2043 Epilog

Słońce zachodziło ponad jeziorem, nad którym zbudowano Hogwart, Szkołę Magii i Czarodziejstwa. Różowa łuna jaśniała nad wodą, niezmąconą nawet przez najlżejszy wiaterek. Powietrze wciąż było duszne i ciężkie. Z Zakazanego Lasu nie dobiegał śpiew ptaków, wyraźnie zbyt zmęczonych upałem, który utrzymywał się przez cały miesiąc. Trytony pochowały się głęboko w odmętach jeziora, a wielkiej kałamarnicy nie widziano już od tygodni. Trawa na błoniach, niegdyś soczyście zielona, dzisiaj była żółta i wypalona słońcem.

Gdzieś w oddali rozległo się skrzypienie wiekowej, ogromnej metalowej bramy, zwieńczonej posągami skrzydlatych dzików. Odpowiedziało mu z przeciwnej strony zgrzytanie głównych wrót zamku.

Marvelian Riddle szedł żwirową ścieżką powoli, jak zwykle od pięćdziesięciu dwóch lat w tym letnim dniu. Chociaż czarodziej miał już osiemdziesiąt trzy lata, przeciętny mugol dałby mu może maksymalnie sześćdziesiąt. Sylwetka maga była wyprostowana, doskonale proporcjonalna w lekkiej, czarnej szacie i wierzchniej, ciemnozielonej kamizeli z kapturem, który po wejściu na teren zamku Marvelian odrzucił. Jego gładka, blada twarz zdradzała, iż gorące lato mag musiał przeczekać w cieniu… chociaż mogły to być również geny. Jego czarne włosy na skroniach robiły się srebrne – jedyny znak jego wieku. W prawej dłoni trzymał różdżkę, ozdobioną granatami, w lewej małe, bardzo stare i wysłużone pudełko.

Z zamku nadchodził Alberwan Dumbledore, na coroczne, melancholijne spotkanie z bratem. Kierowanie Hogwartem przez ponad sześć dekad odcisnęło na nim swoje piętno – w wieku stu lat, Alberwan wydawał się kruchy i zmęczony. Wrażenie to potęgowała wychudzona sylwetka i liczne zmarszczki wokół oczu. Długa broda, włosy i wąsy były zupełnie białe, kontrastując mocno z szatami w kolorze głębokiej zieleni. W prawej ręce dzierżył długą laskę, zaś przez przedramię lewej miał przewieszony koc w szkocką kratę.

Dwaj bracia zatrzymali się przed nietypowym pomnikiem, na którego wysokim cokole znajdowały się dwa feniksy, splecione w miłosnym uścisku, obwiązane łańcuchem o mocnych oczkach.

– Witaj, Alberwanie. – Marvelian podszedł do brata i objął go mocno, na moment chowając twarz w zielonej szacie na ramieniu mężczyzny i zaciągając się kojącym zapachem cytryny i czekolady.

– Bracie. – Alberwan otoczył ramionami niższego maga i na chwilę oparł policzek o czubek głowy młodszego brata, lubując się zwykłym, ludzkim kontaktem.

Kiedy się rozłączyli i zerknęli w swoje szmaragdowe oczy, było jasne, że nic się nie zmieniło – nadal byli sobie najbliższymi ludźmi na tym nieprzyjaznym świecie. Braćmi, z różnych ojców, ale jednej matki, dzielącymi merlinowe wzory krwi.

Alberwan machnięciem swojej różdżki rozłożył tartanowy koc na wypłowiałej trawie i usiadł ostrożnie, podpierając się laską i krzywiąc się na wyraźny dźwięk trzeszczących kości. Miał sto lat, ale to nie było tak wiele jak na czarodzieja. Jego ojciec miał tyle, kiedy umarł, a wyglądał dużo lepiej. Lecz Alberwan doświadczył w swoim życiu bardzo wiele, a praca w Hogwarcie nie poprawiała jego samopoczucia.

Marvelian westchnął i opadł na koc obok brata, rozmyślając cicho nad tym, jak wiele z siebie Alberwan ofiarował brytyjskiej społeczności czarodziejów. Kiedy po dziesięciu latach kierowania ministerstwem i ciosie, jakiego nikt się nie spodziewał, Marvelian wycofał się z publicznej służby na rzecz badań w Departamencie Tajemnic, Alberwan wciąż tkwił na posterunku dyrektora Hogwartu. Chociaż w zamku wszystko musiało Alberwanowi przypominać o tragediach, jakie dotknęły ich wszystkich, trwał tutaj, prowadząc ku magii i dorosłości kolejne pokolenia czarodziejów i czarownic, poświęcając temu całe swoje zdrowie.

– W porządku, nie martw się mną, Velian. Hermiona zgodziła się. Po tym roku odchodzę na emeryturę – odezwał się Alberwan, jakby doskonale wyczuł, o czym myśli młodszy brat.

– Hogwart będzie w dobrych rękach. Nie rozumiem tylko, dlaczego pani Granger–Weasley tak się wzbraniała przed przejęciem schedy po tobie – to dla niej wymarzone stanowisko – powiedział Marvelian, rozmyślając o ponad sześćdziesięcioletniej nauczycielce transmutacji. Hermiona od zawsze zwracała na siebie uwagę. Jej inteligencja była ponad przeciętna. Od wielu lat pracowała w Hogwarcie jako nauczycielka transmutacji i zastępczyni Alberwana – była jedyną kandydatką godną rozważenia na jego następstwo.

– To nie jest lekkie brzemię. Zależało jej najpierw na odchowaniu dzieci – odpowiedział Alberwan, uśmiechając się nostalgicznie. Obaj wiedzieli, że wraca pamięcią do czasów, gdy musiał godzić swoje obowiązki dyrektora z obowiązkami ojca, a to bez jakiegokolwiek wsparcia.

– Jestem pewien, że poradzi sobie znakomicie. Była wybitną nauczycielką transmutacji. Wyszkoliłeś ją tak dobrze, że kiedy czaruje… przypomina mi… – Marvelian wskazał podbródkiem zielonego feniksa na cokole, nie będąc w stanie wydusić z siebie jednego, prostego słowa. Matka.

– Zamierzam wtajemniczać ją w zasady kierowania szkołą przez ten rok, by to jej nie przytłoczyło. Wczoraj… zmarła jej matka. Żyła bardzo długo, jak na mugolkę. Ponad sto lat. Ale wiesz jak to jest. – Alberwan nie musiał kończyć. Obaj czuli, że nawet gdyby było dane im znać własną matkę przez dekady, nie byliby gotowi na jej odejście. Starszy czarodziej wskazał na pudełko, które Marvelian położył między nimi i dodał:

– Wiesz, Jean na łożu śmierci wyjawiła Hermionie, że nie powiedziała jej i nam całej prawdy w 1991 roku. Nie znalazła tego pudełka wśród ruin zbombardowanego Londynu. To było jej pudełko, a słowo ,,złodziejka" wygrawerowała na nim kobieta o przerażających, ciemnoczerwonych włosach. Jean próbowała ukraść jej różdżkę. – Melancholia była aż nadto słyszalna w głębokim głosie maga.

Marvelian westchnął, otwierając pudełko, z wygrawerowanym eleganckim, znajomym pismem słowem: ,,Złodziejka" oraz koślawymi kulfonami tworzącymi nazwisko: Jean Granger. We wnętrzu pudełka wciąż było kilka cytrynowych dropsów.

Hermiona Granger dostała to pudełko od swojej matki. Napełniła je ulubionymi cukierkami swojego najbliższego przyjaciela i podarowała mu je na urodziny.

To pudełko, oraz ten koc, rozłożony dokładnie w tym samym miejscu, w którym teraz siedzieli, były jedynymi dowodami w sprawie zaginięcia czwórki dzieci pięćdziesiąt dwa lata temu, w 1991 r.

Cóż, najstarsza z zaginionych, dwudziestoletnia Regina Riddle nie była już dzieckiem, ale Marvelian zawsze widział ją jako swoją małą, przyrodnią siostrzyczkę o bursztynowych oczach. Ona miała opiekować się trójką młodszych krewnych tamtego letniego, równie gorącego co dziś dnia.

Siedemnastoletnia Laurana Zenaidov dopiero wkraczała w dorosłość. Większość wakacji spędzała na przygotowywaniu się do swoich OWUTEMÓW. Alberwan wspominał, że młodsza przyrodnia siostra Laurany musiała ją długo namawiać, by wyszła z nimi tamtego dnia nad jezioro. Ciekawe, czy wtedy, jezioro było tak turkusowe jak dziś, jak oczy Laurany?

Młodsza przyrodnia siostra Laurany, która również zaginęła tamtego letniego dnia, była córką Alberwana. Jedenastoletnia Morvena Dumbledore, wychowana w Hogwarcie, mimo wszystko wciąż musiała czuć ekscytację na myśl o tym, że od września znajdzie się w szkole nie jako córka dyrektora, ale jako uczennica… może Gryffindoru? I dlaczego, och dlaczego nie dane jej było tego doświadczyć? Alberwan musiał wielokrotnie zadawać sobie to pytanie. Ono sprawiło, że posiwiał. Ono odebrało mu ogromną ilość magicznej energii. Marvelian tylko raz był tak przerażony jak wtedy, gdy widział jak przyrodni brat traci nad sobą kontrolę, jak przestaje widzieć sens w swoim życiu. Do tamtej pory Morvena była kotwicą Alberwana. Po jej zniknięciu, dyrektor zakotwiczył się w Hogwarcie, ale była to znacznie bardziej krucha relacja.

– Wiesz, że twoja emerytura nic nie zmienia w naszej umowie? Pamiętasz, obiecałeś, że będziesz tu dla mnie. – Marvelian ścisnął dłoń brata.

Bez siebie, nie wyszliby z tego. To Alberwan wyciągnął Marveliana z dna pustki, rozpaczy i apatii, kiedy ten zrezygnował z ministerialnego stołka, którego nie mógł już zajmować, nie po tym, co się wydarzyło. Bowiem czwartym, zaginionym dzieckiem był syn Marveliana, Harold Riddle.

To Harold był przyjacielem panny Granger, to on zostawił po sobie pudełko z cytrynowymi dropsami. Jedenastoletni chłopiec był tak podobny do Morveny, że wielu brało ich za bliźnięta, chociaż wspólną mieli jedynie babkę i odległe gałęzie drzewa genealogicznego.

Cała czwórka – Regina, Laurana, Morvena i Harold – znali się od wczesnego dzieciństwa najmłodszej dwójki – spotykali się często, a więzy pomiędzy nimi zbyt skomplikowane, by można było o nich opowiedzieć w kilku słowach.

Zabawa na błoniach. Dzień jakich wiele. Alberwan i Marvelian w tym czasie popijali schłodzoną lemoniadę w dyrektorskim gabinecie. Rano poprosili Reginę, by miała baczenie na dwójkę urwisów, żeby czasem nie próbowali zapuszczać się do Zakazanego Lasu. Dla dzieci bez różdżek, nawet tak potężnych jak Morvena i Harold, las wciąż skrywał wiele niebezpieczeństw.

To tam najpierw wszyscy szukali jakichkolwiek śladów, gdy okazało się, że dzieci zniknęły. Lecz centaury zarzekały się, że nie widziały czwórki dwunogów, a Alberwan i Marvelian z nauczycielami i aurorami przeczesali każdy kilometr kwadratowy głuszy.

Trytony nie widziały, by dzieci się kąpały, ale na prośbę Alberwana dokładnie sprawdziły dno – wykluczono utopienie.

Regina i Laurana miały licencje teleportacyjne, lecz Alberwan dopiero miał im pokazać, jak naginać bariery, by móc teleportować się do i z Hogwartu. Tę umiejętność miało naprawdę niewielu i żadna z tych osób nie mogłaby porwać dzieci. Dodatkowo, główne bramy były zamknięte.

Drobiazgowe śledztwo przy użyciu wszystkich dostępnych w 1991 roku środków nie przyniosło żadnych rezultatów. Czwórka dzieci po prostu zniknęła. Nie było nawet ciał… nie było możliwości przeżycia żałoby… lecz też zarówno Alberwan, jak i Marvelian wierzyli, że dzieci wrócą. Dlatego spotykali się tu, co roku.

– ,,Dziecko, które odwróci losy trzeciego z magicznych światów." Oni muszą być właśnie tam, w jakiejś trzeciej chronologii. Przepowiednia mówiła albo o Morvenie, albo o Haroldzie. – Alberwan zręcznie zmienił temat. Marvelian podejrzewał, że brat nie wybiegał myślami w czas swojej emerytury.

– Athena nie wróciła do swoich czasów – przypomniał Marvelian, chociaż te słowa i jemu łamały serce.

Dziecko, które miało odwrócić losy trzeciego z magicznych światów, według słów przepowiedni miało być dzieckiem córki położnej tej chronologii. Jedni uważali, że położną była Caroline Evans, mugolka. Jej córka, Lily, była matką Harolda. Inni twierdzili, że położną całej chronologii była Athena Potter–Dumbledore, ta, bez której ich czas, ich płaszczyzna nie istniałaby. Owocem związku Atheny z Grindelwaldem była Louie, matka Morveny. Zatem przepowiednia mówiła albo o córce Alberwana, albo o synu Marveliana.

Milczeli. Żaden z nich nie był gotowy oswoić się z myślą, że już nigdy nie zobaczą swoich dzieci, chociaż od ich zaginięcia minęło już ponad pół wieku. Marvelian bez słowa otarł łzę z policzka brata. Alberwan przekrzywił głowę, by popatrzeć na pomnik symbolizujący jego rodziców.

Obaj myśleli o tym, że być może gdzieś w innym czasie, ich dzieci stały przed podobnym wyborem co Athena: wejść pomiędzy tych, którzy byli sobie przeznaczeni, zignorować cały chaos czy może usiłować naprawić coś, co z ich punktu widzenia było przyczyną samego zła i bólu?

– Wczoraj odbyły się pierwsze próby – przerwał ciszę Marvelian, sięgając do kieszeni.

Alberwan pytająco uniósł brwi, ale na jego twarzy pojawiło się zrozumienie, gdy Marvelian ostrożnie wyciągnął niewielką klepsydrę, wczepioną w metalowy okrąg i zawieszoną na delikatnym łańcuszku.

– Udane? – spytał starszy z braci, szmaragdowymi oczami wpatrując się z nowiutki Zmieniacz Czasu.

– Tak. Neville cofnął się o rok. To maksymalny zakres. – Chociaż teoretycznie ta wiadomość była dobra, w głosie Marveliana był smutek i poczucie winy.

– Nie mogłeś wiedzieć, co się wydarzy. – Alberwan położył chudą dłoń na ramieniu brata.

Kiedy Marvelian został ministrem po śmierci swoich rodziców, odkrył, że w Departamencie Tajemnic prowadzono badania nad czasem, usiłując stworzyć to, co teraz trzymał w dłoni. Widząc jednak do czego doprowadziło igranie z historią i przeznaczeniem, Marvelian zakazał tych eksperymentów. Gdyby tego nie zrobił, do 1991 roku, być może istniałby już Zmieniacz, który pomógłby im zapobiec zaginięciu dzieci…

– Potrzeba było pięciu dekad, by odnieść ten sukces… – dodał Alberwan. Lecz Marvelian i tak czuł się winny, że przerwał te badania i rozkazał je wznowić dopiero, gdy Regina, Laurana, Morvena i Harold zniknęli.

– Sukces osiągniemy, gdy będziemy mogli cofnąć się o dowolną ilość czasu – stwierdził cicho Marvelian, jego oczy pociemniały na moment.

– Co z pokusą, by cofnąć się dalej? By uratować … Minerwę, Louie, Lily? – spytał Alberwan z mądrością, która natychmiast przywoływała Marvelianowi na myśl Albusa.

To było pytanie, na które Marvelian nie znał odpowiedzi. Nie odzywał się więc, w ciszy obserwując, jak ostatnie różowe pasma łuny zachodzącego słońca ustępują ciemności nocy.

Było zupełnie ciemno, kiedy dwaj bracia podnieśli się. Jeden zabrał pudełko z cytrynowymi dropsami, drugi złożył tartanowy koc. Zanim jednak rozeszli się, zatrzymali się na moment przed pomnikiem przedstawiającym dwa feniksy.

Szpony ptaków błyszczały, bowiem wśród uczniów narodziła się tradycja pocierania ich, kiedy wątpili w swoją miłość, albo zdolność do niej. To był piękny zwyczaj i Alberwan nie zakazywał tego, o ile tylko uczniowie Hogwartu traktowali pomnik dawnego dyrektorskiego duetu z szacunkiem. Sam uważał, że musiałby pocierać szpony feniksów bez przerwy – czasem kwestionował miłość, od kiedy ojciec Marveliana zabił ukochaną Alberwana, Louie, a od zniknięcia Morveny dyrektor Dumbledore wątpił w miłość nieustannie. Marvelian czuł się bardzo podobnie.

Ta myśl przywołała kolejne ciche pytanie, które miało pozostać bez odpowiedzi:

– Naprawdę jesteśmy przeklęci, prawda? My, przeklęci potomkowie podziwianych przodków.

oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Drodzy Czytelnicy!

Oto końca dobiegła trylogia ,,Podziwiani Przodkowie, Przeklęci Potomkowie". Jest to jednocześnie koniec mojej pisarskiej przygody z tym fandomem. Mam kilka napisanych dawno, niedokończonych albo pojedynczych opowiadań, które być może opublikuję na koncie ,,Emeraldiana", ale prawda jest taka, że od wielu miesięcy nie napisałam nic nowego, dotyczącego MMAD. Oczywiście nie wykluczam, że może kiedyś jeszcze wrócę do wymyślania przygód Minerwy i Albusa. Pisanie zarówno pierwszej serii jak i tej trylogii przyniosło mi wiele radości i pociechy, a chociaż naturalnie teraz widzę już całą masę niedociągnięć, to i tak w jakiś sposób jestem dumna z tych dzieł. Dzieł, bo po milionie łącznie opublikowanych słów, można chyba już je tak nazwać.

Co Wy sądzicie o trylogii? Wasze komentarze, spostrzeżenia i odczucia będą bardzo mile widziane.

Pozdrawiam serdecznie

Emeraldina