1980
Minerwa z czułością obserwowała patronusa w kształcie czarnej pantery, hasającego wesoło po jej salonie w Hogwarcie. Niesamowity okaz wyrafinowanej magii, patronus był tak zaczarowany, by podać swoją wiadomość dopiero przy wyraźnym przyzwoleniu odbiorcy. Wcześniej miał po prostu czekać, ale panterze znudziło się czekanie – co nie powinno dziwić, bo musiała tu tkwić od dobrych paru godzin – Minerwa dopiero co skończyła lekcje.
– Słucham, Marvelianie – odezwała się Minerwa dźwięcznym głosem, siadając w wygodnym fotelu obitym tartanem. Pantera przysiadła dokładnie naprzeciw niej i odezwała się głosem syna Minerwy, Marveliana:
– Louie urodziła zdrową córeczkę. Matka i dziecko czują się dobrze. Louie prosi, byś rozważyła pobłogosławienie Morveny Zenaidov. – Trzy formalnie brzmiące zdania. Przekazane bez emocji, chociaż Minerwa nie miała wątpliwości, że Marvelian miał wiele sprzecznych uczuć w związku z narodzinami drugiej córki Louie. Zresztą nie był w tym względzie osamotniony.
Sama Minerwa nie miała pojęcia, jaki jest jej własny stosunek do kolejnej osoby, która mogła … mieć w żyłach krew o merlinowych wzorach, odziedziczonych po niej, Minerwie… albo raczej jej wcieleniu z innego czasu. Czy powinna kochać to dziecko, tylko dlatego, że jego matką była Louie? Czy kwestia ojcostwa nie miała żadnego znaczenia? Nie, musiała mieć. Gdyby to był głupi mugol, a jedynym powodem by robić z tego tajemnicę był wstyd, Louie nie pozostawałaby tak uparta. To musiał być ktoś, kogo romans z Louie zagrażał bezpośrednio Minerwie, jej planom, albo najgorzej – Marvelianowi. Ta myśl spędzała sen z powiek nauczycielce transmutacji. Podejrzewała, że to może być ktoś z przeciwnego obozu – jakiś śmierciożerca. Przeklinała fakt, że nie miała teraz żadnego większego pożytku z formy lady Voldemort, nie miała w dłoni wszystkich asów. Lecz z drugiej strony, być może właśnie nadszedł czas, by wprowadzić tą formę do gry, by uderzyć w Toma, zanim ten zbierze tylu zwolenników, aby zagrozić pozycji Gildii. Bellatriks Lestrange była słabym podwójnym agentem – jej raporty nie donosiły o niczym co mogłoby wskazywać na śmierciożercę mającego tajemny romans na boku. Oczywiście poinformowała Czarną Panią o przepowiedni, o tym, że Luiza Potwald znalazła się na celowniku śmierciożerców oraz że Snape zanim o tym doniósł, zachowywał się dziwnie. Lecz nie było to nic, czego Minerwa by się nie spodziewała – skrytość Severusa wynikała z jego wcześniejszego romansu z Marvelianem. Pocieszające było jedynie to, że ani Snape, ani Tom nie powiązali jeszcze Louie z Marvelianem.
Chyba, że właśnie tego dotyczy spotkanie, na które właśnie wyruszała.
Gdy podczas śniadania do Wielkiej Sali przyleciała sowa z listem do Minerwy od Severusa Snape'a, zastępczyni dyrektora o mało się nie udławiła ze zdumienia. Chłopak nie kontaktował się z nią od ukończenia szkoły, pewnie zakładając, że mimo milczenia Marveliana ona i tak jest świadoma jego zdrady. A że w Gildii zdrady nie tolerowano, Snape miał wszelkie powody, by się bać i ukrywać. Jeśli więc dzisiaj, uprzejmym tonem pełnym sztucznego szacunku prosił o spotkanie w Wrzeszczącej Chacie, będącej symbolem jego szkolnych upokorzeń, albo to była poważna sprawa, albo pułapka.
Nie bez przezorności, Minerwa zostawiła w swojej sypialni list dla Albusa z wyjaśnieniem, dokąd się udaje i na spotkanie z kim, a potem zmieniła szaty w majestatyczne i wzmocnione goblińską stalą szmaragdowe ubranie generalskie. Dla zachowania chociaż grama nauczycielskiego wizerunku nałożyła na głowę swój stateczny, ciemny kapelusz czarownicy. Mocno dzierżąc w dłoni różdżkę, ruszyła do bijącej wierzby.
W sali wejściowej dołączyła do niej Aragonda – samica kuguchara czasem zdawała się mieć swój własny rozum. Minerwa cieszyła się z towarzystwa, chociaż podejrzewała, że jeżeli Aragonda zdecyduje się podążać za nią do samej Wrzeszczącej Chaty, to może nie wyjść z tego cało.
Późna godzina sprawiała, że na korytarzach niewielu było uczniów. Ci, którzy widzieli ją, szybko schodzili jej z drogi – nawet jeśli jej bojowy strój ich dziwił, to wiedzieli, że determinacja na surowej twarzy nie wróży nic dobrego.
Ostrożność przede wszystkim, Minerwa bezszelestnie skradała się tunelem pod bijącą wierzbą. Oczywiście były tu nałożone zaklęcia uniemożliwiające przedostanie się w obie strony, a ona była zastępczynią dyrektora, zatem nie musiała ich ściągać, natomiast nie ufała im do końca. Snape był utalentowany.
Aragonda jako pierwsza wbiegła do parterowej izby Wrzeszczącej Chaty, podczas gdy Minerwa oczekiwała skryta w cieniu za wpół otwartymi drzwiami. Nie usłyszała ani zaklęcia, ani miauknięcia, nic. Zaniepokojona, weszła wreszcie do opustoszałej, zdemolowanej już dawno izby.
Severus Snape siedział na podłodze, obejmując rękoma kolana, z twarzą ukrytą za zasłoną ciemnych, tłustych włosów. Jego różdżka leżała obok, porzucona na podłodze. Aragonda kryła się w cieniu, sycząc raz po raz w koci sposób w kierunku czarodzieja.
– Snape? – Minerwa nie tego się spodziewała. Wciąż niepewna, czy nie ma do czynienia z pułapką, zatrzymała się w odpowiedniej odległości od czarodzieja.
Podniósł głowę. Jego oczy były zapuchnięte i czerwone od płaczu. Na jej widok otworzył je szerzej z niedowierzaniem.
– Nie zabijaj mnie – wycharczał, przekrzywiając nieco głowę.
– Nie miałam takiego zamiaru. – Uniosła brew.
Milczał.
– A więc, Severusie, co lord Voldemort chce mi przekazać? – spytała, coraz bardziej niecierpliwa.
– Nie.. nic… ja sam tu przyszedłem! – Przekręcił się, teraz klęczał i patrzył na nią z dołu z bólem, strachem i… nadzieją?
– Ja chciałem ostrzec… nie, chciałem prosić…
– O co mógłby mnie prosić śmierciożerca? – Minerwa z rozmysłem wbiła szpilę. Czas na gry pozorów minął.
– To proroctwo… przepowiednia… Trelawney…
– Ach tak, co zdradziłeś lordowi Voldemortowi? – Nie było sensu ukrywać, że Minerwa wie o przepowiedni. W końcu była prawą ręką Albusa.
– Wszystko… wszystko co podsłuchałem! On myśli, że chodzi o Marveliana! – Panika błyszczała w ciemnych oczach Snape'a.
– Doprawdy? Przepowiednia odnosi się do dziecka zrodzonego z tej, która ma dwie dusze… – Minerwa subtelnie ciągnęła go za język.
– Dumbledore zasugerował, że chodzi o Louie, Luizę Potwald. A ona jest matką Marveliana! – zawołał Severus, gestykulując żywo. Minerwa nie odpowiedziała.
– Kiedy Luiza opuściła Hogwart, była w ciąży, takie plotki się natychmiast pojawiły. To jest mój rocznik… a najpotężniejszy z niego jest Marvelian. Odnaleziono zdjęcia Zenaidova, potężnego maga z Rosji… jest ciemnowłosy… a Ślizgoni… pewnie potwierdzą wszystko – objaśniał pokrętne rozumowanie Toma Severus.
– Voldemort wie o twoim związku z Marvelianem? Próbowałeś go prosić, by się zastanowił, przemyślał sytuację? – Minerwa skrzyżowała dłonie na piersi – teraz już było mało prawdopodobne, że Snape ją zaatakuje.
– Uciekłem, gdy tylko połączyłem fakty… Nie mogłem bardziej narażać Marveliana, Czarny Pan wykorzysta przeciwko niemu wszystkie informacje – zdradzał płaczliwie Severus.
– Niewątpliwie. Czego jednak oczekujesz ode mnie? – Czarownica nie okazała podziwu dla siły uczucia, jakim Snape darzył jej syna.
– Ukryj go… nie pozwól, by Czarny Pan go dopadł. – Łzy płynęły po policzkach Severusa jak małe strumienie.
– Zdajesz sobie sprawę, że to ty jesteś tym, który stanowi największe zagrożenie dla Marveliana? Aby najlepiej chronić mojego kardynała, powinnam cię zabić. – Minerwa wiedziała, że brzmi zimno, bezlitośnie, bezdusznie. Lecz Snape był zdrajcą. Przybył tu, musiał liczyć się ze śmiercią.
– Zrób to. Bez miłości Marveliana moje życie i tak nie jest nic warte. – Wzruszył ramionami.
– Tst, wcale mnie nie znasz, Snape. Czasy, kiedy byłam bezwzględną morderczynią dawno minęły. – Zmrużyła oczy, ze wszystkich sił odpychając obraz pola bitwy… żołnierzy, generałów…
– Nie będziesz brudzić sobie rąk. Zlecisz to komuś innemu – stwierdził, wciąż nie zrobiwszy żadnego ruchu w kierunku swojej różdżki.
– Och nie, twoja ślepa miłość do Marveliana może mi się kiedyś przydać. Musisz natomiast odpowiedzieć za swoje zbrodnie. – Minerwa bez słowa przywołała różdżkę Snape'a, a potem wyczarowała więzy, których nie mógłby przełamać nawet zaklęciami wyniesionymi z Gildii.
– Ach, więc mam dorzucić swoją cegiełkę do sprawiedliwego wizerunku profesor McGonagall, szarej eminencji naszej społeczności? – Severus zamknął oczy, chyba usiłując ukryć fakt, że rozumiał, jak dalece okrutniejsze jest pozostawianie go przy życiu.
– Nie do końca. Niewiele jest miejsc, w których Voldemort cię nie dosięgnie. Jesteś zdrajcą, nie mogę więc trzymać cię w Hogwarcie, nawet gdybyś przekonał Dumbledore'a o swojej skrusze. Trafisz do Azkabanu, bez procesu. – Minerwa z satysfakcją odnotowała, że Severus trząsł się.
– Tylko chroń Marveliana – wyszeptał.
– Masz jakieś informacje, jakie mógłbyś postawić na ten cel? – spytała, przypominając sobie, że on był uważniejszy niż Bellatriks. Mógł wiedzieć coś przydatnego.
– Ktoś morduje śmierciożerców. Do tej pory Czarny Pan znajdywał ciała przed Zakonem, aurorami i Gildią, ale w końcu byś to odkryła. By nie szerzyć paniki wśród swoich, nie rozgłaszał tego.
– Skąd twoja pewność, że te morderstwa nie są na mój rozkaz?
– Pochwaliłabyś się tym, to wpasowywałoby się w twój wizerunek obrończyni światła. Najpierw zakładałem, że to robota lady Voldemort, ale potem Czarny Pan chciał, żebym przesłuchał świadka, który uciekł… a on był przekonany, że śmierciożerców morduje … Albus Dumbledore.
Minerwa nie dała po sobie poznać, jak zdumiała ją ta informacja. To było niemożliwe. To musiała być jakaś pomyłka. Przecież Albus nie..
– Dumbledore nie zabija. – Minerwa podejrzewała, że Albus nie zabrałby się za mordowanie, nawet jakby ona go o to poprosiła. On mógł odbierać życie jedynie gdy coś bezpośrednio zagrażało jej, albo Hogwartowi. W końcu, to on był tym dobrym, tym najlepszym, tym szlachetnym.
– Ktoś może się pod niego podszywać. Świadek twierdził to pod torturami… rysopis się zgadzał… kasztanowe włosy, broda, tyczkowata sylwetka, ekstrawaganckie, zielonozłote szaty… – Severus przewrócił oczami. Minerwa pokiwała głową… tylko komu zależałoby jednocześnie na mordowaniu śmierciożerców i podszywaniu się pod Albusa? Potężny, zimny dreszcz przebiegł przez jej całe ciało:
Czyżby Athena zwalczyła klątwę?
– Coś jeszcze? – spytała ostrożnie – jedno było pewne – Snape był pełen niespodzianek.
– Ja… powiedziałem mu, że matka Lily była położną. Śmierciożercy będą więc polować na Potterów. Czarny Pan wydedukował, że Dumbledore ukrył ich pod Fideliusem i będzie szukał ich Strażnika Tajemnicy. Zacznie od Lupina. – W ciemnych oczach Severusa Minerwa zobaczyła wiele znajomych uczuć – wstyd, żal, poczucie winy…
– Może spotkamy się na rozdrożach, Snape. – Minerwa doceniała, że zdecydował się powiedzieć jej o tym. Jeśli domyślał się, że Marvelian kocha Lily, to mógł zachować tą informację dla siebie, mógł liczyć, że Voldemort zabije dziewczynę…
W godzinę, Minerwa załatwiła Severusowi eskortę aurorów na czele z Moody'm, aprobatę Amelii Bones do pominięcia procesu i finalnie, najlepiej strzeżoną celę w Azkabanie. Wciąż jakaś część niej pomstowała, że zabicie zdrajcy byłoby prostszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem, ale… ile osób zawiodłaby tą decyzją? Bo wszyscy wiedzieliby, że decyzja wyszła od niej, nawet gdyby Severusa zabił ktoś inny. Może lady Voldemort mogłaby… ale transfiguracja w Czarną Panią przychodziła Minerwie coraz trudniej… może jednak gdzieś budziło się jej ignorowane sumienie… Albus nie zrozumiałby… zacząłby się martwić, że ona beztrosko bawi się w boga, pomyślałby, że powróciło szaleństwo wojny… które tak naprawdę nigdy jej nie opuściło. Marvelian zaś byłby rozczarowany … wciąż ją idealizował, a skoro on sam był w stanie rozstać się z Severusem w spokoju, to dlaczego Minerwa miałaby uciekać się do morderstwa? Dla zasady? Dla przykładu? Marvelian nie mógł wiedzieć, że według Minerwy, Severus powinien umrzeć… bo naraził jej dziecko, jej lwiątko…
Wciąż pozostawała kwestia tajemniczych morderstw wśród śmierciożerców i bezpieczeństwa Marveliana, Louie, Lily, Lupina… lista coraz bardziej się wydłużała i Minerwa powoli traciła wiarę, że jest w stanie skutecznie chronić wszystkich. Nie zamierzała jednak siedzieć bezczynnie i pozwalać Tomowi na zbieranie sił. Najpierw rozważała powrót do zamku i konfrontację z Albusem na temat jego domniemanych zbrodni, ale wtedy on odwróciłby kartę, pytając, dlaczego Minerwa posłała Snape'a do Azkabanu bez procesu. Tak więc, uznawszy, że sprawa Remusa jest ważniejsza, Minerwa wyszła z Wrzeszczącej Chaty i teleportowała się do rezydencji.
Zakon zapewnił wilkołakowi wyśmienitą kryjówkę (którą Gildia namierzyła jeszcze zanim Lupin się tam wprowadził) ale gorsze było to, że wszyscy zbagatelizowali likantropię Remusa. Tak, jego kryjówka znajdowała się w środku lasu, gdzie nie było zagrożenia, że mógłby uczynić komuś krzywdę podczas swoich przemian. Natomiast problem był taki, że podczas przemian Remus opuszczał kryjówkę i grasował po ogromnym zalesionym terytorium, co zazwyczaj kończyło się wyczerpaniem i utratą przytomności, więc w rezultacie wilkołak był praktycznie bezbronny.
Pełnia była dwie noce temu. Dzisiaj Remus już nie był bestią, był wymęczonym, na wpół przemienionym człowiekiem. Jeśli śmierciożercy planowali uderzyć, zrobią to tej nocy. Minerwa chciała jednak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Jako lady Voldemort, będzie mogła zabić śmierciożerców… oraz uratować Remusa…
Zmieniając swoje rysy i wymiary swojego całego ciała, wraz z kośćcem i kodem genetycznym, w najbardziej złożonej transfiguracji na świecie, Minerwie przemknęło przez myśl, że jej zaburzenia osobowości musiały się pogłębić – jeszcze godzinę temu nie była w stanie wykończyć jednego zdrajcy i szkodnika, a teraz planowała zetrzeć z powierzchni ziemi kilka osób dla … pokazania, że lady Voldemort jest do tego zdolna? Och, mogła mnożyć powody: po pierwsze, to był czytelny sygnał, że lady Voldemort jest wciąż w grze. Po drugie, to osłabiłoby zasadniczo Toma, co było kluczowe, bo w świetle raportów Bellatriks, Czarny Pan zbierał zwolenników by zaatakować i przejąć władzę przynajmniej w Hogwarcie przed tym, jak jego córka ukończy jedenaście lat. Po trzecie i najważniejsze, to chroniło Marveliana.
Tym razem, lady Voldemort zdecydowała się na wciąż mocno wycięty, szary kostium, z dekoltem w karo i luźnymi nogawkami. Dla lepszego dramatycznego efektu, usta podkreśliła krwistoczerwoną szminką. Kiedy jednak zerkała w lustro przed wyruszeniem, doznała okropnego przeczucia, że tym razem, jej przemiana nie jest perfekcyjna…
Coś z Minerwy, z profesor McGonagall… prześwitywało przez maskę lady Voldemort. Czy to był łagodniejszy wyraz twarzy? Niepewność ruchów? A może zielona aureola wokół źrenicy oka, walcząca z ciemnoczerwoną, transmutacyjną barwą?
– Weź się w garść! – warknęła Minerwa sama do siebie i z chmurną miną teleportowała się w sam środek głuszy.
Najpierw przy użyciu chimery lady Voldemort zmieniła się w gończego psa. Zawsze używała tej formy, gdy potrzebowała coś wytropić. Jej standardowa, kocia forma, miała czuły węch, lecz receptory węchowe gończych psów były dużo czulsze. Już po kilku minutach krążenia wyczuła wątły, wilczy zapach. Pobiegła po nim jak po sznurku.
Woń była już dużo silniejsza, gdy w lesie rozległo się przeraźliwe, wilcze wycie. Minerwa przyspieszyła, już teraz pewna, że śmierciożercy wybrali tą noc na atak. Ich zapachy wyczuła z daleka: Avery, Mulciber, Dołohow, Rosier i Rookwood. Nie grupa najwierniejszych, ale na pewno skutecznych i okrutnych śmierciożerców. Lupin miał małe szanse w starciu z nimi.
Nie używali jeszcze niewybaczalnych. Chcieli zachować Lupina przy życiu, a Cruciatus zostawiali na tortury, kiedy już uda im się go spętać. Mimo wszystko, to nie mogło być łatwe. Na niewielkiej polance Minerwa ujrzała Remusa wciąż w wilkołaczej formie – oszałamiacze nie pozbawiały go przytomności, a więzy wyczarowywane przez Rosiera umiał rozrywać.
– Gdzie znajduje się dom Potterów?! Gadaj, psie! – zawołał Dołohow, gdy jego różdżka wywołała głęboką ranę w żylastym ramieniu wilkołaka. Zapach krwi mocno uderzył we wrażliwe nozdrza Minerwy.
– Petrifikus! – wrzasnęli jednocześnie Mulciber i Rookwood – skoligowana siła ich zaklęć trafiła Remusa w pierś i unieruchomiła go, przynajmniej na kilka minut.
– No, wilczku, to może powiesz nam gdzie schowali się Potterowie, jak się z tobą pobawimy, co? – Avery kopnął bezwładne ciało Remusa na plecy.
– Crucio! – Śmierciożercy po kolei używali tego zaklęcia, za każdym razem powtarzając pytanie. Remus odpowiadał cierpiętniczym wyciem lub agonalnym skowytem. Minerwa zmieniła się, ale jeszcze się nie ujawniała. Nie znosiła tego zapachu strachu.
– Crucio! –Kolejka przeszła, znów torturował Avery. Remus płakał z bólu – i tak nadzwyczajne, że wytrzymał tak długo.
– To nie ja jestem … nie zdradzili mi… jestem słabym ogniwem… – wył wilkołak, potwierdzając przypuszczenia Minerwy, że to nie jego Potterowie uczynili Strażnikiem Tajemnicy.
– Może on naprawdę nie wie? Czarny Pan nie poleca brania jeńców, może powinniśmy go po prostu zabić? – spytał Mulciber, pocierając skroń. Minerwa wiedziała, że to pytanie jest jej sygnałem do wkroczenia do akcji, ale ktoś ją ubiegł.
Zza drzew naprzeciw jej kryjówki wybiegł ktoś… kto wyglądał jak Albus Dumbledore.
Lady Voldemort zamarła, podobnie zresztą jak śmierciożercy. A nowo przybyły poruszał się bardzo szybko.
– Avada Kedavra! – Z jego różdżki wystrzelił zielony promień i trafił Mulcibera. Śmierciożerca padł martwy w ułamku sekundy.
Rozpoczęła się walka. Imponująca. Spektakularna. Minerwa dawno nie widziała czegoś takiego. Człowiek podszywający się pod Albusa prawie sprowadził to starcie do wyrafinowanego tańca. Stał twarzą w twarz z czterema wyszkolonymi śmierciożercami, ale nie okazał ani trochę zawahania. Używał magii, której momentami nie rozpoznawała sama Minerwa – nie była to jednak czysta czarna magia. Dopiero kiedy był pewien, sięgnął po zaklęcie uśmiercające – zabił Rosiera, co rozwścieczyło Avery'ego, ale przeraziło Rookwooda i Dołohowa.
Wszystko działo się zbyt szybko, by Minerwa mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Był bardzo wysoki, ale wydawało jej się, że nawet wyższy niż Albus. Ubrany w niebieskie szaty, lecz bez migoczących, rozpraszających haftów – ich jedyną nieszablonową cechą był głęboki kolor. Przeskakiwał i okręcał się w walce zbyt prędko, by Minerwa mogła dotrzeć jego twarz – nie potrafiła stwierdzić, jakiego odcienia są jego oczy. Co najbardziej ją intrygowało, to fakt, że włosy i broda nieznajomego były krótsze niż Albusa, a ponadto lśniły pięknym, kasztanowym kolorem, podczas gdy obecnie włosy dyrektora Hogwartu były już prawie całkiem srebrno–białe.
Avery wrzasnął, gdy wyjątkowo silne zaklęcie tnące ucięło mu kciuk prawej dłoni – zdołał złapać różdżkę w lewą, ale to wystarczyło, by pojął, że nie ma szans, nawet przy wsparciu Rookwooda i Dołohowa.
– Odwrót! – wrzasnął blady śmierciożerca. Rookwood porwał ciało Mulcibera, a Dołohow zdołał pochwycić zwłoki Rosiera – wiedzieli, jak wściekły byłby Czarny Pan, gdyby zostawili po sobie ślady. Teleportowali się z ogłuszającymi trzaskami.
Minerwa prawie zaklęła, gdy Avery posłał zielony promień w kierunku nieprzytomnego wilkołaka i również zniknął. Zza drzewa nie widziała, czy uśmiercająca klątwa trafiła Remusa. Mocno trzymając różdżkę w dłoni, wychyliła się nieco, podczas gdy nieznajomy pochylał się nad ciałem, pewnie sprawdzając funkcje życiowe.
To nie mógł być Albus. Bowiem ukochanego czarodzieja rozpoznałaby przez vinculum. Kim jednak był? Strach ściskał jej trzewia, kiedy pomyślała, że to mogła być Athena, w jakimś stopniu zdolna do transfiguracji w osobę, którą znała bardzo dobrze. W końcu magia, jaką posługiwał się ten nieznajomy była z najwyższej półki czarodziejskiego wtajemniczenia.
Ciche westchnienie z ust odwróconego od niej plecami czarodzieja potwierdziło, że Remus był martwy. Minerwa wiedziała, że to był moment, w którym powinna się wycofać, zanim niebezpieczny nieznajomy ją zauważy, ale to nie był dzień, gdy była kalkulującą, ostrożną i przewidującą lady Voldemort. To był dzień, kiedy Minerwa McGonagall, zagubiona we własnych kłamstwach, osaczona przez własne emocje… była zwyczajnie ciekawa.
Nie pachniał znajomo. Nie mógł być jej uczniem. Woń, którą wyczuwała, była mieszaniną potęgi, męskości i jakiegoś zwierzęcego zapachu… zanim jednak mogła ocenić, z jakim zwierzęciem ten zapach się jej kojarzył, wiatr zmienił kierunek.
Wszystko wydarzyło się z zawrotną prędkością. Nieznajomy wybił się z nóg w jej stronę w imponującym skoku, jednocześnie zamieniając się w kulę kasztanowego futra. Sekundy później, stali metr od siebie, ich prawe ręce skrzyżowane, a różdżki wycelowane w gardła.
Trwali nieruchomo przez bardzo krótki czas, obserwując się nawzajem za zmrużonych oczu. To Minerwa przerwała ciszę. Z jej gardła wydał się przeraźliwy, porażająco ludzki wrzask.
Oto miała przed sobą twarz, która momentami pojawiała się w jej koszmarach. Piekielnie przystojną twarz, której rysy natychmiast kojarzyły się jej z arystokratycznym profilem jej babki, Theresy. Kasztanowe włosy i broda były w dokładnie takim samym odcieniu co pasma włosów Albusa. Lecz co zatrzymało na moment jej bijące szaleńczo serce, to szmaragdowe oczy… jej oczy.
– Aathena? – zdołała wycharczeć. Tylko czarownica z przeszłości mogła opanować magię transfiguracyjną na tyle, by być zdolną przyjąć tą formę. Tylko ta wiedźma mogła domyślać się, co sprawiłoby Minerwie najwięcej bólu, co było kluczem do pokonania lady McGonagall.
– Lady Voldemort? – Uniósł brwi ze zdumieniem, jego głos był wyjątkowo głęboki.
Instynkt całkowicie wziął w górę nad Minerwą. Nie pomyślała wcale o tym, że Athena nie mogła wiedzieć o tym, iż lady Voldemort i lady McGonagall to dwie dusze tej samej osoby. Jedyne, o czym myślała spanikowana swoim strachem czarownica, to ucieczka.
Animagiczna forma, którą jej wstrząśnięty umysł narzucił ciału, nie była standardowa, nie była precyzyjna i wyzwolenie jej było możliwe wcześniej jedynie pod wpływem silnych, obezwładniających emocji. Zanim nieznajomy wykonał ruch różdżką, Minerwa zmieniła się w pięknego, szmaragdowego feniksa i zniknęła w wirze błękitnych płomieni.
Teleportacyjna magia feniksów była nieprzewidywalna. Przywiodła Minerwę do rodzinnego mauzoleum McGonagallów. Trzęsąca się z nadmiaru emocji lady Voldemort leżała na posadzce pośród sarkofagów z zielonego marmuru, wypłakując sobie oczy. Oczy, które z każdą łzą, robiły się coraz bardziej szmaragdowe, jakby płacz wypłukiwał z jej ciała transfigurację.
Czyżby oszalała już do cna? Przecież … nie, ta żałosna nadzieja mogła tylko jeszcze bardziej ją zranić. Przecież dziecko jej i Albusa… było martwe, zamordowane przez mściwą Athenę wiele lat temu. Jego prochy leżały kilka metrów od załamanej Minerwy, w blaszanej skrzynce ustawionej na grobowcu jej babki!
Syn… którego nie mogła mieć…
– Na Merlina! – zawołała zapłakana Minerwa McGonagall, zagryzając wargi.
To nie mogła być Athena, bo nawet gdyby ona była gotowa do zranienia Minerwy w ten sposób, to właśnie… Minerwy. Co by jej dało utrzymywanie tej formy przed śmierciożercami, albo przed lady Voldemort? Nic. A jeśli to nie była forma transfiguracyjna, ani Eliksir Wielosokowy… ale prawdziwa osoba, z krwi i kości… tylko nie z tego czasu?
Co jeśli to był ojciec Morveny, ten, z którym Louie miała romans poza plecami wszystkich? Co jeśli to był syn innej Minerwy i innego Albusa, którym nie było dane żyć długo i szczęśliwie razem, ale którzy kochali się na tyle, by stworzyć … nieznajomego?
Minerwa nie mogła zmusić się by nadać mu jakiekolwiek imię. To nie był Therseus. To nie był jej syn. Tak naprawdę, jakie miała dowody na jego istnienie? Przecież to mogło być objawem jej szaleństwa! Równie dobrze mogła sobie wmówić, że tego człowieka tam wcale nie było, że to ona, lady Voldemort zamordowała tych dwóch śmierciożerców, zgodnie z planem…
Lady Voldemort. Kreatura, która napawała odrazą Minerwę, jednocześnie będąc częścią niej. Czarownica ze złością spojrzała na ozdobioną rubinami różdżkę – to był koniec. Przemiany transfiguracyjne nie były dobre dla jej zdrowia. Jeśli będzie zmuszona mordować śmierciożerców, może to robić w formie lady McGonagall. Jej wizerunek na tym straci, ale trudno. A może śmierciożercy nie mieli być już jej problemem? Ten nieznajomy… nie! Nie powinna o nim myśleć.
Z determinacją Minerwa McGonagall w nietypowym stroju, z rozmazaną szminką i zapuchniętymi oczami, wyszła z rodzinnego mauzoleum i skierowała się do rezydencji. Skrzaty przygotowały dla niej kąpiel i świeże szaty. Było coś oczyszczającego w małych rytuałach: przesunięciu dłonią po aksamitnym materiale zielonych, nauczycielskich szat, spleceniu włosów w surowy kok, nałożeniu na głowę dystyngowanego kapelusza wiedźmy, wreszcie obserwowaniu, jak światło załamuje się na szmaragdach zdobiących jej różdżkę.
Spokojniejsza, ale wciąż wzburzona, Minerwa wyruszyła do Hogwartu. Był wieczór, kiedy znalazła się za bramą, na błoniach. Mniejsze grupy uczniów usiłowały uczyć się na trawie, wśród natury – kłaniali się jednak Minerwie z szacunkiem – wiedzieli, że to nie jest nauczycielka, którą mogliby ignorować.
Mogła się spodziewać, że Albus wyczuje jej skonfundowane i skonfliktowane emocje. Miała ochotę znów się rozpłakać, widząc jak spieszył ku niej, w pocieszająco miękkich szatach, z rozwianą, srebrno–białą brodą i akwamarynowymi oczami, migoczącymi z niepokojem.
Uczniowie podnosili głowy, bo musieli wyczuć subtelne brzęczenie bardzo potężnych magicznych aur, grożących ujawnieniem z powodu silnych emocji odczuwanych przez dyrektorską parę. I tak jak Minerwa pragnęła przede wszystkim zarzucić Albusowi ręce na szyję i czerpać siłę z jego kojącego pocałunku, nie mogła tego uczynić, nie przy tylu świadkach.
– Profesor McGonagall, wszystko w porządku? – Jego głos promieniował troską. Widziała, że powstrzymywał odruch, by otworzyć dla niej ramiona.
Zatrzymała się tuż przed nim. Była tak blisko, że mogła policzyć zmarszczki na jego twarzy. Ba, mogła nawet spróbować śledzić iskierki w jego oczach. Uniosła dłoń, podając ją mu do szarmanckiego pocałunku i drżącym głosem rzekła:
– Profesorze Dumbledore, jest pewna sprawa, którą powinniśmy się zająć, zanim będzie za późno. – Patrzyła mu prosto w oczy – dostrzegła, że poruszył go strach przepływający przez vinculum, niepewność w jej głosie oraz łzy w oczach.
– Tak, Minerwo? – Pochylił się. Z perspektywy biernego obserwatora, surowa profesor McGonagall mogła na ucho relacjonować swojemu przełożonemu jakieś nic nie warte decyzje rady nadzorczej Hogwartu. Lecz tak naprawdę, mówiła:
– Chcę mieć z tobą dziecko.
Vinculum napięło się dramatycznie z jego niedowierzaniem.
Przez parę sekund szukał jakiegokolwiek wyjaśnienia w jej zielonych oczach.
– Louie urodziła, prawda? – spytał, łapiąc ją za rękę – to był jedyny jeszcze dopuszczalny tutaj kontakt.
Minerwa mrugała, nie rozumiejąc, o co on ją właściwie zapytał, ale zaraz potem przypomniała sobie poranną wiadomość… i wiedziała, że w tym musiał upatrywać powodów jej zdenerwowania, jej zdumiewającego oświadczenia.
– Nazwała ją Morvena – wyjawiła Minerwa, pragnąc nagle zabrać swoją dłoń z jego uścisku. Nie pozwolił jej na to.
– A jak nazwiemy nasze? – wyszeptał, patrząc na nią z nadzieją. Musiał wierzyć, że to jest możliwe, chociaż on miał prawie sto lat, a ona pięćdziesiąt osiem. Lecz ostatecznie, oni zawsze przekraczali granice, łamali prawa magii, wymykali się schematom.
Łza uciekła z jej oka, gdy odpowiedziała:
– Ariana Theresa.
Chciała mieć z nim córkę. Pragnęła, by ta córka nosiła miana ważne dla nich obojga. Pozwoliła więc, by teleportował ich oboje do dyrektorskiej wieży, zostawiając na błoniach uczniów, którzy szybko zapomnieli o dziwnym spotkaniu dyrektorskiego duetu w połowie drogi do zamku.
Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Klik. Świst. Klik. Świst. Klik.
Ruch różdżką, szmaragd unosił się i wstępował w srebrną oprawkę. Ruch palców, szmaragd mocno wpasowywał się w oprawę. Kolejny ruch różdżką, diament szybował ku kolejnemu oczku oprawy. Znów ruch palców, diament osadził się dokładnie na swoim miejscu. I tak raz za razem, przez długie, popołudniowe godziny. Kiedy nadszedł czas na przerwę, były gotowe dwa szmaragdowo–diamentowe naszyjniki.
– Velian, obiecujesz, że jeden będzie dla mnie? – Dziewczynka o turkusowych oczach siedziała ze spokojem obok, odłożywszy na bok książkę z obrazkami, którą zajmowała się przez długie godziny.
– Tak. Jeden jest przewidziany dla ciebie, drugi dla Morveny. – Marvelian usiłował się uśmiechnąć, ale zrezygnował, wiedząc, że jego uśmiech będzie nieszczery i że ona to wyczuje.
Laurana była kochanym dzieckiem. Nie grymasiła, nie robiła scen, nie zadawała głupich pytań. Umiała słuchać, wcale nie domagała się uwagi. Była uczynna, starała się pomagać matce w opiece nad Assuarinem. Zaskakująco cierpliwa, Laurana potrafiła godzinami zajmować się sama sobą, a jej największą pasją były książki. Można było łatwo oczekiwać, że Marvelian nie powinien mieć problemów w nawiązaniu kontaktu z tą młodszą siostrą, mimo sporej różnicy wieku.
Lecz nie mógł w żaden sposób przełamać swojej niechęci do Laurany Zenaidov. Za każdym razem, kiedy na nią patrzył, ładną mieszankę genów Louie i Assuarina, widział tylko egoistyczną i ryzykowną decyzję matki o szukaniu desperacko szczęścia za wszelką cenę. Wielokrotnie się zastanawiał, czy już wtedy wyczuwał, że uczucie matki do Assuarina nie przetrwa… w formie, w jakiej się rozpoczęło. Bo nie było wątpliwości, że Louie wciąż kochała ojca Laurany, ale to nie była miłość na miarę tej, jaką przyszło jej przeżyć z tajemniczym ojcem Morveny. Marvelian widział to w oczach matki.
– Będziesz jeszcze robił naszyjnik dla mamy? – Laurana spoglądała z podziwem jak Marvelian wyizolowuje srebro z pustej oprawy tiary i transmutuje je w powietrzu.
– Nie. – Marvelian w skupieniu tworzył kształt wyrafinowanej broszki.
Dziewczynka nie zapytała o wyjaśnienie. Prawie się nie ruszała, gdy wypełniał diamentami i szmaragdami oprawę tworzącą kształt lilii. Dopiero po godzinie, kiedy skończył, skomentowała:
– Bardzo ładny ten kwiatek.
Marvelian zdążył schować ukończoną broszkę do kieszeni, gdy do niewielkiej izby, która stanowiła jego pokój weszła Louie z Morveną na rękach.
– Podarowała ci tiarę Rubikondy? – Niedowierzanie malowało się w głosie matki, gdy obserwowała zniszczoną oprawę tiary.
– Formalnie jesteśmy jej dziedzicami. Chciała podzielić te klejnoty między twoje dzieci – wyjaśnił Marvelian, kątem oka obserwując matkę, która usiadła obok Laurany.
Louie wciąż nie doszła do siebie po ciężkim porodzie. Była magicznie i fizycznie słaba. Marvelian mieszkał już na Hebrydach od kilku miesięcy i pomagał jak tylko mógł, ale każdy zauważyłby, że Louie jest jak usychająca roślina. Samego dnia porodu Marvelian nie chciał pamiętać. Nienawidził tego poczucia bezsilności, tej paniki, jaką odczuwał i chaosu… bólu… był pewien, że przyjęcie siostry na świat było jednym z gorszych doświadczeń jego życia.
– Mógłbyś ją potrzymać? Zaraz wrócę. – Matka poprosiła Marveliana. Machnął różdżką, sprzątając szmaragdy i diamenty do aksamitnej sakiewki, oraz chowając pustą ramę w wyściełanym jedwabiem specjalnym pudełku. Następnie wyciągnął ręce po swoją najmłodszą siostrę.
Nie umiał określić, dlaczego z Morveną było zupełnie inaczej niż z Lauraną. Najpierw myślał, że ta więź między nim a niemowlęciem wynika z tego, że asystował przy jej narodzinach. Potem tłumaczył sobie, że chodzi o jej podobieństwo do niego samego – Morvena miała ciemne, czarne włoski i szmaragdowe oczy. Teraz zastanawiał się, czy może chodziło o fakt, że dziewczynka wyglądała tak, jak wyobrażał sobie kilkumiesięczną Minerwę McGonagall?
Samo niemowlę również zdawało się lubić Marveliana. W pobliżu Assuarina Morvena płakała nieustannie i dopiero w ramionach starszego przyrodniego brata uspokajała się. Marvelian praktycznie już miał wprawę w usypianiu jej. Teraz zaś zdawała się śmiać do niego, owijając miniaturową piąstkę wokół jego palca.
Patrząc na nią, nie było wątpliwości, że Morvena Zenaidov powinna raczej nosić miano McGonagall – gdyby Minerwa przybyła ją pobłogosławić, na pewno zgodziłaby się z Marvelianem. Był prawie pewien, że za kilkadziesiąt lat Morvena będzie wyglądać jak idealna kopia Minerwy. Lecz do tej pory starsza czarownica obstawała przy trzymaniu się z dala od Louie i domku na Hebrydach, a Marvelian szanował jej decyzję.
Laurana przysunęła się do Marveliana. Ukrył dyskomfort, gdy dziewczynka położyła głowę na jego ramieniu i zaczęła cicho nucić jakieś szkockie kołysanki. Co jednocześnie podziwiał i nie rozumiał w córce Assuarina to jej bezwarunkową miłość zarówno do niego, jak i do małej Morveny. Wydawałoby się, że dziewczynka powinna czuć złość, że została odsunięta na boczny tor, tak jak przy jej pojawieniu się czuł to Marvelian. Ale nie, Laurana sumiennie opiekowała się Morveną w miarę swoich możliwości i była posłuszna względem Marveliana.
– Już jestem… – Louie wróciła, jej włosy wciąż mokre od kąpieli.
– Cii, zasnęła – wyszeptał Marvelian, z zachwytem patrząc na już śpiące słodko niemowlę. Louie przejęła cenne zawiniątko i zaniosła małą do kołyski w małym pokoju z drugiej strony domu. Marvelian lekko zmierzwił włosy Laurany w pseudo przyjaznym geście i poszedł do głównej izby, w kącie której cicho drzemał Assuarin.
– Kiedy wrócisz? – spytała matka cicho, strzepując pył z szat Marveliana.
– Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą, odwracając wzrok od czarnej twarzy ojczyma.
Kiedy wprowadził się tu, spodziewał się nieustannych kłótni z Assuarinem. Chociaż teoretycznie Zenaidov był jedną z prominentnych męskich figur w życiu Assuarina i Marvelian nosił jego nazwisko, nigdy nie byli ze sobą zbyt blisko. Zaskoczył się, bo ich interakcje były ograniczone do minimum, a Assuarin znosił swoje cierpienie z ogromną godnością. Niepodważalna była również jego miłość do Louie. Marvelian przypuszczał, że starszy mężczyzna domyśla się, iż Morvena nie jest jego córką, ale nigdy nie słyszał, by Assuarin konfrontował ten fakt z Louie.
– Uważaj na siebie. – To było zdanie powtarzane za każdym razem, gdy Marvelian opuszczał Hebrydy, ale zawsze było w nim wiele uczucia.
Dzisiaj potrzebował tego zapewnienia. Miał bowiem udać się do Lily. Pierwszy raz od kilku miesięcy. Kiedy żegnali się bardzo czule, Potterowie wciąż mieszkali w rezydencji rodziców Jamesa, ale teraz z powodu kłopotów finansowych i namów Dumbledore'a zmienili miejsce zamieszkania. Marvelian musiał przerwać swój romans, by być stale przy matce do momentu rozwiązania, a potem rozłąka z Lily przedłużyła się, bo Louie bardzo ciężko zniosła poród. Minerwa musiała uznać, że Marvelian w swojej misji spisał się bardzo dobrze, bo podczas ostatniego spotkania podarowała mu bardzo cenny świstoklik do nowego domu Potterów.
Świstoklik miał się aktywować dokładnie za trzy minuty. Minerwa zasugerowała, że Potterowie nic nie wiedzą o świstokliku, dlatego Marvelian mocno trzymał różdżkę w drugiej ręce. Musiał się zobaczyć z Lily.
Minerwa świstoklik wykonała z akwamarynowej broszki – która miała wcześniej należeć do Roweny Ravenclaw, dlatego wraz z magią nauczycielki transmutacji mogła przenieść Marveliana nawet przez zaklęcie Fideliusa. W określonym czasie, broszka rozbłysła błękitnym światłem, a Marvelian znalazł się przed niewyróżniającym się domkiem jednorodzinnym.
Czujnie rozejrzał się dookoła. Krajobraz poza ulicą – zbocza wzgórz otaczające wioskę i dolinę – był zaskakująco znajomy. Marvelian przypomniał sobie ścienny obraz przedstawiający to miejsce. Zacisnął zęby, zrozumiawszy, że Dumbledore przeniósł Potterów do miejscowości swojego dzieciństwa – Doliny Godryka. Zamiast jednak zastanawiać się, co dyrektor Hogwartu chciał osiągnąć tym posunięciem, odwrócił się, podszedł do drzwi domu i zapukał.
Drzwi otworzyły się, a w serce Marveliana już były wycelowane dwie różdżki. Uniósł obie dłonie w poddańczym gestem, chociaż przed sobą miał wzniesioną niewidzialną, niewerbalną tarczę – gdyby odruchowo usiłowaliby go ogłuszyć, zaklęcia by go nie dosięgły.
– Zenaidov? – To Frank Longbottom szybciej odzyskał zdolność mowy. Marvelian nie okazał zdumienia jego obecnością – Lily wspominała, że zaprzyjaźniła się z Alicją, żoną Franka.
– Lady McGonagall podarowała mi jednorazowy świstoklik. Mam do omówienia sprawy Gildii z kardynał Potter – oświadczył spokojnie Marvelian.
– Kochanie, co się…? – Ponad ramieniem zdezorientowanego Pottera pojawiła się twarz Lily. Kobieta urwała, gdy skrzyżowała spojrzenie z Marvelianem.
– Moglibyśmy porozmawiać? Jest nieco spraw Gildii do omówienia. – Marvelian usiłował nie gapić się zbyt ostentacyjnie na Lily, ale na Merlina, nie widział jej od tak dawna, prawie zapomniał jak była piękna.
– Chodźmy do ogrodu – zaproponowała, lecz wtedy wtrącił się jej mąż:
– Lils, bezpieczeństwo… – James mrużył oczy, obrzucając Marveliana powłóczystym spojrzeniem.
– James, Gildia ponad wszystkim. Profesor McGonagall nie dałaby mu świstoklika, gdyby mu nie ufała, a ja wierzę jej osądom. Zapraszam, Marvelianie. – Lily pociągnęła swojego męża i Longbottoma do środka.
– To nie zajmie długo – wymamrotał Marvelian, gdy Lily wskazała Frankowi i Jamesowi salon, gdzie Alicja rozlewała herbatę. Trudno było Marvelianowi zebrać myśli, gdy ukochana ujęła delikatnie jego łokieć. Skinął sztywno głową Alicji i pozwolił, by Lily zaprowadziła go do drzwi wychodzących na ogród.
Westchnął. Wszędzie kwitły lilie. W najróżniejszych kolorach – tworzyły bajkową atmosferę, a ich zapach natychmiast przywoływał u Marveliana najpiękniejsze wspomnienia. Jak urzeczony podążał za Lily do niewielkiej altanki w rogu ogrodu. Drewniana konstrukcja była tak obrośnięta kwitnącą glicynią, że z okien domu nie sposób było zobaczyć, co działo się w środku. Dla przezorności Marvelian i tak rzucił szereg zaklęć umożliwiających rozmowę bez obaw o podsłuchanie.
– Minerwa wspomniała, że się pojawisz – rozpoczęła Lily. Jej płomiennorude włosy były zebrane w prosty kucyk zieloną wstążką. Ubrana była w luźną, kremową sukienkę, która podkreślała urocze piegi na bladej skórze czarownicy. Marvelian odpędził wspomnienie tego, jak ostatnio usiłował wycałować każdy z tych piegów. Zamiast tego rzekł:
– Powiedziała, że przy obecnym poziomie zagrożenia, po śmierci Lupina i złapaniu Severusa, nie możemy kontynuować naszego romansu. – Jego dłonie drżały. Pamiętał nieugięte spojrzenie szmaragdowych oczu, gdy Minerwa zdradziła mu, że Lily jest na trzecim miejscu na liście poszukiwanych przez Voldemorta, zaraz za Marvelianem i jego matką.
– To jest tylko jeden powód. Na moją prośbę, Minerwa nie powiedziała ci o tym poważniejszym. – Lily odwróciła głowę, nerwowo zacierając ręce.
– Lily? O co chodzi? – Niepokój wkradł się w serce Marveliana. Niewielu umiało przekonać do czegoś Minerwę. Jeśli Lily to zrobiła, to jedynie w bardzo poważnej sprawie. Bo oczywiście choć Marvelian mógł wymieniać dziesiątki powodów, dla których nie powinien być z Lily, nie sądził, by którykolwiek z nich był poważniejszy niż jej bezpieczeństwo.
– Jestem w ciąży, Marvelianie – wyszeptała czarownica, w gryfońskiej odwadze unosząc głowę, by spojrzeć mu w oczy.
Marvelian odruchowo przeniósł wzrok na jej brzuch – dopiero teraz zauważył w tym miejscu nietypowe zaokrąglenie. Na moment stracił zdolność racjonalnego pojmowania. Lily w ciąży? Przecież to stawiało ją w jeszcze większym niebezpieczeństwie.
– To twoje dziecko, Marvelianie – dodała Lily, płaczliwie. Gdy Marvelian zobaczył łzy na jej policzkach, bez słowa przysunął się do niej i objął ją ostrożnie.
Lily spodziewała się jego dziecka! Miał zostać ojcem! Na jedną krótką chwilę pozwolił, by zalała go gwałtowna fala szczęścia.
Zaraz jednak przypomniał sobie, że Lily była żoną innego, że na nich wszystkich polował Voldemort…
– Ja… kocham cię tak mocno. – Marvelian nie miał pojęcia co powiedzieć, jak pocieszyć płaczącą w jego ramionach kobietę. Kobietę, którą kochał ponad wszystko.
– Wiem, Velian. Wiem – łkała Lily w jego szaty.
Nie mieli za wiele czasu. James pewnie pojawi się tu za jakieś pół godziny. Marvelian wiedział, że Gryfon był bardzo zaborczy – ich schadzki zawsze były pieczołowicie organizowane.
– Kto wie? Co powiedziała Minerwa? – Mimo wszystko, gdzieś w Marvelianie tliła się nadzieja. Minerwa musiała mieć jakiś plan, jakieś rozwiązanie.
– Tylko Minerwa wie, jej powiedziałam jako pierwszej. James jeszcze nie wie, ale Minerwa uważa, że lepiej będzie, jeśli dziecko będzie uznane za jego. Daty tego nie wykluczają – objaśniała Lily, drżąc w ramionach Marveliana. On sam czuł, jakby ktoś zadał mu wyjątkowo bolesny cios. Jego dziecko miało być wychowywane jako syn lub córka Jamesa Pottera?
– A ja? Mam stać z boku? – Wzdrygnął się, na echo złości w swoich własnych słowach. Lily nie zasługiwała na to – dla niej ta sytuacja musiała być jeszcze trudniejsza.
– Bezpieczniej dla dziecka będzie, jeśli będziesz trzymał się od nas z daleka. Według źródeł Minerwy, to ty jesteś priorytetem dla Sam–Wiesz–Kogo. – Lily przesunęła dłonią po jego policzku.
– Zabiję go. W końcu do tego przygotowywała mnie Minerwa przez cały czas. Nie pozwala mi zmierzyć się z nim, bo… po ludzku boi się o mnie. – Marvelian zacisnął dłonie w pięści.
– Velian, ja też się boję o ciebie. Błagam cię, obiecaj mi, że wstrzymasz się z tym, do momentu narodzin dziecka. Ja… według Poppy to ciąża wysokiego ryzyka. Gdyby coś ci się stało… – Z drobnego ciała Lily promieniował czysty strach.
– Dobrze. Oczywiście, obiecuję, kochana. Poczekam. Zobaczę nasze dziecko. A potem pokonam tego, który wam zagraża. – Marvelian delikatnie ucałował czubek głowy Lily.
– Tak mi przykro… Miii… Minerwa zniosła to bardzo dobrze… powiedziała, że liczy się tylko to, byś ty był bezpieczny i szczęśliwy – zdradziła Lily, podnosząc głowę.
– Wiesz, mam coś dla ciebie. – Marvelian wiedział, że czas na myślenie o Minerwie przyjdzie później. Teraz powinien maksymalnie wykorzystać swój czas z Lily.
Rudowłosa piękność przekrzywiła głowę, gdy sięgnął do kieszeni szaty. Jej dłoń odruchowo powędrowała do ust, by stłumić okrzyk, kiedy ujrzała przepiękną broszkę w kształcie lilii.
– Ojej, to jest zbyt cenny prezent. Cały mój dom nie jest pewnie wart tyle, co te klejnoty. – Lily potrząsnęła głową, oszołomiona migoczącymi szmaragdami i brylantami.
– Proszę, przyjmij ją, jako symbol mojej miłości. – Marvelian wsunął broszkę w jej dłoń.
Lily przyciągnęła go do siebie w słodkim i stanowczo zbyt krótkim pocałunku. Ledwie się od siebie oderwali, gdy usłyszeli głos Jamesa:
– Lily, wszystko w porządku?!
– Tak, kochanie, daj nam jeszcze dziesięć minut! – odpowiedziała Lily, pewnie wiedząc, że Potter przyjdzie po nią po pięciu.
Przez minutę Marvelian i Lily patrzyli w swoje oczy – ona zerkała w jego niesamowicie hipnotyzujące szmaragdowe tęczówki, on tonął w głębi zieleni w odcieniu sosnowych igieł. Potem przeszli do ostatniego, pożegnalnego pocałunku – najpierw delikatne muśnięcia ust, następnie eksploracyjny taniec języków – Marvelian chłonął to wszystko, by zapamiętać jak najdokładniej. Na koniec Lily złapała go za dłonie i skierowała je do swojego brzucha.
To było nieziemskie uczucie. Dziecko musiało być jeszcze bardzo małe – brzuch Lily nie był jeszcze na tyle zaokrąglony, by było cokolwiek widać. Lecz sama świadomość, że w tej najcudowniejszej istocie na świecie, w Lily, rozwija się jego dziecko… że ono jest gdzieś tam, pod jego dłońmi, na razie bezpieczne… ciepło zalało Marveliana, gdy czule przesuwał palcami po brzuchu Lily.
– James zaraz tu będzie – odezwała się Lily ze smutkiem. Marvelian ujął jej twarz w dłonie i rzekł:
– Moje serce należy do ciebie. Gdyby coś mi się stało… Minerwa ci pomoże. Dbaj o siebie. Pamiętaj, kocham cię – wyszeptał Marvelian.
– Nic ci się nie stanie. Wyjdziemy z tego. Wszyscy troje. Do zobaczenia – spotkamy się, kiedy dziecko przyjdzie na świat – powiedziała z wiarą Lily.
Jej usta zdążyły jeszcze wypowiedzieć uskrzydlające ,,kocham cię", gdy Marvelian zebrał swoją magię i teleportował się.
Bramy rezydencji otworzyły się przed nim, chociaż Marvelian przeczuwał, że Minerwy nie było w środku – pewnie nadzorowała jakieś szlabany w Hogwarcie. Mimo to czarodziej szybko pokonał dystans od bramy do … skierowałby się do rezydencji, ale coś nakazało mu wejść do mauzoleum.
Kiedy był tu po raz pierwszy, Minerwa szybko wyjaśniła, w którym grobowcu złożono jej rodziców, a w którym dziadków. Teraz, Marvelian mógł rozejrzeć się lepiej. Wewnątrz panowała melancholijna atmosfera minionej świetności. Ogromne sarkofagi z zielonego marmuru milczały. Znów, Marvelian pomyślał o tym, że w grobowcu już nie ma miejsca na ani jeden sarkofag. Gdy zapytał o to Minerwę, ta wzruszyła ramionami i rzekła, że jeśli on i córki Louie będą chcieli tu spocząć, mogą wybudować drugie mauzoleum. Sama Minerwa podkreśliła, że chciałaby spocząć w Hogwarcie. Marvelian nie miał tyle odwagi by zapytać czy w jednym grobie z Albusem. Zabolało go natomiast, że grubą kreską oddzielała jego i swoich przodków.
Bo chociaż Athena wywodziła się od innej Minerwy, Marvelian czuł, że rezydencja… reaguje na niego jak na pełnoprawnego dziedzica.
Przemaszerowawszy do sarkofagu pierwszego McGonagalla, syna Roweny i Salazara, Marvelian odwrócił się, by z tej perspektywy obejrzeć mauzoleum. Dopiero teraz dostrzegł coś, co umknęło jego uwadze na wejściu. Jedna, jedyna rzecz absolutnie nie pasowała do majestatycznego, funeralnego wnętrza grobowca, która psuła symetrię i harmonię tego miejsca.
Była to niewielka skrzyneczka z brudnej, pordzewiałej blachy, ustawiona na grobowcu Theresy i Ernesta Edgara McGonagallów. Wiedząc, że lady Theresa była jedną z ważniejszych postaci w młodości Minerwy, Marvelian nie rozumiał, dlaczego jej sarkofag był sprofanowany tą skrzynką, tym brzydkim przedmiotem.
Zbliżył się do owej skrzyneczki i odkrył, że otoczono ją bardzo potężnymi zaklęciami ochronnymi. Nie był w stanie po nią sięgnąć, nie mógł jej dotknąć. Czary użyte do ochrony tej skrzyneczki były mu nieznane, chociaż nosiły sygnaturę Minerwy.
– Zmarłym należy się spokój. – Usłyszał zmęczony głos.
Odwrócił się do wejścia. O futrynę opierała się Minerwa – wyglądała na smutną i wyczerpaną. Zdumiewające, że jej oczy jakby straciły na kolorze, gdy zerknęła na blaszaną skrzynkę – Marvelian widział jak te oczy migoczą z miłością, jak błyszczą radością, jak ciemnieją z gniewu… ale nigdy by bladły, by robiły się… puste.
– Pomyślałem, że może atmosfera tego miejsca pomoże mi zdecydować, czy postępuję dobrze. – Marvelian wzruszył ramionami i ruszył ku Minerwie. Nie chciał widzieć tej pustki w jej spojrzeniu. Ujął ją za łokieć i wyprowadził z mauzoleum.
– Wiedziałaś, że będę ojcem – zaczął, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać.
– Lepiej, że dowiedziałeś się o tym od Lily. Gratuluję. I przykro mi, że wasza sytuacja przedstawia się tak mało kolorowo. – Minerwa położyła dłoń na jego ramieniu.
– Obiecałem Lily, że nie będę próbował stawić czoła Voldemortowi zanim dziecko się urodzi – wyjawił Marvelian, lekko obawiając się reakcji nauczycielki transmutacji.
– Może do tego czasu sama zmiotę go z powierzchni ziemi. – Minerwa machnęła ręką. Jej obojętność zaskoczyła Marveliana – ta kobieta nie cierpiała, kiedy pojawiały się nowe niewiadome w jej wzorach, kiedy pojawiały się odstępstwa od jej planów.
– Minerwo, wszystko w porządku? – Dopiero, gdy spojrzała mu w oczy, Marvelian zrozumiał. Minerwa była zadowolona z takiego obrotu spraw – bo przez jakiś czas, sam Marvelian był bezpieczniejszy. Czując zalewającą go czułość do starszej czarownicy, ciemnowłosy czarodziej objął ją.
Twarz Minerwy była skryta w szatach Marveliana, czarodziej nie mógł więc usłyszeć, jak ona szepcze:
– Obyś był lepszym ojcem niż ja matką, Marvelianie.
