1981 c

Bukiet konwalii. Pluszowy kotek. Prostokątne okulary. Piernikowa traszka. Tartanowy szalik. Szmaragdowa różdżka. Celtycka broszka. – każdy ruch różdżki Marveliana był początkiem kolejnej, fascynującej transmutacji. Laurana wpatrywała się w ten pokaz magicznych umiejętności jak urzeczona, odruchowo gładząc poczerniałą dłoń ojca, który był już zbyt słaby, by otworzyć oczy i śledzić niesamowite transformacje.

Marvelian wiedział, że jego magia jest dzisiaj pełna nawiązania do Minerwy – w końcu była Noc Duchów, urodziny jego cudownej mentorki, przodkini… jak zwykle, Marvelian nie był w stanie zdefiniować ich relacji. Żałował, że nie może towarzyszyć Minerwie w Hogwarcie, która pewnie teraz musiała wraz z Dumbledore'm przewodniczyć ceremonialnej uczcie.

Gdyby nie stale pogarszający się stan Assuarina, w domu na Hebrydach panowałaby sielankowa atmosfera – Marvelian oddawał się w kącie skomplikowanym, transmutacyjnym ćwiczeniom, Laurana siedziała przy ojcu, obserwując brata, pod oknem bujała się kołyska z Morveną, Louie zajmowała się manualnym drążeniem ogromnych dyni.

Wielka księga czarów Minerwy była bezpiecznie schowana pod podłogą pod kufrem Marveliana. Do przeczytania jej w całości zostało mu kilka stron. Był urzeczony zawartą tam wiedzą – magia, którą Minerwa opisywała plastycznie i przystępnie, była oszałamiająca. Wielu mogło polemizować, że Minerwa McGonagall jest najpotężniejszą wiedźmą tego stulecia, ale Marvelian był pewien, że na pewno zgromadziła największą ilość informacji o magii.

Czuł się zaszczycony, że ufała mu na tyle, by podarować mu możliwość studiowania tej wiedzy. Zaklęcia, które opisywała, nie były rozdzielone na jasną i czarną magię – bo dla Minerwy ten podział nie istniał. Coś, co Dumbledore nazwałby odrażającą klątwą, dla nauczycielki transmutacji było po prostu wycinkiem większej całości, z dopełniającym elementem w postaci pięknego czaru. W księdze podkreślano znaczenie równowagi – naprzeciw wiedzy o horkruksach znajdował się opis Kamienia Filozoficznego, naprzeciw niesamowitemu opisowi o podziale duszy w dwa równorzędne ciała było równie zapierające dech w piersiach objaśnienie o tajemniczym łańcuchu miłości…Marvelian mógł się tylko zastanawiać, skąd Minerwa miała całą tą wiedzę i ile z opisanych w księdze zaklęć miała opanowanych do perfekcji, ile z bitewnych i ofensywnych uroków znajdowało się w jej arsenale oraz ile z opisanych transmutacyjnych cudów było odkrytych bezpośrednio przez nią.

Jego ostatnia transmutacja była przemianą złotych obrączek w zielono–niebieskie ogniwa silnego łańcucha. Ciąg kolorowych oczek rozsypał się w pył, gdy główne drzwi wpadły do środka, a z okien wyleciały szyby, zasypując całe pomieszczenie gradem szklanych odłamków.

Marvelian błyskawicznie machnął różdżką, oszałamiając pierwszą osobę, która przekroczyła próg – śmierciożerca upadł na drzwi, nieprzytomny. Lecz przez okna do środka wskakiwali już inni. Louie zaczęła krzyczeć…trafiona Cruciatusem… Laurana zanurkowała pod łóżko ojca… Marvelian wiedział, że nie zdoła pomóc matce…

Działał czysto instynktownie. Osłonił się miniaturowym tornadem, które porwało w powietrze szkło i rozsypało je na wszystkie strony. Tornado odbijało większość wrogich klątw – Marvelian zdołał przemieścić się do kołyski z Morveną.

Złapał dziecko i przycisnął dziewczynkę do piersi lewą ręką, prawą wciąż broniąc się przed zmasowanym atakiem. Matka krzyczała przeraźliwie, torturowana bezlitośnie. Marvelian zdążył naliczyć dwunastu śmierciożerców, z bliskiego kręgu zaufanych Voldemorta. Młody czarodziej, protekcyjnie osłaniając malutką Morvenę wycofywał się powoli do najcieńszej ze ścian, południowej.

Nie miał szans, przy ich przewadze liczebnej, przy tylu osobach, które należało chronić… Westchnął, gdy Louie odzyskała jasność umysłu na tyle, by wysłać patronusa… srebrny kruk wzbił się w górę i zniknął. Z nadzieją, że zaraz zjawią się Minerwa i Albus, z aurorami i Gildią, Marvelian wybił Bombardą dziurę w ścianie za sobą.

– Nie pozwólcie mu uciec! – Do pomieszczenia wpadła kobieta, którą Marvelian rozpoznał szybko: szerokie biodra, płaska klatka piersiowa, białe włosy i płonące nienawiścią bursztynowe oczy – oto miał przed sobą Rebeccę, kochankę Voldemorta.

Posłał w jej stronę wyjątkowo paskudną klątwę, która miała na celu otworzenie wszystkich jej starych blizn. Zdołała się uchylić. Wzniosła różdżkę… Marvelian usłyszał wrzask Louie…

– Avada Kedavra! – Zielony promień zaklęcia trafił Assuarina, zupełnie bezbronnego.

Nie było już czasu… Marvelian rzucił się do ucieczki… zaklęcia śmigały obok niego, bo biegł chaotycznym zygzakiem, na wzgórze, z którego mógłby się teleportować…

Trzask!

– Drętwota! Incendio! Impedimenta! Expelliarmus! – Władczy, znajomy i gniewny głos wibrował ponad hebrydzkimi wzgórzami. Marvelian przyspieszył i spojrzał w górę.

Minerwa McGonagall stała na szczycie wzgórza, gdzie nie mogły jej dosięgnąć wrogie uroki, a skąd miała doskonały widok na ścigających Marveliana śmierciożerców. Gdyby Marvelian miał czas jej się dokładnie przyjrzeć, na pewno doszedłby do wniosku, że wyglądała zgodnie ze swoim imieniem, jak prawdziwa bogini mądrości i wojennego rzemiosła. Ruchy jej różdżki były oszczędne, ale precyzyjne. Nie pozwoliła nikomu dosięgnąć Marveliana. Osłaniała go i zabijała śmierciożerców jednocześnie. Tyle Marvelian odnotował, razem z dziwnym, zielonkawym odcieniem jej cery i wspaniałą, szmaragdową suknią…

– Zabili Assuarina. Rebecca dowodzi! – wykrzyczał, pędząc po stromym zboczu wzgórza, nie raz i nie dwa opadając boleśnie na kolana, instynktownie chroniąc Morvenę. Minerwa skrzywiła się, pomarańczowy promień minął Marveliana o cale.

Wreszcie Marvelian upadł u stóp szkockiej wiedźmy.

– Co z Louie? – spytała z ciężkim, gaelickim akcentem. Martwiła się. Bardzo.

– Została tam… ja nie wiem… – Ogromne poczucie winy zaatakowało sumienie Marveliana: jak mógł zostawić własną matkę i Lauranę… Teraz Rebecca i reszta śmierciożerców mogli zabić i Louie, i jego siostrę… nie mogli uciec, bo nie zdjęli zaklęć antyteleportacyjnych…

– Ach… Albusie! – Minerwa lewą rękę przycisnęła do brzucha, a cała jej wyprostowana sylwetka skuliła się z bólu.

Przerażony Marvelian doczołgał się do niej, z desperacją pociągnął materiał jej pięknej sukni.

– Gdzie on jest? Gdzie są aurorzy i Gildia? Nie dasz rady sama oblegać domu! – wysyczał.

– Marvelianie… Voldemort zaatakował równocześnie… Lily przysłała patronusa z prośbą o pomoc… a jego główne siły muszą maszerować na Hogwart. – Łzy lśniły w oczach Minerwy, gdy na moment przestała obserwować dom, aby zerknąć na Marveliana.

Gdy dotarł do niego sens jej słów, przez całe jego ciało przebiegł lodowaty dreszcz. Lily była w niebezpieczeństwie! Jego syn był w niebezpieczeństwie! A Minerwa… wybrała jego… i Louie… i Morvenę…

– Muszę ją ratować! – zawołał, bo nie potrafił ubrać w słowa zalewającej go paniki. Podniósł się na nogi, a w tym samym momencie Minerwa rzuciła skomplikowane zaklęcie na położony w dolinie dom. To była wyjątkowo silna magia pieczętująca, możliwa tylko dla właściciela ziemi, na którą czar został rzucony – nikt nie miał opuścić domu. Śmierciożercy nie mogli uciec. Ale podobnie Louie.

– Daj mi dziecko i idź, spróbuj uratować ukochaną i syna – rozkazała Minerwa, wyciągając lewą rękę po Morvenę.

Marvelian z wahaniem zerknął na zdezorientowane dziecko, które mocno przyciskał do piersi… czy to był dobry pomysł… z kim Morvena miała większe szanse przeżycia?

– Przecież wiesz, że nie dam jej skrzywdzić. Marvelianie, spróbuj uratować swoją rodzinę i pozwól mi zająć się moją! – krzyknęła Minerwa, a jej twarz chwilowo rozświetlił czerwony błysk z wnętrza domu – ktoś musiał użyć Cruciatusa.

– Spotkamy się w Hogwarcie – zdecydował Marvelian, przekazując Morvenę Minerwie. Na moment zaskoczyła go czułość, z jaką ujęła dziecko, tak bardzo do niej podobne.

– Marvelianie, cokolwiek się wydarzy… wiedz że… – Jej usta zadrżały, gdy szukała słów.

– Wiem. – Szybko ucałował jej policzek i teleportował się.

Jego najgorsze podejrzenia się potwierdziły. Dom Potterów w Dolinie Godryka nie był już chroniony zaklęciem Fideliusa. Metalowa furtka była zniszczona, a frontowe drzwi otwarte. Ściskając mocno różdżkę w dłoni, Marvelian wbiegł do środka.

Zatrzymał się na moment, bo pod schodami leżało ciało Jamesa. Potter nawet nie zdążył wyciągnąć różdżki, a zdumienie zostało na zawsze zaklęte na jego martwej twarzy. Marvelian przełknął ślinę, bo pomyślał, iż było całkiem możliwe, że to on sam byłby na miejscu Jamesa, gdyby nie potrzeba ukrywania siebie i swoich relacji…

– NIE! HAROLD! – Z góry dobiegł kobiecy wrzask.

Lily żyła! Marvelian przeskoczył ponad Jamesem i popędził w górę schodów, do pokoju, który był sypialnią…

W środku było czworo śmierciożerców – dwóch natychmiast wycelowało różdżki w Marveliana. Lily stała w kącie, za nią kołyska z Haroldem, a w gardło rudowłosej kobiety celowała Bellatriks Lestrange.

– Rzuć różdżkę! – zawołała śmierciożerczyni.

– Harold… chroń Harolda! – krzyknęła Lily… w jej oczach błaganie… determinacja… Bellatriks wrzasnęła, gdy Lily uderzyła ją z całej siły łokciem pod żebra. Marvelian zdołał oszołomić dwóch śmierciożerców, pozostała dwójka już go atakowała.

A potem świat jakby się zatrzymał.

– Avada Kedavra.

Ukochana Marveliana była bezbronna. Niewybaczalna Klątwa trafiła ją w szyję… efekt był natychmiastowy… bezwładne nogi ugięły się pod ciężarem reszty ciała… Lily upadła na ziemię, zamordowana przez Bellatriks Lestrange.

– NIEEEEEE! LILYYYY! – zawył Marvelian.

Siła jego emocji była niszczycielska, destrukcyjna. Magia uciekła spod jego kontroli. Nie pamiętał, jakich zaklęć użył… chyba tych z księgi… ciała śmierciożerców zaczęły migotać od wewnątrz… aż wreszcie zostały rozerwane od środka…

Bellatriks zbladła zauważalnie. Wciąż stała przy kołysce. Wciąż mogła skrzywdzić Harolda. Marvelian zrozumiał, że musi odwrócić jej uwagę, zmusić ją do walki. Tylko tak mógł uratować Harolda…

Bo nie zdołał uratować Lily. Jego najdroższej, najcudowniejszej Lily… słyszał jej śmiech, widział jej piękną twarz, czuł smak jej pocałunków, gdy wznosił różdżkę by zaatakować Bellatriks.

– Na Merlina. Ty naprawdę jesteś magiem z przepowiedni. – Śmierciożerczyni cofnęła się – jej łydki wprawiły kołyskę w ruch.

– Z jakiej przepowiedni? – spytał szybko Marvelian, zanim zdążyła się obrócić i zorientować, że za nią znajduje się jej paszport do życia…

– Wygłoszono przepowiednię, która mówi o synu kobiety o podzielonej duszy, który pokona Czarnego Pana. Wszyscy wierzą, że chodzi o ciebie. – Bellatriks przekrzywiła głowę. Marvelian, szukając jakiejkolwiek słabości, uzmysłowił sobie, że ona jest zaskakująco podobna do Syriusza Blacka – co czyniło nienawiść do niej jeszcze łatwiejszą.

– Jeśli ty też wierzysz, że chodzi o mnie, to musisz rozumieć, że nie wyjdziesz dziś żywa z tego domu – stwierdził wolno Marvelian, robiąc trzy kroki do przodu.

– To nie ma znaczenia. Przeżyłam swoje życie tak, jak najlepiej potrafiłam. Kochałam i byłam kochana. Śmierć jest dla mnie wolnością. W piekle nie dosięgnie mnie poczucie obowiązku wobec lady Voldemort. – Kobieta uśmiechnęła się.

– Piekło to dla ciebie za słaba kara – warknął Marvelian i rzucił się do przodu.

– Sectusempra – wysyczał. Z piersi Bellatriks buchnęła krew z głębokich, śmiertelnych ran. Śmierciożerczyni osunęła się na ziemię. Nadepnął na jej dłoń, miażdżąc palce i krusząc różdżkę.

– Nagini… – wycharczała, a potem z jej ust pociekł strumyczek krwi.

Marvelian doskoczył do kołyski. Harold leżał spokojnie, chociaż na widok Marveliana jego usteczka zadrżały, jakby miał się rozpłakać. Najdelikatniej jak umiał, Marvelian podniósł malca i przytulił go do piersi.

Bellatriks była już martwa, kiedy przeszedł ponad jej ciałem i uklęknął przy leżącej obok Lily. Nie zważał na to, że jego szaty nasiąkają od krwi, która wypływała ze śmierciożerczyni – jedyne co widział, to szkliste oczy ukochanej.

Kochał ją całym sercem. Zaprzyjaźniła się z nim, gdy wszyscy go odrzucali, była mu wierna, gdy wszyscy się go bali, pocieszała go, gdy podążał spiralą swoich mrocznych ambicji. Była gotowa na sekretny romans, na związek, który nie miał szans przetrwania, a to wszystko dlatego, że kochała go z wzajemnością… jej miłość do niego była czysta i prawdziwa…

Lily była matką jego syna. Gdyby los dał im szansę, gdyby to nie było tak szalenie niebezpieczne, pewnie zostałaby jego żoną. Chociaż wtedy pewnie zabiliby ją już podczas ich nocy poślubnej… jeśli Marvelian miał naprawdę pokonać Czarnego Pana, to każda związana z nim osoba była w niebezpieczeństwie. A tak… Lily miała szansę na trochę szczęścia… i dała mu Harolda…

Chłopiec zapłakał, zupełnie nieświadomy tego, iż tym razem mamusia nie przyjdzie, by utulić go do snu. Harold nie miał już mamusi, słudzy Voldemorta o to zadbali.

– Och Lily… moja Lily… – Wolną ręką gładził jej zimny policzek, przesuwał po jej rudych włosach, pieścił kontur jej ust…, które już nigdy nie pocałują go z pasją, które już nigdy nie ucałują ich syna.

Płakał, bo to było jakieś ujście dla emocji – bał się, że gdyby skierował swoje uczucia ku magii, mógłby skrzywdzić Harolda. Nie umiał pocieszyć płaczącego chłopca. Płakali więc razem… malec kurczowo przywierając do załamanego czarodzieja. Mały Harold nie miał pojęcia, że jest jedynym powodem, dla którego Marvelian nie porwał różdżki i nie odebrał sobie życia. Bo ostatecznie, Marvelian miał dla kogo żyć, miał o kogo się troszczyć. Przecież nie mógłby teraz zostawić Harolda, kiedy Lily oddała za niego życie.

Czy to miał być dzień utraconych matek? Czy Louie też miał czekać taki los co Lily, a Morvenę i Lauranę taki los co Harolda? Czy w ogóle Minerwie udało się ocalić dziewczynki? Laurana już straciła ojca… czy miała stracić i matkę? A Minerwa? Ona musiała przeżyć… bo przecież ktoś musiał być tą matką wszystkich, tą matriarchalną figurą, stałą i promieniującą bezpieczeństwem…

A Hogwart? Czy szkoła, będąca matką magii, miała dziś zostać zdobyta, pokonana? Czy zło miało ostatecznie wygrać?

Nie, Marvelian nie mógł do tego dopuścić. Zamierzał pokonać Voldemorta. Nie dlatego, że na to wskazywała jakaś niedoprecyzowana przepowiednia. Nie dlatego, że chciał zemsty za śmierć Lily, Jamesa i Assuarina. Nawet nie dlatego, że Voldemort był jego ojcem.

Powód był jeden i bardzo prosty. Marvelian chciał dać swojemu synowi świat, w którym mógłby dorastać bez strachu. Świat bez Voldemorta.

Złożywszy ostatni pocałunek pełen miłości na wargach Lily, Marvelian teleportował się do Hogwartu.

Harold … Potter, Zenaidov, McGonagall, Riddle? płakał w jego ramionach.

Xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa czuła tylko częściową ulgę. Marvelian wyszedł z zasadzki bez szwanku. Morvena też póki co była żywa. Ale pozostawała jeszcze Louie i Laurana. A Tom maszerował na Hogwart.

Vinculum zapłonęło mocno. Cokolwiek działo się z Albusem, musiały nim targać silne emocje. Minerwa stłumiła tęsknotę za nim. Chciałaby, żeby był tu z nią, by u jej boku ruszał na ratunek Louie. Posłała mu swoją miłość i na moment przełożyła Morvenę do prawej ręki – lewa zdążyła zdrętwieć.

Nie miała pojęcia, dlaczego była tak fizycznie słaba. Czy to strach wywoływał zimne dreszcze i mdłości? Transmutowała pojedynczy liść w zieloną chustę. Przewiązała ją tak, by Morvena była spokojnie zabezpieczona przy jej piersi, ale by Minerwa miała jednocześnie wolne ręce. Tego nauczyła ją Caroline, kiedy urodził się Therseus.

Oby Lily przeżyła, myślała Minerwa, biegnąc w dół zbocza, a Morvena podskakiwała lekko przy każdym kroku. Zdumiewające, że nie płakała. Ale jeśli oprócz fizycznego podobieństwa, również charakterem dziewczynka była podobna do niej, to brak kwilenia nie powinien dziwić Minerwy.

Inaczej miała się sprawa z Louie. Jej wrzaski Minerwa słyszała już w połowie drogi. Na szczęście Minerwa miała jeszcze tyle taktycznej obojętności, by nie zaszarżować przez główne drzwi. Pochylona, by nie było jej widać przez wybite okna, przedostała się do zachodniej ściany.

Zebrała całą swoją odwagę, bo wiedziała, że to nie będzie łatwe starcie i jest naprawdę małe prawdopodobieństwo, by wyszli z tego wszyscy. Złożywszy na główce Morveny ostatni ciepły pocałunek, Minerwa wybiła się i niczym zielona kula błyskająca ofensywnymi czarami, wskoczyła do wnętrza hebrydzkiego domku.

Rozmieszczenie mebli i śmierciożerców nie było najszczęśliwsze. Minerwa wylądowała przed łóżkiem, które było puste, bo śmierciożercy wywlekli poczerniałe ciało Assuarina na środek salonu. Widząc bestialskie dzieło klątwy Toma ktoś o mniej odpornych nerwach zacząłby wrzeszczeć, ale Minerwa walczyła jedynie z mdłościami. Przeniosła wzrok na wrogów, którzy już zabierali się do ataku.

Transmutowała ich czary, wyczarowywała pochłaniające je tarcze, broniła się ze wszystkich sił, ignorując okrzyki Avery'ego, grożącego, że zabije Louie. Minerwa wiedziała, że jeśli Louie jeszcze żyła, to oznaczało, że śmierciożercy dostali rozkaz przywiedzenia jej do Toma żywcem. To można było wykorzystać.

– McGonagall! Któż by pomyślał, że znów spotkam ulubioną kurwę Dumbledore'a, po tylu latach! – wrzasnął ktoś w kącie.

Minerwa rozpoznała piskliwy głos. Z ciekawością jednak zmierzyła wzrokiem Rebeccę. Jedna z bliźniaczek stała blisko drzwi, a po jej lewej stronie stał Avery, podtrzymujący Louie w żelaznym uścisku. Rebecca zmieniła się. Była młodsza od Minerwy, a wyglądała staro. Może to wrażenie potęgowały białe włosy, ale zmarszczki już wskazywały na przedwczesne postarzenie. Bursztynowe oczy jak zwykle lśniły nienawiścią podsyconą strachem.

Ktoś mógłby powiedzieć, że w obecnym stanie, Rebecca nie była kobietą, która mogłaby wzbudzać pożądanie. Z drugiej strony, wizualnie pasowała do czerwonookiego lorda Voldemorta. Gdy to jeszcze miało jakieś znaczenie, Minerwa wmawiała sobie, że Tom na zawsze należy do niej, a zdradzał ją lord Voldemort. Teraz… nawet jej związek z Tomem dawno przestał się liczyć.

Rebecca myliła się. Może Minerwę McGonagall, która była jej wrogiem jeszcze z czasów szkoły, białowłosa śmierciożerczyni widziała dawno, ale samą Minerwę, istotę rozdzieloną pomiędzy dwie dusze, Rebecca widziała dziesięć lat temu, podczas pamiętnego wesela Lestrange'ów.

– Nie sądziłam, że będziesz w stanie wykarmić swoje dziecko. Ale Regina ma już prawie dziesięć lat, prawda? – Chyba nie spodziewali się, że Minerwa odpowie. Ich zdumienie pozwoliło jej zabić jednego z śmierciożerców. Rebecca zadrżała, pewnie zarówno ze złości jak i lęku, a potem uniosła głowę i odpowiedziała:

– Jeśli nie chcesz, żeby wiedźma, którą trzyma Avery cierpiała, to wypuść nas stąd. Ile jeszcze Cruciatusów ona zniesie, zanim w jej mózgu zajdą nieodwracalne szkody? – Rebecca była dojrzalsza, nie tak impulsywna, gotowa dostosować swoje groźby do tego, co wiedziała o przeciwniczce. A nie wiedziała wszystkiego.

– Ty zniosłaś sporo Cruciatusów, gdy Tom stwierdził, że mogę cię po prostu zabić, bo w końcu byłaś, i wciąż jesteś, tylko kurwą – wycedziła powoli Minerwa.

Rebecca zmarszczyła brwi. Potrzebowała czasu, by przyswoić sens tych słów. A czasu nie miała, bo jej zawahanie pozwoliło Minerwie zabić kolejnych dwóch popleczników Voldemorta. Dopiero kiedy Avery wrzasnął coś do białowłosej czarownicy, ta spojrzała na Minerwę oczami przypominającymi galeony.

– Ty… to powiedział do… przecież to niemożliwe – wydukała Rebecca, cofając się w tył.

– Myślisz, że on zebrał wszystkie siły i zorganizował te równoczesne ataki, by zdobyć Hogwart dla twojej córki? Nie, on po prostu nie potrafi beze mnie żyć! Wciąż mnie pragnie, podczas gdy ty okazałaś się takim rozczarowaniem! Tst, tst, Becca! Córka i do tego nie tak potężna jak on? Żałosne. – Minerwa wyszczerzyła zęby w uśmiechu, jednocześnie robiąc szybki unik, by zaklęcie śmierciożercy z lewej nie trafiło Morveny.

– TYYYYY! Avada Kedavra! – Głos Rebeki ociekał nienawiścią, kiedy wzniosła różdżkę. Minerwa jednak poruszała się bardzo szybko, nawet w niepraktycznej sukni i z dzieckiem przy sercu. Ominęła zaklęcie i odpowiedziała silnym atakiem.

– Minerwo, ratuj Lauranę! – wrzasnęła Louie. Avery zacisnął mocniej rękę na jej gardle, prawie dusząc młodszą kobietę.

Wciąż walcząc z Rebeccą, Minerwa uzmysłowiła sobie, że zapomniała o siedmioletniej córce Louie i Assuarina. Rozejrzała się, sięgając po rozbite na ziemi szkło i używając go w ten sam sposób co dekady temu, podczas szkolnego pojedynku. Kiedy Rebecca zawyła z bólu wbijanych odłamków, Minerwa zorientowała się, że jedynym miejscem, w którym mogła ukryć się dziewczynka, jest przestrzeń pod łóżkiem Assuarina. Śmierciożercy nie mogli wiedzieć o córkach Louie… przeoczyli ją…

Minerwa była bardzo zmęczona, Morvena ciążyła jej, vinculum szarpało raz za razem, jej własne wnętrzności zdawały się skręcać w panice… ale wciąż jeszcze jej taktyczny umysł utworzył plan.

Ozdobioną szmaragdami różdżką Minerwa odpierała wściekłe ataki Rebeki, ale drugą dłonią dyskretnie zdejmowała zaklęcie uniemożliwiające wyjście z domu. Zdecydowała się też na wyjątkowo ryzykowny manewr – wysłała swoją myśl sondującą. Dla dziecka to nie mogło być łatwe przeżycie, ale jeśli Laurana miała w sobie jej krew, to istniała szansa, że zdołają się porozumieć.

Laurano, kochanie? – spytała Minerwa najdelikatniej jak umiała, znajdując nieosłonięty umysł przerażonej dziewczynki. Poraził ją fakt, że dominującym obrazem w głowie dziecka było ciało Assuarina – bo ze swojej perspektywy pod łóżkiem, tylko to Laurana mogła widzieć.

Kim jesteś? – Całe szczęście, dziewczynka pomyślała to, bo byłaby zgubiona, gdyby odezwała się na głos.

Jestem Minerwa. Wydostanę cię stąd, dobrze? – Minerwa skrzywiła się, bo zaklęcie tnące otarło jej skroń, zostawiając krwawą szramę. Rubinowe krople skapywały po policzku na Morvenę.

Co mam robić? Czy uratujesz też mamusię? – Godne podziwu, że mimo chaosu w swojej głowie, Laurana umiała formułować precyzyjne pytania.

Spróbuję. Na mój znak musisz wyczołgać się spod łóżka i biegiem ruszyć do głównych drzwi. Biegnij przed siebie i nie zatrzymuj się, cokolwiek by się nie działo. Pamiętaj, nie zatrzymuj się – poleciła Minerwa. By odwrócić uwagę od wybiegającej spod łóżka Laurany, Minerwa zrobiła kilka kroków do przodu, czego Rebecca i Avery się nie spodziewali.

Teraz, Laurano! Uciekaj! – zawołała Minerwa w głowie dziewczynki.

Louie zaczęła się intensywnie wić w uścisku Avery'ego, więc czarodziej nie mógł zareagować. Minerwa zdołała złapać w pojedynku Rebeccę i kolejnego śmierciożercę. Laurana przebiegła za plecami Minerwy do drzwi.

– Co? Drętwota! – wrzasnęła Rebecca, ale jej zaklęcie nie trafiło Laurany – dziewczynka zdążyła przeskoczyć przez próg.

Minerwa wiedziała, że Laurana bez niej jest praktycznie bezbronna, a uwolnienie Louie z dwiema dziewczynkami do chronienia było niemożliwe. Dlatego z bólem i poczuciem winy wybiegła z domku za Lauraną.

Zgodnie z rozkazem, Laurana biegła przed siebie, w górę zbocza. Jej brązowe włosy powiewały na wietrze. Minerwa pędziła za nią, wiedząc, że Rebecca i reszta zaraz wynurzą się z domu…

– Avada Kedavra! – Zielony promień minął Minerwę o cal. Mocno przyciskając do siebie jedną ręką Morvenę, Minerwa odwróciła się. Avery z szamoczącą się Louie biegł w innym kierunku… zaraz teleportują się. Minerwa transmutowała ziemię pod stopami śmierciożercy w lepkie pędy, ale wykorzystał zimne ognie, by się oswobodzić. Nauczycielka transmutacji nie mogła zatrzymywać go dłużej, bo Rebecca już celowała różdżką w Lauranę.

– Nie w moją krew, dziwko! – wrzasnęła Minerwa, osłaniając tarczą przerażoną córkę Assuarina i magią bez użycia różdżki przewracając Rebeccę.

– Lacarnum Inflamari! Sectusempra! – krzyczała Minerwa, a jej uroki trafiły Rebeccę.

Szaty śmierciożerczyni zapłonęły, bo zaklęcie trawiło ubrania szybciej niż ciało. Zaś ciało zostało oznaczone głębokimi, śmiertelnymi ranami, dokładnie na jej płaskiej klatce piersiowej… rany biegły w poprzek blizn pozostałych po wycięciu jej piersi.

– Rachel! Regina! – zawyła Rebecca, gdy płomienie zaczęły lizać jej skórę.

– Ostrzegałam cię, że dziwki są najniżej w mojej hierarchii. – Mimo wszystko, Minerwa poczuła ucisk dzikiej satysfakcji, patrząc na śmierć Rebeki. Trzask teleportacji wyrwał ją z marazmu. To Avery uciekł, porywając Louie.

– Proszę pani? – Laurana zrobiła kilka kroków w stronę Minerwy.

– Już idę. Poczekaj. – Czarownica zebrała w dłonie pobrudzoną i podartą w biegu suknię i ruszyła w górę wzgórza, by móc się teleportować ze szczytu.

Zanim jednak zniknęła, ogromny ból zapulsował w okolicach brzucha. Minerwa skuliła się i opadła na kolana. Morvena po raz pierwszy zakwiliła. Laurana zaraz złapała Minerwę za ramię i zawołała:

– Pani Minerwo, pani Minerwo!

– Już… zaraz… ach… kochanie… – Minerwa zacisnęła zęby i dźwignęła się na nogi. Ostrożnie wytarła swoją krew z czoła kwilącej Morveny i spojrzała na Lauranę. Turkusowe oczy dziewczynki były pełne łez.

– Proszę pani, co z mamusią? – Laurana nerwowo wyłamywała sobie kostki – nawyk, który musiała podłapać od matki.

– Znajdę ją. Ale najpierw zabiorę ciebie i twoją siostrę w bezpieczne miejsce. Chodź i obejmij mnie mocno – poleciła Minerwa tonem, który z założenia miał być kojący.

Teleportacja łączna z dwoma nieletnimi nigdy wcześniej nie byłaby wyzwaniem, ale dziś, Minerwa wylądowała na kolanach w skrzydle szpitalnym w Hogwarcie. Łzy Laurany moczyły jej suknię, płacz Morveny rozdarł ciszę.

– Minerwo! Na brodę Merlina! – Znajomy głos rozbrzmiał gdzieś z prawej. Ktoś pomógł jej wstać. Minerwa rozpaczliwie usiłowała przegnać ból i skupić się na twarzy… należącej do Poppy Pomfrey.

– Poppy… coś przeciwbólowego… szybko – wycharczała wiedźma. Pielęgniarka posadziła ją na łóżku i zaczęła przywoływać jakieś eliksiry. Minerwa skupiła się na Lauranie, wciąż obejmującej mocno jej talię.

– Laurano, zostaniesz tu z ciocią Poppy, dobrze? Ja poszukam mamusi. – Serce Minerwy się krajało, gdy złapała za rączki dziewczynki i odsunęła je od siebie.

– Minerwo, co to za dzieci? – Poppy z oczami wielkimi jak spodki wpatrywała się w Morvenę – która oczywiście wyglądała jak dziecięca kopia Minerwy.

– To córki Louie, Poppy. Weź Morvenę. Spróbuj ją uspokoić. – Minerwa rozwiązała chustę, a Poppy odebrała Morvenę, chociaż ta zaczęła płakać jeszcze głośniej, odłączona od Minerwy.

Minerwa złapała fiolki przywołane przez Poppy i wypiła mikstury w kilku szybkich łykach. Smakowały okropnie, ale istniała nadzieja, że zadziałają szybko.

– Poppy, Albus wrócił? Bitwa już trwa? – Minerwa z przerażeniem odnotowała, że z nadmiaru adrenaliny wciąż trzęsą się jej ręce.

– Dyrektora nadal nie ma, a bitwa się nie zaczęła, ale Sama–Wiesz–Kto stoi u bram z hordą śmierciożerców, a Lucerna zbiera naszych na błoniach – poinformowała ją Poppy, kołysząc płaczącą Morvenę.

Rozległ się głośny trzask. Minerwa odruchowo zerwała się z różdżką w ręce. Ulga była częściowa – to Marvelian pojawił się w skrzydle szpitalnym. Brwi Poppy poszybowały w górę – dwie teleportacje w Hogwarcie w przeciągu kilku minut to było wiele dla zdumionej pielęgniarki. Marvelian oczywiście wiedział, jak nagiąć bariery z książki zaklęć Minerwy.

– Marvelianie? – Minerwa dostrzegła dziecko w jego ramionach – Harolda, obserwującego otoczenie przez wielkie, szmaragdowe oczy.

– Zabiłem Bellatriks, ale ona zdążyła zamordować Jamesa i … Lily. Co z matką? – Marvelian transmutował jedną z szafek nocnych w kołyskę i umieścił w niej Harolda. Laurana podbiegła do niego i objęła go mocno, płacząc w jego ciemne szaty.

Kilka łez spłynęło też po policzkach Minerwy, gdy zrozumiała pustkę w oczach syna. Śmierć Lily załamała Marveliana. Minerwa mogła jedynie podejrzewać, że jej syn nie pogrążył się w rozpaczy tylko ze względu na Harolda.

– Zabiłam Rebeccę, ale Avery porwał Louie. Pewnie zabrał ją do Toma. – Minerwa na sztywnych nogach podeszła do syna, który niezgrabnie gładził włosy Laurany.

– Gdzie jest Dumbledore? – Marvelian drugą ręką sięgnął do skroni Minerwy, rozmazując krew z powierzchownej rany.

– Frank namierzył Nagini. Obawiam się, że razem z nią Albus znalazł Athenę. Coś jest nie tak – zwierzyła się Minerwa. Vinculum zbyt często dawało o sobie znać, by mogła uznać to za reakcję z jednej, jej strony.

– Nie możemy na niego czekać. Voldemort boi się mnie z powodu jakiejś przepowiedni. – Marvelian rzucił w stronę Minerwy. Nauczycielka nie zareagowała. Nie mieli czasu, by tłumaczyła mu słowa Trelawney, tym bardziej, iż miała okropne podejrzenie, że słowa o dwóch duszach nie tyczą się Louie.

Tymczasem Marvelian ukucnął, by spojrzeć na Lauranę.

– Laurano, obiecasz mi coś? Tam w kołysce leży twój bratanek, Harold, a ciocia Poppy trzyma Morvenę… przysięgniesz mi, że zaopiekujesz się nimi, kiedy ja i Minerwa pójdziemy uratować mamusię? – Szmaragdowe oczy z mocą wpatrywały się w turkusowe tęczówki.

– Tak. Obiecuję, Velian. Zaopiekuję się Haroldem i Morveną. – Laurana objęła go jeszcze raz. Marvelian ucałował czubek jej głowy i wyciągnął dłoń do Minerwy.

– W porządku? – Obrzucił zaniepokojonym spojrzeniem jej brudną i porwaną na dole suknię oraz włosy, które już zupełnie wyswobodziły się z koka.

– Będzie w porządku jak Albus wróci, uratujemy Louie i pokonamy Toma. – Minerwa z lekkim zawahaniem ujęła jego rękę.

Bała się. Zrozumiała, że oto być może nadszedł moment, w którym jej sekrety wyjdą na jaw. Że wszyscy dowiedzą się, iż McGonagall już jako uczennica miała romans z Dumbledore'm, ba, nawet podczas wojny miała z nim dziecko, ale szalona żona Albusa zabiła je. Światło dzienne ujrzy fakt, że lady McGonagall była jednocześnie lady Voldemort, że surowa nauczycielka transmutacji skrywa w sobie bestię. Marvelian dowie się, że nie jest synem Louie, tylko dzieckiem Minerwy. Tom uświadomi sobie, że dała mu dziedzica, dużo lepszego niż Regina. Albus znienawidzi ją... wreszcie zabije ją... bo ona, kaledońska lwica, miała zginąć z ręki związanego z nią.

– Minerwo? – Marvelian ścisnął lekko jej dłoń.

– Cokolwiek się wydarzy, pamiętaj, że nie jestem tą, którą powinnam się stać. To żadne usprawiedliwienie, ale ta myśl towarzyszyła mi, odkąd tylko Athena była zmuszona zdradzić mi swój sekret. – Minerwa spojrzała mu w oczy, usiłując przekazać mu całą swoją miłość…

– Jesteś kobietą, którą wszyscy kochamy. To się nie zmieni – zapewnił ją syn, ucałowawszy jej dłoń. Gdzieś obok Poppy wciągnęła ze świstem powietrze. Kątem oka Minerwa widziała, jak Laurana patrzy na nią z podziwem.

Im wszystkim wydawało się niemożliwe, by kobieta, którą kochali, była jednocześnie tą, której nienawidzili. Lecz czy dla władających magią były rzeczy niemożliwe?