1981 a

Minerwa instynktownie poprawiła swój kok, gdy uderzył w nią silny, letni, ciepły wiatr, hulający ponad wzgórzami szkockiej wysepki. Nie była do końca pewna, czy postępuje dobrze, bo z logicznego punktu widzenia, zabranie Marveliana do Potterów, by ujrzał swojego syna było jedynie ryzykiem. Lecz z drugiej strony, ostatnio Minerwa coraz częściej ulegała emocjom.

To strach przed upływającym czasem pozwolił jej zdecydować, że chce mieć jeszcze jedno dziecko z Albusem. To miłość do niego dodawała Minerwie energii do działania i nadziei na to, że nie jest za późno. To lęk przed prawdą o pierwotnej chronologii powstrzymywał Minerwę przed szukaniem kasztanowłosego maga, który przez cały rok mordował śmierciożerców. Niechęć do formy lady Voldemort ograniczała tworzenie przez Minerwę strategii mających osłabić Toma. Niezdolność do całkowitego wybaczenia Louie trzymała Minerwę z dala od Hebryd. Troska o Marveliana kierowała dzisiejszymi działaniami profesor McGonagall. Plus ciekawość co do swego pierwszego wnuka.

W wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat Minerwa została babką. Czuła się dziwnie. Głównie ze względu na to, iż jej magiczna moc dodatkowo opóźniała i tak wolniejsze u czarownic procesy starzenia. A to oznaczało, że Minerwa nie była jeszcze zbyt stara, by samej kolejny raz zostać matką.

Wiedząc, że podobne rozmyślania bardzo często prowadzą do bolesnych wspomnień, do pustki – bo Lily miała dwadzieścia jeden lat, dokładnie tyle samo ile Minerwa, kiedy urodziła Therseusa – Minerwa zerknęła na zegarek i ruszyła w dół zbocza. Zaniepokoiła się – Marvelian zdawał sobie sprawę, jak zastępczyni dyrektora Hogwartu ceni sobie punktualność.

Zmieniła się w kocią postać, by pędzić szybciej. Wciąż dbała o fizyczną formę – nie czuła zmęczenia, gdy znalazła się przed niepozorną chatką w osłoniętej przed wiatrem dolinie. Prychnęła, bo Marvelian uśmiechał się do niej szeroko, w ramionach kołysząc niemowlę.

– Uważam, że powinnaś ją poznać, Minerwo. Louie, Laurana i Assuarin zostaną wewnątrz. Chodź – odezwał się Marvelian zachęcająco.

Minerwa nie mogła mu odmówić. Już jako stateczna czarownica, podeszła do niego i zmusiła się, by zerknąć na zawiniątko, a nie patrzeć na jego pełną radości i zachwytu twarz:

– Morveno, poznaj najbardziej niesamowitą z wiedźm – oznajmił radośnie młody mężczyzna.

Tymczasem Minerwa otworzyła szeroko oczy. Bowiem Morvena…

– Ona wygląda tak jak ja. – Te słowa uciekły z ust Minerwy, zanim je przemyślała.

– Tak. Jest piękna. – Marvelian ostrożnie przesunął się, by podać Minerwie spokojne dziecko.

Starsza czarownica czuła łzy cisnące się do oczu, gdy patrzyła na śliczną istotkę w swoich ramionach – bo to dziecko, ta dziewczynka… może wyglądała jak jej urodzona prawie sześć dekad później bliźniaczka, ale Minerwa ponad wszystko pragnęła nadziei, że życie Morveny będzie lepsze niż jej własne. Że wybory Morveny będą szlachetniejsze, a ona szczęśliwsza.

– Nosisz w sobie dziedzictwo Merlina, Nimue, Roweny i Salazara, Morveno. Przynieś swoim przodkom chwałę. – Minerwa ucałowała czoło dziewczynki, która zagruchała po swojemu w odpowiedzi.

– Pozwolisz, że oddam ją matce. Myślę, że wiem, dlaczego chciałaś się ze mną spotkać i umieram z niecierpliwości. – Marvelian wyrwał Minerwę z zamyślenia.

– Powinnam była poznać ją wcześniej – przyznała Szkotka, oddając dziewczynkę Marvelianowi.

– Wiesz, czasem śni mi się, że wszyscy tworzymy jedną wielką rodzinę i jesteśmy naprawdę szczęśliwi. – Marvelian uśmiechnął się i poszedł oddać Morvenę w ręce matki.

Minerwa westchnęła. W tych nielicznych snach, które nie były koszmarami, również widziała podobny obrazek. Kiedy jednak budziła się, racjonalne spojrzenie na sytuację uderzało ją z całą mocą. Nie byliby szczęśliwi, gdyby wciąż istniały między nimi tajemnice. A gdyby znali prawdę… nie mogliby patrzeć na nią i na siebie nawzajem.

– Zanim się teleportujemy, powiedz mi tylko: chłopiec czy dziewczynka? – Marvelian już był z powrotem, cały w skowronkach.

– Chłopiec. Ale zachowaj powściągliwość. Geny McGonagallów są mocne, wolałabym nie wzbudzać podejrzeń Pottera. – Minerwa uniosła kąciki ust, gdy Marvelian wykonał wokół niej żywiołowy taniec, mamrocząc raz za razem ,,Mam syna!" i ,,To chłopiec!".

– Pamiętaj, oficjalnie, to syn Pottera. – Trudno było jej użyć tych chłodnych słów i obserwować jak twarz syna tężeje z bólu, ale ktoś musiał pamiętać o wszystkich aspektach ich sytuacji.

Teleportowali się przed dom Potterów. Lily urodziła tutaj, przy pomocy Poppy – poród w św. Mungu byłby zbyt niebezpieczny. To był podwójnie szczęśliwy dzień dla Gildii i Zakonu – bowiem w podobnym czasie urodził się również Neville Longbottom, syn Franka i Alicji.

W drzwiach powitał ich Syriusz Black. Śmiał zmarszczyć brwi na widok Marveliana. Minerwa odpowiedziała swoim surowym, nauczycielskim spojrzeniem. Może Syriusz nie miał najłatwiej – dziedzic Blacków w Gryffindorze, członek Gildii i Zakonu postawiony naprzeciw brata, który bratał się ze śmierciożercami, wreszcie desperacko pragnący działać Huncwot, który niedawno stracił swojego najlepszego przyjaciela. Lecz życie było ciężkie i Minerwa nie miała czasu na szkolne niesnaski.

– Dzień dobry, panie Black. Przyszliśmy zobaczyć dziecko kardynał Potter. – Z cichego westchnienia za sobą wywnioskowała, że Marvelian pojął jej subtelne podkreślenie, iż dziecko było głównie Lily.

– Oczywiście, profesor McGonagall. Lily i James oraz dziecko są na górze, w pierwszym pokoju po lewej. – Syriusz zgiął się w ukłonie. Marvelian skinął mu głową, ale Black wciąż gapił się na niego nieufnie, gdy wspinali się po schodach.

James otworzył drzwi, gdy Minerwa zapukała delikatnie. On uśmiechnął się uprzejmie do niej, ale jego uśmiech zbladł, gdy dostrzegł Marveliana.

– Wracamy z szpiegowskiej misji. Śmierciożercy obserwują dolinę – skłamała Minerwa, chociaż przypuszczała, że jej wyjaśnienie nie ostudzi obaw Jamesa.

– Profesor McGonagall! Marvelianie! – Wesoły głos Lily wybił się w napiętej atmosferze.

– Potter, może zrobiłbyś nam herbatę? – Minerwa wyminęła Jamesa i podeszła do łóżka. Huncwot nie mógł odmówić. Wyszedł, nie zaszczycając Marveliana spojrzeniem. Gdy zniknął, Marvelian natychmiast podbiegł do Lily, która podała mu machające rączkami niemowlę.

– Och. – Marvelian westchnął. Minerwa zacisnęła nieco usta – bowiem pierwsza rzecz, która zwracała uwagę to zielone oczy. Lecz nie w odcieniu sosnowych igieł, tylko w kolorze wyszlifowanych szmaragdów. Przy bliższej obserwacji Minerwa mogła stwierdzić, że chłopiec wdał się w oboje rodziców – rysy twarzy miał po Lily, przy odrobinie skupienia widać też było podobieństwo do Caroline. Włosy miał ciemniejsze niż Lily i niestety, James, ale wciąż nie do końca czarne. Na szczęście nie było w nim nic z Voldemorta.

– Jest cudowny – odezwała się Minerwa, bowiem Marvelian najwyraźniej zaniemówił z zachwytu.

– Harold. Ma na imię Harold. James chciał, by nazywał się Harry Potter, ale uparłam się – wyjaśniła Lily. Młoda kobieta nie okazała zdumienia, kiedy Marvelian zwrócił się do Minerwy:

– Nie masz nic przeciwko? – To pytanie oczywiście wynikało z prostego faktu, że imię ,,Harold" było drugim imieniem ojca Minerwy.

– Nie. To dobre imię. – Minerwa przesunęła dłonią ponad czółkiem dziecka w geście formalnego błogosławieństwa. Kątem oka widziała jak oczy Marveliana błyszczą od powstrzymywanych łez. Zależało mu na jej aprobacie.

Marvelian zdążył oddać dziecko Lily, gdy James wpadł do pokoju, z tacą z herbatą.

– Prawda, że z małego Pottera będzie wyśmienity Gryfon, pani profesor? – James zwrócił się uprzejmie do Minerwy, podając jej filiżankę z herbatą.

Przez kwadrans rozmawiali. Głównie to Minerwa i James prowadzili konwersację, Lily wtrącała się od czasu do czasu. Marvelian ukradkiem zerkał na ukochaną i swoje dziecko. Chcąc dać mu okazję do pożegnania się, Minerwa odstawiła pustą filiżankę i rzekła do Jamesa:

– Potter, chciałabym poprawić czary ochronne wokół waszego domu. Zaprowadzisz mnie do ogrodu?

James pokiwał sztywno głową, a potem niechętnie wyszedł, zostawiając Lily i Marveliana samych z malutkim Haroldem. Mimo wszystko, cała jego niechęć odnosiła się jedynie do Ślizgona. Wobec Minerwy James zachowywał pełną rewerencję, jak zazwyczaj.

W ogrodzie Minerwa wolno intonowała kolejne czary, chcąc dać synowi jak najwięcej czasu. James z podziwem obserwował skomplikowane ruchy piękną różdżką. Gdy Minerwa przerwała, odezwał się:

– Pani profesor… czy mógłbym panią o coś jeszcze prosić?

Odwróciła się do niego, szukając odpowiedzi w orzechowych oczach. Znalazła tylko szczery szacunek.

– Lily bardzo zależy na tym, by zgodziła się pani zostać matką chrzestną Harolda – wyjawił Gryfon, nerwowo zacierając ręce.

Minerwa była tak zbita z tropu, że uniosła brwi: owszem, podejrzewała, że Lily widzi ją w przyjaznym świetle i pragnie zrobić jakiś gest względem Marveliana, ale zaskoczył ją fakt, że James się na to zgadzał.

– To nie byłoby właściwe, James. Musisz sobie zdawać sprawę z tego, że wszelkie powiązania ze mną tylko zwiększają niebezpieczeństwo. – Minerwa nie chciała magicznie wiązać się z tym dzieckiem. Harold i tak był jej sukcesorem przez krew, jej wnukiem. Nie chciała do tego dodawać więcej, szczególnie w obecnej, zagmatwanej i niepewnej sytuacji. Któż wie, czy ona w ogóle będzie mogła obserwować proces dorastania Harolda?

– To bardzo ważne dla Lily, pani profesor – spróbował raz jeszcze James, błagalnym tonem.

– James, nie chcę magicznie wiązać się z tym dzieckiem. Jeśli tego chcecie, mogę grać rolę potężnej i kochającej babki, ale lepiej będzie, jeśli moja magia będzie niepowiązana z Haroldem. – Minerwa patrzyła wprost w oczy młodego mężczyzny. Jej szczerość chyba do niego trafiła, bo pokiwał głową.

– Pewnie jak zwykle masz rację, McGonagall – dodał zaczepnie, lecz wciąż z estymą.

– Chodźmy. Ja i Zenaidov i tak wpadliśmy tylko na chwilę. – Minerwa ruszyła przodem, na schodach wyjątkowo mocno uderzając obcasami w drewniane deski. Gdy otworzyła drzwi do sypialni Lily, Harold spokojnie gruchał w kołysce przy łóżku, a Marvelian zachowywał odpowiedni dystans.

– Profesor McGonagall, obieca pani, że będzie nas odwiedzać? – Lily wyciągnęła ręce do Minerwy. Starsza czarownica objęła mocno młodszą kobietę, szepcząc jej do ucha:

– Tak. Dziękuję ci. – Nie musiała dodawać, za co. Lily dała jej wnuka.

– Do zobaczenia, Potter. Pilnuj się, Black. – Minerwa imperialnie zarzuciła szatami i wymaszerowała z domu, ale jej poza zadrżała, gdy posłała delikatny pocałunek w kierunku kołyski.

– Uważajcie na siebie i małego – powiedział Marvelian i podążył za Minerwą.

Z powrotem na Hebrydach, żadne z nich nie wykonało ruchu w kierunku chatki, z której dobiegało ciche płakanie Morveny i uspokajające nucenie Louie.

– Nie sądziłem, że to będzie takie trudne – stwierdził Marvelian, przeczesując dłonią włosy.

– Tak, porzucenie własnego dziecka ustępuje chyba tylko byciu zmuszonym do oglądania jego śmierci – stwierdziła Minerwa melancholijnie. Marvelian położył jej dłoń na ramieniu.

– Wiesz, że przysiągłem Lily bezpieczniejszy świat do wychowywania naszego syna – odezwał się cicho.

Minerwa sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła sfatygowaną, starą księgę. Powiększyła ją zaklęciem, a następnie podała Marvelianowi i wyjaśniła:

– W środku są wszystkie zaklęcia, których nauczyłam się od babki i później, po studiowaniu dziesiątek czarnomagicznych ksiąg. To jest cała wiedza, jaką zgromadziłam. Ona pozwoli ci pokonać Voldemorta. – Minerwa była dumna, że jej głos nie zadrżał.

– To… najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek otrzymałem. – Marvelian wziął tomiszcze i pochylił się, by ucałować policzek Minerwy.

– Nie mogę cię zatrzymać, chciałam się więc upewnić, że wyjdziesz z tego zwycięsko – rzekła, kiedy Marvelian otworzył książkę na jednej z ostatnich stron.

– Transfiguracja? Przecież to ostatni poziom transmutacyjnego mistrzostwa. Niemożliwy do pełnego opanowania, jedynie Merlin… – Marvelian urwał i zerknął na Minerwę.

– Nie opanowałam tego w pełni. Jestem w stanie na kilkanaście minut zmienić się w osoby, które znam dobrze… na kilkanaście sekund w te, które znam mniej. Lecz to wymaga ogromnej energii – wyjawiła, a Marvelian krzyknął, gdy nagle w miejscu Minerwy pojawiła się jego dokładna kopia.

– Niesamowite – wyszeptał, przesuwając dłonią po ,,swoim" policzku. Cofnął rękę, gdy Minerwa wróciła do swojej formy.

– Będziemy spotykać się w soboty w rezydencji, by przedyskutować to, czego się nauczyłeś i dowiedziałeś. Voldemort miał mnóstwo czasu, by skompletować podobną wiedzę. – Minerwa nie dodała, że sama walnie przyczyniła się do poszerzenia zdolności i wiedzy Toma.

– Dobrze. Ale obiecaj mi coś w zamian. – Marvelian lekko ujął jej dłoń. Spojrzała mu w oczy.

– Jestem synem Voldemorta. To ja muszę go pokonać. Przysięgnij, że nie spróbujesz zabrać ode mnie tego brzemienia. – Błaganie w jego głosie poruszało Minerwę do głębi. Lecz nie mogła mu ulec.

– Marvelianie, dla mnie zawsze będziesz przede wszystkim synem swojej matki. – Wyplątała swoją dłoń z jego ręki, ucałowała jego czoło i teleportowała się, zanim zdążył zaprotestować.

Nie mogła mu tego obiecać. Gdyby nie nadzieja, że być może… nie było za późno, to nawet z ochotą wzięłaby to brzemię na siebie. Ale jeśli wciąż był czas… Czarownica położyła dłoń na płaskim brzuchu, w naiwnej nadziei, że może za … trzecim razem…, jeśli do niego dojdzie… będzie lepszą matką niż wcześniej.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

31.10.1981

Alberwan czuł dziwny ucisk w piersi, gdy wyczerpana sowa pozwoliła mu odczepić list przyczepiony do żółtych szponów. Nie widział się z Bellatriks od tamtego okropnego dnia, gdy śmierciożerczyni ostrzegła go przed wzmożonym polowaniem na Louie i kiedy dowiedział się, że jego ukochana spodziewa się dziecka. Wtedy też usłyszał, że Louie nie kocha go tak mocno, jak on kochał ją. Lecz wracając do Belli, panowało milczące porozumienie, iż nie będą próbować się kontaktować, chyba że w poważnych sprawach.

Za sobą usłyszał ciche westchnienie – Nagini musiała rozpoznać pismo, którym ktoś naskrobał ,,Do A" na kopercie. Drżącymi rękoma otworzył kopertę i wyjął list. Przebiegł wzrokiem krótkie pismo i pstryknięciem palców spalił pergamin. Nagini uniosła brwi w niemym zapytaniu.

– Voldemort planuje pułapkę na Syriusza Blacka w miejscu zwanym Ivylerton House. Regulus, brat Syriusza, ma być przynętą. Bella prosi, bym uratował jej kuzynów – wyjaśnił Alberwan, jednocześnie przypominając sobie, że jak na Blacków, Bellatriks była wyjątkowo wierna swojej rodzinie.

– Ivylerton House? Jesteś pewien? – Kobieta o orientalnej urodzie pobladła.

– Znasz to miejsce? Bellatriks wspomina, że Voldemort ma zdjąć alarmujące zaklęcia i zostawi tam śmierciożerców, z przykazaniem, by trzymali się z dala od sypialni… – Alberwan był ciekawy – ta wzmianka w liście nie uruchamiała u niego żadnych skojarzeń.

– Ivylerton House należy do lady Voldemort. Kiedy ich drogi się rozeszły, musiała nałożyć na dom jakieś zabezpieczenia – jeśli Czarny Pan jest gotów je zdjąć bez alarmowania jej… to nie wróży dobrze. – Nagini odsunęła się od Alberwana i podeszła do ułożonej na wysokim łóżku wciąż sparaliżowanej Atheny. Poprawiła bladoszary lok.

Czarodziej już rozumiał co oznaczała wzmianka o sypialni. Miał też jakieś wytłumaczenie dla działań Voldemorta:

– Gdyby Czarny Pan nie był nieustannie osłabiany przez ostatni rok, nie bałby się posłać czytelnego sygnału swojej byłej partnerce, że wciąż ma nadzieję na odzyskanie władzy nad magiczną Wielką Brytanią. Bo na razie nie ma sił i środków, by wygrać ze wszystkimi naraz – objaśniał, usiłując jednocześnie odpędzić obraz przerażonej kobiety, który prześladował go przez ostatni rok.

Oficjalnie, lady Voldemort nie widziano od bardzo dawna. Zakon musiał zakładać jednak, że to ona stoi za morderstwami śmierciożerców. Gdyby wiedzieli, że tak naprawdę to Alberwan jest za to odpowiedzialny, byliby może gotowi uznać lady Voldemort za dawne, minione zagrożenie. Lecz Alberwan nie mógł, bo widział ją.

To był ten jedyny raz… i nie umiał wyrzucić tego zaskakującego spotkania z pamięci. Nie potrafił rozpracować własnych uczuć z tamtego momentu, kiedy ich różdżki prawie się skrzyżowały… kiedy mógł czuć jej potężną magię wibrującą w emocji, która musiała być strachem.

Dlaczego jednak lady Voldemort miałaby się bać jego? Dlaczego jedyne co przywołała, to imię Atheny, jakby pytała, czy Alberwan nie jest żoną Dumbledore'a? Przecież nie mógł być Atheną… lady Voldemort musiała pamiętać, jak sama potraktowała Athenę paskudną klątwą.

Jeszcze ta przemiana… nic już nie łączyło się w logiczną całość. Bycie animagiem nie było ponad umiejętnościami Czarnej Pani, ale żeby… zielony feniks?

– Zamierzasz uratować tych Blacków? Chociaż Voldemort może tam być? – Nagini skierowała jego rozmyślania na palący problem.

– Będzie tam mnóstwo śmierciożerców. A Voldemort może szykować coś większego. Nie wiem, czy jestem gotów się z nim samym mierzyć, ale nie mogę przepuścić okazji, by uczynić bolesną wyrwę w jego szeregach – stwierdził Alberwan, przywołując podróżną opończę.

– Bellatriks napisała coś jeszcze? – Nagini już pakowała mu kanapki, na wypadek, gdyby jego wyprawa się przedłużyła.

– Że bardzo cię kocha. – Alberwan obserwował, jak dłonie Malediktusa trzęsły się.

Przez moment krzątali się, jak zazwyczaj przed tym, gdy Alberwan wyruszał na polowanie na śmierciożerców. Przez ostatni rok mieszkali w Kornwalii, bo stąd łatwiej było mu śledzić i zastawiać pułapki na popleczników Voldemorta. Elementem rytuału zawsze było pożegnanie z ma… z Atheną. Dzisiaj również Alberwan podszedł do kobiety, przed którą zostało niewiele życia, oceniając z bladości jej cery i pocałował jej zapadnięte policzki.

– Nigdy nie zapomnę, jak bardzo mnie kochałaś – wyszeptał.

Nagini pomniejszyła wszystkie niezbędne rzeczy i władowała je w kieszenie jego szat. Alberwan ze zdumieniem odnotował łzy na policzkach starszej czarownicy.

– Nagini, jaki jest adres? – spytał, wycierając kciukami przezroczyste krople.

– Ivylerton House, Darkling Alley w Londynie. Tylko uważaj, Alberwanie, bo to miejsce jest przesiąknięte czarną magią. Wydaje mi się, że nie jest przypadkiem, iż Czarny Pan chce dorwać Blacka akurat dzisiaj, w Noc Duchów – stwierdziła Nagini.

Miała rację, Alberwan przeklinał, że sam tego nie dostrzegł. Noc Duchów, najbardziej magiczna noc w roku. Było oczywiste, że Voldemort szykował coś większego.

– Wszystko będzie dobrze. – Czując, że tym razem te słowa są kłamstwem, Alberwan ucałował Nagini i opuścił ich niewielki domek na obrzeżach kornwalijskiej wioski.

Teleportował się do centrum Londynu. Szybko znalazł mapę i namierzył Darkling Alley. Nagini udało się zmniejszyć miotłę i zapakować ją do jego kieszeni. Chociaż nie przepadał za tym środkiem lokomocji, Alberwan używał go często – miotły były niewykrywalne i szybkie. Już po kwadransie wylądował na właściwej ulicy.

Natychmiast rozpoznałby Ivylerton House, nawet gdyby nie widział jak czerwone światło rozbłyskuje w oknach na parterze. Budynek był jednoznacznie mroczny. Ciemne ściany, zapuszczony, dziki ogród, dziesiątki wieżyczek i barokowo–gotyckich koszmarków architektonicznych – to zdecydowanie był dom, w którym Ci–Których–Imion–Nie–Wolno–Wymawiać mogli czuć się dobrze. Miejsce to w istocie promieniowało czarną magią.

Ściskając w garści swoją amerykańską różdżkę, Alberwan popędził do okien, za którymi musiały odbywać się tortury. Zaklęcie uniemożliwiające podsłuch było zaskakująco skomplikowane, ale Alberwan zdołał je przełamać. Skrzywił się, gdy dobiegł go dźwięk chłopięcych wrzasków. Wspiął się na palce – nietypowy, owalny kształt okna sprawiał, że wybudowano je wysoko.

Pomieszczenie było ciemne. Alberwan naliczył sześciu śmierciożerców ustawionych niezbyt strategicznie plecami do drzwi. Ze swoich wcześniejszych potyczek rozpoznał Notta oraz jedyną kobietę w tych dzisiejszych porachunkach – Alecto Carrow. To ona torturowała Cruciatusem ciemnowłosego nastolatka. Chłopak był w jakimś stopniu podobny do Bellatriks – Alberwan szybko zorientował się, że to jest Regulus Black.

W kącie pomieszczenia, spętany drutem kolczastym, w kałuży krwi leżał starszy brat Regulusa, Syriusz. Kurczowo zaciskał usta, a łzy płynęły po jego policzkach.

– A więc? Wolisz żeby twój braciszek stracił rozum, czy powiesz nam, gdzie Dumbledore ukrył Potterów? – spytała z nienawiścią Alecto, dla przykładu wbijając czubek różdżki w miękkie podgardle Regulusa.

– Nic wam nie powiem! – wyjęczał Syriusz z odwagą, którą Alberwan jednoznacznie przypisałby do Gryffindoru.

– Crucio! – Różdżka Alecto świsnęła, a ciało Regulusa wpadło w drgawki, niezdolne znieść kolejnej dawki bólu.

– To co, mamy go zabić? Będziesz bronił zdrajcy krwi i szlamy, zamiast swojego czystokrwistego brata? – Alecto zacmokała z dezaprobatą.

– Nie, nie… – Syriusz zaszlochał, trzęsąc się, co pogłębiało rany czynione przez oplatający go kolczasty drut. Alberwan uznał, że chyba przyszła pora, by spróbował uratować Blacków. Zmienił się w swoją animagiczną formę i wskoczył na parapet. Na razie nikt go nie zauważył.

– Wiesz, dlaczego twój słaby brat nigdy do nas naprawdę nie dołączył, dlaczego nie pragnął przyjąć Mrocznego Znaku? Ponieważ bał się, że będzie musiał z tobą walczyć! Nieprawdaż, Reggie? Poświęciłeś wszystkie swoje ambicje dla brata, a on nawet nie raczy postawić twojego życia ponad życie szlamy! – Nott zaśmiał się – najwyraźniej to on był hersztem tej grupy. Alberwan nie był zadowolony z tego powodu – Nott był w jego wieku, nie miał więc nad nim przewagi wynikającej z uczenia go transmutacji. W końcu Alberwan wciąż pamiętał, jakie problemy z jego przedmiotem miała Alecto.

– Sy… Syriusz… – wycharczał Regulus błagalnie.

Jeśli słowa Notta nie trafiły do Syriusza, to błaganie w głosie brata musiało. Starszy z Blacków otworzył usta. Alberwan chciał wrzeszczeć, ale to tylko by go zdradziło. Zamiast tego niewerbalnie i bez użycia różdżki transmutował okienną szybę w bardziej gęste powietrze. Wylądował miękko i niedosłyszalnie na czterech łapach w okazałym salonie akurat w momencie, w którym Syriusz rzekł:

– Dolina Godryka, ulica Peverella 7.

Alecto Carrow zarechotała z uciechą. Alberwan przez rozszerzone ze zdumienia oczy kuguchara obserwował, jak Nott unosi różdżkę, celuje nią w Regulusa i mówi lodowato:

– Avada Kedavra.

– NIEEEEEE! – Syriusz zawył jak ranny pies. Alberwan, który nie spodziewał się, że śmierciożerca zabije czystokrwistego dziedzica Blacków, uznał, iż nie można puścić płazem zwykłego okrucieństwa.

– Avada Kedavra – powtórzył Alberwan, już w swojej ludzkiej formie.

Nott padł martwy, a pozostali śmierciożercy odwrócili się do Alberwana. Walka z tyloma dobrze wyszkolonymi przeciwnikami nie była łatwa, ale wysoki mag był skupiony i zdeterminowany. Zabił jeszcze dwóch śmierciożerców, gdy Alecto z sprytem niepodobnym do niej przesunęła się do wciąż spętanego i łkającego Syriusza.

– Poddaj się, albo go zabiję! – zawołała, kiedy Alberwan pojedynkował się z dwoma jej kolegami naraz. Zawahał się. Zaklęcie tnące trafiło go w udo, krew chlusnęła na ziemię, lecz on był tylko skupiony na wyborze.

Mógł uratować kuzyna Bellatriks, ale pozwoliłby uciec reszcie śmierciożerców. Albo mógł zignorować Syriusza i wykończyć ich, porządnie.

Ta jego niewyjaśniona słabość do Blacków!

Alberwan przeturlał się między śmierciożercami, rozbroił Alecto, porwał Syriusza za brzeg szat, wystrzelił Bombardę przed siebie i posłał niewerbalną Drętwotę za siebie.

Wybuchowe zaklęcie wyburzyło prawie całą ścianę budynku, umożliwiając Alberwanowi wyskoczenie w rabatę uschniętych ziół i pociągnięcie Syriusza za sobą. Już poza domem, w którym jeszcze funkcjonowały niezdjęte zaklęcia antyteleportacyjne, Alberwan mógł się teleportować.

Wylądowali na środku sali przyjęć w św. Mungu. Zdumiewające, że wszyscy wokół zamarli. Alberwan tymczasem zauważył, że Black stracił przytomność. Drut kolczasty mocno wżerał się w ciało Syriusza, ale kilka inkantacji i Alberwan go usunął. Rany były liczne, lecz nie poważne. Młody mężczyzna musiał zemdleć z szoku.

– Dlaczego tak stoicie? Pomóżcie mi! – zawołał Alberwan, podnosząc bezwładne ciało czarodzieja.

Natychmiast wokół zaroiło się od uzdrowicieli, którzy zaprowadzili Alberwana do jednej z pustych sal. Zajęli się ranami Blacka, zostawiając Alberwana na niewygodnym krześle. Alberwan przyglądał się ich pracy, przeklinając, że nie zareagował wcześniej, że nie udało mu się uratować obydwu Blacków i że śmierciożercy uciekli… Ukrył twarz w dłoniach. Kimkolwiek byli ci Potterowie, musieli być w niebezpieczeństwie.

Uzdrowiciele nie zwracali uwagi na Alberwana, z którego rany na nodze sączyła się krew, barwiąc podłogę. On sam miał wrażenie, że zawiódł Bellatriks, że zawiódł … Louie… jak miał ją chronić, jeśli wciąż miał ten moment zawahania przed atakiem, przed zabijaniem… ten uparty pacyfistyczny pogląd na świat, tą niechęć do odbierania życia… która dziś kosztowała już życie Regulusa Blacka, zupełnie tak jak rok temu kosztowała śmierć Remusa Lupina…

– Enervate. – Jakiś uzdrowiciel wybudził Syriusza Blacka. Dziedzic Blacków przez moment rozglądał się nieprzytomnie, a potem chyba dostrzegł Alberwana.

– Profesor Dumbledore? – wycharczał Syriusz z niedowierzaniem – pewnie uważał, że Dumbledore nie zabijał.

– Nie, to profesor Bumblegall cię do nas przywiódł – rzekł uzdrowiciel. Alberwan uniósł głowę, słysząc swoje przybrane nazwisko. Rozpoznał chłopaka, którego uczył przez kilka lat.

– Mógłbyś nas zostawić, Cayetan? – spytał zmęczony Alberwan. Uzdrowiciel pokiwał głową i się wycofał. Alberwan dokuśtykał do łóżka Blacka.

– Wyglądasz jak młodszy Dumbledore – zauważył Syriusz, dokładnie oglądając Alberwana.

– To pomaga. Kiedy śmierciożercy mnie widzą, boją się. – Alberwan wzruszył ramionami.

– A więc to ty ich mordujesz. Dumbledore był przekonany, że to jakaś sztuczka lady Voldemort. – Syriusz zmrużył oczy. Alberwan wiedział, że młodszy mężczyzna usiłuje jak najszybciej zapomnieć o wydarzeniach w Ivylerton House.

– Przykro mi z powodu twojego brata. – Alberwan miał potrzebę wypowiedzenia tych słów, ale kiedy to zrobił, wcale nie poczuł się lepiej.

– Wiesz, nie należało mnie ratować. Trzeba było ich zabić. Bo teraz, Sam–Wiesz–Kto już wie, gdzie ukrywają się James, Lily i Harold. – Po twarzy Syriusza ciekły świeże łzy.

– Uważasz, że powinienem się tam udać? – Alberwan miał wrażenie, jakby poprzednie słowa Blacka wypaliły dziurę w jego sercu.

– Nie. Za późno… uzdrowiciel powiedział, że minęły co najmniej dwie godziny od mojego wybudzenia… śmierciożercy pewnie już maszerują na Hogwart… – Syriusz zacisnął powieki.

Alberwan aż podskoczył. Nie miał pojęcia, że minęło tyle czasu! Co jeśli Syriusz miał rację i oprócz Regulusa miał jeszcze Potterów na sumieniu? A Hogwart…

– Wspominali coś, że zaatakują zamek? – Alberwan złapał za szpitalną pościel, zmuszając Syriusza do otworzenia oczu.

– Przechwalali się, że Sam–Wiesz–Kto ... zabije profesor McGonagall w jej własne urodziny – wyszeptał Syriusz, strach ewidentny w jego głosie.

Zielone oczy Alberwana musiały rozszerzyć się z przerażenia, gdy uświadomił sobie, że Hogwart może być w niebezpieczeństwie, razem z Minerwą i Albusem… bo choć imponująca czarownica z tego wymiaru i tej chronologii była dla Alberwana zupełnie obca, to musiała być ważna dla Albusa, z którym Alberwan się zaprzyjaźnił. Oni nie mogli być rodzicami Alberwana, ale nie wyobrażał sobie, by miał stać z boku i patrzeć jak giną.

– Proszę, pomóż im. Urodzona w Noc Duchów czy nie, McGonagall będzie potrzebować każdej pomocy. – Syriusz przerwał ciszę.

Chociaż data jej urodzin była kolejnym dowodem na jej niezwykłość, Alberwan zgadzał się z Blackiem. Nawet jeśli Minerwę McGonagall otaczał nimb nieśmiertelności, nie powinna chować tych, którzy byli dla niej drodzy. Bez względu na to, jakie niespodzianki miał dla niej los w tym czasie.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa złapała mocno za krawędź biurka, usiłując stłumić zawroty głowy. Chciała jednocześnie krzyczeć z frustracji i przeklinać wszystkich, tylko nie samą siebie, chociaż to jej własny organizm zawodził ją w tym momencie.

– Minerwo? Wszystko w porządku? – Zaniepokojony głos Armando Dippeta wybił się ponad tępe pulsowanie w całej czaszce Minerwy. Zerknęła na portret byłego dyrektora, nagle ni stąd ni z owąd przypominając sobie dzień jego śmierci – atak w Hogsmeade, Sandringham, śmierć Jerzego VI, Tom torturujący królową Marię…

,,Ta szkoła jest tym, co powinno być dla ciebie najwyższą wartością. I nie wątpię, że nie raz jeszcze zboczysz z kursu, czy to w ramiona Voldemorta, czy to w sidła własnej ambicji, ale nie wolno ci nigdy zwątpić w to, że jest w tobie coś, co pozwoli ci odpowiednio wypełnić obowiązek wobec swojej społeczności."

Perfekcyjnie trafne słowa. Gdyby May żyła dłużej… gdyby mogła poprowadzić Minerwę dalej… gdyby była tu teraz, żeby Minerwa mogła czerpać z jej mądrości… ilu ludzi byłoby szczęśliwszych?

– Nic mi nie jest – warknęła Minerwa w odpowiedzi na pytanie Dippeta, przeklinając Albusa. Spóźniał się, i to w jej urodziny! Przecież mieli razem zejść na ucztę! Potrzebowała go! Głowa jej pękała, jak w tym stanie miała przedefilować sama przez Wielką Salę i roztaczać aurę absolutnego porządku?

– Minnie? – Srebrna głowa Albusa wychyliła się zza balustradę. Jego oczy zamigotały z troską, gdy posłała mu poirytowane spojrzenie. Z energią nietypową dla jego wieku, zbiegł ze schodów i z wzruszającą delikatnością ujął jej dłoń.

– Co cię zatrzymało? – spytała, usiłując odpędzić irytujące pulsowanie rozchodzące się od skroni do karku.

– Frank przysłał list. Do mnie, bo nie chciał cię niepokoić w twoje urodziny. Nagini była widziana w Kornwalii. Frank chce to sprawdzić – objaśnił Albus, kreśląc okręgi kciukiem na wierzchu jej dłoni w uspokajającym geście.

– Zdajesz sobie sprawę, że jest wysoce prawdopodobne, iż przy Nagini będzie Athena? – Minerwa przewróciła oczami – Athena była ostatnią osobą, którą Minerwa chciałaby dziś oglądać. W konfrontacji z igrającą z czasem wiedźmą, nauczycielka transmutacji nie zdołałaby stłumić chęci odwetu. Dzisiaj, gdyby dano jej tą możliwość, byłaby gotowa zabić Athenę Dumbledore.

Z jej głową naprawdę nie było dobrze.

– Dlatego zaproponowałem Longbottomowi, że wyruszę z nim – odezwał się cicho dyrektor.

– Co? Chcesz spotkać się dziś z Atheną? A co ze mną? Co ze szkołą? – Minerwa złapała go za szatę na piersiach, bo pytania zdawały się fizycznie wirować w jej głowie.

– Zostaniesz w Hogwarcie. Jeżeli znajdziemy Nagini i Athenę, odstawimy je do Azkabanu, gdzie odpowiedzą za swoje zbrodnie. Na procesach uzyskamy odpowiedzi. Ja… potrzebujemy prawdy, Minerwo. Nawet jeśli jest za późno, a zmiany nieodwracalne. – Albus ujął ją za ramiona.

– To musi być dzisiaj? Mam iść na ucztę sama? Dziś są moje urodziny. – Minerwa stłumiła odruch położenia głowy na jego piersi – wciąż starali się zachowywać jakieś decorum w otoczeniu portretów.

– Odprowadzę cię. – Albus delikatnie wysterował ją do drzwi. Chociaż myśl o suto zastawionym stole w Wielkiej Sali i pustym miejscu po jej lewej stronie wywołała mdłości u Minerwy, pozwoliła się wyprowadzić z gabinetu.

Gdy drzwi się za nimi zamknęły, a ruchome schody ruszyły w dół, Albus zaskoczył Minerwę, obejmując ją mocno i całując z pasją. Odpowiedziała na pocałunek, obejmując rękoma jego szyję, bo kolana zupełnie jej zmiękły. Ach, on zawsze wiedział, kiedy coś było nie tak i jak to naprawić.

– Nie mówiłem ci, ale wyglądasz dziś przepięknie, kotku – wymruczał, gdy byli w połowie drogi do gargulca.

Zdając sobie sprawę z rumieńca wkradającego się na twarz, Minerwa wygładziła szaty, przypominające raczej zapierającą dech w piersiach suknię. To był dużo mniej konserwatywny krój niż jej standardowe, nauczycielskie szaty, ale dzisiaj były jej urodziny i Minerwa chciała wyglądać pięknie. Głównie właśnie dla niego.

– Ten kolor wygląda na tobie magicznie. Ta suknia odsłania tyle twojej porcelanowej skóry… jednocześnie opina twoje kuszące krągłości… gdybyś jeszcze rozpuściła włosy, to chyba odłożyłbym aresztowanie Nagini na później… – szeptał Albus wprost do jej ucha, ale odsunął się, kiedy zjechali na sam dół i mogli być widziani z korytarza.

– Będę na ciebie czekać, aż wrócisz. A potem pozwolę ci zdjąć ze mnie tą suknię… – mówiła cicho, ujmując jego łokieć. Nie wiedziała, czy w głowie kręci się jej od jazdy schodami, wcześniejszej dziwnej niedyspozycji czy jego pocałunku.

– Ach, kusicielko. Wynagrodzę ci tą nieobecność podczas uczty, obiecuję – odpowiedział, z ujmującym uśmiechem prowadząc ją przez puste już korytarze – większość uczniów już musiała być w Wielkiej Sali.

Usiłując czerpać pociechę z wyobrażania sobie pełnej pasji nocy, Minerwa pozwoliła się zaprowadzić do sali wejściowej.

– Wrócę najszybciej jak się da. I wszystko ci powtórzę. – Z momentem, w którym Albus wypuścił jej dłoń, zawroty głowy powróciły, jeszcze silniejsze.

– Albusie? – Jej głos był słaby, cichy, ale on i tak się odwrócił.

– Tak? – Jego oczy zamigotały przepięknie. Przez vinculum posłał do niej ładunek czystej miłości.

– Kocham cię – powiedziała z niezachwianą pewnością, nie zważając na to, że nawet w pustej sali wejściowej mogli być podsłuchani.

– Ja ciebie też, kotku. To nigdy się nie zmieni, bez względu na to, co powie Athena – odparł, uśmiechnął się i wyszedł przez główne wrota.

Minerwa zmusiła się do obrotu i zaczęła powoli wspinać się po schodach do Wielkiej Sali. Była spóźniona i pewnie będzie musiała tłumaczyć się z nieobecności Albusa… to nie dodało spokoju do jej irytacji na swój własny sentymentalizm. Na moment zatrzymała się przed zamkniętymi już drzwiami. Porzuciła próby poprawienia koka, który Albus oczywiście poluźnił podczas ich pocałunku na schodach. Wzięła głęboki wdech.

Kiedy drzwi otworzyły się, płynnie i bez zwyczajowego skrzypienia, wszystkie głowy i tak odwróciły się ku niej. Dzieci, w liczbie ponad trzech setek – imiona i nazwiska wszystkich znała na pamięć. Nauczyciele, zgromadzeni za stołem prezydialnym, unoszący brwi w zdumieniu jej niecodziennym strojem, spóźnieniem, albo po prostu nieobecnością Albusa u jej boku.

Raz, dwa, trzy. Krok za krokiem, z dystyngowanym stukotem obcasów, ruszyła do przodu. Zmusiła swoje ciało do wysiłku – utrzymywania wyprostowanej sylwetki, uniesienia wyżej głowy. Ich spojrzenia jej nie peszyły – chociaż wszyscy bez wyjątku wodzili wzrokiem po jej pięćdziesięciodziewięcioletnim ciele, zastanawiając się, jakim cudem wcześniej nie dostrzegali tego, co widzieli teraz.

Nie mogła się zmusić do wyczarowania mównicy. Zamiast tego obeszła stół. Jego wysoki, dyrektorski tron stał pusty – nie było nikogo, kto odsunąłby jej własne krzesło. Zrobiła to sama, lekkim ruchem ręki. Nie było potrzeby, by stukała w kieliszek – miała pełną uwagę wszystkich, a w całej Wielkiej Sali panowała wręcz ogłuszająca cisza.

– Dyrektor będzie nieobecny podczas dzisiejszej uczty. Na pewno jesteście głodni, rozpocznijmy, celebrując to, co jest dla nas najcenniejsze – magię. – Minerwa klasnęła w dłonie. Zaczarowane sklepienie zamigotało, jakby obsypane złotymi, mrugającymi gwiazdami, zaś na stołach pojawiła się złota zastawa, pełna wyszukanego jedzenia. Minerwa usiadła i szybko odwróciła głowę do pustego krzesła Albusa.

Zapach parujących potraw był nie do zniesienia dla Minerwy. Rozpaczliwie walcząc z mdłościami atakującymi jej trzewia, czarownica odsunęła się maksymalnie od stołu i siedziała nieruchomo, nawet nie udając, że cokolwiek je. Jej koledzy wymieniali między sobą zaniepokojone spojrzenia, ale ostatecznie to Poppy, dawna Gryfonka, zebrała się na odwagę:

– Minerwo, wszystko w porządku? Wiesz, dokąd wybrał się Albus? – Reszta rozmów przy stole prezydialnym ucichła – wszyscy czekali na odpowiedź Minerwy.

– Tak – wykrztusiła, wiedząc, że mdłości wzięłyby w górę nad jej kontrolą, gdyby usiłowała sklecić dłuższą wypowiedź. Poppy zmarszczyła brwi z niepokojem. Minerwa zaś desperacko skupiała swoją uwagę na vinculum, czekając na cokolwiek, co sugerowałoby, że Albus jest w niebezpieczeństwie, albo że odczuwa wyjątkowo silne emocje. Już nie pamiętała, jakim cudem pozwoliła się przekonać, by wyruszył szukać Atheny bez niej. Przecież Athena… jeśli powie mu o ich dziecku, które zabiła… nawet jego miłość nie wystarczy…

Minął czas. Wielu obserwowało ją, chociaż udawało jednocześnie zainteresowanie jedzeniem. Gdzieś jakiś przytomny głos podpowiedział Minerwie, że większość zdążyła się najeść, że ona już od dobrej godziny usiłuje opanować nie tylko swój organizm, buntujący się przeciwko wszystkiemu, ale też swoją magię, wysyłającą dreszcze lęku przez całe ciało. Pstryknięciem palców zastępczyni dyrektora przywołała desery. Ich zapach nie był tak odpychający. Minerwa z zażenowaniem odnotowała, że skóra jej rąk skrzy się od nieopanowanej magii. W kościach czuła, że coś było nie tak.

Uczta zbliżała się już ku końcowi, gdy wydarzyło się coś zgoła nieoczekiwanego. Ze sklepienia spłynęła szara mgła, która pod proporcami domów a ponad stołami zaczęła przybierać formę potężnego patronusa. Minerwa zdążyła wstać, z różdżką w dłoni, gdy patronus obrał kształt ogromnego kruka:

– POMOCY, MINERWO! – Krzyk, przeraźliwy krzyk śmiertelnie przerażonej kobiety odbijał się echem od zamkowych murów.

Poppy oraz starsi profesorowie rozpoznali ten głos. Pielęgniarka wyszeptała:

– Na Merlina, to Louie. – Zaraz dłoń Poppy powędrowała do ust, gdy wszyscy wbili w nią wzrok.

Minerwa zrozumiała, że nie ma czasu do stracenia. Uniosła różdżkę i rzekła:

– Sonorus. – Wzmocniwszy w ten sposób swój głos, zaczęła wydawać rozkazy.

– Wszyscy uczniowie mają w idealnym szyku udać się do swoich dormitoriów. Prefekci mają dopilnować zapieczętowania pokojów wspólnych. Zostać mają jedynie uczniowie należący do Gildii Szachów, mający ukończone siedemnaście lat – ogłosiła.

Zgodnie z oczekiwaniami, uczniowie bez cienia paniki czy sprzeciwu zabrali się do wypełniania jej poleceń. Nawet po kilku miesiącach pracy z nią, dzieci wiedziały, że kiedy ton Minerwy uderza w tą szczególną nutę, jej słowa są prawem, rozkazem, a niewypełnienie ich wiąże się z wyjątkowo bolesnymi konsekwencjami. Po kwadransie, w Wielkiej Sali zostało piętnastu starszych uczniów – członków Gildii. Na ich czele stał rudowłosy Bill Weasley. Minerwa zakończyła zaklęcie wzmacniające głos i zwróciła się do profesorów, którzy wstali z miejsc i wpatrywali się w nią z mieszaniną podziwu i lęku.

– Uruchamiam trzy poziomy procedur bitewno–ochronnych. Filius, jesteś odpowiedzialny za ochronę zamku i uczniów. Wykorzystaj wszystkie zaklęcia, na jakiś czas zostaniesz powołany zastępcą dyrektora, by umożliwić ci współpracę ze świadomością szkoły. Poppy, przygotuj skrzydło szpitalne. Lucerno, mianuję cię najwyższym dowódcą obrońców. Będziesz koordynować odparcie ewentualnego ataku oraz obejmiesz dowodzenie nad Gildią wszystkich poziomów pod moją nieobecność. Zaraz roześlę wici, powinni się zjawić, by bronić szkoły. – Minerwa mocno zaciskała dłonie na różdżce.

– Minerwo, co się u diabła dzieje? – To pytanie mógł zadać jedynie Slughorn. Jako jeden z naprawdę nielicznych, był równocześnie kolegą Minerwy i jej byłym nauczycielem.

– Muszę wyruszyć na ratunek Louie. Będę na Hebrydach. Albus wraz z Frankiem Longbottomem jest gdzieś w Kornwalii, usiłują namierzyć Nagini. – Minerwa nie była pewna, czy dobrze czyni, zdradzając te informacje, ale lepiej by wiedzieli…

– Ależ Minerwo… – zaprotestowała Poppy.

– Czas ma kluczowe znaczenie, Poppy. – Minerwa czuła, że to nadchodzi. Ostateczne rozwiązanie wszystkiego.

Nie zdążyła jednak wyruszyć, gdy dużo jaśniejsza mgła patronusa pojawiła się w Wielkiej Sali, przybierając postać świetlistego jelenia. Kilkoro osób rozpoznało patronusa Jamesa Pottera, który odezwał się głosem równie pełnym strachu, co wcześniej Louie:

– Znaleźli nas! Na pomoc!

Na kilka krótkich chwil, dla Minerwy czas się zatrzymał. Bowiem takiego obrotu spraw nie przewidywała w najśmielszych snach. To były jej urodziny, Albus wyruszył przepytywać Athenę, a Voldemort równocześnie posłał śmierciożerców do Doliny Godryka i na Hebrydy, samemu pewnie z głównym trzonem armii maszerując na Hogwart. Tom zmuszał ją do wyboru… do okrutnego wyboru…

Miała wybrać między swoim synem a swoim wnukiem? Miała wybrać między czterema osobami z merlinowymi wzorami, a jedną? Przysięgając, że Tom zapłaci za każdą przelaną krew McGonagallów, Minerwa podjęła decyzję.

Hogwardzcy profesorowie wydali z siebie serię okrzyków, gdy Minerwa porwała pustą miskę po galaretce i zwymiotowała w nią, a potem teleportowała się z głośnym trzaskiem.

Poppy prawie zemdlała, wpatrując się w miskę pełną wymiocin, gdy naszło ją straszne podejrzenie. Minerwa zawsze była wiedźmą o żelaznym zdrowiu.