończeniem Hogwartu – tłumaczyła Bellatriks, ale pewnie już widziała, jak poruszony jest Alberwan.
Tymczasem w głowie czarodzieja rozbrzmiewały tysiące dzwonków alarmowych. Louie była potężną wiedźmą, lecz mieszkała sama i musiała opiekować się córką oraz schorowanym mężem. Voldemort był dla niej zagrożeniem – ochrona Minerwy nie mogła być wystarczająca, w obliczu faktu, że obie kobiety nie widziały się od dawna. Alberwan musiał ostrzec Louie, musiał zadbać o jej bezpieczeństwo.
– Bello, przysięgnij na życie Nagini, że cokolwiek rozkażą ci Czarni Państwo, nie zabijesz Louie. – Alberwan wyciągnął różdżkę.
Śmierciożerczyni patrzyła na niego, ale nie rozróżniał emocji w jej oczach. Jak miał stwierdzić, czy może jej ufać? Zażądanie tak wiążącej przysięgi było konieczne.
– Posłuchaj mnie uważnie, Alberwanie, bo nie będę się powtarzać. Nie obchodzi mnie, kim jest Louie, czy twoją żoną, siostrą, kochanką albo córką, ani kim tak naprawdę jesteś ty sam. Lecz dla Nagini jestem w stanie zrobić naprawdę wiele. Dla niej porzuciłam swoją rodzinę, dla niej przyjęłam Mroczny Znak, dla niej torturowałam i mordowałam, dla niej byłam gnębiona i gwałcona, dla niej każdego dnia zastanawiam się, kiedy w końcu któreś z duetu Voldemortów mnie zabije i czy jeszcze ją zobaczę. Więc nie rzucaj gróźb pod adresem Nagini na wiatr, bo w całej tej przeklętej sytuacji właśnie ryzykuję życie, by ostrzec twoją Louie! – Bellatriks złożyła ręce na biodrach, niewzruszona wycelowaną w nią różdżką, a jej tyrada jeszcze długo rozbrzmiewała w uszach Alberwana.
Miała rację. Przecież nie miała żadnego interesu w przekazywaniu mu tych informacji, a jednak zadała sobie trud zorganizowania spotkania. Zdradziła mu tajemnice, za które mogła zapłacić głową. A on jak ostatni głupiec, zażądał od niej niemożliwego! Przecież było bardzo prawdopodobne, że Bellatriks zostanie oddelegowana do znalezienia Louie i wszyscy będą oczekiwać, że śmierciożerczyni nie okaże litości. Alberwan naprawdę nie powinien prosić Bellii, by narażała swoje życie dla kobiety… której nie znała. Bellatriks nie miała w sobie tego co Nagini, kiedy ta oddawała się Morrigan w zamian za Louie. Ale też Alberwan nie był Czarną Panią – Bella nie była mu winna żadnej lojalności.
– Przepraszam. I dziękuję. – Alberwan opuścił różdżkę i zwiesił głowę. Bellatriks poklepała go po ramieniu:
– Bumblegall, jeśli ta Louie jest nadal pod pełną ochroną McGonagall, to Czarny Pan jej nie dosięgnie. – Na swój szorstki sposób, Bellatriks próbowała go pocieszyć.
– McGonagall… – Alberwan potrząsnął głową. Jeśli Louie zdecydowałaby się powiedzieć Szkotce o swoim romansie… jeśli zdradziłaby wszystko, co Alberwan wyjawił jej o Athenie… ile Minerwa była w stanie wybaczyć? Jakich rozmiarów zdradę mogłaby znieść? Czy miałaby jakiekolwiek powody czy motywy, by nadal kochać i chronić Louie?
– To poza lady Voldemort jest jedyna kobieta, do której Czarny Pan ma jakiś szacunek. Jeśli się z nią skontaktujesz, jeśli jej powiesz, że kardynał jej cennej Gildii jest w niebezpieczeństwie, ona wam pomoże. – Śmierciożerczyni ścisnęła jeszcze jego rękę.
Miał ochotę wykrzyczeć, że jest ostatnią osobą, która może prosić o cokolwiek Minerwę McGonagall, której wcielenie z innej chronologii było jego biologiczną matką, a przynajmniej w to wierzył, by usprawiedliwić swój romans z Louie, gdyż w innej perspektywie Louie była jego przyrodnią siostrą, jako córka Atheny Dumbledore…
– Muszę… muszę już iść – rzekł, cofając się o kilka kroków.
– Nie rób nic głupiego, Bumblegall – rzekła Bellatriks, niwelując dzielącą ich odległość i całując go miękko w policzek.
Zniknęła pomiędzy coraz bardziej zielonymi krzewami królewskich ogrodów botanicznych w Kew. Alberwan jeszcze przez chwilę liczył na inspirującą moc natury – nie miał pojęcia, co zrobić. Wracać do Atheny i Nagini oraz liczyć, że ochrona McGonagall wystarczy? W jakiś okrętny sposób, może przez Albusa, prosić McGonagall o pomoc? Samemu ostrzec Louie? Zaproponować jej, że ochroni ich wszystkich… nawet jej męża, jeśli będzie trzeba?
Wreszcie zdecydował, że musi chociaż na własne oczy przekonać się, czy Louie jest bezpieczna. Nie mogła pozostać na Hebrydach. Tamte zabezpieczenia nie były skomplikowane, a skoro kiedyś jemu udało tam się namierzyć Louie, to Voldemortowi również.
Po serii teleportacji wylądował wreszcie na jednej z północnych wysepek. Potem uporał się z tylko nieco potężniejszą niż wcześniej iluzją i odkrył domek, w którym paliło się światło. Postanowił, że jedynie zajrzy w okna… że będzie mógł się wycofać…
Zamarł, widząc przez szybę ogromne łóżko, na którego brzegu siedziała dziewczynka… córka Louie – Laurana. Była ładnym dzieckiem, chociaż nie dlatego, że wyglądała podobnie do Louie. Brązowe włosy i jeśli dobrze widział… turkusowe oczy… były mieszanką po obu rodzicach. Swoją opinię Alberwan budował na tamtym jedynym wspomnieniu Assuarina. Dopiero po chwili zorientował się, że długi czarny kształt na białej pościeli obok Laurany to ludzka ręka…
Westchnął, bo przechylił się i już widział głowę Assuarina – jego twarz była jedynym miejscem nie zaatakowanym przez klątwę… reszta ciała była jak spalona, zwęglona…
Wtem do uszu Alberwana dobiegły głosy… ale nie z wnętrza domu… zatem błyskawicznie i instynktownie zmienił się w swoją animagiczną formę. Jako kuguchar zanurkował pod rosnący nieopodal krzew.
Prawie zamiauczał, gdy zobaczył niewyobrażalny widok.
Louie szła bez zwyczajowego wdzięku, z trudem. Ubrana była w dosyć luźne szaty, ale one opinały się na jej powiększonym brzuchu, który pieszczotliwie gładziła jedną ręką. Pod drugą podtrzymywał ją przystojny mężczyzna.
Gdyby nie porażająco szmaragdowe oczy, dokładnie takie same jak jego własne, Alberwan błyskawicznie poczułby ukłucie zazdrości. Bowiem młody czarodziej u boku Louie urodą zapierał dech w piersiach – ładne rysy, proporcjonalna sylwetka, lśniące, czarne włosy… to był ten rodzaj maga, o którym mogłoby śnić wiele kobiet. Jeśli dodać do tego czułość, z jaką prowadził Louie, Alberwan definitywnie byłby zazdrosny.
Lecz zapamiętał te oczy dobrze… spadek po Minerwie McGonagall ujawniał się najwyraźniej wiele pokoleń naprzód. Ten młody mężczyzna to musiał być ten chłopiec, towarzyszący Assuarinowi w niemieckiej kawarni. Syn Louie. Jego imię? Louie nie mówiła o nim prawie nic, jakby wymazywała jego istnienie… o Assuarinie i Lauranie wspominała, ale jej najstarsze dziecko nawet nie zostało wymienione z imienia.
Zaraz jednak Alberwan przestał myśleć o synu Louie… bo istotniejsza była inna kwestia… Louie była w ciaży!
Alberwan był prawie w stu procentach pewien, że dziecko, które nosiła w sobie, było jego.
Dlaczego nic mu nie powiedziała? Czy to był powód, dla którego nie odzywała się przez ostatnie miesiące?
Na Merlina… teraz była w jeszcze większym niebezpieczeństwie, jeszcze bardziej bezbronna…
– Powinniśmy się przenieść. Pochlebia mi, że uważasz mnie za dostateczną gwarancję bezpieczeństwa i położną w jednym, ale coś wisi w powietrzu. A ja nie zawsze jestem tutaj – mówił syn Louie – miał autorytarny głos.
– Może nad umiejętnościami położnej musisz popracować, jeśli wszyscy mamy przez to przejść tak gładko jak z Lauraną, ale nie mam zamiaru rozstawać się z Assuarinem. Za miesiąc kończysz staż i będziesz mógł wprowadzić się na stałe. Będziesz musiał przerwać swój romans … ale jeśli ona kocha, to poczeka. – Louie uśmiechnęła się, nieco wyzywająco, mimo zmęczenia. Albwerwanowi zaparło dech w piersi, gdy dotarło do niego jak piękna jest… zarumieniona i zaokrąglona z powodu ich wspólnego dziecka…
– Mamo! – Młody czarodziej zaprotestował, a w jego oczach błysnął niepokój.
– Myślałeś, że nie zauważę? Liczyłam, że mi powiesz… – powiedziała rozczarowana Louie.
– Powiedziałbym ci, gdybyś ty zdradziła, kto jest ojcem tej dziewczynki. – Syn Louie wskazał na jej brzuch.
Żołądek Alberwana wywinął młynka. Miał mieć córkę!
– Assuarin. Ojcem jest Assuarin – stwierdziła Louie dobitnie. Alberwan miał wrażenie, jakby ktoś wbijał mu sztylet w trzewia.
– Mamo, oboje wiemy, że to nieprawda. – Zatrzymali się, wciąż na tyle daleko, by nie mogli być podsłuchani z wnętrza chatki.
– Nie, Minerwa miała rację. Zachowałam się jak ostatnia dziwka, wobec Assuarina, wobec Laurany, wobec ciebie i przede wszystkim, wobec niej. Zawiodłam was, moją rodzinę… i w imię czego? Zwykłego pożądania! Wyciągnęłam lekcję. Zostanę z Assuarinem do końca, on musi wierzyć, że to dziecko jest jego. A kiedy… on odejdzie, zrobię wszystko, cokolwiek Minerwa postanowi. – Po policzkach Louie płynęły łzy.
Z oczu kuguchara skrytego za krzewem również spadały przezroczyste krople. Alberwan wycofał się, bo już czuł jak jego magia robi się bardziej niestabilna… musiał zachować kontrolę, albo stąd uciec. Syn Louie był potężnym, bardzo potężnym magiem i mógłby wyczuć Alberwana, nawet pod wieloma kamuflującymi zaklęciami i w animagicznej formie.
Zatem gdy tylko za Louie i jej synem zamknęły się drzwi chatki, Alberwan pobiegł w górę wzgórza, do miejsca, z którego mógł się teleportować, z którego miał zniknąć… nie oglądał się już na dom, który jego ukochana chciała zatrzymać za wszelką cenę.
Wylądował w skalnej kryjówce w jaskini. Usiadł na kamiennej półce i zaczął się metodycznie kiwać w przód i w tył, jakby to mogło powstrzymać łzy, uparcie napływające do oczu. Już nie pamiętał, że chciał zobaczyć Louie, by ją ostrzec. Zresztą, ona nie potrzebowała jego ostrzeżeń – miała tego swojego cudownego syna, który mógł chronić ją wystarczająco – był równie potężny co Alberwan.
Nigdy nie sądził, że przyjdzie mu to przeżyć – złamane serce. Do tej pory miał to za pusty frazes, wyjęty żywcem z tanich powieści. Teraz jednak, gdy czuł w piersi kłujący ból, gdy nieustannie rozpamiętywał jej słowa… jak inaczej mógłby opisać swój stan?
Kochał ją tak szczerze, tak prawdziwie. Przymykał oczy na jej tajemnice, na jej niechęć do wyjawienia swoich sekretów, kiedy on sam otworzył przed nią podwoje swej duszy. Dla niej się zmienił, dla niej zrezygnował ze swoich ideałów, które tak naprawdę były zbiorem zasad, jakich nie powinien łamać… bo dokąd go to zaprowadziło?
Wmawiał sobie, że łączy ich coś więcej, że to nie jest jedynie romans, szukanie fizycznego spełnienia. Wyglądało jednak na to, że z jej strony to było dokładnie to. Pożądanie, nic więcej. Alberwan pozwolił Louie wyładować na nim swoje lęki, frustracje, swoje walące się relacje z Minerwą. Był jej ucieczką, rozproszeniem. Jak w ogóle śmiał myśleć, że mogłaby wybrać jego ponad swoim mężem, swoimi dziećmi, swoją rodziną?
Czy fakt, że spodziewała się jego dziecka, cokolwiek zmieniał? Nie, jakie miał prawo czegokolwiek żądać od Louie? Próbując wejść z butami w jej życie, kiedy wyraźnie tego sobie nie życzyła, zwróciłby tylko na nią uwagę. Postawiłby ją w jeszcze większym niebezpieczeństwie. Nie, jego przeznaczeniem było odsunięcie się. Może miał nigdy nie poznać swojej córki. Może przyjdzie mu zginąć w próbie pokonania Voldemorta, zanim ten skrzywdzi Louie. Może już nie zdąży poskładać swojego serca…
Jak wiele razy życie miało mu przypominać, jak bardzo jest przeklęty? Matka umierała, zostały jej może agonalne dwa lata, a on nie miał ani leku, ani odpowiedzi. Louie go nie kochała. Jej i ich nienarodzonej córce groziło niebezpieczeństwo. Alberwan wciąż nie miał pojęcia, kim są jego rodzice i z jakiego są czasu. Jaki to wszystko miało sens? Gdzie była odwaga, której tak rozpaczliwie potrzebował właśnie w chwili takiej jak ta, gdy wszystko wokół niego się waliło? I on miał być synem Dumbledore'a?! Był tchórzem, zagubionym głupcem, beznadziejnie zakochanym słabeuszem.
Nie był pewien, ile godzin minęło, zanim wyrwał się z marazmu. Kompletnie stracił rachubę czasu i dopiero irytujący głód przypomniał mu, że nie może po prostu siedzieć i rozpamiętywać tego, czego nie mógł w żaden sposób cofnąć i naprawić. Wstał i zrobił kilka kroków do wyjścia z jaskini. Musiał się stąd wydostać – tutaj wszystko przypominało mu o niej. Skrzywił się, gdy nastąpił na coś. To była rączka niewielkiego lusterka – transmutowanego przez nią z kawałka górskiego kryształu.
Gdy Alberwan ujrzał swoje odbicie, nagle zrozumiał, że zarówno on, jak i Louie uciekali w siebie, usiłując uciec od …tego, czego nie mogli zmienić. Rodziców się nie wybierało. Louie dźwigała brzemię bycia córką ludzi uważanych za bestie. Alberwan widział w lusterku nieco kasztanowego zarostu Albusa Dumbledore'a i oko Minerwy McGonagall.
Bez względu na to, co dziś usłyszał, czego się dowiedział, Alberwan kochał Louie. Nie zamierzał dopuścić do tego, by stała się jej jakaś krzywda. Voldemort był dla jego ukochanej prawdziwym zagrożeniem. Alberwan nagle zyskał jasny cel – postanowił, że zrobi wszystko, by Louie i ich córce nie spadł włos z głowy, choćby musiał odławiać jednego śmierciożercę za drugim, aż wreszcie przyjdzie mu walczyć z samym Voldemortem.
Bo jeśli Louie miała rację co do rodziców Alberwana, to z ich krwią w swoich żyłach, bez względu na chronologię, w której się urodził, Alberwan nie mógł się po prostu poddać.
