1981 e
W Dolinie Godryka padał śnieg, otulając ulice i domy białą pierzynką. Marvelian miał serce w gardle. Stał na zaśnieżonej alejce, pod granatowym niebem, na którym migotały już pierwsze gwiazdy. Po obu stronach wąskiej drogi znajdowały się wiejskie domki, w oknach niektórych połyskiwały świąteczne dekoracje. Przed nim, w niedalekiej odległości, złoty blask latarni wskazywał na centrum wioski. Tam właśnie udał się Marvelian.
Pośrodku stał przystrojony kolorowymi lampkami pomnik wojenny, częściowo zasłonięty targaną wiatrem choinką bożonarodzeniową. Wokół placyku było kilka sklepów, poczta, pub i mały kościół, którego witrażowe okna lśniły jak klejnoty.
Śnieg był tu udeptany przez przechodniów, więc twardy i śliski. Mieszkańcy wioski mijali Marveliana, na krótko oświetleni ulicznymi latarniami. Słyszał śmiech i muzykę, kiedy na chwilę otworzyły się drzwi pubu, potem kolędę śpiewaną w małym kościele.
Marvelian uświadomił sobie, że była Wigilia Bożego Narodzenia. Zmarszczył brwi – coraz częściej zdarzało mu się tracić rachubę czasu. Z nową determinacją ruszył ku cmentarzowi, znajdującemu się za kościołem.
Pchnął furtkę cmentarza. Za kościołem, z bladoniebieskiej kołdry śniegu, nakrapianej czerwienią, złotem i zielenią w miejscach, gdzie padały na nią refleksy z witraży, wystawały rzędy ośnieżonych grobów. Marvelian ruszył ścieżką, aż zatrzymał się przy grobie Kendry i Ariany Dumbledore. Zawsze tu przystawał, by wyczarować wieniec z niezapominajek. To był pretekst do zebrania myśli, do znalezienia w sobie siły, by przesunąć się dalej.
Łzy jak zwykle rozbłysły w jego oczach, kiedy przystanął przed nagrobkiem z białego marmuru. Tutaj spoczywali James i Lily Potter. Ból pulsował tępo w piersi Marveliana, gdy wpatrywał się w litery tworzące imię ukochanej.
Był pewien, że nigdy już nie pokocha nikogo w ten sposób, w jaki kochał Lily. Wciąż nie umiał pogodzić się z jej śmiercią. Minęły niecałe dwa miesiące, ale dla niego to było jak wieczność, jak droga bez mękę. Jak miał żyć bez niej? Jak miał funkcjonować bez nadziei, iż kiedyś nadejdzie dzień, w którym będą razem?
Nie dostali szansy… jedynie wykradzione losowi chwile ulotnego szczęścia. Nie, w śmierci Lily pozostawała zjednoczona z Jamesem, spoczywając razem z nim w jednym grobie. Jedynym … pocieszeniem, powodem, dla którego Marvelian każdego dnia zmuszał się do działania był Harold – synek jego i Lily.
– Dobry wieczór. – Głęboki głos był znajomy. Marvelian powitał skinieniem głowy wysokiego czarodzieja o typowo tyczkowatej sylwetce, który nadszedł z drugiej strony i zatrzymał się przy sąsiednim grobie.
Wyszeptawszy cichą modlitwę do wszystkich bóstw o spokój duszy swej ukochanej Lily, Marvelian wyczarował piękną wiązankę z kwiatów lilii i liści ostrokrzewu oraz ułożył ją na nagrobku.
Widział drżące ramiona kasztanowłosego maga, który machnięciem różdżki powołał do życia wieniec z białych róż i ułożył go na nagrobku obok. Marvelian sam nie wiedział, co dało mu siłę i odwagę, by położyć dłoń na ramieniu … brata.
Łza uciekła z prawego oka Alberwana, gdy wpatrywał się w grobowiec, na którym wyryto imiona: Ludwika Augusta Wiktoria Maria Grindelwald – Zenaidov oraz Assuarin Zenaidov. Marvelian zawsze uważał to za zupełnie okrutny chichot losu, że zarówno jego ukochana, jak i ukochana Alberwana spoczywały w grobach z innymi mężczyznami. Fakt, że zarówno Assuarin, jak i James kochali szczerze swoje żony, był marnym ukojeniem.
– Jak sobie radzisz? – zapytał cicho Alberwan.
– Tak jak ty. Prawie nie sypiam, usiłując podzielić czas między dziecko a próbę naprawy wszystkiego. Ale nie mogę zawieść Harolda – odpowiedział szczerze Marvelian.
To była prawda. Zresztą bardzo szybko przyrodni bracia postanowili, że będą zawsze ze sobą szczerzy. Za wszelką cenę nie pragnęli tworzyć tajemnic – tej cechy nie chcieli przyjąć w spadku po wspólnej rodzicielce.
Śmierć rodziców Marveliana i Alberwana pozostawiła brytyjską społeczność czarodziejów w chaosie. Wrogie armie starłyby się ponad ciałami swoich przywódców, gdyby Marvelian i Alberwan nie użyli swoich mocy, by unieruchomić prawie pięć setek magów. Lecz ostatecznie… wybudzali aurorów i śmierciożerców pojedynczo… nakazując im rozejść się, zwalniając ich z wszelkich przysiąg wobec Czarnego Pana, Zakonu Feniksa i Gildii Szachów. Pozostawiono tylko najwęższy krąg Voldemorta, co do których zbrodni nie było wątpliwości.
Marveliana obwołano tymczasowym ministrem magii…uważano, że tylko on może pogodzić wciąż nieufne wobec siebie strony konfliktu. Odpowiedzialność przedłużała się już drugi miesiąc, a końca porządków nie było widać. Do tego wszystkiego syn Czarnych Państwa opiekował się rocznym Haroldem…
– To prawda, że chcesz zmienić mu nazwisko? – W pytaniu Alberwana była wręcz kocia ciekawość. Marvelian skinął głową:
– Przy całym moim szacunku do Assuarina i Jamesa, uważam, że nie ma sensu ukrywać pochodzenia mojego i Harolda. Marvelian i Harold Riddle – matka na pewno stwierdziłaby, że to nie brzmi dumnie, ale to jest częścią nas, tym, kim jesteśmy – wytłumaczył Marvelian. Alberwan pokiwał głową:
– Wprowadzę zmianę w Księdze Imion. Rozumiem cię – Morvena Dumbledore… cieszę się, że będzie nosić to nazwisko, zanim ono zniknie w historii. – Tym razem to starszy czarodziej uścisnął ramię Marveliana.
– Księga Imion… ach, Hogwart. Znalazłeś kogoś na stanowisko nauczyciela transmutacji? – Marvelian spojrzał Alberwanowi prosto w oczy – jak zawsze te same szmaragdowe tęczówki co jego własne wywoływały w nim nieopisaną czułość i protekcyjność. Alberwan zamrugał, ale jego twarz się rozpogodziła, jak zwykle, gdy rozmowa schodziła na Hogwart. Zaraz po bitwie, która nie doszła do skutku, kadra nauczycielska poprosiła Alberwana o przyjęcie dyrektorskiego stanowiska – syn poprzedniego dyrektorskiego duetu zgodził się.
– Alicja Longbottom się zgłosiła. Augusta pomaga jej z Neville'm, ale zdradziła mi, że potrzebuje wrócić do pracy, bo bez Franka, zwariowałaby. – Alberwan wzruszył ramionami. Większość z nich, w tym oni dwaj jako najdobitniejsze przykłady, usiłowali poradzić sobie z żałobą, uciekając w pracę.
– Dobrze. A co z Lauraną? – Marvelian nieco obawiał się zadać to pytanie, ale ta sprawa spędzała mu sen z powiek od momentu poprzedniego spotkania z Alberwanem, który zdradził mu, że nie do końca wie, co zrobić z córką Louie i Assuarina.
Laurana była sierotą, nie miała żadnej rodziny poza Morveną. Oczywiście merlinowe wzory krwi potwierdzały dalekie pokrewieństwo z Alberwanem i Marvelianem, ale oni tak naprawdę obawiali się wziąć odpowiedzialność za siedmioletnią dziewczynkę, która mocno przeżyła śmierć rodziców.
Marvelian, którego przez większość życia uważała za brata, starał się jak najczęściej odwiedzać ją w Hogwarcie, gdzie tymczasowo mieszkała, ale zauważył, że Laurana zamyka się w sobie, od czasu do czasu powtarzając jak mantrę ,,Pani Minerwa miała uratować mamusię". Dziewczynka rozweselała się w obecności Morveny, do której Alberwan dawał jej nieograniczony dostęp, ale Laurana nie znała Alberwana prawie wcale… brat Marveliana bał się, że przyrodnia siostra Morveny nie czuje się dobrze z nim w zamku.
– Flammelowie zaproponowali, że ją adoptują. Ona ich lubi… jeśli obiecamy jej częste spotkania z tobą i Morveną, może się zgodzić. – Alberwan westchnął. Marvelian współczuł mu, bo doskonale wiedział, jak jego przyrodni brat się czuje – nie mógł zmusić się do pokochania Laurany tak samo jak Morveny i nienawidził siebie za to. Kiedyś, gdy Marvelian wierzył, że Laurana jest jego siostrą, jego odczucia względem niej były podobne. Co bolało jeszcze bardziej to fakt, że dziewczynka naprawdę była miła i gotowa do obdarzania miłością... nawet jeśli po wydarzeniach z nocy 31 października nieco zamknęła się w sobie.
– To dobry pomysł, Alberwanie. Flammelowie jej pomogą… rozmowa z nimi była dla mnie jednym z najbardziej terapeutycznych przeżyć w ostatnich dniach – odpowiedział Marvelian, robiąc krok w stronę kolejnego grobu:
,,Athena Potter–Dumbledore 2178 – 1981"
Obaj czarodzieje westchnęli. Alberwan wyczarował niewielką wiązankę białych goździków. Marvelian, który nie miał okazji poznać czarownicy z przyszłości, mimo wszystko czuł z nią jakiś związek – bowiem nie byłoby go, gdyby nie ona. W właściwej, niezniszczonej przez nią chronologii, nie było Marveliana, nie było syna Minerwy McGonagall i lorda Voldemorta.
Marvelian wiedział o tym, bo pierwszego listopada wydarzyło się coś niezwykłego. Ponad hogwardzkimi błoniami wzniósł się lament feniksa. To Fawkes, pierzasty przyjaciel Dumbledore'a przeżywał swoją żałobę. Marvelian i Alberwan wyszli na błonia, by oglądać jak feniks kołuje nad pomnikiem dwojga zakochanych. Wtedy zauważyli, że z oczu zaklętych w kamieniu feniksów wyłaniają się strzępy błękitnej i zielonej mgły.
To były wspomnienia. Miesiąc później, przy pierwszym zebraniu nowego, niezależnego Wizengamotu, wspomnienia te zostały upublicznione. Przedstawiały całe życie Albusa i Minerwy – w tym także przedśmiertne wyznanie Atheny.
Wtem na prawie pustym cmentarzu nagle rozległ się charakterystyczny trzask. Zarówno Marvelian, jak i Alberwan natychmiast dobyli różdżek i wycelowali je w … trzęsącego się skrzata domowego, ubranego w dymiącą serwetę z tartanu McGonagallów.
– Hortensja? – spytał Alberwan z niedowierzaniem i Marvelian przypomniał sobie skąd kojarzył tą skrzatkę – to Hortensja zawiadywała skrzatami w rezydencji McGonagallów. Wspomnienie Minerwy, przedstawiającej go skrzatce, napłynęło samo.
– Panie… zły pies podpalił dom najjaśniejszej pani! – zapiszczała skrzatka, z oczami przekrwionymi od dymu i pełnymi łez.
Alberwan wciągnął ze świstem powietrze, ale zaraz wyciągnął rękę do Marveliana. Młodszy mag ujął rękę brata i razem teleportowali się w aleję lip i dębów.
– Nie! – zawołał Alberwan, ruszając do przodu.
Był najstarszym synem Minerwy, zatem do niego należała rezydencja. Lecz Marvelian, wprowadzony tu przez matkę, też uważał to miejsce za rodzaj bezpiecznej przystani. Pobiegł za bratem, mocniej ściskając różdżkę w dłoni.
Kiedy pomiędzy płonącymi kolumnami frontowego skrzydła Marvelian dostrzegł Syriusza Blacka, zrozumiał, dlaczego Hortensja wspominała o psie. Black stał do nich tyłem, ale słyszeli jego szaleńczy śmiech.
– Syriusz! – zawołał Marvelian, ignorując smagające go po twarzy gorąco.
Rezydencja była nie do uratowania. To Szatańska Pożoga trawiła rodowe gniazdo niegdyś mocarnego szkockiego klanu. Szkarłatne płomienie strzelały ku niebu z wież, pomarańczowe języki wynurzały się z okien, a żółte wstęgi ognia owijały się wokół kolumn. Promieniujące z pożaru gorąco było tak trudne do zniesienia jak gryzący dym. Łuna pożaru rozświetlała nocne niebo.
– Syriusz Black! – krzyknął ponownie Marvelian, jednocześnie już bolejąc za płonącą biblioteką… której nie zdążył zbadać…
Tymczasem Black odwrócił się, ukazując im cały obraz nędzy i rozpaczy – nieposkromione włosy w strąkach, nieogolona twarz, rozbiegane spojrzenie – to wszystko obrazowało cierpienie rówieśnika Marveliana.
– Co ty wyprawiasz?! Co ty najlepszego zrobiłeś?! – zawołał Alberwan – oto płonęła jedna z tych niewielu rzeczy, które łączyły go z matką.
– To wszystko przez nią! Przez McGonagall! Oni wszyscy nie żyją! James! Lily! Remus! Bella! Re…Regulus! – wymieniał Syriusz, a każde jego słowo było jak cios.
– Spalenie rezydencji nie wróci im życia! – warknął Alberwan. Marvelian wyczuwał, że brat traci cierpliwość, lecz widział też coś na twarzy Syriusza, co sprawiało, że serce mu się krajało… Black stracił wszystkich. Nie miał dla kogo żyć. Chyba że…
– Syriuszu, Harold cię potrzebuje! – powiedział Marvelian. Mimo wszystko, Black pozostawał ojcem chrzestnym jego syna. Marvelian już w połowie listopada zaproponował Syriuszowi, że nie będzie ograniczać jego kontaktów z Haroldem. Lecz Black odrzucił tą propozycję, mówiąc że:
– Syn Jamesa potrzebowałby mnie! Ale twój syn… ma ciebie!
– BLACK! – Alberwan i Marvelian krzyknęli jednocześnie, bo Syriusz otrząsnął się, zmienił w psa i wbiegł prosto w płomienie…
Ogłuszający trzask towarzyszył pękaniu kolumn. Całe frontowe skrzydło zawaliło się, a ognisty podmuch posłał na ziemię dwóch braci. Syriusz musiał zginąć, pogrzebany pod palącymi się zgliszczami.
Alberwan otarł pot ze skroni, całe szczęście wyglądał na całego. Marvelian podniósł się pierwszy i pomógł wstać starszemu bratu.
– Aurorzy usiłują dostać się przez bramę – westchnął kasztanowłosy czarodziej.
– Wpuść ich. Pomogą ci gasić ruiny. Może uda się wam coś wynieść. Najważniejsze, żeby ogień nie rozprzestrzenił się do mauzoleum. – Marvelian zerknął na budynek w formie gotyckiej kaplicy.
– Gdybym wtedy uratował Regulusa… – Alberwan wciąż wpatrywał się w miejsce, w którym zniknął Black.
– Syriusz nie zdradziłby lokalizacji domu Potterów, Lily by żyła… nie idź tą drogą, bracie. – Marvelian objął Alberwana – przez ciężki zapach dymu przebijała się nuta cytryny i czekolady, którą Marvelian zawsze kojarzył z Dumbledore'm.
– Pomożesz przy gaszeniu pożaru? – spytał Alberwan, gdy już się rozdzielili i ruszyli ścieżką do bramy.
– Mam spotkanie z Narcyzą… będę musiał ją poinformować, że straciła kolejnego członka rodziny. – Marvelian westchnął.
– Uważaj na siebie. – Alberwan zabrał się za zdejmowanie zaklęć ochronnych z imponującej bramy. Za nią zgromadziło się kilkunastu aurorów, ze nieśmiertelnym Moody'm na czele.
– Ministrze! Profesorze! – Starszy auror podbiegł do nich, a grymas na jego twarzy nie mógł zwiastować niczego dobrego.
– Tak, Alastorze? – Alberwan zmarszczył czoło, przez co jeszcze bardziej przypominał swojego ojca.
– Była ucieczka… z Azkabanu… – wydyszał doświadczony auror.
– Kto? – Marvelian odruchowo pomyślał o Haroldzie… Nimfadora obiecała go chronić własnym życiem… ale jeśli to był jakiś groźny śmierciożerca…
– Severus Snape.
Marvelian zacisnął usta, chociaż wiedział, że to nawyk podpatrzony u matki. Severus… wsadzony do więzienia przez Minerwę… raczej nie powinien stanowić niebezpieczeństwa dla Harolda… zresztą nie miał szans niezauważony dostać się do ministerstwa, a trochę czasu minie, zanim zorientuje się, co się wydarzyło przez czas, który spędził odizolowany na wysepce na środku oceanu.
Spotkanie z Narcyzą było dziś priorytetem.
– Pomóżcie profesorowi Dumbledore. I szukajcie Snape'a, nie mógł zapaść się pod ziemię. Ja mam dziś ważne spotkanie – stwierdził Marvelian i wyminął Alastora. Moody potrząsnął głową z dezaprobatą, a Alberwan jedynie wzruszył ramionami. Posyłając bratu ostatni smutny uśmiech, Marvelian teleportował się.
Dwór Malfoy'ów nie był najradośniejszym miejscem. Wszystko spowijała wyjątkowo ponura atmosfera czystokrwistej arogancji. Obserwując przechadzające się po ogrodzie czarne pawie, Marvelian zastanawiał się, czy jego ojciec czuł się tu naprawdę dobrze.
– Czarny Pan nie lubił tego miejsca. Rebecca powiedziała, że przypominał mu dom, w którym wychował się jego ojciec. – Narcyza stała na progu. Była piękną kobietą: smukłą blondynką o niebieskich oczach. Na rękach trzymała uroczego chłopca o urodzie małego cherubinka.
– Dzień dobry, pani Malfoy. – Marvelian ucałował jej wolną dłoń. Skrzat domowy odebrał jego płaszcz, a Narcyza zaprowadziła go do salonu.
– Herbaty, ministrze? – spytała uprzejmie czarownica, kiedy już ułożyła synka w nowocześnie wyglądającym wózku i usiadła naprzeciw Marveliana.
– Poproszę. – Marvelian nie bardzo wiedział, jak zacząć trudną rozmowę.
– Jestem gotowa adoptować pańską siostrę, jeśli tylko pan na to zezwoli. – Narcyza nie owijała w bawełnę. Dłoń nalewająca herbatę do filiżanek nawet nie zadrżała.
– Naprawdę? – Marvelian uniósł brwi ze zdumieniem.
– Zna mnie i ufa mi. Czuje się dobrze w moim domu. Stanowi ogromną pomoc przy Draconie i życzeniem jej matki było, bym zaopiekowała się nią, gdyby jej coś się stało – oświadczyła Narcyza, odrzucając w tył jasne loki.
– Cóż, nie ukrywam, że pani słowa sprawiły mi dużo ulgi. Sam nie jestem w stanie się nią zająć. – Prawda była też taka, że Marvelian nieco obawiał się nawiązywać jakąkolwiek relację z przyrodnią młodszą siostrą. A opieka nad dziesięciolatką, którą wychowywał Voldemort? To z pewnością przerastało Marveliana.
– W naszym domu włos nie spadnie jej z głowy. – Narcyza imperatorsko skinęła głową.
– Oczywiście będę łożył na jej utrzymanie…
– To nie będzie konieczne.
Oczywiście, że nie. Majątek Malfoy'ów był ogromny, a pewnie Narcyza dostanie lwią część fortuny Blacków. Marvelian postanowił, że nie powie jej dziś o śmierci Syriusza – ich rozmowa powinna w stu procentach skupić się na Reginie.
– Muszę jednak zapytać: Czy Voldemort uczył ją czarnej magii? – Marvelian zauważył, że Narcyza zadrżała lekko pod wpływem spojrzenia jego szmaragdowych oczu.
– Próbował spędzać z nią czas… ale nie dorastała do jego oczekiwań. Nie wyładowywał na niej swojej złości, na szczęście. Od tego miał Rebeccę. Nie mam pojęcia, czego mogła się od niego nauczyć, ale nie widziałam, by posługiwała się czarną magią. Na pewno przejawia ogromny talent magiczny – nawet Bella jako dziecko nie miała tak rozwiniętych umiejętności. – Narcyza posmutniała na wspomnienie siostry. Marvelian przypomniał sobie rozmowę z Alberwanem, który wspominał, że spotkał Narcyzę raz, ponad wspólnym grobem Nagini i Bellatriks.
– Mój brat zaoferował udzielanie Reginie dodatkowych lekcji, kiedy za rok przyjdzie do Hogwartu – rzekł ostrożnie Marvelian.
– Cóż, kto miałby sprowadzić córkę Czarnego Pana na dobrą drogę, jeśli nie profesor Dumbledore? – odpowiedziała chłodno Narcyza. Marvelian podziwiał jej protekcyjność względem Reginy, wiedział jednak, że dawna najmłodsza córa Blacków nie będzie sprzeciwiać się, by Marvelian i Alberwan odpowiednio ukształtowali charakter Reginy.
– Czy mógłbym ją zobaczyć? – Zebrał się na odwagę, by zadać to trudne pytanie. Narcyza uśmiechnęła się lekko.
– Czy to nie było głównym celem pańskiej wizyty, ministrze? – spytała ze ślizgońską złośliwością. Następnie zawołała:
– Regino!
Drzwi po prawej otworzyły się. Marvelian uważnie obserwował jak do środka wchodzi wyprostowana, ale drobna dziesięciolatka w schludnej, żółtej sukience. Była do niego bardzo podobna. Rysy twarzy miała po ojcu, jej włosy były ciemnobrązowe, obcięte do ramion. Jednak po Rebece mała Regina odziedziczyła unikatowe, bursztynowe oczy, które rozbłysły z zainteresowaniem, kiedy zatrzymała się przed Marvelianem.
– Moja droga, to jest minister Riddle – powiedziała cicho Narcyza, sondując reakcję dziewczynki.
– Dzień dobry, panie Riddle. Nazywam się Regina Riddle. – Przyrodnia siostra wyciągnęła do niego rękę.
– Miło mi cię poznać, Regino. Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale jestem…
– Moim starszym bratem? Tak, wiem. Ale miałeś inną mamusię, lepszą niż moja. Czarny Pan zawsze powtarzał, że mamusia nie dorasta do pięt milady. – Regina uśmiechnęła się przyjaźnie, chociaż dla Marveliana jej uśmiech w zestawieniu ze słowami był upiorny.
– Regino, cokolwiek mówił Czarny Pan…
– Nie ma znaczenia, bo nie kochał ani mnie, ani mamusi. Myślę, że on nikogo nie kochał, nawet samego siebie.
– Regino, gdzie są twoje maniery! Nie przerywa się starszym – wtrąciła się Narcyza.
– Przepraszam… – Dziewczynka zrobiła znaczącą pauzę.
– Możesz mówić mi Marvelian. – Marvelian wciąż był w szoku słowami swojej przyrodniej siostry. Tak rezolutnej... zdumiewającej dziewczynki się nie spodziewał.
– Nie przyszedłeś mnie stąd zabrać, prawda, Marvelianie? – Bursztynowe oczy zalśniły błagalnie.
– Nie, jeśli chcesz tu zostać. Pani Malfoy zaoferowała adoptować cię. – Marvelian skinął głową Narcyzie.
– Naprawdę? Mogę tu zostać z panią Cyzią i Draco? Nie oddasz mnie do sierocińca? – Regina złapała go za ręce – zetknięcie ich sygnatur zaowocowało kilkoma niegroźnymi iskierkami.
– Naprawdę możesz tu zostać. Ja pragnę tylko zadeklarować, że chciałbym cię lepiej poznać. Jesteś moją siostrą i dlatego będziesz zawsze mile widziana u mnie. Oczywiście jeśli nie będziesz chciała kontynuować tej znajomości, rozumiem. – Marvelian chciał, żeby czuła, że ma wybór. Regina uśmiechnęła się znów.
– Mogłabym przyjeżdżać do ciebie raz w miesiącu? Wyczytałam w gazetach, że masz uroczego synka, w wieku Draco. Lubię Draco. Zawsze chciałam mieć brata, ale młodszego. – W ekscytacji, Regina mówiła szybko.
Zanim Marvelian zdołał odpowiedzieć, poczuł dziwne ukłucie. Dopiero kiedy Regina dotknęła lekko jego policzka, zrozumiał, co było powodem tego niecodziennego wrażenia – Ivylerton House.
Jako dziedzic Czarnych Państwa, Marvelian otrzymał w spadku ich dom w Londynie. Jeszcze w listopadzie obszedł go od góry do dołu i zdecydował, że to zbyt mroczne miejsce do wychowywania Harolda. Od tamtego czasu dom stał pusty, ale Marvelian nałożył na niego nowe magiczne zabezpieczenia, które właśnie alarmowały go, że ktoś włamał się do środka.
– Regino, wyślę sowę do pani Malfoy i umówimy się na spotkanie, dobrze? Jestem przekonany, że polubisz Harolda, chociaż wygląda inaczej niż Draco. Obawiam się jednak, że dzisiaj muszę już iść, mam wiele obowiązków. – Marvelian nieco niezręcznie wyciągnął do niej dłoń.
– Obiecujesz, że mnie nie zostawisz, chociaż mieliśmy inne mamusie? – Drobne usta zadrgały.
– Obiecuję. Jesteś moją siostrą, częścią mojego życia – powiedział cicho Marvelian.
Regina zarzuciła mu ręce na szyję, obejmując go krótko, a potem roześmiała się i wybiegła z pokoju. Narcyza zmarszczyła brwi, ale nie skomentowała zachowania dziewczynki.
– Będziemy w kontakcie, pani Malfoy. – Marvelian wyprostował się. Wciąż denerwował się naruszonymi barierami wokół Ivylerton. Kto to mógł być?
– Proszę mówić mi Narcyza, ministrze. Myślę, że przyjdzie nam blisko współpracować, w przyszłości. – Narcyza wyciągnęła do niego dłoń.
– W takim razie jestem Marvelian, Narcyzo. – Lekko ścisnął jej zimne palce.
Imperatorsko skinęła głową. Skrzat domowy podał mu płaszcz i zaprowadził do wyjścia. Gdy tylko zamknęła się za nim brama posiadłości Malfoy'ów, Marvelian teleportował się na Darkling Alley.
Z pozoru, mroczny budynek Ivylerton House wyglądał na nietknięty. Czarne wieżyczki, architektoniczne koszmarki, przerażające gargulce – idealna siedziba Czarnych Państwa. Lecz w powietrzu unosił się zapach, który Marvelian rozpoznał dzięki dzieciństwu spędzonemu częściowo wśród mugoli – charakterystyczny odór benzyny.
Zaś na schodach ganku siedział Severus Snape.
Marvelian ukrył różdżkę w rękawie i ruszył ku niemu.
– Severus? – Na to pytanie Marveliana zmarnowany mężczyzna podniósł głowę.
– Velian. Miałem nadzieję, że przyjdziesz. – Ton Severusa był zaskakująco spokojny.
– Nie musiałeś włamywać się do domu moich rodziców, wystarczyło wysłać sowę, a umówilibyśmy się na spotkanie. – Marvelian oparł się o ogrodową latarnię, ozdobioną wężami.
– Zapomniałeś, że jestem zbiegiem, Marvelianie? A może w ogóle zapomniałeś, że siedziałem w więzieniu, wsadzony tam przez twoją matkę, bez procesu? – Severus przekrzywił głowę, w jego głosie pojawił się chłód.
– I tak byś tam trafił. Należałeś do wewnętrznego kręgu śmierciożerców. To ty zdradziłeś przepowiednię mojemu ojcu. – Marvelian nie dodał, że gdyby Severus nie pobiegł do Voldemorta z proroczymi słowami Trelawney, wszystko wyglądałoby inaczej… być może Minerwa, Louie… Lily… żyłyby.
– Tak, ale potem błagałem twoją matkę, by cię chroniła! Nie przestałem cię kochać, Marvelianie! – Severus zerwał się na nogi i podszedł do Marveliana, zupełnie blisko.
– Przykro mi, Severusie, ale ja cię nigdy nie kochałem. Miałem się do ciebie zbliżyć, aby Minerwa uzyskała źródło informacji wśród młodych śmierciożerców. – Marvelian nie był okrutny, ale wiele wycierpiał w imię przyjaźni do Severusa. Wiele stracił.
– Tak. Wszyscy tylko powtarzają, jak mocno kochałeś Lily Potter. Jak wspaniale opiekujesz się waszym dzieckiem. Kochałeś ją od zawsze, prawda? Byłeś ze mną i myślałeś o niej? – Severus złapał Marveliana za ramiona. Mimo wszystko, wciąż wyglądał na spokojnego, co niepokoiło Marveliana. Severus spędził mnóstwo czasu w towarzystwie dementorów…
– Lily była miłością mojego życia. Gdyby nie Harold, podążyłbym za nią – odpowiedział szczerze Marvelian, patrząc bez cienia lęku w czarne oczy Severusa.
– A teraz? Czy mógłbyś pokochać kogoś na nowo? Czy mógłbyś pokochać mnie? – Severus przesunął dłonie z ramion, na szyję Marveliana, by wreszcie ująć jego policzki.
Marvelian odepchnął mężczyznę, gdy ten usiłował go pocałować.
– Nigdy nie pokocham nikogo, tak jak kochałem Lily, a z pewnością nie ciebie, Severusie – odpowiedział Marvelian.
Łzy błysnęły w oczach Severusa, ale również był tam błysk decyzji. Zanim Marvelian wyszarpnął różdżkę z rękawa, Severus wbiegł do wnętrza Ivylerton House, krzycząc za sobą:
– Incendio!
Oblany benzyną ganek zapalił się natychmiast. Marvelian przywołał ogromny strumień wody, który mógłby ugasić sięgające drugiego piętra płomienie, gdy z wnętrza domu wybuchnął żar Szatańskiej Pożogi.
– Severus! – zawołał Marvelian, ale dla Severusa musiało już być za późno.
W oddali zawyły mugolskie syreny, lecz nie minęło nawet dziesięć minut, a ogień trawił już cały Ivylerton House. To, co stanowiło kiedyś symbol zepsucia mrokiem lorda i lady Voldemort, teraz płonęło niczym rozpalona pochodnia, a niszczycielski żywioł piął się w górę po dziesiątkach wieżyczek.
Gdy żar był już nie do zniesienia, Marvelian wycofał się i skrył pod wierzbą rosnącą na podwórku naprzeciw. Na ulicy zaroiło się od wozów strażackich. Zważywszy na to, że ogień nie był zwyczajny, mugole uznają, że mają do czynienia z płonącym składowiskiem niebezpiecznych środków chemicznych.
Samotny czarodziej skrzyżował dłonie na piersi, zastanawiając się, czy to nie był przypadek, że tej samej nocy spłonie zarówno rezydencja McGonagallów, jaki i Ivylerton House. Jeśli los pogrywał z chronologiami, to z tą obszedł się wyjątkowo okrutnie.
A jednak, Marvelian wciąż miał naiwną nadzieję, że gdziekolwiek trafili ten Albus i ta Minerwa, byli razem szczęśliwi, w kolejnej wielkiej przygodzie.
Gdzieś w oddali, mugolka wrzasnęła, wskazując buchające w niebo płomienie, które na moment przybrały zielononiebieską barwę. Marvelian zamknął oczy po kolejnym wrzasku.
Rezydencja McGonagallów płonęła, Ivylerton House płonął… ale Hogwart nadal stał.
