1981 d
Księżyc w pełni wzszedł wysoko nad Hogwartem. Zamek i błonia były skąpane w srebrnym blasku, przez co wyglądały jeszcze bardziej magicznie. Wielkie drzewa Zakazanego Lasu, rosnące na skraju głównej żwirowej drogi do zamku, rzucały jednak cień na majestatyczną bramę ze skrzydlatymi dzikami. Zamknięte skrzydła bramy przez to wyglądały jeszcze bardziej ponuro.
Na błoniach obrońcy przygotowywali się do odparcia ataku na Hogwart, najświętsze sanktuarium brytyjskiej magicznej społeczności. Setka aurorów w ciemnogranatowych szatach nieufnie spoglądała na pięćdziesięciu członków Zakonu Feniksa i czterdziestu członków Gildii Szachów. Panowało jednak powszechne przekonanie, że bez względu na to, iż aurorzy na co dzień zajmowali się walką z czarnoksiężnikami, ich umiejętności nie mogą się równać z tymi wyszkolonymi w Zakonie i nie dorastają do pięt tym, którzy pobierali nauki w Gildii. Dlatego kiedy Lucerna Greengrass oznajmiła, że ma błogosławieństwo i dowódczą nominację od Minerwy McGonagall, przywódczyni Gildii, wszyscy posłusznie oddali się pod jej rozkazy.
Za bramą śmierciożercy ustawiali się w taranowym szyku – postaci w czarnych szatach i srebrnych maskach było około stu pięćdziesięciu, ale nie wszyscy byli zaszczyceni Mrocznym Znakiem – naznaczonych nim zostało około trzydziestu najbliższych Voldemortowi. Sam Czarny Pan niecierpliwie krążył przed samą bramą. Bellatriks miała przywieść do niego dziecko Potterów, a Rebecca miała dostarczyć Luizę Potwald, czyli Ludwikę Grindelwald. Mając te karty przetargowe, Tom mógł być w stanie przekonać Minerwę, by wróciła do niego. Z Louie miał też możliwość pokonania jej syna, który według proroczych słów mógł być odpowiedzialny za jego upadek.
Ta noc miała zmienić wszystko i czuł to każdy.
Marvelian wciąż doświadczał gniewu, żalu i smutku, gdy teleportował siebie i Minerwę na błonia. Czuł się odpowiedzialny przed Lily za wynik dzisiejszego starcia. Zalewało go też poczucie winy, że nie zdołał rozwiązać tego wcześniej. Również zwyczajnie i po ludzku bał się. Nigdy wcześniej nie widział swojego ojca, a dziś miał nie tylko odbić z jego rąk swoją matkę, ale i pokonać go. Czy był dość silny? Czy znał wystarczająco mocną magię? Minerwa w niego wierzyła, ale jej strach, zaskakujący, Marvelian też wyczuwał.
Kiedy tylko wylądowali, Minerwa przejęła dowodzenie. Rozdzieliła obrońców na równe mocą i umiejętnościami grupy. Ludzie rzucali jej zdumione spojrzenia – nie przypominała siebie w porwanej, ale wcześniej pięknej sukni i z powiewającymi wokół ramion włosami. Ci, którzy znali ją nieco lepiej, jak Moody czy Lucerna, byli zaniepokojeni tym, jak wyraźnie się martwiła. Jak jednak mogła nie drżeć o to, co miało się dziś wydarzyć? Jak mogła nie bać się o Albusa, Marveliana, Louie?
Voldemort był wściekły, gdy wysłany na przeszpiegi do Doliny Godryka Amycus Carrow potwierdził, że choć znalazł ciała Potterów, dziecko zniknęło, a grupa śmierciożerców, na czele z Bellatriks była martwa. Jeszcze gorzej Czarny Pan poczuł się, kiedy zjawił się wyczerpany Avery z wyjątkowo nieposłuszną Luizą Potwald i poinformował, że Minerwa zabiła Rebeccę. Ta noc nie zaczęła się tak, jak lord Voldemort planował. Miał jednak Louie i zamierzał postarać się, by już poranek wyglądał zgodnie z jego planem.
Czarnoksiężnik wzniósł różdżkę i wydał sygnał do ataku. Połączone zaklęcia śmierciożerców trafiły w bramę. Uroki rozbryzgiwały się o bariery ochronne w blasku kolorowych iskier.
Minerwa i Marvelian popatrzyli po sobie, gdy dostrzegli iskry. Ona ledwie trzymała się na nogach, on stał jak wrośnięty w ziemię. Trzask iskier z upadających powoli barier zagłuszył trzask teleportacji – to Alberwan wylądował na skraju Zakazanego Lasu, na lewo od miejsca znaczącego połowę drogi między obrońcami, a bramą.
Alberwan rozejrzał się, upewniwszy się, że jest odpowiednio skryty za drzewami. Iskry sygnalizowały zmasowany atak, ale wyglądało na to, że zamek był gotowy do obrony. Kasztanowłosy czarodziej westchnął, widząc dwie postacie na czele obrońców. Minerwa McGonagall wyglądała inaczej, niż wtedy, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy. Wtedy wydawała mu się niepokonana, a dziś… prawie bezbronna. Obok niej stał najstarszy syn Louie…, którego Alberwan widział tamtego okropnego dnia… na jego twarzy teraz malowała się żelazna determinacja. Chociaż mag skrywał swoją aurę, musiał być równie potężny co McGonagall i sam Alberwan.
Śmierciożercy wydali z siebie pełen uciechy okrzyk, kiedy ostatnia z barier puściła, roztrzaskując się na dziesiątki tęczowych kawałeczków. Louie, podtrzymywana mocno przez Alecto i Amycusa Carrowów, załkała gorzko, gdy potężne skrzydła bramy zaczęły się otwierać. Złotowłosa czarownica czuła pustkę. Owszem, jej ciało wciąż płonęło od echa klątw bólu, jakimi potraktowano ją na Hebrydach, a wszelka magia, jaką w sobie miała, została dawno wyczerpana. Jednak emocjonalnie… Louie nie miała już w sobie nic. Jej mąż został zamordowany na jej oczach, zbyt bezbronny, by mógł cokolwiek zrobić. Jej córki… Minerwa zdołała je uratować, ale jak długo były bezpieczne? A Marvelian? Dlaczego zniknął? I o jakiej przepowiedni mówili między sobą śmierciożercy? Gdyby Louie miała okazję, to spróbowałaby odebrać sobie życie. Co jej zostało? Voldemort jej nie wypuści, dopóki Minerwa się nie podda. Czy Szkotka poświęci dla Louie Hogwart? Dla niej samej może nie, ale Marvelian widział w Louie matkę… a dla niego Minerwa zrobiłaby wszystko. Cała obecna sytuacja była ostatecznym dowodem na to, że Louie była przeklęta. Jedyne, do czego jej udręczony umysł mógł jeszcze przylgnąć, to myśl o tym, że Laurana i Morvena jakoś przetrwają tą bitwę i że Alberwan znajdzie je i zaopiekuje się nimi, może nawet zabierze do tego czasu, z którego pochodził.
Minerwa marzyła jedynie, by pojawił się Albus i zamknął ją w swoich objęciach, mówiąc jednocześnie, że wszystko będzie dobrze. Ale jej ukochanego nie było, a ona miała stawić czoła swojemu dawnemu kochankowi. Zacisnęła palce na ozdobionej szmaragdami rączce swojej różdżki. Ten kawałek drewna wiernie służył jej przez całe życie i jego kojąca obecność w dłoni zawsze dodawała jej otuchy.
Tom prowadził swoją armię z dumą. Upiorna woskowa twarz lorda Voldemorta z płaskim nosem i czerwonymi ślepiami była z daleka widoczna. Obok niego dwoje śmierciożerców, Carrowowie, prowadzili wycieńczoną Louie. Całe szczęście, przybrana córka Minerwy nie była ranna, jedynie wyczerpana. Jej ogromne oczy, teraz szafirowe z powodu bólu i strachu, wyrażały przede wszystkim obojętność. Minerwa zrozumiała, że podobnie jak ona, Louie nie wierzy, by mogła wyjść z tego cało.
Alberwan zatkał dłonią usta, gdy zorientował się, że triumfalnie prowadzonym przez śmierciożerców więźniem jest Louie. Jego ukochana znajdowała się w beznadziejnym położeniu. Wyglądało na to, że jest kartą przetargową Voldemorta. Co jednak była gotowa poświęcić Minerwa McGonagall, by ocalić córkę Atheny i Grindelwalda? Alberwan bał się odpowiedzi na to pytanie. Przypuszczał, że w którymś momencie będzie musiał włączyć się do walki, by ocalić Louie. Miał tylko nadzieję, że jeśli mu się nie uda i oboje zginą, ktoś zaopiekuje się Lauraną i… jego córką. Na Merlina, on nawet nie znał jej imienia! Ale mocno wierzył, że gdziekolwiek teraz są, dzieci są maksymalnie chronione.
Voldemort zatrzymał swój pochód w odstępie od obrońców tak sporym, że nie widział dobrze twarzy Minerwy, ani stojącego obok niej czarodzieja, ale mógł domyślić się, że to jest Marvelian Zenaidov, syn Louie i kardynał Gildii. Wiedział jednak, że obrońcy dobrze widzą go… i boją się. Ich strach był konieczny – karmił wewnętrznego dementora, którego Tom w sobie hodował. By jednak mieć szansę zgarnięcia głównej nagrody – Minerwy, pod którąkolwiek postacią, Tom sięgnął po magię, której go nauczyła.
Marvelian otworzył szeroko oczy, gdy czarnoksiężnik stojący w odległości kilkudziesięciu metrów zaczął się zmieniać. Z łysej uprzednio czaszki wyrosły piękne, lśniące włosy, ramiona nieco się zwęziły, ale zrobiły się bardziej muskularne… oczy pociemniały do samej czerni, nos wysunął się, a woskowa maska ustąpiła przystojnej twarzy… którą Marvelian znał doskonale. Obok niego Minerwa westchnęła. Marvelian pomyślał, że dlatego ona czasem nazywała Voldemorta Tomem – bowiem musiała go poznać właśnie takiego – pięknego mężczyznę, wręcz młodego boga, promieniującego mocą i pewnością siebie. Podobieństwa Marvelian się spodziewał. Co zaskoczyło go bardziej… to sam fakt… jakim cudem Voldemort był w stanie odrzucić swoją zwyczajową, odrażającą formę. Zdezorientowany Marvelian zerknął na Minerwę, mrużącą oczy i przypomniał sobie. Transfiguracja! To było jedyne sensowne wytłumaczenie. Lecz Tom Riddle nie był mistrzem transmutacji. Nie osiągnąłby tego sam. Jak się tego nauczył?
To było sprytne taktycznie posunięcie, w opinii Minerwy – Tom dobrze rozegrał swoją transfigurację. Teraz, gdy szedł ku niej, z tym piekielnie zmysłowym uśmieszkiem, miała ochotę wrzeszczeć i wymiotować jednocześnie. Wzniosła jednak dumnie głowę, wiedząc, że Tom jest skupiony maksymalnie na niej. Jego skupienie zadrżało jedynie na moment, kiedy zerknął na Marveliana. Był już dosyć blisko, by ujrzeć twarz młodego mężczyzny.
Przez ciało Alberwana przebiegł zimny dreszcz, gdy widział przemianę Voldemorta. Jeszcze większy chłód ogarnął go, gdy porównał twarze Czarnego Pana i syna Louie. Były takie same. Alberwan pamiętał, że Assuarin nie był ojcem zielonookiego chłopca. Ale to? Złamane serce Alberwana znów rozpadło się na kawałki, gdy uzmysłowił sobie, że ojcem najstarszego syna Louie jest Voldemort.
Albus przedzierał się przez chaszcze Zakazanego Lasu, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do Minerwy. Przez rewelacje Atheny był tak roztrzęsiony, że teleportacja z nagięciem barier otaczających Hogwart wyniosła go w środek głuszy. Przynajmniej wiedział, w którym kierunku biec. Chciał odetchnąć głośno z ulgą, widząc, że drzewa się przerzedzają, a w oddali widać główną ścieżkę od bram do zamku. Lecz wtedy dostrzegł postaci w czarnych płaszczach zgromadzone na ścieżce. Teraz już wiedział, z czego wynikały szarpnięcia vinculum – Voldemort zaatakował Hogwart pod jego nieobecność!
Louie trzęsła się z odrazy, kiedy Voldemort w swojej odmłodzonej i przystojnej formie jeszcze bardziej zniwelował dystans pomiędzy obrońcami a śmierciożercami. Teraz nie miała już wątpliwości, że Marvelian był jego synem. Poczucie zdrady zalało ją najpierw, szybko zastąpione przez poczucie winy, gdy skrzyżowała spojrzenie z Minerwą. Starsza czarownica była wyraźnie rozstrojona, zupełnie jakby trwała prosto jedynie ostatkiem sił. Tymczasem sam Voldemort też zauważył Marveliana – i zamarł.
Dyrektor skradał się powoli, szacując liczbę wrogów i obrońców. Jego serce na moment przystanęło, gdy ujrzał Louie podtrzymywaną przez Carrowów. Albus błagał wszystkie bóstwa, by chociaż dzieci Louie były bezpieczne. Zaraz jednak wiedział, że tak nie jest, bo dostrzegł Marveliana. Obok niego stała Minerwa… Albus nigdy nie widział jej tak zrezygnowanej i załamanej. Nawet kiedy była pewna, że ich dziecko zostało zabite, kiedy w jej oczach ziała pustka, Albus nie widział tam tak silnego pragnienia śmierci jak teraz. Minerwa była tak otępiała od nadmiaru emocji, że nie wyczuła jego powrotu. Nie wyglądała dobrze – jej suknia brudna i w strzępach, a na skroni zauważył zaschniętą krew. Jej czarne loki powiewały jak dumny proporzec.
– Wypuść Louie, Tom. Oboje wiemy, że ona nie jest wiedźmą o dwóch duszach. – Zmęczony głos czarownicy odbijał się echem w ciszy, która trwała ponad armiami. Albus skrzywił się, wciąż niezauważony w swojej kryjówce – nie umiał rozszyfrować tonu, z jakim wypowiedziała imię Riddle'a. Imię potwora, który w jakiś cudowny sposób powrócił do młodej i przystojnej formy. Jedynym wytłumaczeniem, jakie Albus był gotów przywołać w całej swojej szerokiej wiedzy, była transfiguracja. Ale o tym nie słyszano od czasów Merlina.
– Gdy Snape powtórzył mi przepowiednię, najpierw byłem pewien, że chodzi o ciebie. ,,Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...Zrodzony z tej, która nosi dwie dusze. A choć Czarny Pan naznaczył noszącą dwie duszę jako równą sobie, ona ma moc, jakiej Czarny Pan nie zna..." Tylko ty masz moc rozszczepienia duszy na dwa ciała – odezwał się Voldemort.
Louie jęknęła, skryty w zaroślach Alberwan stłumił odruch oszołomienia Carrowów. Jednocześnie nie mógł uwierzyć w słowa Voldemorta. Minerwa miałaby mieć moc przelania swojej esencji w inne ciało? Przecież to było jeszcze trudniejsze niż pełna transfiguracja.
– Tak. Louie nie ma z tym nic wspólnego. Wypuść ją. – Minerwa zrobiła kilka kroków do przodu, rzucając ostrzegawcze spojrzenie Marvelianowi. On nie rozumiał, dlaczego zdawała się wierzyć w te słowa. Przecież Louie była jego matką, tkwiła w centrum tej sytuacji. Lecz z drugiej strony, jeśli kobietą o dwóch duszach była Minerwa, to być może nie jego przeznaczeniem było pokonanie Voldemorta tylko jej dziecka… tego ojca Morveny z drugiej chronologii?
– Kim on jest? – Voldemort zignorował jej słowa i wskazał na Marveliana. Młody czarodziej milczał. Nie był w stanie przyznać się głośno.
– To twój syn, Tom. Twój dziedzic z unii z lady Voldemort – oświadczyła głośno Minerwa.
Marvelian odwrócił się ku niej, z szeroko otwartymi oczami. Co ona mówiła? Przecież to Louie była jego matką! Nie… nie mógł być owocem związku dwóch potworów! Czy to kłamstwo miało jakoś uratować Louie?
Louie zaczęła wrzeszczeć, gdy dotarły do niej słowa Minerwy. ,,Dziedzic z unii z lady Voldemort"?! Przecież to oznaczało, że Minerwa… że kobieta, którą Louie kochała jak matkę, była jednocześnie…
To nie był pierwszy raz, gdy Louie pomyślała, że Marvelian może być dzieckiem Voldemorta, ale tak jak wtedy, gdy Marvelian opowiedział jej o swojej zdolności porozumiewania się z wężami, jej odruchową reakcją było zaprzeczenie. Nawet gdyby Louie zdołała pogodzić się z faktem, że ojcem Marveliana jest najgorszy możliwy potwór, wciąż miałaby pociechę myślenia, że być może Minerwa została skrzywdzona, wykorzystana... cokolwiek było lepsze niż wyznanie, że to ona, Minerwa McGonagall była tak naprawdę lady Voldemort. Lecz Louie poznała Minerwę lepiej niż większość (choć najwyraźniej to był tylko ułamek tej skomplikowanej postaci) i potrafiła stwierdzić, że Minerwa, która stała teraz przed nimi, była zbyt zmęczona, żeby kłamać. I Louie nagle zrozumiała, że nie tylko jej biologiczna matka była bestią, ale ta przybrana również. Mając w pamięci mściwą postać, torturującą ją bezlitośnie w tamtej gospodzie w Hogsmeade, wiele lat temu, Louie krzyczała dalej, nie potrafiąc już opanować żadnych emocji.
– Uciszcie ją – warknął Voldemort, oglądając od stóp do głów Marveliana. Alberwan poczuł łzy cisnące się do oczu, gdy Amycus wepchnął dłoń w usta Louie, uciszając ją. Sam Alberwan nie pojmował, w co grała McGonagall... był przekonany, że ów Marvelian był najstarszym synem Louie, lecz jej gwałtowna reakcja na słowa swojej mentorki świadczyła, że te słowa musiały być prawdą... co było w gruncie rzeczy przerażającą wizją. Syn Czarnych Państwa? Alberwan wiedział o lady Voldemort niewiele, ale dlaczego ona miałaby się wyrzec własnego dziecka... dlaczego Louie je przygarnęła... czemu wszyscy wydawali się zupełnie zdezorientowani, czyżby naprawdę nikt, tak jak on, nie wiedział, co tu się tak naprawdę dzieje?
Albus mrugał szybko, usiłując pojąć rozumowanie Minerwy. Patrząc na Marveliana i Toma, nie miał wątpliwości, że młody mag był synem czarnoksiężnika, ale lady Voldemort… jakim cudem dziecko wylądowało u Louie? Jak Minerwa mogła go pokochać, jeśli rzeczywiście Marvelian był dzieckiem Czarnych Państwa? I gdzie do diabła znajdowała się lady Voldemort teraz?
– Mój… mój dziedzic? Ale… ale przecież… nie chciałaś… – Po raz pierwszy widziano, że lordowi Voldemortowi brakuje słów, kiedy wodził wzrokiem między Marvelianem a Minerwą. I chociaż szok zalał Toma, jego umysł już rozkładał owo stwierdzenie na czynniki pierwsze. Ono... mogło być prawdziwe. Tamten moment, gdy Minerwa odkryła go z Rebeccą... wcześniej porzuciła Dumbledore'a, musiała już wiedzieć, że jest w ciąży. Przybyła wtedy do Ivylerton już z zamiarem odejścia od Toma... a on, głupi, jeszcze dał jej odpowiedni pretekst... Jej późniejszy powrót... Dlaczego fakt, że przyjęła jego oświadczyny, nie uruchomił dzwonków alarmowych w jego głowie? Zrobiła to, by odwrócić jego uwagę. By chronić to dziecko... przed nim? Dlaczego?
– Nie mogłam pozwolić, byś go zbrukał. Wypuść Louie. Spisała się znakomicie, chroniąc twojego syna przez całe jego dzieciństwo. – Minerwa znów zbliżyła się. Bała się, strasznie się bała. To była jednak szansa… cień szansy, że Voldemort zapomni o przepowiedni, że rozproszy się na tym sekrecie, którego Minerwa dochowywała od tylu lat. To szło rozwiązać bez niszczenia wszystkiego…Minerwa zaczerpnęła odwagi od Albusa… i rzekła:
– Marvelianie, teraz.
Marvelian czuł, że coś tu się nie zgadza, bo czemóż lady Voldemort miałaby oddawać pieczę nad swoim dzieckiem Minerwie? Czyżby Minerwa odebrała jej dziecko siłą? Więcej, dlaczego Minerwie miałoby tak bardzo zależeć na dziecku Czarnych Państwa? Przecież nie hodowała go cynicznie tylko w celu stworzenia broni odpowiedniej do zniszczenia Voldemorta, prawda? Nie, Marvelian czuł się kochany przez Minerwę. I dlatego postanowił, że zaufa jej, że czas na odpowiedzi przyjdzie później. Wzniósł różdżkę i krzyknął:
– Drętwota!
Voldemort uskoczył, jednocześnie wyczarowując tarczę. Marvelian zaatakował znów, ale widząc kierunek ruchu Toma, Minerwa wiedziała, że jej plan upadnie, że wszyscy będą wiedzieć… bo Louie wciąż…
– Jeszcze jeden czar i ona zginie! – wrzasnął Voldemort, doskakując do Louie i trzymając różdżkę przy jej gardle.
– Marvelianie, nie możesz się wahać. – Minerwa czuła wzbierającą się w sobie magię. Ktoś miał zginąć. Do Marveliana należała decyzja kto. A każda chwila jego zawahania potęgowała niebezpieczeństwo, w którym się znajdował. Ze wszystkich zebranych tutaj osób, to o niego Minerwa bała się najbardziej.
– Nie mogę… Louie jest moją matką! – zawołał Marvelian, łzy płynęły po jego policzkach, gdy opuścił różdżkę. Nawet jeśli Louie nie urodziła go... wychowała go. Była najważniejszą postacią przez większość jego życia. Miał ryzykować jej życiem, gdy już stracił dzisiaj Lily? Miał skazać Morvenę i Lauranę na ten sam los, który czekał Harolda? Na brak matki?
– Jak możesz być taki słaby? Przecież on rozkazał zabić Lily! – Minerwa spróbowała raz jeszcze, prowokując go, jednocześnie zbierając siły… Louie była w idealnej pozycji do zadania decydującego ciosu, lecz brakowało jej sił... prawda o tożsamości lady Voldemort była dla niej zbyt wielkim ciężarem. Jeśli Minerwa znajdzie się na jej miejscu... nigdy nie próbowała tego, ale skoro opanowała transfigurację i rozszczepienie duszy... to nie mogło wykraczać ponad jej możliwości...
– Zabij go! Zabij… ja chcę umrzeć! – zawyła Louie. Voldemort nie mógł żyć, bo zagrażał Lauranie i Morvenie. Louie była gotowa zginąć, aby zapewnić im przyszłość. Dla samej siebie, przyszłości nie widziała - no bo jak, w świecie, w którym lady Voldemort była Minerwą McGonagall?
Marvelian nie mógł tego słuchać, potrząsał głową. Alberwan zerwał się do biegu… podobnie Albus… obaj czuli, że nie mogą pozwolić Louie umrzeć. Tylko byli zbyt daleko... poruszali się zbyt wolno... Minerwa jednak wzniosła w górę ręce…
Rozległ się ogłuszający trzask… Alberwan zatrzymał się, wciąż ukryty za drzewem, uzmysławiając sobie, że Minerwa wykorzystała arcytrudną teleportację zamienną… Bowiem na miejscu ciemnowłosej czarownicy chwiała się Louie, zaś Carrowowie trzymali Minerwę.
– NIEEEE! – Albus wybiegł z lasu z różdżką w ręce, a w tym samym czasie Voldemort obrócił nadgarstek, mówiąc:
– Avada Kedavra!
Louie tylko dzięki instynktowi zdołała przemienić się w ogromnego kruka… ale skrzydła nie chciały jej nieść, wzbiła się tylko na kilka metrów… a potem… absolutnie przeklęta, zmieniła się znów w ludzką formę… nie miała już sił i przez myśl jej przeszło, że zawiodła na całej linii. Marveliana nie zdołała uratować przed manipulacyjną naturą jego szalonej, biologicznej matki. Minerwę pokochała prawdziwie, mimo tej klątwy Morrigan, o której opowiadał jej Alberwan, ale to był błąd, to było cholerne przekleństwo. Na Assuarina sprowadziła śmiertelną klątwę, w próbie wykonania chorych rozkazów Minerwy. Laurana straciła ojca, zaś ojciec Morveny nawet nie wiedział o jej istnieniu. Zostawiała swoje dziewczynki zupełnie bezbronne i samotne... Albus nie zdąży... Alberwan... Trawiona poczuciem porażki i bezradnością, Louie spadała i wtedy trafiła ją uśmiercająca klątwa.
– LOUIE! – Alberwan momentalnie znalazł się obok Albusa… ale to Marvelian był najszybszy, zdążył złapać ciało Louie.
Na moment zapadła ogłuszająca cisza. Nikt nie ważył się drgnąć. Albowiem kobieta, urodzona jako Ludwika Augusta Wiktoria Maria Grindelwald, przemianowana przez Athenę na Luizę Potwald, później znana jako Louie Zenaidov, została zamordowana przez Voldemorta.
Nogi ugięły się pod Minerwą i gdyby Carrowowie nie podtrzymywali jej z obu stron, upadłaby. Po pierwsze, właśnie była świadkiem śmierci czarownicy, którą kiedyś pokochała jak córkę. Po drugie, Louie umarła z prawdą, ze straszliwą świadomością, że Minerwa miała romans z Riddle'm, który zaowocował Marvelianem. Po trzecie, Minerwa była teraz na łasce Toma, a z Zakazanego Lasu wybiegł Albus. Po czwarte, obok Albusa stał ten czarodziej z drugiej chronologii… syn tamtej Minerwy… załamany…
Alberwan tym razem miał wrażenie, jakby ktoś po prostu wyrwał mu serce. Louie, jego najcudowniejsza, najsłodsza Louie… jaki miał jeszcze powód by żyć? Z gniewem, z palącą chęcią zemsty, której nie czuł nigdy wcześniej, odwrócił się do Voldemorta… gotów zabić czarnoksiężnika… udusić go gołymi rękoma…
– Avada…
– Nie, Alberwanie! – To Albus złapał rękę dzierżącą różdżkę… Dyrektor nie rozumiał nagłej furii Alberwana - owszem, Athena wspominała, że wychowała go w przeświadczeniu, że Louie była jego siostrą, lecz oni byli rozdzieleni od momentu, w którym Athena porzuciła swoją córkę. Swój własny ból z powodu śmierci Louie (którą mimo wszystko zawsze traktował jak swoją córkę) Albus musiał odsunąć na bok, bowiem... teraz na miejscu Louie, na łasce Voldemorta, znajdowała się Minerwa.
Minerwa widziała, że zdumiony Tom wodzi wzrokiem pomiędzy Albusem a nieznajomym… że chłonie podobieństwo… ona sama jednak myślała tylko o tym imieniu: Alberwan… Alberwan… nauczyciel transmutacji… jej zastępstwo… syn jej wcielenia... on był tamtym zabijającym śmierciożerców nieznajomym, którego spotkała w dniu śmierci Lupina.
– On ma Minerwę! – wysyczał Albus, usiłując uspokoić roztrzęsionego Alberwana… swego syna…
– Tak, Dumbledore. Zawsze ją miałem… ale w tej mniej urodziwej formie… teraz będę mógł ją mieć w obu. – Voldemort roześmiał się, podchodząc do Minerwy. Nie wiedział, kim był ten uderzająco podobny do Dumbledore'a mag, ale to nie zmieniało faktu, że teraz, to on, lord Voldemort, miał przewagę, wreszcie miał przewagę, miał Minerwę, a może dzięki niej odzyska też swojego dziedzica...
Marvelian ostrożnie ułożył ciało Louie na ziemi, nie mogąc się napatrzeć na niesamowicie potężnego czarodzieja, który usiłował wyrwać się z uścisku zdezorientowanego Dumbledore'a. Mężczyzna, nazwany przez Albusa Alberwanem, był najwyższy z nich wszystkich i mógłby uchodzić za młodszą kopię dyrektora, gdyby nie przystojniejsze, arystokratyczne rysy i intensywnie zielone oczy…
Alberwan, Marvelian i Albus, wszyscy trzej zszokowani śmiercią Louie i przerażeni obecną sytuacją, nie rozumieli, co Voldemort mógł mieć na myśli... o jakich formach mówił... co to były za kłamstwa, że zawsze miał Minerwę?
Minerwa pogodziła się z tym, że to jest moment, w którym wszystkie jej sekrety wyjdą na jaw. Niemniej jednak, to mógł być też moment zaskoczenia dla wszystkich, który mogła, teoretycznie... który wciąż mogła przekuć jakoś w porażkę Toma.
– Tak mi przykro, Albusie. – Minerwa widziała, jak oczy Albusa otwierają się ze zdumienia, gdy jej skóra zaczęła migotać… gdy jej sylwetka zaczęła się zmieniać… włosy zmieniły barwę z kruczej czerni na płonący szkarłat, rysy zaokrągliły się… oczy migotały różnymi kolorami…
– Lady Voldemort?
– Czarna Pani?
Carrowowie byli tak zdumieni, że wypuścili Minerwę, która rzuciła się ku Tomowi… vinculum przypiekało ją żywym ogniem, gdy złączyła swoje pełne usta z jego ustami…
Marvelian zaczął krzyczeć, jakby ktoś go obdzierał ze skóry. Minerwa McGonagall… pierwsza dama światła, była jednocześnie lady Voldemort, pierwszą damą mroku? Ale przecież… to oznaczało, że była jednocześnie jego matką… nagle wszystko zaczęło składać się w jedną całość… miał jej oczy, bo był jej synem, a nie dalekim potomkiem przez Athenę i Louie. Chroniła… kochała go… bo był jej dziedzicem, jej synem…
Albus trzymał za łokieć swojego syna, bo w obecnej chwili Alberwan był jedyną osobą, której istnienie warunkowało jakikolwiek sens w życiu Albusa. Lodowate dreszcze przebiegały przez całe ciało srebrnowłosego maga, uwalniając wszystkie tłumione pokłady energii. Najmocniejszy ból wyczuwał w sercu, które było duszone przez vinculum…
Kobieta, której oddał swoje serce, swój umysł i swą duszę, była jednocześnie lady Voldemort, Czarną Panią, bestią, mającą na sumieniu setki czarodziejów, czarownic i mugoli. To nie był element większego planu, który miał na celu pokonać Voldemorta. Nie, bo to za łatwo składało się w nieprawdopodobną, ale w gruncie rzeczy logiczną całość.
Riddle był zafascynowany Minerwą już w Hogwarcie. Musieli razem odkrywać sekrety czarnej magii… Minerwa uwodziła ich obu jednocześnie… czy tylko Gellert sprawił, że wreszcie wybrała wtedy Albusa? Potem… po wojnie… kiedy odeszła… a lady Voldemort się pojawiła… wszystkie daty się zgadzały… jego ukochana prowadziła podwójne życie… raz jako szanowana nauczycielka transmutacji, raz jako bezwzględna morderczyni… ale zawsze u władzy… Transfiguracja i rozszczepienie duszy…któż miał największą wiedzę w transmutacji i czarnej magii? Minerwa. Miała nawet dziecko z Tomem. Marvelian był ich synem, to było oczywiste. Dziesiątki subtelnych znaków trafiły do umysłu Albusa, uświadamiając mu, że tak naprawdę, Minerwa chyba nigdy nie kochała go najbardziej… jej zawsze zależało tylko na potędze… widział to teraz… Voldemort wygrywał… zabił Louie… więc wróciła do niego… całowała go z pasją…
– Ale przecież… jesteśmy związani vinculum – wyszeptał Albus, kompletnie załamany i zrozpaczony. Dziesiątki wspomnień przelatywały przez jego umysł - wszystkie dotyczące lady Voldemort, która jednocześnie była Minerwą McGonagall. Atak na Prewettów, gdy świat po raz pierwszy naprawdę usłyszał o okrucieństwie partnerki Voldemorta - to Minerwa uczyniła z Molly i bliźniaków sieroty. Śmierć mugolskiego monarchy - lady Voldemort zniknęła wtedy, bo dla Minerwy to był zbyt wielki cios, by szybko wybaczyć. Riddle, który przyszedł prosić o posadę... przecież Albus czuł, że pomiędzy nim, a Minerwą było coś więcej, ale uznał to za jednostronną obsesję czarnoksiężnika. Podbój ministerstwa... tak, Minerwa zdobyła wtedy wszelką możliwą władzę... i to niedługo potem urodziła Marveliana. Jego narodziny były powodem tego, że porzuciła zarówno Voldemorta, jak i Albusa. Minerwa chroniła swoje dziecko... bo nie chciała go stracić, nie tak jak wierzyła, że straciła Alberwana. I Albus wyczuł przez vinculum moment narodzin syna Voldemorta - ba, nawet miał w tym swój udział, bo czy Minerwa i chłopiec przetrwaliby, gdyby Flammelowie nie podali wtedy Albusowi Eliksiru Życia? Później wszystko było już podporządkowane ochronie Marveliana - lady Voldemort powróciła, by odwrócić uwagę wszystkich... i wszyscy dali się zwieść. Rozdwojenie jaźni, w rezydencji, w atrium ministerstwa... piekielnie genialne, kompletnie uśpiło czujność Albusa. I transfiguracja... jakąż okrutną ironią było, że akurat on, Albus, który zawsze zarzekał się, że nigdy nie zlekceważy magicznych umiejętności Minerwy, nie pomyślał o tym, iż transfiguracja będzie dla niej tak prosta jak przemiana animagiczna. A mimo tego, że wszystko składało się w jedną całość, Albus nie mógł się z tym pogodzić. Vinculum, te wszystkie pocałunki... cała ich miłość... to wszystko nie mogło być przecież kłamstwem, prawda?
Alberwan ledwie wychwycił słowa starszego czarodzieja. Bardzo malutka część niego współczuła Albusowi – jeśli Dumbledore był związany z McGonagall tym rodzajem najpotężniejszej magii, a mimo to ona i tak przełamała swoje uczucie do niego by oddać się innemu dla władzy i potęgi, to nic dziwnego, że Albus brzmiał, jakby nie miał już po co żyć. Lecz przede wszystkim Alberwan wciąż czuł furię. Voldemort zamordował Louie. A Minerwa okazała się dziwką łasą na władzę. To jej życie było nic nie warte.
– Ty suko! Crucio! – Alberwan rzucił zaklęcie.
– Nie! – Skąd Albus brał jeszcze siłę, by ją bronić? Z vinculum. Oraz z miłości do syna, który nie miał pojęcia, że kieruje to niewybaczalne zaklęcie na własną matkę... Albus nie mógł pozwolić, by to obciążyło jego sumienie.
Czerwony promień trafił Minerwę w łopatkę, popychając ją bardziej w ramiona Voldemorta. Czarownica tylko skrzywiła się. Cruciatus został stłumiony, a ona mogła wykonać ostatni akt… to było konieczne… jeśli Marvelian miał przeżyć… Przywarła ustami do Toma, by nie mógł jej podejrzewać o próbę werbalnego rzucenia Avady, a jednocześnie transmutowała swoją różdżkę w sztylet i z całej siły wbiła go w brzuch Toma. Odskoczyła, gdy zarówno jej, jak i Toma transfiguracje zostały przełamane – jej, bo była zbyt słaba, a Toma, bo mocno wbiła sztylet. Szkarłatne oczy wyszły na wierzch. Minerwa zachwiała się… upadła… widziała jak kasztanowłosy mag wznosi różdżkę, by wykończyć ją raz, a porządnie, ale wtedy…
– Alberwanie! Ona jest twoją matką! Jesteś dzieckiem, które urodziła 31 grudnia 1943 roku, przy pomocy ostatnich sił Theresy! Athena porwała cię… posłała Minerwie dziecięce prochy… ale nie mogła cię zabić… wychowała cię jak swojego…zrozum, jesteś naszym synem! Moim i Minerwy! Nie możesz jej zabić, bo wtedy zabijesz nas oboje, twoich prawdziwych rodziców! – Albus krzyczał gorączkowo, szarpiąc za szaty Alberwana. Minerwa jednak zaatakowała Voldemorta... czyli ostatecznie nie stanęła po stronie zła... Czy grała na siebie czy chroniła Marveliana... co było jej celem - to już się nie liczyło. Najważniejsze, że Voldemort, który teoretycznie miał w ręku dużo więcej faktów, który był świadom prawdziwej tożsamości lady Voldemort, został przez nią zdradzony. Teraz trzeba było uspokoić emocje, opanować dziwnie silny gniew Alberwana...
Minerwa dźwignęła się na kolana. Wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w czarodzieja, który kipiał gniewem… zupełnie znajomym… Albus musiał mówić prawdę… Alberwan był za młody, by trafić tu z Atheną… było możliwe… nigdy nie sprawdziła dokładnie prochów… to mógł być…
– Therseus? – wyszeptała, błagalnie…
– Nie… nie… ja nie jestem stąd… Athena… matka… Louie… – Pojedyncze słowa wydobywały się z ust Alberwana, a różdżka w jego dłoni zadrżała konwulsyjnie. Czuł się kompletnie zagubiony - ta czarownica, ta zdradziecka dziwka była jego matką?
– Athena odebrała sobie życie. Ale zdążyła mi zdradzić prawdę. Jesteś synem moim i Minerwy. A Athena była naszą potomkinią… w szczęśliwszej chronologii ja i Minerwa mieliśmy dziesięcioro dzieci – mówił Albus, ani na moment nie spuszczając wzroku z Alberwana. Nie był w stanie zaryzykować spojrzenia na Minerwę.
Z kolei Minerwa czuła dreszcze przebiegające przez jej całe ciało - już dawno pogodziła się z faktem, że Athena była jej potomkinią, ale nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że może w niej również płynąć krew Albusa. Minerwa może i jako lady Voldemort posuwała się daleko w swoim okrucieństwie, ale nawet ona uznawała pewne granice za nienaruszalne, pewne zasady za święte. Związek z własnym przodkiem był nie do pomyślenia, a jednak Athena była na to gotowa, tak głęboko była w niej zakorzeniona niechęć do swoich powszechnie podziwianych przodków. I... dziesięcioro dzieci? O ile szczęśliwsi musieli być w tamtej pierwszej chronologii?
Tymczasem Voldemort zdołał zacisnąć palce na różdżce…
– Zdrajczyni… Avada…
– Nie! – To Marvelian rzucił się do przodu i fizycznie wyrwał różdżkę z ręki ojca. Nie obchodziło go już nic poza tym, co Minerwa często mu powtarzała – był synem swej matki. I zamierzał ją ratować, bez względu na wszystko. Kochała go. A mając Voldemorta za ojca, rozumiał ciemność w jej duszy. Popchnął czarnoksiężnika na ziemię, przy okazji zauważając wbity w niego sztylet, ozdobiony szmaragdami i rubinami.
– Avada Kedavra! – Zielony promień uśmiercającej klątwy minął Marveliana i trafił leżącego Voldemorta, który zdążył tylko wydać przeraźliwy wrzask, zanim skonał. W związku z tym, że jego dusza była wcześniej wyniszczona przez dawno zniszczone horkruksy, jego ciało poczerniało i skurczyło się w odrażającą skorupę.
– Zabiłeś go. – Marvelian odwrócił się do kasztanowłosego maga, domniemanego ojca Morveny, kochanka Louie, syna Albusa i Minerwy…
– Zabił Louie. Odsuń się… bo ta szalona suka też nie zasługuje na życie. – Szaleństwo lśniło w oczach Alberwana. Żal całkowicie nim zawładnął. Marvelian odruchowo wskoczył przed Minerwę i odbił pierwszą wiązankę zaklęć.
Voldemort był martwy. I jakaś kompletnie odizolowana od emocji część Albusa logicznie podszepnęła, że oto przepowiednia Trelawney się sprawdziła. Nosząca dwie dusze - to była Minerwa, jako jego ukochana i jednocześnie lady Voldemort. I jej duszę rozszczepiła niszcząca czas - Athena, bowiem bez niej, w tej pierwszej chronologii, lady Voldemort nie istniała. Voldemorta zabił syn Minerwy, chociaż nie ten, którego do tego przygotowywała. Lecz tą logikę szybko przytłumiła emocjonalna część Albusa, którego serce się krajało, na widok walki dwóch synów Minerwy.
Marvelian i Alberwan zaczęli się pojedynkować. Albus krzyczał, usiłując ich rozdzielić, ale to nic nie dawało. Zaklęcia odbijały się na wszystkie strony, klątwy coraz gorsze i straszniejsze…Ich magia była niezrównana. Gdy wreszcie sfrustrowany Alberwan posłał ku Marvelianowi Drętwotę, a ten odpowiedział zaklęciem tarczy, ich moce starły się w oślepiającym rozbłysku… miał wygrać silniejszy… Albus przypuszczał… że będzie to Alberwan…
Minerwa płakała, gdy jej synowie zaczęli walczyć. Łzy uciekały ze szmaragdowych oczu, gdy zrozumiała, że w końcu któryś z nich zabije drugiego… że szaleństwo, które miała w sobie, które przeszło też do Atheny… trafiło również do nich obu… Nic ich nie zatrzyma… bo obydwaj utracili ukochane kobiety… oraz obydwaj utracili wiedźmy, które uważali za matki…
W samej Minerwie nie zostało wiele magii, ale wystarczająco, by mogła wstać… podjąć decyzję… mimo wszystko, nawet tutaj Tiara umieściła ją w Gryffindorze… czarownica zaczęła biec. Z każdym krokiem coraz szybciej…
Wbiegła w światło ścierającej się magii, a jej krzyk poniósł się echem ponad błoniami. Magia ustała, wyparowała. Została Minerwa, zdezorientowana pomiędzy ciałem Louie a zwłokami Voldemorta. Alberwan i Marvelian wpatrywali się w wysoką czarownicę szeroko otwartymi, szmaragdowymi oczami.
Albus pędził ku niej… Krzyczał jej imię…
Lecz ona czuła tylko płyn ściekający po udach. Drżącymi rękoma gorączkowo rozdarła zieloną suknię… dotknęła dłonią mokrych ud… uniosła palce… czerwone od krwi…
Krwi dziecka, o które tak starali się z Albusem. Tym, które miało być ich szczęściem, ich powodem by trwać w tym czasie, zniszczonym, bez możliwości naprawy.
– Nie… nie! – wyjęczała, znów sięgając pod suknię, jakby mogła to zatamować, zatrzymać, ale krew przeciekała jej przez palce. Całe jej ciało trzęsło się w spazmach bólu. Niechybnie upadłaby, bo nogi już odmawiały utrzymywania jej ciężaru.
Oczywiście, złapał ją. Vinculum przyciągało ich do siebie, nawet kiedy ich instynktownym pragnieniem było uciec od siebie jak najdalej. Albus mocno zamknął ją w objęciach, gdy zorientował się, co oznaczała krew wypływająca spomiędzy jej nóg. Tracili dziecko, którego tak bardzo pragnęli. Czy przekleństwem Albusa miało być niezaznanie słodyczy ojcostwa? Nie miał możliwości wychowania ani Louie, ani Alberwana... a teraz także tego dziecka...
– Przepraszam. Przepraszam – powtarzała Minerwa, szlochając w jego pierś. On kiwał głową, bo przecież wybaczyłby jej wszystko – najgorszą zdradę, albowiem nadal ją kochał… tak mocno… Vinculum może i nie ostrzegło go o jej zdradzie, nie uchroniło przed zasianym w jej duszy przez Athenę rozdzierającym ziarnem mroku, ale vinculum... wciąż trwało. Łańcuch mógł zardzewieć, jednak nie rozpadł się. Przyszłość... może dla nich nie istniała, ale miłość... miłość miała trwać mimo wszystko.
– Kocham cię. Kocham cię, kotku – szeptał Albus, całując czubek jej głowy… ponad nim widział zszokowanego Alberwana… Marvelian stał za jego plecami… Ich widok sprawił, że serce Albusa zalał osobliwy spokój - nawet jeśli Minerwie nie dane było zostać ponownie matką, to miała tych dwóch synów i mogła być z nich dumna. Albus wiedział, że oboje muszą zaczerpnąć maksymalną pociechę z tego prostego faktu, że był ktoś, kto mógł spróbować naprawić ich dziedzictwo.
Minerwa wyczuła zalewający ją przez vinculum spokój i nieśmiałą nadzieję, ale one nie mogły zapełnić tej pustki, którą pojawiła się w niej, gdy zdała sobie sprawę, że nie uratuje ich wyczekiwanego dziecka. Gdyby ono przeżyło... zawahałaby się. Lecz teraz... teraz został jej tylko jeden wybór, prawda? Dwie tożsamości, odarte ze swoich sekretów, nie mogły istnieć w harmonii. Będą stanowić nieustanne zagrożenie - dla Hogwartu, dla całej ich społeczności. Obowiązkiem Minerwy wobec brytyjskiej społeczności czarodziejów było zmierzenie się z tym faktem.
– Albusie? – Odsunęła głowę od niego… zatonął w jej szmaragdowych oczach.
– Tak, kotku? – Wyczuł jak vinculum płonie… jaśnieje… jak przyciąga do siebie ich pokaleczone dusze… gotowe do zlania się w jedno… w byt pomiędzy chronologiami…
– Zabij mnie, błagam – poprosiła.
Nie zostało im nic… żadnej magii… jedynie miłość, która w jakiś sposób też była magią. To było za mało, by mogli trwać tutaj, w świecie, który skrzywdził ich i który został przez nich skrzywdzony. Te krzywdy... one tylko narzucały im jeden możliwy obowiązek. Obowiązek wystarczający do wyruszenia w kolejną przygodę… razem… bo byli sobie przeznaczeni.
Z czułością pochylił się, by pocałować ją po raz ostatni, jednocześnie przykładając czubek Czarnej Różdżki do jej skroni. Patrzyła mu w oczy z ufnością, z miłością.
– Avada Kedavra, Minerwo.
Alberwan zamarł, gdy ojciec … odebrał życie jego matce… a zaraz potem… oślepiający blask sprawił, że wszyscy musieli zamknąć oczy. Gdy Alberwan otworzył swoje, w miejscu, w którym wcześniej stał Albus z Minerwą, znajdowała się ogromna rzeźba, przedstawiająca dwa feniksy. Jeden z nich był zielony, jakby wykonany z obmytej wodą bryły szmaragdu. Drugi, nieco większy, był błękitny, w odcieniu nasyconego akwamarynu. Dwa królewskie ptaki obejmowały się skrzydłami, a ich szyje były splecione razem. Oprócz tego, ciała feniksów były owinięte łańcuchem – srebrnym w miejscach, gdzie stykał się z zielonym ptakiem, a złotym tam, gdzie przylegał do bladoniebieskiego.
Marvelian poruszył się pierwszy. Podszedł do pomnika i machnął ozdobioną granatami różdżką. Na białym cokole pojawiły się ciemne litery:
Minerwa McGonagall (1922–1981) x Albus Dumbledore (1881–1981)
,,Bo miłość jest najpotężniejszą magią."
